from here to reality

Econ

poniedziałek, 03 września 2012

Wraz z zeszłotygodniowym obwieszczeniem GUS dotyczącym wzrostu gospodarczego w drugim kwartale bieżącego roku, polski świat medialny obudził się z graniczącym z przerażeniem zaskoczeniem, że oto mamy jakiś problem na zielonej wyspie. Tymczasem, jak zwykle, jest prawda czasu i prawda ekranu. Ta pierwsza zaś od paru miesięcy staje się coraz mniej różowa. 

Trochę na ten temat pisałem zresztą w grudniu zeszłego roku, wskazując na bardzo słabe ożywienie w Europie Zachodniej i pogłębiający się kryzys na Południu eurozony. Od tego czasu dostaliśmy pełne trzy kwartały dodatkowych danych makroekonomicznych, które wcale nie poprawiły obrazu. Dzisiaj już nawet Niemcy wyhamowują, nie mówiąc już o cieszącej się zerowym wzrostem gospodarczym Francji (na co autorzy komunikatów prasowych Eurostatu znaleźli piękny eufemizm: GDP remained stable in 1Q). Na peryferiach tymczasem trwa zjazd w dół, o Grecji już nawet nikt nie wspomina, Hiszpania wygląda jak jeden wielki clusterfuck, a cholera wie, co może wykluć się z Włoch. EBC nerwowo markuje kolejne działania, a konsensus na najwyższym w dalszym ciągu obraca się wokół procyklicznej polityki fiskalnej i doraźnego radzenia sobie z krótkookresowymi problemami. Spoglądając dalej - w Stanach dysfunkcyjny system polityczny na pewno nie pomaga w naprawianiu gospodarki, a o Chiny nawet nie pytajcie. To tyle, jeżeli chodzi o zewnętrzne uwarunkowania, mam nadzieję, że wróciliście z wakacji w dobrych humorach. 

Zacznijmy od obwieszczenia GUS, bo jest tam kilka fajnych rzeczy. Po pierwsze, można zauważyć, że od końca zeszłego roku wzrost nam wyhamowuje. Trzeci kwartał 2011 roku był ostatnim, kiedy wzrost mieliśmy jeszcze na przyzwoitym poziomie (ok. 4%), a od tego czasu systematycznie zjeżdża - licznik w ostatnim kwartale zatrzymał się na 2,4%. Po drugie, można spojrzeć na jego źródła, GUS bardzo rozsądnie podaje prostą dekompozycję wzrostu gospodarczego na główne składowe (wzrost konsumpcji indywidualnej i publicznej, inwestycje, spadek zapasów, eksport minus import), z której - pozbierawszy dane z kilku obwieszczeń z ostatnich paru lat - pozwoliłem sobie zrobić wykres. 

 wklady

Jeżeli kogoś interesuje wersja długookresowa (od 1996, bo tyle danych jest w Eurostacie), znajdzie ją tutaj (courtesy of Eurostat). Wielką Recesję suchą stopą przeszliśmy z dwóch powodów: dzięki tlącemu się popytowi wewnętrznemu i eksportowi, który w kluczowym momencie otrzymał porządny zastrzyk sił witalnych dzięki załamaniu kursu złotego. Przez kolejne dwa lata gospodarka rozpędzała się najpierw za sprawą polskiego konsumenta, a później wskutek inwestycji, które pod koniec zeszłego roku wyrosły na główny motor wzrostu. W ostatnim kwartale polska gospodarka mogła pochwalić się wzrostem tylko dlatego, bo eksport rósł dużo szybciej niż import. Dlaczego w takiej sytuacji Leszek Balcerowicz chwali kraje, które trzymają się stałego kursu walutowego i wcale na tym nie zyskują, nie mam pojęcia. Być może dla Leszka Balcerowicza wojna z inflacją, tak jak IIWŚ dla setek japońskich żołnierzy ukrywających się przez wiele lat na pacyficznych wyspach, po prostu jeszcze się nie skończyła. 

Ktoś mógłby zarzucić mi skupianie się na wzroście gospodarczym, którego sensowność jako wskaźnika poprawy dobrostanu społeczeństwa od dawna poddaje się w wątpliwość. Po pierwsze, odpowiem, że wzrost traktuję raczej jako symptom zjawisk zachodzących głębiej w gospodarce, a po drugie - na wzroście gospodarczym wcale nie poprzestanę. 

Możemy mniej więcej zgadnąć, co z wyróżnionymi komponentami będzie się działo w najbliższym czasie. Ze względu na chęć obniżania deficytu przez rząd, nie można spodziewać się istotnego wkładu wydatków publicznych. Cięcia obejmują też zresztą inwestycje infrastrukturalne (z drugiej strony, część z nich złapała opóźnienia, co może nieco wygładzić przejście), co dodatkowo negatywnie wpłynie na inwestycje w ogóle. In plus pozostanie eksport, ale wobec słabnięcia koniunktury u naszych partnerów handlowych, nie będzie tu cudu. Konsumpcja prywatna jakoś sobie będzie radzić, nawet w najczarniejszych miesiącach 2001 roku sobie radziła, ale wkład we wzrost gospodarczy nie może w takiej sytuacji być duży. Pogarszająca się sytuacja na rynku pracy zapewne też nie pomoże. Wciąż czekamy na najfajniejsze dane z rynku pracy za drugi kwartał, ale z innych źródeł wiadomo o wzroście bezrobocia. Tu jednak reakcje zachodzą z opóźnieniem i na rozwinięcie akcji należy poczekać. Wrócę do tego tematu w swoim czasie. W międzyczasie - trzy losowo wybrane wskaźniki koniunktury.

koniunktura

Należy zadać sobie pytanie, co z takim fantem może zrobić rząd. W teorii, istnieją dwie klasy instrumentów, za pośrednictwem których rząd może w krótkim okresie złagodzić naszą niedolę: polityka pieniężna i polityka fiskalna. Reformy strukturalne, do których wzywają ci sami komentatorzy, co zawsze, przynoszą efekty po latach. Dla tych, którzy woleliby, żeby rząd ogłosił samorozwiązanie i tym samym uwolnił z gospodarkę z pęt kapitału socjału, mam na szczęście dobrą wiadomość. Otóż, niewiele da się w tej chwili zrobić. W styczniu tego roku analitycy The Economist skonstruowali dla kilkudziesięciu wschodzących gospodarek ranking możliwości manewru, a Polska zajęła w nim ostatnie miejsce ex aequo z Egiptem i Indiami. Powody, dla których tak się stało, nie zmieniły się znacząco od tego czasu. 

Po pierwsze, jesteśmy blisko konstytucyjnego limitu długu publicznego - na tyle blisko, że skoordynowana interwencja NBP i BGK na rynku walutowym w ostatnim dniu pracy zeszłego roku miała zapewnić pozostawanie kursu złotego na poziomie, który sprawi, że zadłużenie zagraniczne nie będzie zbyt wysokie i nie wepchnie długu na poziom wymuszający natychmiastowe cięcia. Zniesienie lub podniesienie konstytucyjnego limitu byłoby jakimś rozwiązaniem, ale znalezienie większości parlamentarnej do zmiany konstytucji nie jest rzeczą łatwą. Ponadto, nie rekomendowałbym takiego kroku krajowi, który od 25 lat regularnie kończy rok z deficytem budżetowym (patrz wykres poniżej). Niezbyt ufam polskiej klasie politycznej. Plus jest taki, że Polska, jako kraj z własną walutą, cieszy się rekordowo niskimi kosztami obsługi długu publicznego, co jest miłym prezentem od losu. W efekcie, możemy spodziewać się raczej restrykcyjnej polityki budżetowej, ambitne plany rządu w tej materii są jasne jak Słońce.

deficyty

Po drugie, ramy, w których może poruszać się polityka pieniężna, są dość ograniczone. Głównym zadaniem polityki pieniężnej w Polsce jest dbanie o stabilność cen, zaś sprzyjanie wzrostowi gospodarczemu można przeprowadzić wtedy, gdy nie koliduje to z celem inflacyjnym. W tej chwili, wobec inflacji kręcącej się w okolicach 4% (powyżej 2,5% celu inflacyjnego), pokusa utrzymywania stóp procentowych na wysokim poziomie jest dość duża. Realna stopa procentowa, czyli różnica między nominalną stopą procentową a inflacją, waha się od dłuższego czas między 0 a 1%[1]. Co widać na wykresie[2]

stopy i inflacja

O tym jak poważnie widmo inflacji traktują decydenci polityki pieniężnej, świadczy niedawna podwyżka stóp procentowych, która zapewne wywołała wiele facepalmów, ale z pewnością nie pomogła gospodarce. Wobec zwalniającej gospodarki i spodziewanego zacieśnienia fiskalnego, właśnie poluzowanie polityki monetarnej byłoby sensownym krokiem. To się stanie, ale ciężko powiedzieć, na jaki kompromis zdecyduje się RPP i kiedy podejmie jakieś działania. 3,5 roku temu stopy procentowe poszły w dół o 2 punkty procentowe, dając gospodarce dodatkowy pozytywny impuls.

Nie zrozumcie mnie źle, nie roszczę sobie pretensji do przewidywania kryzysów, co niektórzy podnieśli do rangi sztuki. Nie cieszę się też z takiego a nie innego obrotu wypadków, bo wiem, że za cyferkami kryją się ludzie i że spowolnienie (nie mówiąc już o recesji) jest nam tak potrzebne, jak rybie rower. Nie będę się też cieszył, jeżeli bezrobocie skoczy do 15%, zobaczymy autentyczną recesję albo jeśli dojdzie do chaotycznego rozpadu strefy euro.  Przyszły rok będzie ciekawy, w zasadzie tylko tyle chcę powiedzieć.

A kiedy już świat wygrzebie się z tego bałaganu, a my razem z nim, może wreszcie znajdziemy czas, żeby porozmawiać o innych problemach, które powinny spędzać sen z powiek strategom. O pracy na śmieciówkach i jej konsekwencjach dla emerytur, etyki pracy, bezpieczeństwa socjalnego i takich tam. O śmiertelnym uzależnieniu naszej gospodarki od wyngla. O tym, dlaczego brak jakiejkolwiek polityki mieszkaniowej zapewni Polsce miejsce w każdym przyszłym podręczniku demografii. O dalekim od optymalnego systemie podatkowym i o systemie socjalnym, z którego proporcjonalnie bardziej korzystają bogaci. O emigracji - tej większej, na Zachód, i tej mniejszej - ze wsi do miast i z miast do Warszawy. I o Jezusie Ze Świebodzina, który jest misiem na miarę naszych możliwości

[1] - Czym jest realna stopa procentowa? Z oczywistych względów nikt jej nie obserwuje na bieżąco, oprocentowanie pożyczek i depozytów jest podawane w kategoriach nominalnych. Rozpatrzmy taką sytuację, to prościutka historyjka, proszę się nie śmiać. W roku t pożyczam na rok 10000 zł, oprocentowanie kredytu wynosi 5%, muszę zatem w roku t+1 oddać 10500 zł. Ponieważ jednak w gospodarce szaleje inflacja na poziomie 4%, ta sama suma pieniędzy jest po roku warta mniej, bo mniej można za to kupić (dla uproszczenia załóżmy, że ceny wszystkich towarów wzrosły). Mój pożyczkodawca zarobił ledwie 1%, a ja z kolei oddałem mu dług w "gorszym pieniądzu". Jeżeli moja pensja jest indeksowana o inflację, to już w ogóle pełnia szczęścia.

[2] - Wyjaśniam terminy, które mogą być nieznane. Inflacja bazowa to wzrost cen po odjęciu cen administrowanych i wpływu wzrostu cen energii i żywności. Stopa referencyjna NBP to najgłówniejsza ze stóp ustalanych przez RPP. Długoterminowa stopa procentowa to oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji rządowych. 

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Ktoś może zapytać, dlaczego komentuję artykuł ze stycznia. Otóż wynika to z tego, że notkę zacząłem pisać jeszcze w pierwszej połowie stycznia, ale potem o niej zapomniałem. Enjoy.

Fronda w nowym roku zaatakowała takim oto artykułem obnażającym bezsens kontroli populacji, która jak wiadomo jest czymś z gruntu złym i niemoralnym, a ludzie ją promujący to banda zaczadzonych marksizmem kulturowym degeneratów. I pewnie nawet bym się tym artykułem nie zajął, gdyby nie jego wtórność i intelektualna miałkość. To chyba ta przysłowiowa słomka, która złamała wielbłądowi grzbiet. Sam tekst jest tłumaczeniem artykułu popełnionego przez tego pana, ale żadne to usprawiedliwienie, prawda? Podstawowy argument przeciw kontroli populacji wygląda tak (i jest to jedyny argument, jaki tam zobaczymy): 

Tymczasem, nie ma absolutnie żadnego związku między wysoką liczbą ludności a katastrofami czy ubóstwem. Zwolennicy kontroli urodzeń mogą oczywiście uważać, że ideałem jest Demokratyczna Republika Konga ze swoimi 75-ma mieszkańcami na milę kwadratową, podczas gdy problem stanowi Hong Kong, gdzie na analogiczną milę przypada 6500 ludzi. Tak się jednak składa, że dochód na głowę mieszkańca tego ostatniego wynosi 43 tysiące dolarów rocznie, zaś Demokratyczna Republika Konga jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, z dochodem per capita wynoszącym 300 dolarów. Nie jest to w żadnym wypadku jakaś anomalia, gdyż inne najuboższe kraje są jednocześnie najsłabiej zaludnione.

To jest argument z kategorii "gdyby powodzie były problemem, to Sahara byłaby idealnym miejscem do życia", nie mówiąc już o tym, że to fragment zdania rozpoczynający się od "zwolennicy kontroli urodzeń" to zwyczajny chochoł. Bo czy ktoś na serio twierdzi, że Hong Kong jest przeludniony (akszli)? Pierwsza lampka, jaka zapala się przy czytaniu tego fragmentu dotyczy kontrastu między kategorycznością stawianej tezy ("nie ma absolutnie żadnego związku"), a uzasadnieniem, jakie tej tezie towarzyszy. Autor podaje dwa (słownie: dwa) przykłady, które mają taką tezę ilustrować. Tymczasem praktycznie od razu na myśl przychodzą Stany Zjednoczone, Kanada i Australia - trzy państwa, które bogactwo łączą z niską gęstością zaludnienia[1]. Przykładów gęsto zaludnionych i biednych państw też nie trzeba daleko szukać. Warto jednak zaprezentowaną tezę sprawdzić w sposób bardziej systematyczny. Rozpatrując cały świat i możliwie największą liczbę punktów danych, jaka jest zależność między gęstością zaludnienia, a (powiedzmy) PKB per capita? Sprawdzenie tego zajęło mi jakieś dziesięć minut, wyniki widnieją poniżej. 

density

Okej, jest delikatna pozytywna zależność, która całkiem nieźle wygląda tylko dlatego, że obie osie są w skali logarytmicznej (bez tego nic a nic byśmy nie widzieli). I faktycznie, ceteris paribus, im gęściej zaludniony kraj, tym zamożniejszy, zatem nie rozważamy tutaj tezy, która byłaby jawnie fałszywa. Co nie oznacza, że nie ma z nią innych problemów. Po pierwsze, zależność jest słaba. Po drugie, nie można wykluczyć, że ma ona czysto pozorny charakter, wszak pominięto całą masę czynników, które na bogactwo narodów wpływają (geografia, historia, klimat, ustrój społeczno-gospodarczy, instytucje, dobra lub zła polityka państwa), a o których długo by opowiadać. Dość powiedzieć, że dla każdego poziomu gęstości zaludnienia można znaleźć państwa, które dzieli przepaść. Każdą taką przepaść wyjaśnia splot wspomnianych czynników. Po trzecie, to tylko stopklatka, która nie uwzględnia gigantycznej dynamiki procesów, których kulminacją jest stan obecny[2].

Ale w idei, że gęstość zaludnienia ma znaczenie i sprzyja rozwojowi gospodarczemu, jest trochę prawdy. Przez znakomitą większość historii homo sapiens, wzrost populacji był jedyną oznaką rozwoju i jedyną konsekwencją postępu technologicznego (kłania się Malthus). Ponadto, im większa populacja, tym łatwiej znaleźć tam (na mocy prawa wielkich liczb) jednostki wybitne: wynalazców, odkrywców, naukowców, myślicieli, etc. Wyższa gęstość zaludnienia sprzyja intensywności kontaktów międzyludzkich (pamiętajmy, że liczba możliwych relacji między ludźmi rośnie wraz z kwadratem populacji). Wreszcie, najprawdopodobniej jest tak, że istnieje jakaś minimalna wielkość światowej populacji, która zapewnia wystarczającą podaż jednostek wybitnych i wystarczający popyt na określone dobra i usługi. To minimum już dawno temu przekroczyliśmy. Aby to dostrzec, wystarczy odnotować, że znacząca część populacji świata nie uczestniczy w globalnej wymianie wiedzy i technologii. Z punktu widzenia tego, co dzieje się w awangardzie, istnienie setek milionów wykluczonych biedaków jest nieistotne. 

Przechodząc do bardziej anegdotycznych argumentów, jeden z moich wykładowców zwrócił kiedyś uwagę na to, że utożsamienie "ludny czyli bogaty" miało mnóstwo sensu, np. w Starożytności czy w Średniowieczu. Wielki podział na bogatą Europę Zachodnią i biedną wschodnią był równocześnie podziałem na część charakteryzującą się dużą gęstością zaludnienia i sieci osadniczej i część, której puste przestrzenie opiewali poeci. Nie wnikam tutaj w kierunek przyczynowości, korelacja jest tutaj potężna. Dalej, większość z nas codziennie doświadcza korzystnego wpływu gęstości, mieszkając w miastach. Miasto, jako niemalże synonim cywilizacji, jest pomnikiem gęstości.

Ale wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Tak samo, jak zasadniczo nierelewantne są wyliczenia dotyczące tego, że na świecie ziemi uprawnej jest wystarczająco albo że światowa konsumpcja żywności per capita jest odpowiednia (tylko dystrybucja szwankuje). Przeludnienie, typowo rozumiane jako wielkość populacji uniemożliwiająca zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzkich, nie jest problemem globalnym, tylko lokalnym[3], ale problemem pozostaje. Ujmując to najprościej, jak tylko można, są takie miejsca na Ziemi, których mieszkańcy nie są w stanie się wyżywić. 

Załóżmy, że jest tak, jak zapewnia nas autor i że możemy się wszyscy w każdym momencie wyżywić, jeśli tylko na całym świecie zapanuje kapitalizm przez duże "k". Kapitalizm z przyszłości (bądźmy hojni i załóżmy, że takie prosperity zapanuje w 2030) nie wyżywi ludzi, którzy głodują dzisiaj, nie wyżywi też za pięć lat dzieci, które mogłyby się nie pojawić, gdyby tylko ludzie mieli dostęp do antykoncepcji i wiedzę, jak jej używać. Zresztą, czy naprawdę mamy uwierzyć, że w warunkach komfortu ekonomicznego ludzie będą rozmnażać się w tempie obserwowanym obecnie? Jeżeli historia sytych społeczeństw Zachodu (i nie tylko) nas czegoś uczy, to tego, że przyrost naturalny wyhamowuje. Zjawisko to, dobrze poznane i obserwowane wielokrotnie i w różnych kulturach, nazywamy przejściem demograficznym

Last but not least, w podlinkowanym artykule bawi mnie przede wszystkim to, że cały ten wywód o Hong Kongu i Kongo ma się kompletnie nijak do wypowiedzi na temat przeludnienia zacytowanych przez autora. Tak, jak ja rozumiem problem przeludnienia, nie chodzi w nim o głód albo migracje. To są tylko symptomy, a problemem jest ograniczona pojemność planety i presja ekologiczna jaką stwarza systematyczny wzrost populacji. I te argumenty autor zresztą w pewnym miejscu przytacza, tylko po to, by kompletnie je olać i wypełnić wypowiedź nieistotnym porównaniem Hong Kongu do Antarktydy. Oczywiście, tylko część tej presji jest związana bezpośrednio ze wzrostem populacji, równie ważnym czynnikiem jest wzrost zamożności - wyobraźmy sobie, jak wyglądałyby nasze szanse na powstrzymanie globalnego ocieplenia, gdyby Chińczycy i Hindusi zużywali energię i surowce naturalne oraz emitowali gazy cieplarniane w takich ilościach (licząc per capita), jak Amerykanie. Horror.

Zauważmy jednak, że w takim razie na świecie jest nas tylu, że gdyby wszyscy byli w miarę zamożni i mieli zaspokojone nie tylko niższe, ale też wyższe potrzeby, w taki sposób, w jaki się je zaspokaja w krajach rozwiniętych, to świat byłby miejscem nie do zniesienia, a my bylibyśmy ugotowani. Skoro tak, to myśl, że może nas być za dużo, nie jest całkowicie niedorzeczna. 

A autor artykułu z Frondy? Not sure if dishonest or just stupid. 

[1] Ktoś może odpowiedzieć, że to bez sensu przykłady, bo to wielkie państwa, rozciągające się na całe kontynenty, więc trochę bez sensu porównywać. Ale jaki jest w takim razie - że odbiję zawczasu piłeczkę - odpowiedni poziom terytorialnej dezagregacji, żeby sensownie porównywać gęstość zaludnienia i zamożność? Granice państwowe są arbitralne, ale wyznaczają wspólnoty doświadczeń. Gęstość zaludnienia obydwu Korei jest dość podobna. 

[2] Jeżeli ktoś nie widział, to polecam ten wykład jako ilustrację tego, jak szybko i jak fundamentalnie pewne rzeczy mogą się zmieniać.

[3] Mam na myśli nie to, że tak rozumiane przeludnienie jest wyłącznie sprawą ludzi, których bezpośrednio dotyka. Wręcz przeciwnie. Lokalność oznacza tyle, że dotyka to pewien odsetek ludzkości na ściśle określonym terenie. 

piątek, 02 marca 2012

"Antropolog i anarchista" David Graeber we wstępie do swojej znakomitej książki pisze o dość symptomatycznej rozmowie, jaką zdarzyło mu się przeprowadzić z pewną młodą damą. Wyraziła ona pogląd, że długi należy spłacać. Niech Czytelnik zastanowi się nad tym zdaniem - mnie osobiście w związku z nim narzucają się dwie rzeczy: (1) to zdanie z pozoru wygląda na coś oczywistego i rozsądnego; (2) posiada wymiar etyczny. W takim ujęciu spłata długów staje się obowiązkiem moralnym dłużnika, choć na początku wcale tak być nie musiało.

Problem polega na tym, że takie postawienie sprawy niebezpiecznie przerzuca ciężar odpowiedzialności na dłużnika, pomijając rolę wierzyciela w tym układzie. Tymczasem, spłacenie długu nie jest obowiązkiem. Konstrukcja pożyczki (czy też jakiejkolwiek formy tworzenia długu) zakłada możliwość jej niespłacenia (całkowitego lub częściowego). Nazywa się to ryzykiem kredytowym. Każdy bank ma departamenty zajmujące się wyłącznie oceną tego ryzyka, które to departamenty mogą wprawdzie działać lepiej lub gorzej albo być w ogóle ignorowane przez kierownictwo, ale co do zasady istnieją. Dlatego właśnie kredyty są często wysoko oprocentowane, dlatego na stopy procentowe a narzuca się marże. Jeżeli ktoś brał kredyt mieszkaniowy, zapewne wie, jak to wygląda i co się dolicza do "gołej" stopy procentowej (WIBORu). Rozpiski, które przy tej okazji dostaje się z banku, potrafią być szczegółowe aż do obrzydliwości. Z podobnych powodów Provident pożycza na 20%.

Jeżeli w dodatku pożyczka jest z zabezpieczeniem, to o czym my tu w ogóle mówimy? Wtedy niezależnie od tego, co się stanie, wierzyciel otrzyma coś z powrotem. Może nie otrzymać wszystkiego, ale jakiś (kilkadziesiąt) procent wartości kredytu zostanie odzyskany, co wciąż stanowi więcej niż zero, przy założeniu, że cała transakcja odbywa się w praworządnym państwie. Nawiasem mówiąc, zdarza się i tak, że wartość odzyskana w razie upadłości jest większa od wartości pożyczki. Wtedy wierzycielowi opłaca się zmusić dłużnika do bankructwa. Ale to temat na zupełnie inną notkę.

To ciekawe, jak często zapominamy, że w tym stosunku są dwie strony: dłużnicy i wierzyciele. Każda ze stron ma swoje racje, swoje interesy i swoją pozycję negocjacyjną. Dwie strony, pomiędzy którymi powinna istnieć równowaga, kształt której wynika z tego, jaką mamy kulturę, jakie instytucje i jakie prawo. Tym z kolei w dużej części zawiaduje państwo, podejmując decyzje o charakterze politycznym na korzyść jednej lub drugiej strony. Z jakiego więc powodu tak bardzo faworyzujemy wierzycieli i glanujemy dłużników? Kiedy słyszymy o narastającym długu, niespłacanych pożyczkach i innych tego typu problemach, pierwszymi winnymi nader często są dłużnicy. Ci nieodpowiedzialni ludzie, którzy nabrali dużo pożyczek, którzy nierozsądnie zadłużyli się ponad miarę. Ci biedacy z niskimi dochodami, którzy zawsze powinni byli mieć zerową zdolność kredytową. Ten podobny do szarańczy konsument, który z kredytu finansuje swoją rozbuchaną konsumpcję, zapominając o protestancko-chińskiej cnocie oszczędzania.

Te rozważania wiążą się nie tylko z nieustającym, pełzającym i bardzo męczącym kryzysem greckim, ale również z takimi kwestiami, jak ruch OWS, skandal z przejmowaniem domów dłużników w Stanach (tzw. foreclosures) czy też z problemem długu generowanego przez pożyczki studenckie. To wiąże się też z tym, jak o tych kwestiach rozmawiamy i jak ustawiamy dyskusję. Nie zamierzam tutaj bronić Grecji, ten kraj nawet bez kolejnych rund wymuszonych z zewnątrz cięć budżetowych byłby w fatalnej sytuacji. Pamiętajmy jednak, że ktoś greckim rządom pożyczał na niski procent, chociaż nie istniał żaden realny powód, żeby Grecja była postrzegana jako równie wiarygodny partner, co Niemcy, Francja, a nawet Hiszpania. Nie były to krasnoludki, bo krasnoludki zapewne zajęte były rozmontowywaniem tych gałęzi tamtejszej gospodarki, które dzisiaj mogłyby pomóc krajowi wygrzebać się z gospodarczego kataklizmu.

czwartek, 29 grudnia 2011

W tym bałaganie tkwimy już ponad trzy lata (jeżeli liczymy czas od upadku Lehman Brothers), może cztery (jeśli liczyć od pęknięcia bańki na amerykańskim rynku nieruchomości). Czasami ciężko mi w to uwierzyć, ale wydaje się, jakby istniał już tylko kryzys. Kryzys, zaburzenia, turbulencje, spowolnienia i litania monstrualnych problemów. Istotna część mojego dorosłego życia przypada na tenże kryzys i, choć osobiście go nie odczułem (pomijając pieniądze, które w 2008 wyparowały z giełdy, zanim się zorientowałem, że to jednak nie jest "korekta"), ciężko niektórych rzeczy nie zauważać. W świecie, w którym żyje się od jednej sprzedaży rządowych obligacji do drugiej i od jednej publikacji danych statystycznych do kolejnej, w którym tysiące osób nerwowo wpatruje się w wykresy z Bloomberga, trudno o optymizm. Wszystkie osobom, które zażyczyły sobie życia w ciekawych czasach, chciałbym przy tym zapytać, czy są już zadowolone. 

Nie mam ambicji pisać wszechogarniających, kompleksowych esejów, do których dołączone byłyby przewidywania, rekomendacje dla polityków i takie tabelki, w których uwielbiają się zaczytywać ludzie uzależnieni od danych. Nie chcę też bawić się w Kasandrę, ta rola zarezerwowana jest dla Krzysztofa Rybińskiego i gości z ZeroHedge. Nie, żebym nie był pełen obaw. Wręcz przeciwnie, jestem kłębkiem nerwów. Paradoksalnie pomaga świadomość, że osoby w mojej sytuacji tracą raczej możliwości niż konkretny majątek. Ponadto, opinię pesymisty i panikarza mam w tylu miejscach, że tu nie będę dokładał kolejnej cegiełki do tego wizerunku. Nie napiszę więc o spirali zacieśniania fiskalnego i implozji zachodnioeuropejskiego systemu bankowego[1]. Zamiast tego, będąc uzależnionym od danych statystycznych cyfrojebkiem, ściągnąłem sobie trochę podstawowych danych i namalowałem kilka niezbyt wesołych wykresów obrazujących, jak wolno nasz region wygrzebuje się z kryzysu.

Wszystkie wykresy zrobiono na jedno kopyto - pokazują ewolucję realnego PKB lub zatrudnienia (w tysiącach osób) od początku 2008 r. do drugiego lub trzeciego kwartału bieżącego (2011) roku. Wartość w pierwszym kwartale 2008 to za każdym razem 100, więc ładnie widać, jak głęboko ktoś spadł w porównaniu do złotych czasów sprzed kryzysu. Na początek nasze bezpośrednie sąsiedztwo. W oczy od razu rzuca się to, że jeden kraj miał sporo szczęścia (w kategoriach PKB)[2].

PKB w V4

W zatrudnieniu widać zasadniczo tę samą historię. Nawiasem mówiąc, w omawianym okresie w Polsce wzrosła zarówno liczba bezrobotnych, jak i liczba zatrudnionych. 

Z Europy Środkowej przenosimy się na peryferia eurozony, które teraz pewnie zamieniłyby rekordową uwagę świata na własne waluty. Na początek PKB, potem zatrudnienie. 

 PKB na peryferiach strefy euro

Zatrudnienie na peryferiach strefy euro

Brak Grecji na pierwszym wykresie nie jest przypadkiem - skandal z fałszowaniem statystyk  mocno przetrzebił bazy Eurostatu. Co do reszty - tak właśnie wygląda stagnacja poprzedzona recesją. Tak też wyglądają zgruchotane rynki pracy (bezrobocie w Hiszpanii jakiś czas temu przebiło 20%). Czy dno zostało już osiągnięte? 

Tymczasem, duże państwa UE radzą sobie trochę lepiej, ale też bez rewelacji (a tu analogiczny rysunek dla zatrudnienia). Sprawdzić czy nie Niemcy. 

PKB w rdzeniu strefy euro

I na zakończenie, tragedia jeszcze większa niż peryferia strefy euro, czyli państwa bałtyckie. Ponownie, najpierw PKB, potem zatrudnienie. 

PKB w krajach bałtyckich

PKB w krajach bałtyckich

Powiedzmy sobie jedną rzecz od razu: skala recesji w państwach bałtyckich jest zatrważająca. To jest coś, czego Zachód nie widział od dekad i dla czego ciężko nawet w polskich doświadczeniach znaleźć odpowiednik[3]. Kraje bałtyckie są przy tym źródłem bardzo prostej, ale ważnej lekcji. Jeśli ktoś wskazuje na Łotwę czy Litwę i chwali wysokie tempo wzrostu gospodarczego dziś, nie należy mu wierzyć. Kilkuprocentowe wzrosty dziś są warte jeszcze mniej niż kilkunastoprocentowe spadki wczoraj, co wynika z tego prostego faktu, że zmniejszenie czegoś o x% i zwiększenie o x% nie daje wyjściowej wartości, tylko coś mniejszego. Co więcej, im niżej spadasz, tym trudniej wrócić na wyjściowy poziom. Na cyferkach - jeśli ktoś straci 50% swojego majątku, a następnie zwiększy to, z czym zostanie, o 50%, dostanie 75% tego, co miał na początku. 

Bajzel, w którym dzisiaj jesteśmy, polega m.in. na tym, że na rachityczny wzrost gospodarczy nałożyły się problemy z obsługą zadłużenia (które z kolei całkiem skutecznie zatruwają system bankowy). By zrozumieć, dlaczego z tej mąki może nie być chleba, warto rozważyć, jakie warunki muszą zajść, żeby kraj spłacał zadłużenie, mierzone stosunkiem długu do PKB. Otóż, saldo budżetu musi przewyższać koszty obsługi zadłużenia. Daje się to zapisać w formie równania (i jest to jedyne równanie, jakie zobaczycie w tej notce).

Symbole oznaczają kolejno: zmianę zadłużenia w relacji do PKB, nominalne oprocentowanie długu, stopę inflacji, realne tempo wzrostu PKB, zadłużenie w relacji do PKB i nadwyżkę pierwotną budżetu (przychody minus wydatki bez kosztów obsługi zadłużenia).

Najłatwiej zrozumieć to na cyferkach. Jeśli Włosi mają 2% inflacji, -1% wzrostu PKB i dług oprocentowany na poziomie 6%, to ich budżet musi mieć 5% nadwyżki pierwotnej, jeśli dług ma być trzymany w ryzach. 5% to dużo zwłaszcza w czasach recesji[4]. Nie da się tego osiągnąć bez bolesnych cięć, które z kolei na pewno negatywnie wpłyną na wzrost gospodarczy, przynajmniej krótkoterminowo. Konsolidacja fiskalna może mieć więc skutki odwrotne do zamierzonych. A priori można więc wyobrazić sobie sytuację, w której cięcia budżetowe skutkują wzrostem poziomu zadłużenia, a nie spadkiem[5].

Ciekawe, jak obecne czasy będą nazywać potomni. 

[1] Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to strefa euro nie przetrwa w obecnym kształcie, z Grecją i Portugalią w szczególności. Nie, nie gram na rozpad strefy euro, bo nie mam czym. Założyłem się z kolegą o flaszkę dobrej wódki (czytaj: nie Starogardzkiej), to jedyne, co mogę ugrać na takiej apokalipsie. 

[2] Konwencjonalna opowieść o tym, dlaczego uniknęliśmy recesji, jest zasadniczo prawdziwa. Relatywnie małe uzależnienie od handlu zagranicznego, płynny kurs walutowy, antycykliczna polityka fiskalna. 

[3] Ciężko oszacować głębokość recesji, w którą weszliśmy w 1989. EBOIR podaje wartości rzędu 10% i tego będę się trzymał. Spowolnienie z przełomu wieków jest dużo lepiej opisane. Wówczas wprawdzie spadku PKB nie było, ale w latach 1999-2003 straciliśmy 1,5 miliona miejsc pracy. Czyli 10%. Dziesięć procent. Na Łotwie bieżąca recesja "zjadła" 20% miejsc pracy. Pomedytujmy wspólnie nad tymi liczbami. 

[4] Z drugiej strony, rozważmy pewien środkowoeuropejski kraj, który ma trochę więcej szczęścia. Polska ma 3,5% inflacji, 4% realnego wzrostu, oprocentowanie długu na poziomie 6% i może sobie pozwolić nawet na konkretny deficyt budżetowy (upraszczając). 

[5] Nietrudno zrozumieć, dlaczego drugim ulubionym (zaraz po szaleństwach Republikanów) tematem Paula Krugmana jest austerity, czyli zaciskanie pasa. 

poniedziałek, 31 października 2011

No więc zaczęło się od tego, że kolega na fejsie w akcie protestu przeciw wzrostom cen paliw wymyślił jeszcze jedną akcję bojkotu stacji benzynowych, coby pokazać tym wszystkim urzędasom i krwiopijcom z Orlenu, BP i PO, że Transport jest Krwiobiegiem Gospodarki. Takie łańcuszki pojawiają się zresztą w Internecie przynajmniej raz w roku, nie tylko w jego polskojęzycznej części, i nic z nich nie wynika (jak zwykle). Niniejsza notka jest obszernym rozwinięciem kilkuakapitowego komentarza skreślonego na potrzeby tamtej dyskusji, który nie powinien był się zmarnować. Bojkoty stacji benzynowych i podobne akcje uważam za kiepski pomysł, opierający się na nietrafnych założeniach, niezrozumieniu idei akcyzy i bałamutnej tezie, jakoby kierowcom wszystko było wolno, bo Transport Jest Krwiobiegiem Gospodarki. 

Zanim przejdziemy do nadzienia, małe interludium. Ażeby bojkot (lub jakaś podobna akcja) miał sens, kilka warunków musi być spełnionych. Trzeba zebrać odpowiednią liczbę uczestników. Bojkot musi mieć zauważalny wpływ na przychody stacji benzynowych, koncernów paliwowych czy też państwa. Państwo musi zechcieć obniżyć akcyzę. Obniżka akcyzy powinna zbić ceny paliw na stacjach benzynowych. Przejście do każdego z tych kroków jest nieoczywiste.

Ów mój kolega twierdził, że sytuacja rewolucyjna przy dystrybutorach dojrzała już do tego, żeby ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. Ceny paliwa, rozumiecie, idą w górę (o, tu mam wykres) i są już na poziomie europejskim, podczas gdy zarobkom do tego daleko. W związku z tym należy zaprotestować, forma protestu - powstrzymanie się od tankowania w wybranym dniu każdego miesiąca. Jeśli wystarczająco dużo osób zechce wziąć udział w akcji, stacje benzynowe będą mieć problemy. To zaś automagicznie zmotywuje rząd do obniżenia akcyzy i w ten sposób wszystkim nam będzie lżej. 

#prześladowaniekierowców, part deux

Po pierwsze, są dobra, których ceny nie są proporcjonalne do pensji. Jest ich całe mnóstwo, więc wymienię tylko kilka: książki, płyty, samochody, komputery, bilety lotnicze, złoto. Należy do nich również ropa naftowa, na którą się zawiera kontrakty na międzynarodowych giełdach (a tam nie dają upustów ze względu na wysokość pensji). To, że paliwo jest tak drogie w stosunku do naszych zarobków, nie wynika z tego, że za dużo kosztuje, tylko z tego, że my za mało zarabiamy. Po prostu. Nie jesteśmy Iranem albo inną Wenezuelą, żeby mieć tanie paliwo z własnych źródeł, do którego państwo by nam dopłacało (co nie oznacza, że podobnych, choć bardziej subtelnych rzeczy nie robią kraje wysoko rozwinięte - robią). Czy ktoś domaga się dopłat do samochodów, bo ich ceny są na europejskim poziomie? Serio? A do iPodów też? 

Po drugie, ropa jest droga. Mam w innym okienku otwarty plik z podstawowymi indeksami cen surowców, który ściągnąłem sobie ze stron MFW (wy też możecie), więc mogę zaprezentować w zarysie historię zmian cen ropy. Wygląda to tak, że ropa systematycznie taniała przez cale lata 80-te, włącznie z tąpnięciem, które dorżnęło Związek Radziecki. W latach 90-tych ceny były stabilne i dopiero w 2003 ropa poszła w górę. Szła w górę coraz szybciej i latem 2008 r. miała nawet wylecieć w kosmos, ale bańka na rynkach surowcowych pękła i przez moment świat cieszył się z ropy w cenach sprzed paru lat. A potem znów zaczęło rosnąć. Nie mam ochoty, ani kompetencji, żeby rozłożyć ten wzrost na czynniki pierwsze. Ale też nie muszę. Dla nas nie ma znaczenia, czy za wysokie ceny trzeba winić wojny i rewolucje na Bliskim Wschodzie, Chińczyków, terrorystów, fundamentalne ograniczenia podażowe czy spekulantów. To bez znaczenia, i tak jesteśmy biorcami cen. Chcę jeszcze tylko zwrócić uwagę, że ropa nie jest denominowana w złotówkach, więc na zmiany cen ropy nakładają się zmiany kursu dolara. Przez pewien czas ładnie amortyzowały one nam wahania cen ropy. Teraz tej poduszki zabrakło, uważny czytelnik zobaczy na tym wykresie, że laba skończyła się na przełomie 2009 i 2010. Od tego czasu kurs dolara jest praktycznie stały, a ropa drożeje... 

Co więcej, ropa prawdopodobnie będzie droga, bo zaczyna się kończyć, a już na pewno wyczerpują się zasoby taniej i łatwo dostępnej ropy. Po raz kolejny uniknę wchodzenia w niepotrzebne szczegóły i powiem, że kwestia peak oil jest całkowicie drugorzędna dla tego rozumowania. Ropy jest skończona ilość i w pewnym momencie będzie surowcem na tyle rzadkim, że nie będzie się go opłacało wydobywać nawet na krem dla rąbniętych miliarderów. Nie, żebym jakoś szczególnie nie lubił ropy naftowej. Nie zrozumcie mnie źle, to jest piękny surowiec, ale robimy z niego po prostu zbyt wiele fajnych i użytecznych rzeczy (np. farmaceutyki), żeby tak zwyczajnie i bez sensu go spalać.

Po trzecie, udział podatków w cenie paliwa jest w PL na poziomie europejskim. Po co w ogóle obciążać paliwo podatkami, ktoś mógłby zapytać, więc od razu mówię. Paliwo jest obciążone akcyzą z dokładnie tego samego powodu, dla którego akcyzę nakłada się na papierosy i alkohol. To wszystko są rzeczy, które robią nam dobrze, ale ich użycie wiąże się z masą negatywnych konsekwencji i w interesie społecznym leży zbicie popytu przez dodanie narzutu na ich ceny. Od alkoholu ludzie umierają (nie wspominając o morzu innych tragedii, które co roku można przypisać alkoholowi) i rodzą się niechciane dzieci. Papierosy powołują raka płuc i inne schorzenia. Spalanie benzyny jest głośne i wiąże się z uwalnianiem całej masy świństw do atmosfery, na czele z dwutlenkiem węgla (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam pomysłodawców akcji Stop Akcyzie). Mam nadzieję, że widać pewien wzorzec? 

Bojkot na bezdrożach logiki

Przez moment załóżmy, że sprawa, o którą chcemy walczyć, jest sprawą, o którą warto walczyć. Jak wcześniej zauważono, żeby proponowana przez mojego kolegę akcja odniosła sukces, musi w sposób istotny wpłynąć na sytuację ekonomiczną stacji benzynowych. Krótko mówiąc, akcja musi mieć wystarczająco dużo zdeterminowanych uczestników. Akcje internetowe oszałamiają zarówno tym, jak i skalą produkcji tekstu pisanego, ale jakże często są kompletnie jałowe. Pomnikiem potęgi Internetu w Polsce na długie lata pozostanie protest przeciw podwyżce VATu, jaki zorganizowali ludzie z Wykopu. Litość, trwoga, płacz i zgrzytanie zębów. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, koszt krańcowy podpisania petycji jest przyzerowy, koszt krańcowy wyjścia na ulicę lub sięgnięcia po portfel - zdecydowanie niezerowy, chyba że ktoś kompletnie nie potrafi wyceniać swojego czasu. 

Gdybym był niepoprawnym optymistą, zaryzykowałbym stwierdzenie, że planem minimum dla jakiejkolwiek Akcji pod Dystrybutorem powinno być zebranie takiej liczby uczestników, że konsekwencje ich decyzji o nietankowaniu nie zginą w ogólnym szumie informacyjnym. Wiecie, wielkość sprzedaży na jednej stacji benzynowej lub w ramach jednej sieci zapewne zmienia się z dnia na dzień o kilkanaście, może kilkadziesiąt procent. Ludzie pewnie mniej tankują w święta i w weekendy, a więcej w dni powszednie. Kiedy jest dobra pogoda, obroty rosną, a w grę ani chybi wchodzą jeszcze bardziej subtelne efekty, o których nie mam pojęcia. Trzeba się wybić ponad ten szum. Ilu uczestników to wymaga, miliona? Dwóch milionów? Tyle tylko, że jest jeszcze gorzej. Akcja, którą zaproponował mój kolega, polega na przesunięciu zakupu paliwa w czasie, a nie na ich ograniczaniu, więc raczej nie uszczupli portfeli właścicieli stacji. Pod tym względem lepszy jest bojkot jednej sieci, tu przynajmniej jest szansa uderzenie kogoś po kieszeni. 

Załóżmy jednak, że stacje benzynowe faktycznie odczują gniew setek tysięcy kierowców. Że rozproszona inteligencja tysięcy stacji benzynowych poskłada do kupy wszystkie fakty i zrozumie, dlaczego traci pieniądze. Dlaczego miałoby to wpłynąć na ministra finansów? Nikt w rządzie nie ma gorącej linii z pięcioma czy dziesięcioma tysiącami stacji benzynowych. Wbrew wyobrażeniom, które niektórzy wydają się pielęgnować, rząd (a zwłaszcza rząd Polski) nie jest wszechmocny i wszechwiedzący. Nie jest też tak, że przedsiębiorcy z natury rzeczy są płaczliwi i w odpowiedzi na spadek sprzedaży biegną z płaczem do ministra finansów z prośbą o obniżenie podatków. Przynajmniej nie tych, które można przerzucić na konsumentów. 

Niech jednak będzie - załóżmy, że istnieje bezpośrednia linia telefoniczna z biurka dyrektora sieci stacji Bliska na biurko Ministra Finansów. Pozostaje nam pytanie, czy i w jakim stopniu zmiana akcyzy przełoży się na zmianę cen detalicznych paliwa. Wbrew pozorom, sprawa jest nietrywialna, bo wymaga określenia, na ile przedsiębiorcy są w stanie przerzucić wzrost / spadek akcyzy na konsumenta. A priori można wyobrazić sobie sytuację, gdy popyt na paliwo jest na tyle elastyczny, że przedsiębiorcom bardziej opłaca się zacisnąć zęby i nie podnosić cen niż ryzykować utratę klientów. Może więc być tak, że cena się nie zmieni, a różnicę w cenach zainkasują właściciele stacji benzynowych. Jak jest w rzeczywistości? W 2000 r., w odpowiedzi na wzrost cen ropy, w stanach Illinois i Indiana na kilka miesięcy całkowicie zniesiono akcyzę na benzynę, a potem ją przywrócono. Kilka lat później w Journal of Public Economics pojawiło się badanie efektów tych zmian. Wyniki? Obniżka podatku o 5% to spadek cen na stacjach benzynowych o 3%, przywrócenie oryginalnej stawki to wzrost cen o 4%. Ogólnie rzecz biorąc, przynajmniej 2/3 zmiany podatku od benzyny można przerzucić na konsumenta. Ufff... przynajmniej tutaj są jakieś szanse na sukces. 

Tyle w krótkim okresie. Wyłania się z tego następująca wizja polityki podatkowej: kiedy ropa idzie w górę, zmniejszamy akcyzę; kiedy ropa idzie w dół, przywracamy pierwotne stawki. Konsekwencja i elastyczność w ruszaniu suwakiem od akcyzy powinny w długim okresie zapewnić stabilizację cen. Wyważamy jednak otwarte drzwi, bo podobnych posunięć próbowano w ostatnich latach w kilku krajach, m.in. we Włoszech i we Francji. Niestety, taki elastyczny system opodatkowania nigdy nie zdał egzaminu, bo nie przyniósł stabilizacji cen paliw, a znacząco obniżył dochody budżetowe. Zwracam uwagę, że obniżenie dochodów budżetu jest w chwili obecnej ostatnią rzeczą, której w PL potrzebujemy. W sensie, po to podwyższono VAT w celu wyciągnięcia nam pięciu miliardów z kieszeni, żeby to teraz oddać przez obniżkę akcyzy na paliwo. Serio? Na paliwo? Nie lepiej na autostrady? Oh, wait

Bodziec was wyzwoli

Najpoważniejszy zarzut, jaki jednak można wytoczyć przeciw akcjom tego rodzaju jest taki, że są one całkowicie zbędne. My, ekonomiści (to nie ja) i ludzie, których inni uważają za ekonomistów (to ja), lubimy od czasu do czasu podkreślać, że ludzie reagują na bodźce. Bojkot bojkotem, akcje akcjami, ale wysokie ceny paliwa powinny wpływać na zachowania konsumentów i przedsiębiorców. Może nie w krótkim okresie, bo jednak jeździć trzeba, ale dłuższej perspektywie - jak najbardziej. Mniejsze i oszczędniejsze samochody, upowszechnianie oszczędnego stylu jazdy, zmiany przyzwyczajeń, alternatywne źródła energii, alternatywne środki transportu, carpooling, przeprowadzka w miejsce, gdzie zależność od samochodu jest mniejsza. 

Wobec tego wszystkiego, rozmaite Akcje pod Dystrybutorem, organizowanie bojkotów w Internecie, pisanie listów do sułtana lub wręcz domaganie się specjalnego traktowania, sprawiają wrażenie dziecinady. To ostentacyjne robienie fochów, które niczego realnie nie zmienią, ale sprawią, że poczujemy się lepiej. Bo coś zrobiliśmy. Bo inni zobaczyli, że coś zrobiliśmy. To jest jednak łatwe rozwiązanie. Zdjęcie nogi z gazu czy wyciągnięcie roweru z garażu, żeby dla odmiany tak pojechać po bułki, bywa dla niektórych trudniejsze. Akcja pod Dystrybutorem jest też bałamutna bo odwraca uwagę od właściwego źródła problemów (podpowiem, to nie rząd) i rozwiązań (poprzedni akapit).

PS. Po napisaniu tego tekstu uświadomiłem sobie, że w tej wyliczance zgubiłem jedno ważne ogniwo - handel hurtowy paliwem. Kwestia struktury i patologii rynku hurtowego jest zresztą zbieżna z wnioskami z cytowanego włoskiego badania (zamiast ruszania akcyzą, rozbijać trusty i demonopolizować). W jakimś sensie jeszcze bardziej pogarsza szanse powodzenia wszystkich inicjatyw, o których tu piszę. Zawsze to kolejny level do przejścia. Stawia je też w gorszym świetle, bo jaka to przyjemność i zasługa, bić po kieszeni Pana Ziutka, którego Orlen i tak regularnie wyżyma z pieniędzy jak gąbkę. Ewidentnie nie jestem ekspertem od rynku paliwowego. W sumie, to chyba nie znam się na żadnym rynku. 

środa, 19 stycznia 2011

O związkach pomiędzy urbanistyką i polityką transportową, a środowiskiem naturalnym można rozprawiać godzinami. Jak o wszystkim zresztą, co sprawia, że pierwsze zdanie tej notki nie jest zbyt odkrywcze. Czasem jednak jeden wykres służy za tysiąc słów. Z pozdrowieniami dla Łukasza Warzechy przedstawiamy zależność pomiędzy gęstością zaludnienia w kilkudziesięciu miastach, a zużyciem energii w transporcie per capita. Zależność jest hiperboliczna.

Zużycie energii a urban sprawl

Źródło: OECD Environmental Outlook to 2030

czwartek, 04 listopada 2010

Łukasz Warzecha, redaktor prestiżowego dziennika „Fakt”, popełnił niedawno na swoim blogu kolejną notkę z cyklu "Socjalistyczne władze Warszawy prześladują kierowców", tym razem oskarżając dodatkowo redakcję GW o współudział w tym cichym holokauście (bo szczuje jednych ludzi na drugich, a wrogiem jest miasto, które nie buduje darmowych parkingów). This is wrong on so many levels, ale być może najśmieszniejsze jest to, że Warzecha otwarcie przyznaje, że nie stać go na parkowanie w Złotych Tarasach. Co kosztuje, bagatela, 4 zł 50 gr za godzinę. Lament Warzechy obśmiał już zresztą Wojciech Orliński i pewnych kwestii nie ma sensu powtarzać. Warto jednak zwrócić uwagę na schematy myślowe, które spotyka się również poza pojemną głową redaktora prestiżowego dziennika. Schematy, które w istocie rzeczy dyktują kształt polityki transportowej naszych miast i które sprawiają, ze wiele z nich wygląda tak, jak wygląda. Czyli jak, nie przymierzając, Óć. Czyli smutno jak cholera.

Ukryte koszty szrotwagenów

Istnieje popularny mem, że transport indywidualny, w przeciwieństwie do transportu publicznego, nie jest dotowany, utrzymuje się sam i generalnie jest życiodajnym krwiobiegiem gospodarki, z którego wysysa się grubą kasę na zdezelowane autobusy i antyczne tramwaje. Że jest krwiobiegiem gospodarki, nie można się nie zgodzić, ale w miastach przypomina raczej krwotok. Poza tym, wszystko źle i na odwrót. Jedyna różnica pomiędzy transportem zbiorowym a indywidualnym wynika z alokacji środków publicznych.

Samochody w znakomitej większości przypadków nie jeżdżą po łąkach i lasach. Samochody potrzebują infrastruktury, a jej budowa i utrzymanie jest kosztowne. Spróbujmy choćby zgrubnie oszacować, ile wydaje się w Polsce na rozbudowę i utrzymanie infrastruktury drogowej. Sam budżet, którym dysponuje GDDKiA, to jakieś 25-30 mld zł rocznie. GDDKiA zajmuje się jednak tylko jedną kategorią dróg, drogami krajowymi, która to kategoria obejmuje, co prawda najkosztowniejszy ich rodzaj, czyli autostrady i drogi ekspresowe, ale wciąż stanowi jedną dwudziestą wszystkich istniejących dróg w Polsce. Te z kolei są finansowane z budżetów jednostek samorządu terytorialnego i tam należy szukać równie potężnego strumienia środków finansowych topionych (dosłownie!) w asfalcie. Zgodnie z danymi GUS, wydatki gmin i miast na drogi publiczne wyniosły w 2009 r. 12 mld zł. Województwa do tej puli dokładają 11 mld zł, powiaty zaś - ok. 7 mld zł. Łącznie więc na budowę i utrzymanie dróg publicznych wydano w 2009 r. jakieś 55-60 mld zł. To 4-4,5% PKB i ponad 1300 zł w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Czy to dużo? Nie sądzę, to dość standardowa proporcja dla kraju na dorobku, w którym jeszcze niedawno liczba użytkowanych samochodów ulegała podwojeniu co 10 lat.

A przecież nawet nie poruszyłem negatywnych kosztów zewnętrznych transportu samochodowego, które przeciętny posiadacz dumnego szrotwagena ma w głębokim poważaniu (i, zasadniczo rzecz biorąc, wszyscy je mamy, taka jest uroda kosztów zewnętrznych). Wyliczmy je: hałas, kongestia, zanieczyszczenie powietrza, emisje gazów cieplarnianych, degradacja przestrzeni publicznej. W znakomitej większości nie wyrażają się one w twardej walucie, rozkładają się dość równomiernie, obciążając po cichu wszystkich dookoła. Za każdym razem, gdy przedstawiciel klasy średniej wytacza swój samochód i udaje się w samotną podróż do biura, dołączając do setek podobnych sobie, generuje pewien koszt dla społeczeństwa. Jego prywatny koszt krańcowy jest efektywnie równy zeru powiększonemu o osobogodziny stracone przez niego w korkach. Koszt społeczny wpada do czarnej skrzynki, z której wychodzą np. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, budowa dodatkowej infrastruktury, osobogodziny stracone przez towarzyszy niedoli. Wszystko liczone w grubych miliardach.

Tyle po stronie wydatków, z których przeciętny obywatel w dużej mierze nie zdaje sobie nawet sprawy. Po stronie dochodów samochodziarz postawi opłatę paliwową, akcyzę i VAT od samochodów, z czego może nawet da się sfinansować budowę i utrzymanie wszystkich publicznych dróg w Polsce. Dlaczego jednak pieniądze z podatków uniwersalnych miałyby iść tylko na ten konkretny cel, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. VAT od ubrań nie jest przeznaczany na budowę sieci publicznych pralni, a akcyza od alkoholu nie trafia do kieszeni producentów alkoholu. W imię jakich racji samochód i jego właściciel mieliby mieć specjalne względy? Dlaczego ze wszystkich grup społecznych ta jedna ma mieć przywilej płacenia podatków celowych? Stąd już tylko krok do przekonania, że skoro kierowcy płacą takie podatki i nie wynika z tego nic, bo „ciągle tylko kopią”, „autostrady się buduje 5 razy drożej niż w Niemczech”, a „jeszcze ktoś każe płacić za parkowanie, które się NALEŻY”, to efektywniej byłoby nie płacić tych podatków i po prostu robić zrzutkę po 2000 zł rocznie dla kapitalisty, który zrobi wszystko tak, jak trzeba. Nie i amen.

Co się należy i dlaczego nie parking

Rzekło się, 60 mld zł rocznie to sporo, ale hej, infrastruktura drogowa jest przecież dobrem publicznym i, jako taka, powinna być finansowana z podatków nas wszystkich. Teoria dóbr publicznych jest w ekonomii mocno ugruntowana, uczy się o niej większość studentów pierwszego roku studiów ekonomicznych, a jednak ignorowanie jej implikacji jest powszechne. Dla czytelnika, który czuje, że powinien poguglać, krótkie wyjaśnienie. Dobro publiczne ma dwie fundamentalne cechy: (1) jest nierywalizowalne, co oznacza, że ich konsumpcja przez każdą kolejną osobę nie wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów; (2) jest niewykluczalne, co oznacza, że nie można pozbawić nikogo możliwości korzystania z niego. I tak oto dochodzimy do wyjaśnienia, dlaczego nieprawdą jest, jakoby miejsce parkingowe w centrum komukolwiek się należało.

Otóż parking nie jest dobrem publicznym. Parking nie spełnia żadnej z wymienionych wyżej cech. Pojawienie się każdego kolejnego amatora miejsc parkingowych zmniejsza ich dostępność, odpada nam więc nierywalizowalność. Pozbawienie kogoś możliwości korzystania z parkingu jest dziecinnie proste - wystarczy go otoczyć płotem, barierkami lub słupkami i ewentualnie postawić szlaban przy wjeździe. Krótko mówiąc, miejsce do parkowania jest dobrem, którego cena może (i powinna) być ustalana przez mechanizm rynkowy. Jeśli komuś się zdaje, że to nieludzkie i podpada pod #prześladowaniekierowców, to niech sobie przypomni, że państwo nie zapewniło mu darmowego paliwa i przeglądów samochodu, a miejsce parkingowe na strzeżonym osiedlu kosztowało go 30 tys. zł.

Parking kosztuje, i to kosztuje słono, bo przecież trzeba wykopać dziurę w ziemi, zrobić ze dwie kondygnacje w dół i uporządkować powierzchnię, ew. znaleźć pustostan i przerobić na parking wielopoziomowy udający kamienicę. Kilka milionów złotych, jak nic. A przecież kosztorys takiej inwestycji nie obejmuje kosztów alternatywnych związanych z tym, że kawałek ekstremalnie drogiej ziemi w centrum zajmowany jest przez kilkaset ton nisko produktywnej blachy. Przypomnijmy, Łukasz Warzecha (i wielki chór wujów) chciałby to mieć za darmo albo półdarmo. Nie ma darmowych obiadów, a gdy parking jest darmowy, to koszty tkwią gdzieś indziej. Kiedy więc Łukasz Warzecha domaga się taniego parkowania w centrum dwumilionowego miasta, w formie usługi komunalnej, w istocie rzeczy domaga się ogromnego subsydium od państwa do swojego samochodu. Tyle tylko, że Łukasz Warzecha nie jest kimś, kto z reguły popierałby interwencję państwa w gospodarkę. Odbieraniu tego rodzaju przywilejów sprzeciwiają się też na ogół ludzie, którzy w każdym innym kontekście byliby ortodoksyjnie libertariańscy.

A priori można twierdzić, że jest to interwencja uzasadniona. Transport jako taki ma swoje korzyści zewnętrzne, które można w pewnym uproszczeniu nazwać efektami sieciowymi. Te jednak są bardziej związane z infrastrukturą i, niespodzianka, budową sieci. Nie mają nic wspólnego z indywidualnymi decyzjami tysięcy Kowalskich, patrzących ze stymulowaną przez klimatyzację dumą na tych frajerów, którzy się tłoczą w tramwajach. W znakomitej większości przypadków, nikt przecież nie ma zysku krańcowego z takiego wyboru. Jest nawet gorzej, bo przecież są ludzie, którzy muszą i którzy są ucieleśnieniem korzyści z transportu: dostawcy, kurierzy, przewoźnicy i, w ogólności, wszyscy ci, którzy przewożą coś więcej niż teczkę (i torebkę żony). Krótko mówiąc, koszty dominują.

Człowiek z blachy

No, ale czego mamy oczekiwać w sytuacji, gdy domyślnym sposobem parkowania jest często postawienie samochodu gdziekolwiek, w poprzek wyznaczonych miejsc, na chodniku, trawniku, schodach, pod drzewkiem i na otwartej przestrzeni. Czego oczekiwać w sytuacji, gdy złe wzorce utrwala się złym planowaniem i jeszcze gorszym wykonaniem remontów i modernizacji ulic (przykład z Warszawy to ul. Mokotowska). Jest sobie takie Radomsko, pięćdziesięciotysięczna mieścina w woj. łódzkim, generalnie smutne miejsce. Przy jednej z głównych ulic, w samym centrum miasta, z dawien dawna jest chodnik z asfaltu. Krawężnik, o ile kiedykolwiek istniał, dawno już erodował, starł się na proch i zginął bezgłośnie pod asfaltem wylewającym się z chodnika i z jezdni. Zaraz… jakiego chodnika? Granica między chodnikiem a jezdnią w takim miejscu najwyraźniej jest kwestią umowy społecznej, którą w dodatku mają zawierać nierówne sobie strony. Wygrywa oczywiście facet w SUVie, który – jako jedyny – musi.

Samochód jest wspaniałym wynalazkiem, ale to tylko narzędzie, którym racjonalny człowiek posługuje się, stosownie do przeprowadzonej kalkulacji zysków i strat. Łatwo zgadnąć, co się dzieje w sytuacji, gdy koszty są pomniejszane w sposób dramatyczny, a zyskom przypisuje się nadnaturalny wymiar. To ostatnie formułuje się na ogół w formie sylogizmu:

  1. Samochód ucieleśnia wolność;
  2. Wolności nie da się wycenić;
  3. Wolność ma nieskończoną wartość;
  4. Samochód ma nieskończoną wartość.

Tymczasem, nic tu nie jest oczywiste. W szczególności, samochód nie jest ucieleśnieniem wolności w większym stopniu niż lodówka, wiertarka czy inna kałapućka. Jest za to cudownym narzędziem dominacji silnych nad słabymi, którą to dominację można chcieć (i będzie to, powiedzmy to sobie otwartym tekstem, decyzja polityczna) ukrócać za pomocą całej baterii dostępnych władzy państwowej i samorządom instrumentów, które zwykło się nazywać szykanami dla kierowców. I dopóki Warzecha nie zrozumie, że zmuszenie go do internalizacji generowanych przez niego kosztów zewnętrznych jest jedyną racjonalną drogą, jeżeli mamy żyć w miastach, będzie prześladowany. Bo #prześladowaniekierowców jest stanem umysłu, a nie cechą wspólnej rzeczywistości.

piątek, 11 czerwca 2010

Jest sobie taki in-joke w mojej fabryce, który polega na tym, że do znanych powszechnie faktów dodaje się formułkę "w moim ujęciu". Zaczęło się od prof. Gomułki z Londynu, który w jakiejś wypolerowanej monografii poświęconej wzrostowi gospodarczemu wprowadził "fakty stylizowane w moim ujęciu", przeciwstawiane faktom stylizowanym w ogólności, czyli pewnemu bardzo ogólnemu podsumowaniu naszej wiedzy na temat zjawiska. Użycie frazy "w moim ujęciu" ma sugerować, że żartowniś zaraz celowo palnie jakąś bzdurę, zacznie ironizować, etc.

Nic to. Dzisiaj wpadł mi w ręce skierowany do słuchaczy studiów doktoranckich skrypt z historii myśli ekonomicznej (niestety nie ma go w Internecie, więc nie podlinkuję). Zacny jest to materiał i można z niego brać pełnym garściami, dopóki nie człowiek nie dojrzeje do refleksji, że to jednak trochę smutne, jeśli stek bzdur tego kalibru jest wykorzystywany w nauczaniu doktorantów. I nie, nie odbywa się to w, nie przymierzając, Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu (gdyby ta miała prawo nadawania stopnia doktora nauk ekonomicznych...). Ja jednak pominę hermetyczne dowcipy, mało kogo będą śmieszyć tragicznie pomylone interpretacje teorii dochodu permanentnego albo modelu Solowa (temu poświęcę osobną notkę, jeśli ów materiał znów wpadnie mi w ręce), i skupię się na punkcie, w którym autor skryptu (prof. zw. dr hab. n. ekon. Ryszard Bartkowiak) wykracza poza zakres swoich nominalnych kompetencji (trzeba uczciwie zauważyć, że zakres jego realnych kompetencji jest trudny do odróżnienia od zdegenerowanego). Oto więc schematy zatytułowany "Przebieg efektu cieplarnianego", który można znaleźć wśród rozważań o przyszłości ekonomii:

Efekt cieplarniany w ujęciu ekonomisty

Zdjęcie jest niewyraźne, robione w warunkach polowych (skaner akurat zostawiłem w innej parze spodni), więc pokrótce opiszę, co tam jest. Wzrost temperatury powietrza powoduje topnienie lądolodu. Topnienie lądolodu ma z kolei dwojakie skutki. Po pierwsze, powoduje zalewanie mangrowii, co z kolei prowadzi do spadku pochłaniania dwutlenku węgla i dalszego wzrostu temperatury powietrza. Z drugiej strony, topnienie lądolodu spadek zasolenia oceanów, co ma powodować ochłodzenie mórz i ochłodzenie powietrza. W tym ostatnim miejscu pojawia się, deus ex machina, mała epoka lodowcowa, która działa na rzecz ochładzania się powietrza. Summa summarum, na świntego Hieronima byndzie dysc, albo go ni ma. A w ogóle to, ciągnie autor, człowiek wpływa na klimat i rewolucja przemysłowa uratowała świat przed nową epoką lodowcową (wait, what?), chwalmy się gospodarkę. Potem jest jeszcze schemat pt. "Skutki ekonomiczne efektu cieplarnianego", ale nic szczególnie zabawnego tam nie ma, więc też nie będę się na ten temat rozwodził. Ot, jeszcze więcej bredzenia, ale z tym czytelnik rzeczonego skryptu raczej będzie zaznajomiony.

To jest gorsze niż astrologia giełdowa. To jest gorsze niż rozgniewany Paul Krugman odprawiający jakieś wudu nad grobiem Johna Maynarda Keynesa. To jest gorsze niż "Ekonomia niepodległości" Adama Glapińskiego. Zdaję sobie sprawę z tego, że jakość kadr na polskich uczelniach często jest żenująca i że, w konsekwencji, jakość studiów, nawet tych najwyższego stopnia, też nie odpowiada elementarnym standardom. Tak bywa, ale ja miałem sen. Śniło mi się, że dobrze opłacani nauczyciele akademiccy przekazują studentom wiedzę zgodną z aktualnymi ustaleniami nauki.

środa, 03 marca 2010

Większość czytelników z całą pewnością jest zaznajomiona z instytucją Znanego Ekonomisty. Jest to na ogół człowiek z tytułem naukowym w dziedzinie ekonomii, który regularnie pojawia się w mediach jako ekspert odpytywany z tej materii. Znany Ekonomista nie musi mieć osiągnięć w pracy stricte naukowej. Stanowisko może się z pracą naukową kłócić, ale nie te otwarte drzwi chciałem wyważyć. Dzisiejsza "Polityka" wbija szpilkę jednemu z tych znanych ekonomistów, robiąc to ze swadą i wywołując salwy śmiechu. No, przynajmniej u niektórych. Dla czytelnika zorientowanego tożsamość eksperta stanie się dość szybko oczywista.

Od kilku lat w polskich mediach pojawiają się eksperckie teksty znanych ekonomistów, ale do tytułu naukowego autora dodaje się nazwę jednej z kilku globalnych firm konsultingowych. Teksty są ciekawe, a merytoryczną wiedzą ich autorzy biją na głowę dziennikarzy. I można by się było tylko cieszyć, gdyby nie to logi. Dla czytelnika o wiarygodności eksperta świadczy jego tytuł naukowy i, ewentualnie, nazwa uczelni, w której prowadzi badania. Ale to nie publiczna uczelnia pojawia się w podpisie, tylko prywatny pracodawca. Intrygujące. - To eksperci akwizytorzy - stwierdza osoba z kręgów rządowych, która woli nie ujawniać swojego nazwiska.

- Rola partnera w firmie konsultingowej jest ściśle określona - uzasadnia swoją opinię mój rozmówca. - Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy sporo zapłacą za jej usługi, wiadomo, że doradztwo "wielkiej czwórki" słono kosztuje. Jeśli partner nie zdobywa klientów, przestaje być partnerem. Wielka aktywność kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. - Po serii publikacji Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. Wartość zlecenia wynosi kilka milionów złotych.

Znany ekonomista jest teraz współautorem wielu tekstów, domagających się od rządu radykalnych reform. - Zabiega o następne zlecenie? - złośliwie komentuje mój rozmówca.

Ów partner to Krzysztof Rybiński, okazjonalny bloger, dr hab. nauk ekonomicznych, swego czasu obiecujący ekonometryk (tak przynajmniej twierdziła jedna pani prof). Wspomnianą strategię rozwoju szkolnictwa wyższego można znaleźć w paru miejscach, ale przede wszystkim na stronie projektu. Nad samym raportem nie będę się rozwodził. W szczególności, nie będę się nad nim pastwił. Nie czas i nie miejsce na to, a ekstrakt z nieco wcześniejszego raportu, który stanowił część projektu, wyciągnął już wcześniej niezawodny Trystero (Eksponaty: A, B). Strategia została oficjalnie przedstawiony zatroskanej części społeczeństwa na początku lutego, diagnoza zaś - miesiąc wcześniej. Tymczasem, 19.10.2009 "Gazeta Wyborcza" wywiadem z prof. Edmundem Wnukiem-Lipińskim inauguruje debatę na temat stanu szkolnictwa wyższego. 21.10.2009 ukazuje się wywiad z bohaterem niniejszego wpisu. Miesiąc później Rybiński et al. publikują w Wyborczej artykuł o charakterze, hm, programowym. Jego tezy mocno współgrają z zapisami opracowanej później strategii. Czy w tym miejscu można krzyknąć "Mamy cię!"?

I już miałem w błyskotliwy sposób skomentować sprawę, kiedy przyszło otrzeźwienie. Takie rzeczy trzeba sprawdzać! Pierwsza wątpliwość jest taka, że od momentu ukazania się artykułu Rybińskiego i spółki do opublikowania strategii dla MNiSW upłynęło stanowczo zbyt mało czasu. Guglanie po archiwach ważniejszych gazet utwierdza mnie w tym przekonaniu - "seria publikacji" jest dokładnie tym, co opisałem w poprzednim akapicie. Oczywiście, ani nie przewaliłem się przez wszystkie pozycje na rynku prasowym, ani nie zrobiłem kwerendy w większości z nich. Trzy największe dzienniki i trzy tygodniki w zupełności wystarczą - w końcu rzeczona "seria publikacji" mogła się ukazać tylko w gazecie o odpowiednim prestiżu, nakładzie i impact factor. Zbyt wiele takich gazet w Polsce nie mamy. Co więcej, Rybiński w E&Y pracuje od roku z okładem, jak można sprawdzić w depeszach prasowych. Nie ma więc sensu szukać jego wcześniejszych (do połowy 2008 r.) artykułów poświęconych tej tematyce, bo skoro nie był pracownikiem E&Y, konflikt interesów nie mógł zaistnieć jeszcze. Chyba, że Krzysztof Rybiński ma długie macki, mniej więcej dwudziestometrowe.

Dlaczego twierdzę, że od listopada 2009 r. do lutego 2010 r. upłynęło zbyt mało czasu? Ano dlatego, że wielomilionowych zleceń z pieniędzy publicznych nie udziela się na uścisk ręki, tylko w wyniku skomplikowanej procedury przetargowej. Jak łatwo sprawdzić na stronach ministerstwa, przetarg o typowo rozbudowanej nazwie ("Wybór organizacyjnego i merytorycznego koordynatora procesu opracowywania projektów sektorowej strategii rozwoju szkolnictwa wyższego do roku 2020, ze szczególnym uwzględnieniem okresu do 2015 roku") ogłoszono 21.01.2009 r., o czym zaświadcza ogłoszenie o zamówieniu. Kiedy w głowach urzędników MNiSW zrodził się pomysł znalezienia kogoś do opracowania makulatury "do dalszych konsultacji", ciężko powiedzieć. Procedury trwają. Przetarg zapewne nie był przygotowany pod E&Y, bo stanęło do niego pięciu oferentów, w tym tacy specjaliści od ściemy, jak McKinsey. 3 lipca Ernst&Young wygrywa przetarg z bezpieczną, ale nie oszałamiającą przewagą. Doliczmy parę tygodni na podpisanie umowy, ale przed nastaniem jesieni ekspercki team pod kierownictwem rzeczonego Rybińskiego raczej nie zaczął na serio pracy. I w czasie, gdy prace nad diagnozą i strategią są już dość zaawansowane, "Wyborcza" rozpoczyna debatę. Psipadek?

Zreasumujmy więc. W ogólności, problem poruszany w artykule z "Polityki" zapewne istnieje. Prawdą jest, że osobie, która nie jest zaznajomiona z zawiłościami życia publicznego, nie jest łatwo odróżnić naukowca od opłacanego eksperta. Płynność tych granic jest też pewnie wykorzystywana przez różnych mocodawców próbujących rozegrać swoje interesy. Co więcej, rynek ekspertyz finansowanych z pieniędzy publicznych (czyli de facto z podatków sytych Europejczyków) jest rynkiem niemałym i całkiem lukratywnym. Powiedzmy sobie szczerze, aparat państwowy potrzebuje środków racjonalizujących prowadzoną politykę, a wewnętrzne zasoby eksperckie są generalnie małe. Jakie były prapoczątki ekspertyzy MNiSW, nie sposób powiedzieć. Być może jakiś Ernest lobbował intensywnie w fazie przygotowawczej, w co jednak szczerze wątpię. Co właściwie chciałem czytelnikom przekazać w tym tekście? Ano, wziąłem krótki fragment artykułu z - bądź co bądź - poważnego czasopisma i powiedziałem "Sprawdzam!".

22:35, asmoasmo , Econ
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 listopada 2009

Google zna prawdę o ekonomii

Dni mijają, a jakoś nie chce mi się ruszyć rozgrzebanych wpisów o jakości polskiej wiki na przykładzie generalnie skandalicznego artykułu o homeopatii (jeśli komuś nie chce się czytać, to mogę go streścić: "paradygmat materialistyczno-redukcjonistyczny, bla bla bla, fraktalna struktura rzeczywistości, hare Krishna, hare hare hare"), o statystycznym analfabetyzmie (feat. prof. Majewska & some random idiots) i różnych takich tam scepowskich i niescepowskich emo. Dlatego też, w ramach rozluźnienia, zapoznam niewprawionego Czytelnika z humorem ekonomistów. Największe znane mi repozytorium dowcipów o ekonomii i ekonomistów znajduje się tutaj i zawiera bodaj wszystkie klasyczne dowcipy, anegdoty, zabawne sentencje. Moja ulubiona leci tak:

A true story:

"I heard this from one of my professors. To protect him, no names will be revealed. This professor was about to get married. He went to the jewelers to get a wedding ring for his fiancee. The jeweler told him that he can have the inside of the ring engraved with the name of his fiancee for an additional $20 (remember, this was a LONG time ago). He said, "But that will reduce the resale value!" The jeweler was aghast. He said, "How can you say such a thing. You are a butcher!" "No," replied the professor, "I am an economist"."

Oto jednak na horyzoncie pojawił się ktoś, kto te dowcipy odpowiada w ramach stand-up comedy. Wzajemne zapoznanie rozpoczniemy od mocnego uderzenia. Oto Yoram Bauman (bo tak się nazywa ów dżentenlmen) postanawia wytłumaczyć publiczności, o co właściwie chodzi w tej całej ekonomii, bierze więc na warsztat 10 zasad wyłożonych w popularnym w Stanach podręczniku autorstwa Grega Mankiwa (czytamy mankju, faceta warto szanować, bo jest ponoć najlepiej zarabiającym ekonomistą na świecie). Te zasady nie stanowią same w sobie nic zaskakującego ani nowatorskiego, stanowią po prostu (całkiem udaną zresztą) próbę zdefiniowania fundamentów myślenia w kategoriach ekonomicznych (wbrew pozorom coś takiego istnieje). Ot tam, nie można mieć wszystkiego, wolny rynek jest co do zasady najlepszą formą organizacji gospodarki (ale czasem państwo może pomóc), ludzi do działania skłaniają zewnętrzne bodźce, etc. Pełną listę znaleźć można np. tutaj. Tymczasem w wydaniu naszego bohatera robi się z tego fontanna lulzów.

Muszę przyznać, że złośliwości pod adresem makroekonomii zwalają z nóg. Enyłej, Bauman specjalizuje się w ekonomii środowiska, a więc w dziedzinie, która w Polsce praktycznie nie istnieje. Można więc zakładać, że głupi nie jest. A że ekonomiści mają poczucie humoru, Bauman swój występ zaliczył na zjeździe American Economic Association, gdzie m.in. znów zakpił z Mankiwa i wyjaśnił, jak obecny kryzys wpłynął na jego dowcipy. Plus takie smaczki, jak: Over the past few months I've realized that the three most terrifying words in English are: "Macroeconomists agree that..."

A to mniej ekonomiczny występ tego pana w jakimś klubie:

16:02, asmoasmo , Econ
Link Komentarze (3) »
Tagi