from here to reality

Śledzik

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Zupełnym przypadkiem trafiłem dzisiaj na taki oto komentarz prezesa Unii Polityki Realnej Bartosza Jóźwiaka (z wykształcenia jest on archeologiem) na tematy ważne i aktualne:  

W związku z niekompetencją naszych władz, Polacy zdecydowanie odczują w swoich portfelach skutki idiotycznej walki z tzw. ociepleniem klimatu (piszę tzw. gdyż dziś już tylko idioci, ludzie złej woli bądź nieuczciwi mogę jeszcze ten temat podnosić). Najwięcej zapłacimy oczywiście w cenie energii elektrycznej (to już ma miejsce), ale za chwilę dojdą też koszty wliczane w ceny biletów lotniczych.

W innym tekście ten sam autor tak sobie wyobraża przyszłość polskiej prawicy: 

Proszę się więc nie spodziewać, że konserwatyści w Polsce zaczną popierać aborcję czy opowiadać się za przywilejami dla mniejszości seksualnych. Nie będziemy także zdejmować krzyży, a globalne ocieplenie nie będzie naszym oczkiem w głowie, szczególnie gdy za oknem temperatury minusowe.

Ciekawe, co człowiek mający taką sieczkę w głowie może sobie myśleć o ekonomii... oh, wait. 

środa, 28 grudnia 2011

Jak co roku uważnie przyglądam się pergaminom, które przychodzą do redakcji w okolicach zimowych świąt. I jak co roku zauważam, że coraz mniej na nich marmurowych posągów bogów, a coraz więcej krzyży i betlejemskich stajenek.

Coraz rzadziej w życzeniach pojawia się Przesilenie Zimowe, a częściej mowa o świętach narodzenia boga. Jednego! Obserwuję, jak kolejne przedsiębiorstwa, zrzeszenia, instytucje, które jeszcze rok-dwa lata temu umieszczały na swoich okolicznościowych zwojach wizerunki Jowisza, Minerwy, a nawet Mitry, teraz ograniczają się do Jezusa zwanego Chrystusem.

Trudno uwierzyć, że tak nagle zmienił się światopogląd patrycjuszy, możnych i zarządców, którzy zamawiają świąteczne pergaminy. Że zapomnieli o symbolach, które towarzyszyły ich życiu przez poprzednich kilkadziesiąt lat. Domyślam się raczej coraz większych wpływów importowanego do Rzymu chrześcijaństwa, lewicowej inżynierii społecznej podszytej głęboką niechęcią do humanistycznych religii Rzymu.

Warto jednak pamiętać, że nie o samych bogów chodzi chrześcijanom. Plan zakłada zniszczenie całej struktury społeczeństwa. Dlatego „postępowcy” podważają wszelkie tradycyjne więzi, a ich wrogiem są w równej mierze świątynie, co rodziny i małżeństwa, wszelkie przejawy imperialnej dumy oraz nasze kulturowe dziedzictwo. Wszystko to, co daje nam siłę, abyśmy mogli trwać przy bliskich nam wartościach. Zabiegi o umieszczenie krzyża w Senacie, demonstracje w czasie pokojowych świąt, żądania delegalizacji medycyny i związków homoseksualnych to elementy tego samego scenariusza, którego celem jest rozmontowanie podstaw naszej cywilizacji.

Dlatego, niezależnie od tego, czy bogowie obdarzyli nas łaską wiary, wysyłajmy pergaminy z Panteonem. A polewając bliskim wino przed wieczerzą i śpiewając pieśni ku czci Bachusa, pamiętajmy, że to są ważne obozy warowne naszej tożsamości.

Dominicus Zdortus, młodszy prefekt Rzymu

środa, 26 października 2011

W zeszłym tygodniu skończyłem czytać "Merchants of Doubt", o której to książce wspominałem w poprzednim wpisie. Książka jest świetna i nawet dla kogoś, kto nie jest w temacie denializmu świeżynką, jej lektura nie wiąże się z odhaczaniem kolejnych punktów z przygotowanej uprzednio listy. Mnóstwo faktów, mnóstwo powiązań, kawał najnowszej historii nauki. I nie zdradzę nikomu zbyt wiele, jeśli powiem, że o samym globalnym ociepleniu, które teraz jest "na topie" (pozwolę sobie na tak prostacką obserwację) jest akurat najmniej. Opowieść snuta przez Oreskes i Conwaya na dobrą sprawę kończy się w połowie lat 90-tych, a denializm poznajemy w kontekście szkodliwości palenia czynnego i biernego, kwaśnych deszczy, dziury ozonowej i problemów z DDT.

Na czym książka tylko zyskuje. Rozpatrzmy kwestię kwaśnych deszczy, ten rozdział to istny róg obfitości. Mamy w tej sprawie wszystko: powolne budowanie konsensu aż do punktu uzasadniającego podjęcie interwencji, pierwsze przymiarki do interwencji, rząd ze specyficzną agendą, interesy pewnego sektora gospodarki (zgadnijcie, którego), überprofesjonalne nakręcanie kontrowersji w mediach, ataki personalne, nieczyste zagrania i opóźnienie w podjęciu działań przez rząd.

A ostatni rozdział zaczyna się tak: 

Imagine a gigantic banquet. Hundreds of millions of people come to eat. They eat and dring to their hearts' content - eating food that is better and more abundant than at the finest tables in ancient Athens or Rome, or even in the palaces of medieval Europe. Then, one day, a man arrives, wearing a white dinner jacket. He says he is holding the bill. Not surprisingly, the diners are in shock. Some begins to deny that this is their bill. Others deny that there even is a bill. Still others deny that they partook of the meal. One diner suggests that the man is not really a waiter, but is only trying to get attention for himself or to raise money for his own projects. Finally, the group concludes that if they simply ignore the waiter, he will go away. 

This is where we stand today on the subject of global warming. For the past 150 years, industrial civilization has been dining on the energy stored in fossil fuels, and the bill has come due. Yet, we have sat around the dinner table denying that it is our bill, and doubting the credibility of the man who delivered it. Economists often noted that "there is no such thing as a free lunch." They are right. We have experiened prosperity unmatched in human history. We have feasted to our hearts' content. But the lunch was not free. 

It's not suprising that many of us are in denial. After all, we didn't know it was a banquet, and we didn't know that there would be a bill. Now we do know. 

Do roboty. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Z wpisu na blogu Washington Post:

The population of the United States is more than 300 million and it includes some of the best and brightest that the human species has to offer, probably more so than any other country in the world. There is surely something wrong with a system for choosing a leader when, given a pool of such talent and a process that occupies more than a year and consumes billions of dollars, what rises to the top of the heap is George W Bush. Or when the likes of Rick Perry or Michelle Bachmann or Sarah Palin can be mentioned as even remote possibilities.

(...)

The simplicity of Darwin’s idea, then, is a virtue for three reasons. First, and most important, it is the signature of its immense power as a theory, when compared with the mass of disparate facts that it explains - everything about life including our own existence. Second, it makes it easy for children to understand (in addition to the obvious virtue of being true!), which means that it could be taught in the early years of school. And finally, it makes it extremely beautiful, one of the most beautiful ideas anyone ever had as well as arguably the most powerful. To die in ignorance of its elegance, and power to explain our own existence, is a tragic loss, comparable to dying without ever having experienced great music, great literature, or a beautiful sunset.

Touché, panie Dawkins.

poniedziałek, 23 maja 2011

Z Quirkology Richarda Wisemana: 

In 1975, Lawrence Casler from the State University of New York at Geneseo compiled a list of over 200 academics working in Fields associated with their last names. Casler’s list include an underwater archaeologist named Bass, a relationship counselor named Breedlove, a taxation expert named Due, a medic studying diseases of the vulva called Hyman, and an educational psychologist examining parental pressure called Mumpower. In the later 1990s, New Scientist magazine asked readers to send in similar examples from their own lives. The resulting list included music teachers Mrs Beat and Miss Sharp, members of the British Meteorological office called Flood, Frost, Thundercliffe and Weatherall, a sex counselor named Lust, Peter Atchoo the pneumonia specialist, a firm of lawyers named Lawless and Lynch, private detectives Wyre & Tapping, and the head of a psychiatric hospital named McNutt. My own favorite examples are the authors of the book A Student’s Guide to the Seashore, John and Susan Fish.

Pelham’s work suggests that examples like this may not be entirely the result of chance, but rather of some people being unconsciously drawn to occupations related to their name. As a professor of psychology called Wiseman, I am in no position to be skeptical about this theory.

A przykładów znamy przecież więcej. 

poniedziałek, 14 marca 2011

Niezawodny ksiądz doktor Tomasz Terlikowski tak oto wywodzi w Reducie, która jest "pismem, które stara się wyjść z ram pisemka parafialnego i sumiennie prezentować informacje":

I wreszcie argument ostatni. Gdybym miał wybierać, co powinno stać w centrum Warszawy, to zdecydowanie wolałbym pomnik Chrystusa Króla Wszechświata, niż symbol zniewolenia sowieckiego, jakim jest „dar Józefa Stalina dla narodu polskiego” – Pałac Kultury. I nie ma wątpliwości, że stosunek do wielkiego monumentu Chrystusa Króla oraz Pałacu Kultury i Nauki wyznacza granicę między cywilizacjami. Jedną z nich jest cywilizacja chrześcijańska, druga to postkolonialna cywilizacja homo sovieticusa.

Oczy dęba stają, włosy nie dowierzają. Warto zauważyć, że postrzegana wielkość obiektu jest bardzo często rzeczą względną. Trzydziestosześciometrowy posąg Jezusa może sobie górować nad lubuskimi równinami, ale w centrum Warszawy raczej by nie zrobił furory i wizualnie poległ chociażby w starciu ze Złotymi Tarasami. Jeśliby miał spełniać swoje funkcje i zastąpić PeKiN, musiałby mieć ze dwieście metrów wysokości. A to już jest wysokooktanowe paliwo do sennego koszmaru. I tak, tutaj rzeczywiście jest granica między cywilizacjami. Z jednej strony mamy ludzi, którzy zauważają wartość zabytkową, użytkową i symboliczną budynku, który w skali kraju jest absolutnie unikatowy. Czy zwolennicy wyburzenia tego chcą czy nie, PeKiN wrósł w miasto i został zaakceptowany. Z drugiej zaś mamy ludzi całkiem serio wierzących w to, że budynki mają magiczne właściwości, całkowicie niezależne od jakiegokolwiek kontekstu. Że intencja, z jaką stawia się budowle, w cudowny sposób staje się ich esencją (w tym przypadku: ponieważ PKiN zbudowano jako dar Józefa Stalina, to "bycie darem Józefa Stalina" jest czymś immanentnym). Plus, tego rodzaju logika ma swoją nazwę. To jest genetic fallacy.

środa, 02 marca 2011

Dziś krótko i bez słowa komentarza. Oto słowo "kontrowersyjnego" i "niepoprawnego politycznie" historyka.

I don't see any reason to be tasteful about Auschwitz. It's baloney, it's a legend. Once we admit the fact that it was a brutal slave labour camp and large numbers of people did die, as large numbers of innocent people died elsewhere in the war, why believe the rest of the baloney. I say quite tastelessly, in fact, that more women died on the back seat of Edward Kennedy's car at Chappaquiddick than ever died in a gas chamber in Auschwitz. Oh, you think that's tasteless, how about this? There are so many Auschwitz survivors going around, in fact the number increases as the years go past, which is biologically very odd to say the least. Because I'm going to form an Association of Auschwitz survivors, survivors of the Holocaust and other liars, or the ASSHOLS.

Za: Lipstadt, D., History on Trial, s. 84 (wyd. z 2005 r.)

niedziela, 13 lutego 2011

Skącząc po prawomyślnych blogach, trafiłem ostatnio na taki oto wpis. Autor konkluduje:

Organizations like al Qaeda leave their indelible mark wherever they go. 9/11 deniers are required to pretend that those marks are just Western operatives covering their own tracks – an obvious delusion to everyone who has seen it in action, knows its members, and knows those who are tempted by it and any other extremist organization. To me, this is the key – 9/11 deniers flatly deny virtually every relevant event in the lead-up to 9/11. They deny that centuries of geopolitical events ever occurred. To them, history begins at the Balfour Declaration, crescendos when Ronald Reagan begins supplying anti-Communist rebels in Afghanistan, and ends when George Bush plants bombs in the North Tower and scampers off in a black helicopter. Between these pockmarks on the historical landscape there are thousands of religious ideologues, millions of oppressed victims of colonialism, and countless strategic opportunists struggling to guide human affairs to their own ends. 9/11 denier history is the shallowest history of all, one that requires them to reject the needs, desires, machinations and schemes of billions of people across centuries. 9/11 denial is reality denial.

That’s why I call them 9/11 Deniers.

Strzał w dziesiątkę. Warto przy tym zapomnieć, że cytowana wypowiedź dotyczy zwolenników teorii spiskowej, która jest efektywnie martwa (ma wprawdzie licznych zwolenników, także w Polsce, ale sam ruch bojowników o Prawdę jest w rozsypce), i skupić się na cechach wyróżniających tę, jakże często spotykaną, postawę wobec faktów. Już nie ma czegoś takiego, jak "sceptycyzm co do oficjalnej wersji wydarzeń w WTC", jest tylko konsekwentne zaprzeczanie rzeczywistości (cokolwiek miałoby to słowo właściwie znaczyć). Denializm.

środa, 12 stycznia 2011

Wytrwały łowca niezidentyfikowanych obiektów latających wysuwa taką oto hipotezę:

Grupkę tych obiektów wiszących nieruchomo z dala od tego pola sfotografowałem na dwóch zdjęciach jedno za drugim wiodąc obiektywem nad polem. Wygląda na to, że sukinkoty byli tam, albo są i prowadzą obserwację tego miejsca, ale nie bynajmniej, że są zainteresowani samym tym miejscem tylko tymi, którzy tam przyjeżdżają każdego dnia jak ja dzisiaj...

(...)

Wnioski. Oni robią te kręgi po to by potem słuchać tego co ludzie mówią. Pewnie robią to po to by wiedzieć ile ludzie już o nich wiedzą i czego się domyślają. Ludzie jak to ludzie zjeżdżają się na takie pole, łażą i gadają, gadają co im ślina na język przyniesie, chwalą się swymi teoriami, wymieniają spostrzeżeniami i domysłami, a także wiedzą w oparciu o obserwacje. I nie są świadomi, że gdzieć nieopodal jakis obcy obiekt prowadzi nasłuch, a właściwie jakieś zielone siury prowadzą nasłuch ze swago wiszącego niedaleko obiektu, tego co się na takim polu gada.A potem od tego zależą „ich” inne sztuczki mające na celu zwiedzenie ludzi i odwrócenie uwagi od faktycznych powodów ich przybywania na ziemię i faktycznego miejsca skąd przybywają. Ot i cała tajemnica powodów powstawania kręgów w zbożu. Sprytnie to sobie wymyśliliście hehe, a głupi ludzie myślą, że to forma komunikacji, że to pewnie jakiś tajemny przekaz jakiś zbawiennych informacji dla ludzkości hehe jak se o tym kuźwa pomyślę, że w takiego wała robicie ludzi i UFiO-jogów hehe to ze śiechu pękam. Niezłe umysłowe ćwicznia Jogi dla stada cymbałów doszukujących się w zwykłej sztuczce jakiegos nadzwyczajnego zjawiska i treści hehe...ehhh

Ludzie odwiedzają kręgi zbożowe, więc kręgi zbożowe muszą istnieć po to, żeby ludzie tam przychodzili. Proste i logiczne, oczko powyżej kamer w stokrotkach.

piątek, 19 listopada 2010

Czasami interesujący kontent sam wpada w ręce. Najwyraźniej w niewielkim Choszcznie (woj. zachodniopomorskie) jest filia Uniwersytetu Szczecińskiego. O korzyściach z jej istnienia tak wypowiada się Ryszard Boratyński, burmistrz tej mieściny:

Obecnie stwierdzić można odczuwalny wzrost liczby choszcznian studiujących i legitymujących się dyplomem Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie, którzy bardzo często prezentują pożądaną społecznie postawę ludzi aktywnych, zaradnych, kreatywnych i zdecydowanych rozwiązywać swoje problemy samodzielnie, nie przedstawiając przy tym roszczeniowego stosunku do otoczenia.
Niewątpliwie sytuacja ta jest efektem wypełniania przez US w Choszcznie roli, sprowadzającej się do udostępnienia mieszkańcom wiedzy gotowej, która nadaje się do zastosowania w codziennym życiu, czyniącej z nich ludzi oferujących konkretne możliwości pracodawcom lub rynkowi towarów i usług. Ja również zatrudniam w urzędzie i jednostkach podległych gminie Choszczno absolwentów US studiujących w Choszcznie, którzy wykonują odpowiedzialne zadania i piastują kierownicze stanowiska. Poziom wiedzy tych pracowników jest wysoki, często znacznie przekraczający zakres wiadomości pozostałych, starszych kolegów i koleżanek.
Funkcjonowanie Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie podniosło świadomość społeczną studiujących, dało im możliwość zatrudnienia nie tylko w Choszcznie, które przy tym zyskało miano miasta uniwersyteckiego. Niewątpliwie dodało mu też tak potrzebnego prestiżu, którego subtelne znaczenie trudno przecenić. Sądzę także, iż miało to wpływ na poziom bezrobocia w gminie Choszczno, które z prawie 20 proc. w roku 2002, zmniejszyło się do nieco ponad 14 proc. we wrześniu 2005 r. W Choszcznie rozpoczynają inwestowanie przedsiębiorcy, np. z Irlandii i Niemiec, którzy chcąc osiągnąć sukces gospodarczy muszą zatrudnić właściwie wykształconych pracowników. Dla naszej gminy oznacza to rozwiązanie istotnych problemów społecznych, a dla Uniwersytetu Szczecińskiego i jego kadry dydaktycznej osiągnięcie zamierzonego celu.

Trolololo. But here's a fun fact: w latach 2002-2005 bezrobocie w Choszcznie spadło, bo spadało zapewne we wszystkich lub niemal wszystkich gminach. Bezrobocie spadało w całej Polsce i to ma związek z czymś, co nazywa się cyklem koniunkturalnym, a pan burmistrz pomylił korelację z przyczynowością.

Za zwrócenie uwagi na postęp w szkolnictwie wyższym w Zachodniopomorskiem dziękuję koleżance Soni.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi