from here to reality

Through the looking glass

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czasem wystarczy jeden niedzielny spacer, by wybudzić blogera z letargu. Traf (a może to Przeznaczenie?) chciał, że zaszedłem przedwczoraj do jednej z księgarń z tanimi książkami - tymi, za które w regularnych księgarniach nikt nie chciał zapłacić regularnych cen. Wyszedłem z pełnym plecakiem, co zdarza mi się regularnie, jestem człowiekiem słabej woli. W plecaku znalazła się książka, która ostatecznie zainspirowała mnie do napisania niniejszej notki. O wydawnictwie Amber wspominałem przy okazji nostalgicznej notki o ukąszeniu daenikenowskim. Jest to wydawnictwo, które od dawna utrzymuje swoisty wydział książek dziwnych, jest bowiem w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet, od „Tajemnicy pustej Ziemi" po „Planeta Wenus dziełem bogów – kosmitów?". Mój niedzielny łup to „Powrót smoków. W poszukiwaniu ostatnich żyjących dinozaurów". Autorem jest niejaki Hartwig Hausdorf, „światowej sławy niemiecki badacz tajemniczych zjawisk porównywany z Daenikenem". Aha, takie buty.

Motywem przewodnim dzisiejszej notki są dinozaury w wersji alternatywnej, w pseudonaukowych teoriach dotyczących ich pochodzenia, wyginięcia, życia w ukryciu i okazjonalnych objawień, które porównać można w najlepszym wypadku do lizania lodów przez szybę. Uwaga ogólna - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że technicznie rzecz biorąc, dinozaury przetrwały do dziś i nazywamy je ptakami. Na potrzeby tej notki przyjmuję bardziej tradycyjną taksonomię.

Name that logical fallacy, Hartwig Hausdorf edition

„Powrót smoków" to niezbyt długa (ok. 120 stron) książeczka z masą zdjęć, krótkimi rozdziałami, pozbawiona sensownej struktury logicznej i napisana na zasadzie zrandomizowanego katalogu osobliwości. Wywód jest dość klarowny, ale do bólu zębów najeżony błędami logicznymi i poznawczymi. Teza, którą autor stawia, w zasadzie opiera się tylko na dwóch bardzo kruchych fundamentach:

  • Argument z niewiedzy (nie wiemy, co się kryje w dżungli, więc dinozaury mogą istnieć) w kryptozoologii znany w dwóch wersjach i w obydwu tu występujący: argument z okapi (skoro czasem wciąż odkrywa się duże zwierzęta, to można odkryć zauropoda) i argument z latimerii (skoro uznana za wymarłą 300 mln lat temu ryba przetrwała w niezmienionej formie, to dinozaury też mogą).
  • Plural of „anecdote" is not „data". Książka Hausdorfa jest jednym wielkim zbiorem anegdot, począwszy od uroczej historyjki profesora, który w świeżo odsłoniętych utworach kredowych znalazł żywe prehistoryczne salamandry, poprzez niezliczone relacje naocznych świadków pojawienia się Nessie, mokele-mbembe, węży morskich, etc., a skończywszy na wyjętej żywcem z kiepskiego horroru sceny walki z czterdziestometrową anakondą.

Powrót smoków okładkaDla autora dinozaury współcześnie występują praktycznie wszędzie, można mówić przynajmniej o kilkudziesięciu gatunkach, ale jest ich na tyle mało, że nie zdołano znaleźć choćby jednego wiarygodnego, namacalnego dowodu ich istnienia, a książkę poświęconą ich istnieniu trzeba dopychać nie-dinozaurami. Dinozaury i nie-dinozaury, jak przytacza autor, widziano w gęsto zaludnionej Europie, na niegościnnych pustkowiach Alaski, na pustyniach Teksasu i Mongolii, w Amazonii i Kongo, na Kilimandżaro i w górach Papuy Nowej Gwinei, w Wietnamie i w Kalifornii, na Pacyfiku i w polodowcowych jeziorach Szkocji i Kanady, w Australii i Austrii, w głębinach i na mieliznach. Do czasów współczesnych mieliby przetrwać przedstawiciele zauropodów, pterozaurów, plezjozaurów i teropodów, a w książce traktującej rzekomo o dinozaurach najwyraźniej celowe jest wspominanie o gigantycznych wężach i jaszczurkach, ptakach o ośmiometrowej rozpiętości skrzydeł, Tatzelwurmie, morskich koniach i wężach, gigantycznych kałamarnicach i ośmiornicach oraz o meduzach roztrzaskujących się na autostradach i mylonych chyba ze wszystkim zwłokach rekinów i wielorybów.

Po drodze dostajemy przystępną powtórkę ze wszystkich złych argumentów i żadnego dobrego. Ludzie musieli zetknąć się z dinozaurami, po podobizny dinozaurów można znaleźć na kamieniach, głowach paru rzeźb i w kilku jaskiniach, gdzie wśród kromaniońskich bohomazów dumnie pręży pierś coś, co ma być pterodaktylem. Pareidolia pierwszej klasy, aż żal, że w "Prometeuszu" nie zrobili czegoś ładniejszego.

Jak to wszystko mieści się w ramach wyznaczonych przez ustaloną wiedzę o przeszłości życia na Ziemi, ciężko powiedzieć. Autor wydaje się na bardzo podstawowym poziomie rozumieć ten problem, bo sygnalizuje chęć uzupełniania dziur kosmitami:

W dwóch poprzednich książkach postawiłem pytanie: czy przypadkiem „ktoś z zewnątrz" – ktoś taki jak dzisiejsi genetycy – nie przeprowadził kiedyś eksperymentów na naszej planecie?

Moim zdaniem ta teoria jest bardzo prawdopodobna. Choćby ze względu na wiele dziwnych stworzeń, jakie pojawiały się w ciągu dziejów Ziemi, a wyglądały tak, jakby wyszły z laboratorium szalonych genetyków-eksperymentatorów, którzy majstrowali przy machinie przyrody. Tym, dla których brzmi to zbyt fantastycznie, chciałbym zadać pytanie: czy nasi genetycy nie stoją już u progu zrealizowania porównywalnych potworności? Tuż przed Bożym Narodzeniem 2000 roku aktywiści organizacji ekologicznej Greenpeace demonstrowali przed europejskim urzędem patentowym w Monachium. Co zaniepokoiło tych zawziętych obrońców środowiska?

Czytelniku, głos w Twojej głowie, który czyta Ci ten tekst, właśnie zamilkł, żebyś mógł w skupieniu docenić piękno logiki autora, który nie rozumie, więc albo kosmici, albo dinozaury. A najlepiej jedno i drugie

Polski wkład w kryptozoologię

Kryptozoologia uwielbia mity, to niewyczerpalne źródło inspiracji i rezerwuar kiepskich uzasadnień i słabych dowodów. Mityczne zwierzęta, których poszukiwano w niedostępnej głuszy, trudno zliczyć, podobnie jak mity (a często raczej ich popkulturową wersję), które sprzęgnięto z postulowanymi kryptydami. Polski wkład w to błędne koło dotyczy gryfów (wg mojej najlepszej wiedzy ta konkretna hipoteza na temat pochodzenia tych mitycznych stworzeń jest oryginalnie polska), legendarnych pół-ptaków, pół-lwów.

Oto na scenę wkracza Tadeusz Oszubski, pisarz i publicysta („Nieznany świat", „Gwiazdy mówią", „Czwarty wymiar" – wyłania się z tego pewien wzorzec). Jego postulat? Gryfy to przekręcona przez głuchy telefon międzykulturowej i międzyokresowej wymiany informacji reliktowa populacja welocyraptorów żyjących na stepach Azji Środkowej. Dodajmy, jeszcze w Starożytności. Na poparcie swej tezy autor ma dość skąpe argumenty – podobieństwo anatomiczne, miejsce w mitologii ludów wywodzących się z Azji Środkowej i sposób ich przedstawiania w sztuce. Scytowie przedstawiali bowiem gryfy jako część ekosystemu, niebezpiecznych drapieżników polujących np. na konie i antylopy. Ponadto, pół-lew, pół-orzeł przypomina upierzonego welocyraptora (lub jakiegoś jego kuzyna). Wreszcie, żywe skamieniałości się zdarzają, nie można więc wykluczyć, że dowolne zwierzę z Mezozoiku przetrwało do naszych czasów.  

Hindenburgus Rex

W każdym z tych przypadków centralna teza jest całkowicie nieprawdopodobna i sprzeczna ze wszystkim, co wiemy o życiu, jego historii i ewolucji. Nie ma najmniejszego śladu istnienia dinozaurów i wielu innych wielkich gadów Mezozoiku w okresie, który nastąpił po ich wyginięciu. Aby twierdzenia zwolenników tez o współczesnych dinozaurach były prawdziwe, kataklizm K/T musiałaby przetrwać jakaś populacja dinozaurów, dostatecznie duża by przeżyć i przechować dostatecznie dużą różnorodność genetyczną, ale zbyt mała, żeby zapobiec wielkiej karierze, którą właśnie rozpoczynały ssaki. Ta populacja trwałaby w zmieniającym się środowisku, niezmienna niczym stada latimerii w głębinach, nie zostawiając żadnych śladów przez tysiąclecia, bardzo wygodnie pozostając na samej granicy wykrywalności, gdzie nie sposób odróżnić szumu od sygnału. Tak, że na materialne dowody koegzystencji dinozaurów i ludzi (nie będące fałszerstwem) wciąż czekamy. 

flight of dragons coverA jeśli dinozaury przetrwały, ale ewoluowały w taki sposób, że faworyzowane były cechy, które w ostatecznym rozrachunku uczyniły je całkowicie niewykrywalnymi w zapisie kopalnym? A jeśli zmieniły się w taki sposób, że nawet gdybyśmy na ich ślady natrafili, nie bylibyśmy w stanie ich rozpoznać? A jeśli potomkowie tych dinozaurów towarzyszyli naszym przodkom i ta współegzystencja dała życie mitom, które są prawdziwe w bardzo dosłownym sensie? Peter Dickinson, angielski pisarz, w 1976 zaproponował całkiem pomysłowe wyjaśnienie genezy mitów o smokach. Otóż smoki to duże latające gady, które wyewoluowały z drapieżnych dinozaurów, a których mityczne cechy (ogień, krew jak kwas, skrzydła) są konsekwencją umiejętności latania, którą posiadły w toku ewolucji. Byłby to oryginalny sposób na latanie, nie mający nic wspólnego z machaniem skrzydłami czy lotem ślizgowym. Smoki, twierdził Dickinson, to naturalne sterowce. Zwierzę rozmiarów dużego mięsożernego dinozaura z wielu powodów nie miałoby szans na latanie konwencjonalnym sposobem, gdyby jednak mogło zmniejszyć swój ciężar, lot stałby się prosty. I tak właśnie miało się stać, lot smokom zapewniałyby duże ilości wodoru w jamach ciała, stale uzupełnianego przez reakcje kwasu solnego w żołądku z szybko rosnącymi kośćmi. Żebra, zbędne już jako sztywna struktura chroniąca i utrzymująca zawartość klatki piersiowej w miejscu, stały się odpowiednikiem płetw, z rozpostartą na nich skórą przypominały skrzydła, ale nie byłyby nimi (skrzydła u latających kręgowców to przekształcone przednie kończyny).

Wodór, jak wiadomo przynajmniej od katastrofy „Hindenburga", jest gazem wysoce łatwopalnym, stąd zionięcie ogniem. Silne zakwaszenie krwi dałoby początek mitom o magicznych właściwościach krwi. Wreszcie, kwas we krwi i w żołądku wyjaśniałby, dlaczego tak niewiele (zero, żeby być ścisłym) z nich zostało. Po śmierci kwas rozpuszcza wszystko, nie istniały więc żadne zwłoki, które mogłyby ulec fosylizacji dla potrzeb badań przyszłych pokoleń paleontologów. Dickinson sporo miejsca poświęca też szczegółom anatomii, zachowania i rozmnażania się smoków, jak również możliwościom, jakie stały przed zabójcami smoków, ale nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Nie jest to wizja, którą warto brać serio, aczkolwiek redaktor czasopisma „Faktor X" odpowiedzialny za rubrykę, z której dowiedziałem się o tej teorii, wydawał się całkiem przekonany o jej prawdziwości. Widać była to truthiness, a nie truth.

Chcę wierzyć?

Znalezienie żywego dinozaura byłoby absolutnie sensacyjnym odkryciem, być może najbardziej niesamowitym znaleziskiem w historii ludzkości. Żywa skamieniałość tego kalibru zapewne powiedziałaby nam więcej o gadach, które kiedyś władały planetą, niż tona skamieniałych kości, a potencjalny strumień nowych danych zapewniłby pracę kilkudziesięciu badaczom. Takie odkrycie byłoby też wielkim triumfem kryptozoologii, której dotychczasowe osiągnięcia pozwalają ją z czystym sumieniem odkładać na półkę z naukami patologicznymi. Gdy gromadzi się dowody nie mocniejsze niż kępki niezidentyfikowanej sierści, ludowe opowieści, niewyraźne fotografie i całe katalogi fałszerstw (tzw. surgeon's photo, film Pattersona), nie można oczekiwać więcej. Teraz jednak wzniosłaby się ponad analizę szumu. 

W następnym odcinku odpłyniemy do triasu i zobaczymy, co by było, gdyby Louis Wain rysował też dinozaury. 

czwartek, 19 stycznia 2012

Portal uraczył nas wczoraj artykułem o obecności zjawisk paranormalnych w życiu znanych ludzi. Tekst ten, będący luźnym zbiorem przyjętych bez krzty krytycyzmu anegdot, zaczyna się od następującego wyjaśnienia, dlaczego mamy owe anegdoty traktować poważnie i pochylić się na nimi ze szkiełkiem i okiem (albo otworzyć serce na tajemnicę przez duże "t"). 

Spośród różnych relacji o przeżyciach z dziedziny "zjawisk niewyjaśnionych" najbardziej interesujące są te, których autorami są osoby znane i popularne. Trudno bowiem podejrzewać, że zdecydują się one na podważenie swojego autorytetu poprzez opowiadanie bajeczek dla naiwnych.  

Taki krótki fragment, a tyle błędów logicznych? Wymieńmy i scharakteryzujmy je pokrótce:

  • Stawianie chochoła (straw man). Nikt rozsądny nie twierdzi, że znani ludzie opowiadają "bajeczki dla naiwnych", co oznaczałoby najprawdopodobniej, że ze złej woli wprowadzają w błąd tych maluczkich, którzy są im skłonni wierzyć z uwagi na pozycję, jaką zajmują. Coś widzieli, czegoś doświadczyli, wierzą w to, co widzieli i czego doświadczyli, ale mylą się co do natury tego czegoś. To naprawdę proste.
  • Fałszywa alternatywa (false dichotomy). Pomiędzy przyjęciem takich opowieści za prawdę, a odrzuceniem jako świadomych zmyśleń i kłamstw, są jeszcze inne możliwości. Holoubek, Reagan, Szaflarska i Piłsudski, wymienieni w cytowanym tekście, zapewne doświadczyli czegoś, czego nie potrafili wyjaśnić, a może nawet wierzyli w to, że byli świadkami jakichś zjawisk paranormalnych. Nie oznacza to jeszcze, że rzeczywiście mieli do czynienia z paranormalnym. Patrz wyżej. Od dłuższego czasu wiadomo, że nasze mózgi nie tyle budują obraz świata zewnętrznego taki, jakim on jest w rzeczywistości, ale również konstruują świat przedstawiony.
  • Argument z autorytetu (argumentum ad verecundiam). Z jakiegoś powodu mamy zeznaniom osób znanych przypisywać dużą wagę. Niestety, nie ma żadnego związku między sławą a posiadaniem kwalifikacji niezbędnych dla oceny zjawisk atmosferycznych i astronomicznych, psychologii, magicznych sztuczek, etc.

W wymiarze materialnym teza stawiana przez autora artykułu jest również kompletnie pozbawiona podstaw. Jeżeli historia może nas czegoś nauczyć, to tego, że błądzenie jest rzeczą ludzką, nieobcą nawet wybitnym naukowcom, mężom stanu, artystom, przedsiębiorcom, społecznikom. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy mamy w gruncie rzeczy ten sam aparat poznawczy, z tymi samymi niedoskonałościami i dziurami. Nie ma powodu sądzić, że znany aktor będzie w stanie rozpoznać planetę Wenus w otoczonym świetlistym halo, migoczącym obiekcie, który uparcie go śledzi znad horyzontu.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji tak oto gromi w "Gazecie Finansowej" zaczadzonych ideologią globcia eurokratów:

Unia Europejska idzie na wojnę gospodarczą z resztą świata, opierając się na paranaukowej hipotezie o efekcie cieplarnianym wywołanym działalnością człowieka. Jest to bardzo ryzykowne, zwłaszcza że już mało kto daje wiarę tej hipotezie, a jeśli nawet daje wiarę, to nie może potwierdzić skuteczności polityki wobec zmian klimatu, na której nie zyskuje ani klimat, ani człowiek, ani gospodarka.

I dalej:

Kryzys gospodarczy odwrócił uwagę także od faktu, iż właśnie wyciekła kolejna fala e-maili naukowców z Uniwersytetu Wschodniej Anglii, a więc ośrodka wysuwającego najbardziej alarmistyczne komunikaty nt. zmian klimatu. Zadziwia pozakulisowy brak zgodności, kontrastujący z dramatycznymi informacjami, którymi zasypywały nas media w ostatnich latach.

Ach, te odgrzewane kotlety. Swoją drogą, maile znowu wyciekły przy okazji szczytu klimatycznego. Gdybym był z innej formacji intelektualnej, dawno temu krzyczałbym o spisku i dziwnych koincydencjach.

Tomasz Teluk nie pierwszy raz kategorycznie wypowiada się na tematy, w których nie ma absolutnie żadnych kompetencji. Wywiad, którego Teluk w związku z promocją swojej książki udzielił "Rzeczpospolitej", skomentował kiedyś doskonaleszare. Na stronach rzeczonego Instytutu Globalizacji można znaleźć równie urocze przykłady odklejenia od rzeczywistości. Instytut Globalizacji wzywa do rewizji unijnej polityki klimatycznej używając m.in. takich argumentów:

Na jakich podstawach naukowych zbudowana jest narzucana światu polityka klimatyczna, skoro wiadomo, że podstawą do jej formułowania były fałszowane dane i ich interpretacja opierająca się na tzw. „politycznej poprawności”?
Jakie skutki przyniosła polityka klimatyczna w ostatnich latach, skoro niemożliwe jest do udowodnienia, że zmniejszenie emisji dwutlenku węgla przyczynia się do obniżenia temperatur np. w Afryce?

Dalibóg nie mam pojęcia, co interpretacja danych, które - nawiasem mówiąc - nie były fałszowane (te same dyrdymały IG powtarza w komentarzu do szczytu w Durbanie), ma wspólnego z polityczną poprawnością. A jakie skutki przyniosła polityka klimatyczna w ostatnich latach? Mizerne, m.in. z uwagi na krecią robotę ludzi formatu i pokroju Tomasza Teluka.

Jeszcze więcej przeinaczeń i dowodów jawnego nieprzyswojenia sobie podstawowych pojęć i rudymentarnych faktów zawiera raport na temat kosztów polityki klimatycznej. Czego dowie się z niego nieprzygotowany na dezinformację czytelnik (inna sprawa, że prawdopodobnie niewiele osób w ogóle to przeczytało)?

  • Istnieje jakaś "teoria efektu cieplarnianego", którą wymyślono w latach 90-tych (chyba w latach 90-tych XIX wieku).
  • Tomasz Teluk nie odróżnia efektu cieplarnianego od (antropogenicznego) globalnego ocieplenia. 
  • Nie ma konsensusu naukowego w sprawie AGW, w szczególności, że nikt w Rosji nie wierzy w efekt cieplarniany. Ci Rosjanie wiedzą, co potrafi zima!
  • Trend zmian temperatury się odwraca, a wkrótce czeka nas globalne ochłodzenie. Bo tak twierdził Zbigniew Jaworowski.
  • Petycję Oregońską podpisało 31 tysięcy naukowców. Co jest prawdą wtedy i tylko wtedy, jeżeli naukowcem, który ma się znać na klimatologii, jest np. lekarz albo posiadacz licencjatu z informatyki.
  • Styczeń 2008 roku był zimniejszy od wieloletniej średniej i w jakiś sposób unieważnia to wieloletnie globalne trendy.
  • "Niewygodna prawda" jest stekiem tak poważnych bzdur, o czym orzekł brytyjski sąd. Te bzdury to m.in. coraz większe dystanse pokonywane przez niedźwiedzie polarne w poszukiwaniu kry, atrybucja przyczyn topnienia lodowców na Kilimandżaro i wielkość wzrostu poziomu mórz. Are you fucking kidding me?
  • Jakiś facet został rzekomo zwolniony za bycie zwolennikiem AGW, pozwał swojego pracodawcę za dyskryminację z powodu wyznawanych przez siebie poglądów filozoficznych. Jest to dowód na to, że globalne ocieplenie weszło do kanonu politycznej poprawności. 
  • W Średniowieczu było ciepło, więc.

Szczerze powiedziawszy, trochę Tomaszowi Telukowi współczuję. Wydaje się być facetem wiernym swojej ideologii (widoczna na stronach IG uśmiechnięta twarz Ludwiga von Misesa van der Rohe świadczy o tym dobitnie) i przekonanym, że zieloni, różowi i czerwoni czyhają na wolność, wolny rynek, kapitalizm i polski węgiel. Chce mieć jakiś udział w debacie na temat polityk państwa i wpłynąć na działania podejmowane przez polskich polityków. Nie ma w tym niczego złego, mądrzy i poinformowani ludzie mogą się różnić w kwestiach, szczególnie takich, które wymagają stawiania sądów wartościujących. O tym, jakie działania w sprawie klimatu mamy podejmować i kiedy, można dyskutować.

Ale, na bogów, wypada znać jakieś fakty. Jakiekolwiek.

Chyba czas na nową kategorię wpisów na blogu: "Prezes X o globalnym ociepleniu."

sobota, 29 października 2011

Monitorpolski, oprócz przodowania w rankingach najpopularniejszych blogów na Wordpressie, jest jedną z największych składnic lolkontentu w polskim Internecie. To istny Bizarro World, w którym narodowo-katolicki radykalizm miesza się ze wszystkimi możliwymi teoriami spiskowymi i pseudonaukowymi rojeniami. Tam wszyscy wszystko rozumieją na opak i są z tego dumni. Uczestnictwo w podziemiu informacyjnym walczącym z Nowym Porządkiem Świata to w końcu nie przelewki. Na blogasku praktycznie codziennie mamy nowy wpis, a pod każdym wpisem - kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset komentarzy, w których trollfest miesza się z autentycznymi wypowiedziami obywateli zatroskanych tym, że rząd rozpyla aluminium za pomocą samolotów pasażerskich, żeby lepiej podsłuchiwać ich z satelitów. I'm not making this shit up. Zatem dziś rano wziąłem jeden z ostatnich wpisów i przebiłem się przez wszystkie 390 komentarzy. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało, więc kosztowało mnie to trochę zdrowia. A oto i dramatis personae tej tragifarsy:

  • Monitorpolski, właściciel bloga, który niestrudzenie walczy z NWO z pozycji narodowo-katolickich;
  • Zenobiusz, którego poznaliśmy w zeszłym roku, a który naprawdę ładnie nam się rozwinął;
  • Ktoś, wyrocznia w kwestii żydowskiej, poszukuje własnej drogi do Boga;
  • Peryskop, ekspert od HAARPa, młot na sługusów Big Pharmy, wielkiego kapitału i Rotszyldów;
  • Inne zbłąkane owieczki.

Pierwszą petardę odpala Zenobiusz, komentując niedawne trzęsienie ziemi w Turcji:

Kiedyś Haarp, złowrogi pomylił Fuji z Fiji ,więc mógł i teraz,

Czysta poezja. O północy na rozstajne drogi przyszedł HAARP złowrogi i pomylił Fuji z Fiji, więc miał z makiem figi. I panowie by sobie radośnie dyskutowali o tym, na jakież to jeszcze bezeceństwa pozwalają sobie nasi władcy, gdyby nie przyszedł mąciciel i nie zaczął jątrzyć pytać, dlaczego elementem Nowego Porządku Świata nie jest Watykan. Na takie dictum właściciel bloga odpowiada zdecydowanie (choć, trzeba przyznać, Monitor Polski pozostaje głosem wolnym, wolność ubezpieczającym i nie wycina):

To czytaj, nikt ci nie przeszkadza wchodzić na satanistyczne fora, których jedynym zadaniem jest zniszczenie od środka jedności katolickiej. Jeszcze raz przypomnę – wszyscy ci, którzy się stosują do satanistycznych Protokołów Mędrców Syjonu są wrogami ludzkości. Nie chcę mieć wrogów ludzkości na tym blogu.

W postanowieniu niebanowania dzielnie Monitora wspierają inni komentujący (pisownia i interpunkcja nie zostały przeze mnie zmienione):

..nie banować AA… ..A studiować… tak działa zamiana naturalnych witamin na sztuczne… fluor oraz aspartam… szczepienia… zapewne także i krótka historia zamieszkiwania aglomeracji ma wpływ…

Dalej sam Monitorpolski wyraża zniecierpliwienie: 

Prosiłem wiele razy – nie realizować postulatów Protokołów Mędrców Syjonu na tym blogu. 

Ci ludzie powinni mieć na blogach banerki „Strefa wolna od Protokołów Mędrców Syjonu”. Wreszcie, na krnąbrnego komentatora zostaje zastawiona sprytna pułapka.

Głównym celem satanistów jest obalenie Kościoła, wszelkimi metodami, głównie podstępem. Czy chcesz, żebyśmy zaczęli sądzić, że pracujesz dla satanistów?

Czy przestał pan bić swoją żonę? Dlaczego ukrywa pan fakt, że wszyscy Polacy to kłamcy i złodzieje? Ponoć zadawanie pytań jest ważnym warunkiem dotarcia do prawdy, oświecenia i zrozumienia. Jeśli tak, to ścieżka, którą kroczą nasi milusińscy, musi prowadzić do jakiegoś przeciwświata, bo nic sensownego z takich pytań urodzić się nie może.

Czy wiesz, że głównym celem nazistów było zniszczenie chrześcijaństwa?

Myślicie że powódź w 2010 roku na południu Polski była zemstą planety?

Przecież jakby prawdziwy Jezus był istotnie żydem to całe zydowstwo powinno być murem za uhonorowaniem swojego krewniaka a nie przeciw. Nieprawdaż?

Za tym ostatnim pytaniem stoi żelazna logika. W ogóle na blogu Monitorapolskiego częstym tematem są Żydzi i syjoniści, Czytelnik niech zobaczy sam.

Harry Potter to fikcja, a „Protokoły” to rzeczywistść. Chociaż pewnie globalistyczna agentura najchętniej by wszystkich tych, którzy mieli Protokoły w rękach wymordowała… Stalin zresztą próbował. Znakomity historyk, br Dariusz Ratajczak przypłacił życiem swoją odwagę w publikacjach m.in. na ten temat

Bo o tym, że Układ go zamordował, to chyba słyszeliście? Ja chciałem też powiedzieć, że miałem w rękach "Protokoły..." i żadna globalistyczna agentura nawet nie kiwnęła macką, żeby mnie ukatrupić. Może to mieć związek z tym, że jestem płatnym pachołkiem kompleksu naukowo-medyczno-przemysłowego. O czym świadczy, jak twierdzi sara10, to że, podobnie jak adresat poniższej wypowiedzi, podpisuję się imieniem demona. 

Zwróć uwagę na swój nick! Nikt o zdrowych zmysłach (intencjach) nie podpisuje się imieniem: diabeł!

Zdrowe intencje, hm. To brzmi jak tytuł dla filmu z Glen Close. W tym nurcie mamy też urocze rozważania o dniach tygodnia: 

Święto prawdziwego BOGA było w niedziele. Szatan nie mógł tego ścierpieć wiec kazał stworzyć sobie swoje święto. W poniedziałek – w dniu po niedzieli nie mógł gdyż by był hołubiony po PRAWDZIWYM BOGU. Wiec kazał się bałwochwalczo czcić w SOBOTĘ – DZIEŃ PRZED.

W tasiemcowo-rozbryzgowych wątkach, takich jak omawiany, pojawiają się czasem naprawdę zaskakujące postaci. Enter Kent Hovind. 

[Kent Hovind] Tk na prawde to siedzi za wiare, za to ze glosno protestowal przeciw NWO, oszustwom w podrecznikach o wprowadzeniu ewolucji- odziwo nauka ta weszla w raz z rowojem komunizmu i bolszewizmu. 

Prawdopodobnie najśmieszniejszym momentem w wątku jest dyskusja na temat tego, co naprawdę potrafi HAARP. Jak się okazuje, eksperci nie są zgodni co do tego, której straszliwej broni należy przypisać daną katastrofę naturalną albo inny wypadek.

Zacinasz się w ignorancji, gdybyś trochę poczytał, to wiedziałbyś, ze nie chem-sy powodują trzęsienia, tylko co najwyżej HAARP, natomiast te są potrzebne do zwiekszenia przewodności czy własności „odbijających” atmosfery…

Oczywiście, nie znaczy to, że ma rację mówiąc, że te wszystkie trzęsienia są spowodowane HAARP-em. Zamach na WTC zburzony bombami atomowymi, jest dziełem Mossadu, amerykańska armia już o tym wie i będą przykre konsekwencje dla Izraela, o tym napiszę kiedy indziej.

Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie wywiad z Łysiakiem sprzed paru lat, w którym zapowiadał, że ujawni ostateczne dowody na udział wolnomularzy w obaleniu Napoleona I. To też mi się skojarzyło. Absolutną gwiazdą wątku jest jednak komcionauta peryskop, który radośnie wystawił peryskop ponad pianę bitą przez współkomentujących i z wyżyn, na które wzniosła go ekspercka wiedza, jął ciskać torpedy (SWIDT?) w wątpiących.

HAARP wywołuje REZONANS, a w tych warunkach obowiązują inne wzory fizyczne.

A wierzysz, że najwyższy na świecie maszt (ponad 646 metrów wysokości) radiostacji w Gąbinie, który świetnie się nadawał także do badań nad emisją fal ULF, „zawalił się sam” po odłączeniu lin odciągowych podczas prac konserwacyjnych w 1991 roku?

Czy słyszałeś o niewyjaśnionej śmierci w wypadku w 1978 roku generała dywizji prof. Sylwestra Kaliskiego, który prowadził badania nad maserami, graserami oraz mikrosyntezą termojądrową za pomocą lasera? 

Ale jak słusznie zauważył red. Ziemkiewicz – Polacy są nie do zaje.ania! I także w tym tkwi problem NWO.

Always in error, never in doubt. Przechodniu, który odwiedzasz klub Progresja na ul. Kaliskiego w Warszawie, pomyśl o jego niewyjaśnionej śmierci i badaniach nad maserami i graserami. Wycieczkę w Otchłań kończymy akcentami numerologicznymi: 

Przepraszam, że znów piszę nie na temat, ale nie wiem czy zwróciliście na to uwagę. Mianowicie do kin wchodzi niedługo horror pod tytułem „11-11-11″. Nie będę przytaczać całego opisu. Powiem tylko że główny bohater po serii dziwnych zdarzeń zaczyna mieć obsesję na punkcie liczby 11, aż wreszcie odkrywa że 11-11-11 to data apokaliptyczna. Znając fioła iluminatów na punkcie liczb, a szczególnie tej 11 – tki to bardzo mnie to niepokoi. Jak myślicie,czy oni mogą coś planować czy ja zaczynam popadać w paranoję? 

UWAGA! Podajemy wyniki losowania LOTTO. Iluminaci mają w tym miesiącu fioła na punkcie następujących liczb: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13…

poniedziałek, 19 września 2011

Kiedyś, po wypiciu flaszki, zastanawialiśmy się z kolegami, co by się działo, gdyby w telewizji zaczął występować satanista i jak zareagowałaby milcząca i zahukana zazwyczaj większość. Wydaje się, że w ostatnich dniach uzyskałem odpowiedź na to pytanie, bo zatrudnienie Nergala przez TVP wywołało taką erupcję lolkontentu, że nie wiadomo, w co ręce włożyć, o czym pisać, jak pisać i jak żyć. Jeżeli ktoś nie kojarzy, o kogo chodzi, to informuję, że Nergal naprawdę nazywa się Adam Darski, jest byłym chłopakiem Dody i frontmanem blackmetalowej grupy Behemoth. W tej ostatniej roli, jak się zdaje, zrobił więcej dla promocji Polski niż wszyscy polscy uczestnicy Eurowizji, z Mietkiem Szcześniakiem na czele, razem wzięci. Jest to wprawdzie promocja innego rodzaju niż Polandball albo prezydencja Polski w UE, tym niemniej, polski zespół odnosi sukcesy. Tak po prostu. 

Nergalologia

Nie ukrywam, że wpłynięcie (czy może raczej: wypłynięcie) Nergala do mainstreamu to dla mnie, starego metala, powód do satysfakcji. W końcu jestem człowiekiem, który przez prawie całe liceum i początek studiów narzekał, że polską scenę metalową mainstream ma w głębokim poważaniu, podczas gdy w Szwecji, Norwegii i Finlandii z metalu uczyniono koło zamachowe gospodarki (szwedzki metal okazał się szczególnie bezcenny w czasie II wojny światowej). W międzyczasie, Behemoth zaliczał kolejne trasy po świecie, zgarnął parę nagród w kraju, a jego lider został celebrytą. Co więcej, zapewne pierwszym polskim celebrytą - satanistą. No, więc ten człowiek teraz trafił do telewizji i prawica nam eksplodowała. Srsly, do zabrania głosu poczuły się wszystkie tuzy prawego dziennikarstwa, Sakiewicz, Janke, Semka, Kłopotowski czy Ziemkiewicz, a nawet parający się publicystyką upadli politycy, jak Ludwik Dorn. Milczeć nie mogą też biskupi (moar), nie mówiąc już o pacjentach Psych24 i spokrewnionych portali.

Nie wiem, czy Adam Darski jest satanistą. Dostępny materiał dowodowy jest co najwyżej nieprzekonujący, a na pewno bardziej śmieszy niż robi cokolwiek innego. Przykładowo, bliżej mi nieznany autor z korwinistycznej na pierwszy rzut oka witryny przeprowadził dziennikarskie śledztwo i odkrył, że jego tekściarz fascynuje się okultyzmem, sam Darski był na imprezie z kimś tam. Okultyzm, magia, neopogaństwo, satanizm - niektórym najwyraźniej nie robi to różnicy. Z kolei Marcin Meller, który z poczucia winy z racji bycia naczelnym "Playboya" poczuwa się chyba do opowiadania większych głupot niż inni, zauważa, że Nergal po korzystnym dla siebie wyroku sądu powiedział "Heil Satan", co jest ewidentnym odwołaniem się do satanizmu i nazizmu. Obawiam się jednak, że w nurcie akcentującym oś zła Hitler-Lucyfer-Nergal Meller nie ma szans przebić ks. Waldermara Chrostowskiego (cytuję w całości):

To, czego dopuścił się Adam Darski, nasuwa najgorsze i najbardziej mroczne skojarzenia. Chodzi o publiczne bluźnierstwo, którego apogeum stanowiło podarcie Pisma Świętego i rzucenie jego szczątków zebranej gawiedzi z okrzykiem: "Żryjcie to g...". Gdybym nie wiedział, że wydarzyło się to w jakimś podrzędnym gdańskim klubie, myślałbym, że chodzi o pogardliwy okrzykesesmana albo kagebisty wobec bezbronnych i upokorzonych ofiar. Tak zachowywali się oprawcy w Auschwitz i innych obozach śmierci oraz wrogowie Boga i Jego wyznawców w komunistycznych łagrach i katowniach. Tak odbierano godność i pozbawiano nadziei, że życie człowieka ma sens i cel. Kilka tygodni temu oglądałem kościół w Sewastopolu, w którym pod ołtarzem komuniści umieścili miejski szalet.

Uuuuuuuuu... that's a bingo! No, ale antysemitą chyba Darski nie jest... a jednak. Chyba tym panom nie wierzę. Skądinąd wiadomo, że Nergal jest ateistą, a dla niektórych prawicowców to w zasadzie to samo, co satanista. Bo jeśli ktoś nie wierzy w Boga i ze swoją obrzydliwie niemoralną niewiarą się obnosi, to jest satanistą. Ecce homo, ergo elk. Quod error demonstrandum. A nawet jeśli Nergal nie jest we własnym mniemaniu satanistą, to jest nim w rzeczywistości, bo Szatan zwodzi ludzi, posługując się artystami. Oni myślą, że tworzą kreację sceniczną, a tymczasem Szatan hyc hyc, jak zajączek, wchodzi ludziom do głów, każe cudzołożyć i robić sobie in vitro. 

No, bo co z tego, że on robi jakąś tam karierę w USA. Krzysztof Feusette, który żadnej kariery w USA nie zrobił, dobrze wie, że to tylko namiastki kariery, a Lady Gaga zrobiła większą. Dlaczego więc Wroński i Węglarczyk nie wzięli sobie Lady Gagi za patronkę i autorytet? - pyta dramatycznie Feusette, którego lotność i błyskotliwość jest już w niektórych kręgach legendarna - bo podarł Biblię i nazwał ją g... Jeżeli za takie rozumowania dostaje się pracę w "Rzeczpospolitej", to ja już nie wiem, dlaczego Hajdarowicz kupił taką gazetę. Mam taki senny koszmar, jak Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette spotykają się w redakcyjnej stołówce i zaczynają sobie opowiadać dowcipy nad schabowym i rozwodnionymi kartoflami. 

Nergal a sprawa polska

W takich oto okolicznościach publicyści i politycy ścigają się w wariackim konkursie na największą petardę. Oczywiście, jeśli bierze w nim udział Tomasz Terlikowski, wynik jest z góry znany. Enter Terlikowski. Mamy więc wojnę, jakiej nie widział świat. Wojnę, w której przeciwko szataniście z blackmetalowej kapeli i jego wiernemu giermkowi, Człowiekowi-Motylowi, stają zastępy modlitewnej krucjaty, biskupi, publicyści i prości ludzie. Muszą, bo obojętność prawych i pobożnych jest warunkiem dostatecznym triumfu zła. Muszą, bo zatrudnienie Darskiego jest polskim puczem monachijskim, satanistycznym zamachem stanu, policzkiem dla papieża, obrazą dla milionów Polaków, aktem terroryzmu, pierwszą salwą w wojnie, której rezultatem może być albo zmiażdżenie chrześcijaństwa w Polsce, albo jego triumf (w sensie, jeszcze większy niż teraz?). Jakkolwiek kanonadę słychać dopiero teraz, ten konflikt tli się od stuleci, od czasów Chrobrego, który za nieprzestrzeganie postów miał wybijać zęby, i jego wnuka, którego za pogaństwo skazano na zapomnienie.

W ostatnich latach kwestia satanizmu w Polsce nierozerwalnie splotła się z kolei z walką narodowowyzwoleńczą Polaków i próbami wyzwolenia się spod okrągłostołowo-postkomunistyczno-antychrześcijańsko-poprawnejpolitycznie tyranii. Jak bowiem dowodzi Tomasz Sakiewicz w tekście, który z pewnością przejdzie do historii dziennikarstwa śledczego, nie jest więc tu żadnym wypadkiem przy pracy, lecz efektem starannie dobranej koalicji politycznej, na której prezydent oparł się w mediach, a w przyszłości chce też budować rząd i swoją sferę wpływów. To trywialne, Tusk (albo od razu Putin)[1] pociągnął za kilka sznurków i oto mamy Nergala w TVP. Lekko tylko dziwi uwaga, że libertyni z PO i ateiści z SLD razem nic lepszego spłodzić nie mogli, bo przecież Sakiewicz byłbym jednym z pierwszych do tłumaczenia homoseksualistom, niczym Balrogowi w podziemiach Morii, że you shall not pass, właśnie dlatego, bo niczego spłodzić nie mogą. A wcześniej wcale lepiej nie było, bo rok temu „Wyborcza” namówiła prezydenta do usunięcia Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, co zostało wsparte przez SLD i hordy satanistów.  

W ostatnich latach siły zła zinfiltrowały nawet telewizję publiczną, która ślepcom wydawała się bastionem słusznych wartości, i pod płaszczykiem misyjności i propagowania wartości chrześcijańskich, zaczęły wysyłać w eter zgoła przeciwne sygnały, kreując w "Modzie na sukces" na postać pozytywną niejaką Brooke, która sypia z każdym, kto się nawinie. 

Wojna gniewu

W rozpalającej serca Polaków wojnie, Bóg stanie po stronie silniejszych batalionów. W międzyczasie, już w pierwszych tygodniach konfliktu portal Fronda osiągnął zaskoczenie taktyczne i w zaskakującym ruchu połączył siły z Przemysławem Babiarzem, Ryszardem Cebulą i Markiem Jurkiem, by szatana z telewizji przepędzić modlitwą. Do akcji modlitewnej przyłączył się nawet mikrocelebryta Jakub Głuszak, który wcześniej chciał odebrać Terlikowskiemu dzieci. Modlitwa, rozumiecie, ma ze wszystkich dostępnych prawicy broni najlepszy stosunek efektów do kosztów - te ostatnie są równe zeru, te pierwsze - a priori są dowolnie duże. Modlitwa przenosi góry, obala tyranię Michnika, przywraca umarłych do życia.

Do walki z satanistą zaprzęgnięto nowatorską i oryginalnie polską odmianę metody sokratejskiej, która zakłada osiągnięcie samozadowolenia stosującego ją przez wbijanie ostrych jak brzytwa pytań w serca wrogów. A gdyby Nergal zaatakował coś innego niż katolicyzm? A gdyby Nergal podarł Koran albo Torę? A gdyby Nergal znieważył buddyzm? A gdyby do występów w TVP zaproszono nazistę? Albo od razu Hitlera? Czy Paweł Wroński zjadłby kolację z Nergalem? A z Hitlerem? Jeżeli dzisiaj w TVP zobaczymy faceta z włosami w kitkę, to co jutro zobaczą tam nasze dzieci? Czy będą płakać, gdy zajrzą nam przez ramię? 

Ale nie tylko satyrą i piosenką. Nie tylko modlitwą walczyła ludność z okupantem. W arsenale naszych milusińskich jest również bojkot ekonomiczny, do którego wzywa Ludwik Dorn, trzeźwo zauważając, że tą sama ręką, którą wyciągamy portfel, by zapłacić w sklepie, kreślimy na czole, ustach i sercu znak krzyża podczas Liturgii Słowa. Chyba, że ktoś jest oburęczny. Mając na uwadze spustoszenie, jakiego poprzednie tego rodzaju inicjatywy dokonały w szeregach antypolskich mediów, szanse Darskiego wyglądają, oględnie mówiąc, marnie. Ale ostatni akt wypędzenia Nergala zostanie dokonany w innym miejscu, na Krakowskim Przedmieściu, gdzie kiedyś stał Krzyż. Oddajmy ponownie głos Sakiewiczowi: Nie chcecie Nergala w domach Polaków? Wbijcie z powrotem Krzyż w miejsce, z którego go wyrwano. Sądzę, że problem Nergala dałoby się prościej rozwiązać, gdyby Krzyż wbito w serce znienawidzonego satanisty. Przynajmniej będzie pewność, że nie wstanie.

Na kogo może liczyć Adam Darski? Jako artysta, w tej wojnie jest sam. Nie poparł go Grzegorz Markowski, nie poparli Kukiz, Malejonek, Litza i inne tuzy polskiej kultury, wszyscy co do jednego nowo albo staro narodzeni w Chrystusie. Wreszcie, zostawił go zespół Raz-Dwa-Trzy, legenda polskiej sceny metalowej. Powiedzmy sobie szczerze, po swojej stronie Nergal ma jedynie środowisko „Gazety Wyborczej” i rożnego typu cywilizacyjnych dewiantów (dziękuję, redaktorze Sakiewicz, tak mnie jeszcze nikt nigdy nie nazwał). Zaszczuty, ścigany, samotny Nergal ani chybi wpadnie w pułapkę, którą na niego zastawił publicysta Nowego Ekranu:

Mam oczywiście wielką nadzieję, iż Ci wszyscy ludzie tak naprawdę nie są "ludźmi Darskiego" czemu niechybnie i bardzo szybko dadzą publiczne świadectwo i mój znak zapytania w tytule zamieni się na zdanie: ""Nie! Ci wszyscy nie są "ludźmi Darskiego!""

Wtedy nie zostanie mu nikt, zostawi go nawet Paweł Wroński. I kiedy Nergal przegra, kiedy przestanie być użyteczny, upomni się o niego Szatan. Belzebub nie wybaczy Nergalowi uzurpacji, jakiej dokonał, kiedy nazwał się 18 września br., tym od ognia i piekła. Szatan mu tego nie zapomni, rozumiecie, on nienawidzi Nergala z tej racji, że jest człowiekiem. Te i inne rewelacje prezentuje redaktor prasy lokalnej z Płońska, który w cuglach mógłby wygrać konkurs na najbardziej odklejonego od rzeczywistości dziennikarza prasy lokalnej (jeśli ktoś nie widział tej rubryki, niech patrzy, bo urywa dupę). A gdy już Nergal trafi do piekła, będzie do końca świata dręczył Janusza Palikota swoją muzyką, co jak wiadomo, gorsze jest od śmierci. Skąd z kolei Michalkiewicz wie, jak Szatan zapatruje się na muzykoterapię, nie mam pojęcia. Zakładam, że jest to to samo poufne źródło, które Michalkiewiczowi podpowiedziało, kto zorganizował zamach na europejskie warzywa.

Egzorcyzmy Adama Darskiego

Ale i tak wszystkich przebili posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, którzy swoje stanowisko w sprawie Nergala rozpoczęli od konstatacji, że obecna sytuacja stwarza poważne zagrożenie dla ładu demokratycznego w Polsce, a skończyli na wezwaniu do wywalenia Nergala z telewizji. Rozumiecie, jeden facet w roli jurora programu muzycznego stanowi zagrożenie dla demokracji w Polsce, więc w imię demokracji i pluralizmu trzeba go wywalić, żeby telewizja propagowała tylko jedynie słuszne wartości. Wolność to niewola. Nawiasem mówiąc, fakt, że posłowie z głębokim niepokojem przyjmują zatrudnienie satanisty w telewizji i piszą stanowiska, jest smutnym świadectwem tego, w jak ciemnej dupie jesteśmy, jako kraj. Jak bardzo przejebane mamy, skoro tacy tytani myśli tworzą prawo. 

I pozostaje tylko zacisnąć pięści i szczęki, gdy po raz kolejny goni się za jakimś króliczkiem, myśląc że to Królik z Caerbannog. Ludzie, zajmijcie się poważnymi sprawami.

[1] - Alternatywnie, całą aferę sprokurowali i nakręcili sztabowcy PO, żeby spolaryzować społeczeństwo. 

niedziela, 26 czerwca 2011

Wczoraj na moim ulubionym blogasku na temat smug chemicznych pojawiło się dramatyczne ostrzeżenie przed innym blogiem o tej samej tematyce, który zaistniał na chemtrailsowym firmamencie ledwie miesiąc temu: 

Zawiadamia się, iż blog (olgacomscandal.wordpress.com) i zamieszczony na nim film oraz petycja jest obrzydliwą prowokacją wrednych grup NWO, wymierzoną w niezależne grupy badające chemiczne opryski (chemtrails)

To z całą pewnością jest sprawa, którą należy zbadać. Czy Centrala mogła przygotować prowokację przeciw niezależnie myślącym, nie informując o tym zamiarzie swoich najwierniejszych dezinformatorów? Zacznijmy jednak od samego Olgacomu. Olgacom, jak twierdzi się na stronie internetowej, to firma świadcząca usługi cateringowe liniom lotnicznym, o której najwyraźniej nikt nie słyszał. Google wyrzuca niezbyt informatywne wyniki: w najlepszym dostajemy kompletnie nieistotne rzeczy (na piątym miejscu jest oficjalna strona Olgi Kurylenko), w najgorszym - spiskologiczne blogi i fora, na których omawia się rolę tej firmy w gazowaniu, truciu i chemicznym prześladowaniu Polaków. Poza tym - nic, żadnych wpisów w KRS, żadnych informacji prasowych, żadnych przypadkowych wzmianek. W szczególności, nic nie wiadomo, jakoby LOT był zaopatrywany przez firmę Olgacom. Jak na przedsiębiorstwo działające od przeszło dwudziestu lat, żenująco słabo. Jeśli komuś w tym momencie nie zapalają się wszystkie ostrzegawcze lampki w mózgu, to nie wiem, kiedy mogłyby.

Firma Olgacom ma rzekomo siedzibę przy ul. Kontenerowej 129 w Gdańsku. Nie dość, że takiego adresu nie ma (jest za to w Gdyni), to w dodatku nic przy tej ulicy nie ma (poza terminalem kontenerowym), chociażby budki ciecia. Nawet o domniemanych właścicielach firmy, których nazwisko - nawiasem mówiąc - jest dziwną mieszanką polskiej i angielskiej transkrypcji z rosyjskiego, nic internetowi nie wiadomo. Zdjęcie, które ma przedstawiać Patryka Trietiakowa, w rzeczywistości przedstawia niejakiego Siergieja Trietiakowa, agenta SWR, który w 2000 r. uciekł do Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, kto jest na drugim zdjęciu i, szczerze powiedziawszy, nie chce mi się szukać. Nie spodziewam się, żeby przedstawiało ono Urlyka Trietiakowa.

I jeszcze, na zakończenie, przyjrzyjmy się samej stronie internetowej. Domena olgacomglobal.pl została, jak łatwo sprawdzić, zarejestrowana siódmego maja bieżącego i nie istniała wcześniej. Jak na firmę z dwudziestoletnią tradycją, kiepsko. Zresztą, popatrzcie na samą stronę i zapłaczcie. 

Jeśli jednak wierzyć autorce bloga, ta firemka znajduje się w samym centrum monstrualnego spisku wymierzonego przeciw obywatelom wszystkich państw świata. Jednym z typowych aksjomatów teorii spiskowych jest "nic nie jest takie, jakie się wydaje" i, oczywiście, tutaj nie jest inaczej. Oprócz sprzedawania zupek i kanapeczek do LOTu, KLM i wietnamskich linii lotniczych, Olgacom zajmuje się geoinżynierią. Logiczne. Uzasadnienie znajduje się w podlinkowanym tekście. Zachęcam do jego przeczytania, bo jest to perełka tego, co parani nazywają "łączeniem punktów", a co zasadniczo jest ssaniem z palca. W telegraficznym skrócie - Olgacom współpracuje z Ciechem, który z kolei ma umowę z chińską firmą, która jakiś czas temu przejęła fabryki i instalacje od Monstanto. Że Monsanto to ludobójcy, wiedzą wszyscy. Wszyscy też wiedzą, że Chińczycy potrafią kontrolować pogodę (a jeśli potrafią kontrolować pogodę, to wszystko inne też). Jeżeli Olgacom to geoinżynieria, sprawa zamknięta. Jest też bardzo śmieszny trop holenderski - siatka powiązań łączy więc korporacje polskie, chińskie i zachodnioeuropejskie. Bodaj najzabawniejszy fragment tego tekstu dotyczy roli holenderskiego następcy tronu, o którym w pewnym momencie pisze się: 

Willem-Alexander is of course part of Bilderberg group (see here proof that he was at the 2009 meeting) and friend of Obama, who he visited on 11 september 2009 and has admitted US weather modification project. Willem Alexander is also a pilot! His mother Queen Beatrix and Prince Bernard was important members of the New World Order where the elite banks and the company rule this world.

JEST PILOTEM! Czy trzeba wam więcej dowodów? Temu, kto to pisał, muszę w tym miejscu pogratulować. Gdyby tekst dotyczył istniejącej firmy, byłby praktycznie nie do odróżnienia od przeciętnego tekstu z Globalnej Świadomości, Pracowni albo audycji Alexa Jonesa. Chapeau bas, czytanie tego bloga to bardzo pouczające doświadczenie, które kojarzy mi się z odpruwaniem sweterka. Człowiek bierze jedną nitkę i po kolei, metodycznie niszczy misterną konstrukcję, odkrywając przy okazji sposób, w jaki został uszyty. Ot, takie proste reverse engineering. Mamy nawet groźby pod adresem autorki! 

Jest też filmik, którego obejrzenie polecam wszystkim czytelnikom, bo jest... uroczy.



Jakkolwiek sama idea umieszczenia firmy cateringowej w centrum geoinżynieryjnego spisku jest ciekawa, dla mnie dużo bardziej interesujące jest to, czy rodzimi i zagraniczni parani dali się strollować, a jeśli nie, to w jaki sposób odkryli prowokacje. Wiemy już, że tropicielka chemtrailsów z Wielunia o nicku Ehovara nie dała się nabrać. Ehovara nie walczy z nowym porządkiem świata samotnie, ma bowiem po sąsiedzku prowadzony przez znaną skądinąd Astromarię hub dla tropicieli chemtrailsów, gdzie ta kwestia również pojawiła się na tapecie. I choć jeden z dyskutantów po prostu sprawdził datę rejestracji domeny olgacomglobal.pl (ach, gdybyś kolego był choć odrobinę krytyczny wobec rozsiewanych przez siebie informacji), inni wychwycili bardziej osobliwe niuanse: 

Alenka Wacek… co to za imię? To wymyślił ktoś, kto nie zna Polski i polskich imion. Coś mu dzwoniło, ale chyba raczej w bałkańskim kościele, a nie naszym. [astromaria]

Nazwisko jednak brzmi jako czeskie lub słowackie. Stronę musiał założyć ktoś, kto nie odróżnia Czechów od Polaków. Albo to jest Azjata albo Amerykanin. Co wy na to? [ehovara]

Co do reszty: niereligijna twierdzi, że babka gada z ruskim akcentem. Mnie też parę razy zaleciało rosyjskim, śpiewnym „zaciąganiem”. Nazwiska szefów firmy i babcia Olga wskazują na Rosję. Ale może to być mistyfikacja zrobiona przez kogoś, kto nie zna realiów Polski, Rosji i krajów słowiańskich, ponieważ imię i nazwisko tej „konfidentki” brzmią (jak na moje ucho) po bałkańsku (jak napisałam w pierwszymkomentarzu). [astromaria]

Czas mają ustawiony na bliski wschód. Czyżby ktoś Polaków chciał podpuścić na Chiny? [ehovara]

Nie myślcie sobie, że sprawa firmy Olgacom przeszła bez echa, o nie. Wprawdzie strona firmy wisi od przeszło miesiąca, podobnie jak wklejony wcześniej film, ale kupka trafiła w wentylatorek dosłownie wczoraj. Napisał o tym Monitorpolski i podchwycił Piotr "Dratewka widziałem jak wyrywałeś mikrofon Jane Burgermeister" Bein, rzecz trafiła na Wykop i Obywatelskie Nieposłuszeństwo, przeklejkę zrobił nieznany wcześniej klon Niezależnej.pl, zamaskowany (nie wiedzieć czemu) jako portal regionalny Ziemia Mielecka. Przeklejkę zrobiło polonijne radio z Arizony i zaczęło się to również rozchodzić po angielskojęzycznej części Internetu (A, B, o YT nie wspominając). 

Bodaj najbardziej (albo najmniej, jak kto woli) zaskakujące jest jednak to, jak bardzo nasi spiskolodzy starają się znaleźć ziarno prawdy w tym dowcipie:

Może też być i tak, że 90% tej historii to prawda a nie zgadza się tylko nazwa firmy, która spina wszystkie te pozostałe mniejsze. Następnie wynajęto trolla, który miał pięknie wskazać wszystko to, co jest w tej historii podejrzane, aby ludzie uznali, że to jedna wielka ściema i w ten sposób odrzucili ją razem z prawdą w niej zawartą. [DavidIckeFan]

Sprawdzałam wszystkie artykuły z filmu – są publikacje w necie. Co do firmy faszystymonsanto to jak najbardziej, uważam, że ta firma bierze w tym udział. Inne wątki należałoby sprawdzić. Za tą ELENKĄ może stać ktoś, bardzo mocno wkurzony (może z opozycji, zbliżają się wybory) i zaczyna ujawniać ciemne strony „nierządu”. Tak mi się wydaje. [ehovara]

Sprawa niewątpliwie jest śmierdząca – jeśli nawet jest to dezinformacja to zachodzi pytanie po co by ją stworzono? Kto zadałby sobie tyle trudu by stworzyć tego typu fikcję? Dlaczego głównym graczem w tej „aferze” są akurat Chiny, a nie np. USA czy Rosja? Zalecałbym ostrożność w ocenach. Jeśli to wszystko jest prawdą, to mamy bardzo poważny problem – ingerencji obcego państwa na naszym terenie. Mam nadzieję, że odpowiednie osoby się tym zainteresują… [Monitorpolski]

Jeśli ta firma istnieje i ma te pieniądze i cele, o których mowa, to nie będzie się afiszować wystawnymi stronami. [Monitorpolski]

Powróżę trochę z fusów. Otóż, przewiduję, że ten dowcip wejdzie na stałe do repertuaru spiskologów, pomimo otaczającej go aury prowokacji sił wiadomych. Zbyt dobrze trafia w oczekiwania tych wszystkich ludzi, którzy codziennie tracą godziny z życia, gapiąc się w niebo, licząc i katalogując smugi kondensacyjne, którzy przeklejają od siebie te same kiepsko napisane i kiepsko osadzone w rzeczywistości teksty. Którzy na forach i blogach na zmianę nawzajem się nakręcają i uspokajają. Którzy desperacko pragną, żeby wreszcie pojawił się ten jeden, jedyny i ostateczny dowód na to, że ich żarliwa wiara ma sens, żeby wreszcie ktoś przedstawił dymiący pistolet z odciskami palców domniemanego zabójcy (bo wtedy skrawki papieru na miejscu zbrodni, niewyraźne zdjęcia i przepuszczone przez głuchy telefon zeznania na wpół ślepego świadka będą mieć sens). Którzy modlą się do swoich bóstw, żeby w końcu jeden z tysięcy opryskujących ich pilotów ujawnił prawdę, żeby jakiś insider dmuchnął w gwizdek tak mocno, że świat się obudzi i zrzuci z siebie niewidzialne jarzmo syjonistów NWO. 

Myślę sobie teraz, że w nawiązaniu do poprzedniej notki nie mógł mi się trafić lepszy materiał. Polecałem tam znakomity blog You Are Not So Smart, a ostatni wpis dotyczy możliwości zmiany opinii i wierzeń pod wpływem faktów im przeczących. Wnioski z literatury naukowej są w tym względzie dość pesymistyczne - to nie działa, fakty nie działają. W tym konkretnym przypadku mamy prościutką prowokację złożoną z tych samych klocków, z których nasi spiskolodzy budują sobie wymyślne konstrukcje. I co? I nic, to po prostu kolejne potwierdzenie ich rojeń. Bo jeśli komuś się chciało wymyślać firmę cateringową zajmującą się w sekrecie dystrybucją chemikaliów do chemtrailsów, to coś w tym musi być. 

niedziela, 29 maja 2011

Odkąd pamiętam, zawsze zazdrościłem ludziom, którzy mieli jakiś talent. Jedni potrafią śpiewać, inni mają naturalny dryg do tańczenia lub sportów bardziej ambitnych niż moje codzienne pedałowanie przez pół Warszawy. Mnie natura obdarzyła sarkazmem, brakiem asertywności i emocjonalnym upośledzeniem. Pani Marysia, astrolożka z Otwocka, ma z kolei nie mniej rzadki talent. Potrafi każdym zdaniem, każdą wypowiedzią, każdym komentarzem i każdą notką sprawić, że gotuje mi się pod kopułą. Kilka zdań i zaciskam pięści aż do krwi, drżę z wściekłości i mam ochotę iść na miasto ze sztachetą. Nie wiem, co dokładnie jest tutaj katalizatorem chwilowej przemiany spokojnego człowieka w zionącego nienawiścią troglodytę. Może wyzierająca z notek bezgraniczna ignorancja? Może stężenie chochołów i argumentów tak błędnych, że jedną soczystą notką Pani Marysi można by obdzielić niejedne zajęcia z logiki i sztuki prowadzenia sporów? Może zdumiewająca, biorąc pod uwagę to wszystko, arogancja? Gdyby były think tank naprawdę miał dostęp do funduszy z firm farmaceutycznych, Astromaria zostałaby zamrożona w karbonicie i wystawiona gdzieś jako wzorzec arrogance of ignorance.

Notka, do której postanowiłem się przychrzanić, nosi wiele mówiący tytuł - "Kto chowa głowę w piasek, ten wypina dupę i może dostać kopniaka" - stanowiący jednocześnie fascynująco głęboką refleksję na temat budowy ludzkiego ciała i jego funkcjonowania. Jak zawsze, kilka słów wstępu, potem następuje to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli cudownie bezkompromisowy zjazd w dół króliczej nory, do krainy, gdzie obowiązują inne prawa fizyki i medycyny, gdzie fundamentem cywilizacji homo sapiens jest działanie wbrew swoim interesom, a słowo maniaka z piwnicy jest warte więcej niż zakumulowany dorobek nauki. Do miejsca, którego gospodyni twierdzi, że Iluminaci okradają ją z czasu, bo jajka trzeba gotować ostatnio dłużej. Pani Marysia co jakiś czas pisze urocze filipiki, w których z pozycji jaśnie oświeconej gromi "psychopatów", racjonalistów, sprzedajnych naukowców, sługusów koncernów farmaceutycznych, dziennikarzy prześladujących Jarosława Kaczyńskiego i, trochę rzadziej, całą resztę ciemnej i ogłupionej ludzkości (np. pacjentów oddziałów onkologicznych i cukrzyków). Ostatni swój rant zaczęła refleksyjnie. 

Zastanawiałam się, dlaczego niektórzy ludzie nie przyjmują do wiadomości oczywistych faktów i absolutnie niezbitych dowodów, dlaczego trwają w zakłamanym światopoglądzie mimo oczywistych dowodów i dlaczego wierzą tylko w to, co mówią media i autorytety? Co ich blokuje i czyni ślepymi na wszelką prawdę?

To są bardzo dobre pytania. My, racjonaliści, też zastanawiamy się czasem, jak to jest, że ludzie potrafią uparcie tkwić w błędzie i zamykać się w kokonie tak szczelnym, że nie jest możliwe przekonanie ich jakimikolwiek dowodami. Jak to jest, że skądinąd inteligentni ludzie wierzą, że świat ma sześć tysięcy lat i został w tydzień powołany do życia przez wszechmocnego i złośliwego czarodzieja? Jak to jest, że goście klepiący tysiące znakow dziennie na komputerach, jeżdżący samochodami i pociągami, uparcie odmawiają ludzkości jednego z jej największych osiągnięć (lądowanie na Księżycu)? Reasumując, nie jesteśmy aż tak od siebie różni.  

Ich racjonalistyczny portal zamieścił niezbity dowód na to, że elity tego świata planują redukcję mieszkańców globu do pół miliarda sztuk ludzkiego bydła

Ci, którzy Pani Marysię znają, wiedzą, że jej standardy dla tego, co uznaje za "niezbity dowód" są bardzo niskie. Jeżeli ktoś się spodziewa, że ten "niezbity dowód" to jakiś zbiór oficjalnych dokumentów, w których światowi przywódcy zobowiązali się do wymordowania 6 miliardów ludzi za pomocą [tu lista od Sasa do Lasa], będzie zawiedziony. To kamienny monument, wzniesiony prawdopodobnie przez lokalnego przedsiębiorcę, gdzie w ośmiu językach zapisano dziesięć postulatów, IMO w większości dość niegroźnych. Nawet ta nieszczęsna DEPOPULACJA musi być umieszczona w określonym kontekście - monument wzniesiono osiem lat po publikacji "Granic wzrostu".

Nie ma ani grama materiału dowodowego, który wskazywałby, że to wielka deklaracja iluminackich psychopatów. Niech mi zreszztą ktoś łaskawie wyjaśni, po co mieliby ujawniać swoje zbrodnicze plany? To tak, jak z lotniskiem w Denver czy grą w Iluminata. Żeby tak niedwuznaczne odkrycie wszystkich kart miało sens, musielibyśmy żyć w świecie radykalnie odmiennym od naszego, jeśli chodzi o logikę, inteligencję zamieszkujących go ludzi i jakąkolwiek elementarną racjonalność. W jakimś Bizarro World organizatorom gigantycznego spisku mającego na celu wymordowanie większej części populacji opłacałoby się ujawnienie szczegółów tego planu. 

Wierzą za to w antyrozumowe bzdury, takie jak „atak terrorystyczny” na WTC, tylko dlatego, że przeczytali to w poczytnej (tzw. „opiniotwórczej”) gazecie lub usłyszeli w głównym wydaniu dziennika.

To, proszę państwa, jest chochoł. To technika argumentacyjna, z której Pani Marysia korzysta chętnie i bez skrępowania. Zobaczymy dzisiaj więcej takich słomianych kukiełek. Tego rodzaju chochołom towarzyszy też non sequitur, że jeśli ktoś zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń, to jest głupi. To jest oczywiście nikczemna brednia, która zasadza się na fundamentalnym niezrozumieniu adwersarza. Czego Astromaria i jej podobni spiskolodzy kompletnienie nie łapią to to, że "my" nie jesteśmy o krok za nimi - my jesteśmy o krok PRZED nimi. Ja nie tłukę spiskologów od 9/11 dlatego, że w CNN powiedzieli, że terroryści. Otóż, ja zapoznałem się z argumentami. Zapoznałem się z tezami, dowodami i argumentacją całego Ruchu Na Rzecz Prawdy o 9/11. I wiecie co, parany? Zważyłem argumenty i wyszło mi, że w tej sprawie się mylicie. Widziałem "Loose Change", "Zeitgeist", "Trzecią wieżę" i co tam jeszcze oferuje YouTube University, przeszedłem całą drogę, aż do hipotez, że dwie wieże zniszczył promień mikrofalowy z satelity. Nie macie bladego pojęcia, kim jesteśmy i na jaki wysiłek intelektualny żeśmy się zdobyli, żeby wasze stosy bredni posegregować i zutylizować. 

Nie ma innego wytłumaczenia dla takiej zatwardziałości umysłu poza lękiem. Taki osobnik trzyma się jak pijany płotu utartych schematów i prostych (co gorsze, nierzadko zupełnie idiotycznych) wyjaśnień, bo gdyby tę sztachetę puścił, musiałby stanąć na własnych nogach. Musiałby się skonfrontować z niekoniecznie przyjemną rzeczywistością i zachować odpowiedzialnie. Ale to wymaga odwagi. Odpowiedzialność jest ostatnią rzeczą, którą byłby gotów wziąć na swoje barki. O wiele lepiej, bezpieczniej i wygodniej jest liczyć na opiekuńcze państwo.

Hej, mam alternatywną wizję. Z mojego punktu widzenia sprawy mają się tak, że ludzie lubią myśleć, że mają kontrolę nad swoim życiem, podczas gdy to, co często im się przytrafia, to iluzja kontroli. To zjawisko, które ONI wykorzystują, gdy rozmieszczają w różnych miejscach przyciski, które nie działają. Jednakże, przy odpowiednich kombinacjach wartości parametrów, dochodzi do samonapędzającej się zapaści i z nieobcej wszystkim ludziom iluzji powstaje czarna dziura, w której wzięcie spraw w swoje ręce i przejęcie kontroli nad całością rzeczywistości staje się króliczkiem, którego warto gonić. A potęga tej iluzji, zwłaszcza jeśli towarzyszą jej inne (np. confirmation bias), jest niezmierzona. 

Dalej Astromaria postanowiła zdemaskować blogera Barta jako nieodpowiedzialnego rodzica: 

Ochrona jego psychiki przed lękiem i „paranoją” jest ważniejsza, niż bezpieczeństwo i zdrowie dziecka. Zamiast chronić własne dziecko przed realnymi zagrożeniami i szukać wiedzy, jak nie dać się zrobić w chuja nieuczciwym producentom żywności i leków oraz kłamiącym zawodowo politykom on woli chronić siebie. Przed lękiem i paranoją.

Zostawmy na chwilę na boku to, że pominęła najważniejszą rzecz - przecież Bart jest SZATANISTĄ - to jest popis czytania ze zrozumieniem. Otóż bloger Bart twierdzi (Ctrl+F "batalia"), że szukał w Internecie porad w ważnych kwestiach i nie znalazł tam tego, czego szukał. Co za nieodpowiedzialność, przecież Internet to takie wolne medium, którego jeszcze nie ocenzurowali, gdzie można znaleźć całą mądrość świata. Albo i nie. Wiecie, ile "prawdziwych przyczyn wszystkich chorób" można tam znaleźć? Całe mnóstwo, a większość sobie nawzajem przeczy. Co nie ma znaczenia, liczy się to, że ONI nie chcą, żebysmy o tych pierdołach wiedzieli. 

Zastrachany „racjonalista” racjonalizuje wszystko, co złe i przerażające, byle tylko nie dopuścić lęku do swojego umysłu: to oczywiste, że ograniczanie naszej wolności osobistej i totalitarne prawa to nie żaden faszyzm, lecz rozwiązania podjęte dla naszego dobra. Bo co by to było, gdyby każdy robił co mu się podoba, zapanowałaby jakaś anarchia. Gdyby nie ostre przepisy terroryści mogliby nas pozabijać, bo przecież widziała paniusia, ten Big Bladen zwalił symbol Ameryki, jest się czego bać!!! Władza (ta demokratycznie wybrana) wiesza kamery na każdej latarni, buduje obozy koncentracyjne z komorami gazowymi, zbroi się po zęby, otrzymuje coraz szersze uprawnienia do obmacywania, prześwietlania, rozbierania, pałowania, taserowania i aresztowania, ale nie mamy się czego obawiać, przecież jest demokracja do cholery! Jeśli władza nas zawiedzie, wyślemy ją do wszystkich diabłów i wybierzemy sobie nową. Jest OK, jest super, popatrz jak ładnie świeci słoneczko… uups, ruch lotniczy nam się trochę zwiększył, więc na niebie wiszą smugi kondensacyjne, ale spoko, zaraz znikną.

Chochoły, wszędzie chochoły. Sugestia, że wrogom Pani Marysi (zakładając, że mowa o realnych osobach, które dostają paskudne gęby) takie rzeczy, jak ograniczanie swobód obywatelskich, wzrost kontroli nad życiem obywateli, nadużycia sił porządkowych czy wygłupy amerykańskiego TSA, w ogóle nie przeszkadzają, jest wyssana z palca. I nie, ruch lotniczy nie wzrósł "trochę". W Polsce uległ potrojeniu w ledwie cztery lata. 

No, przecież mówię, że jest cudownie! Żyjemy w raju! Na tym świecie nigdy nie zdarzyło się nic niepokojącego. Nie było żadnych spisków, nie zabito Cezara, nie było prowokacji gliwickiej ani podpalenia Reichstagu, Hitler został demokratycznie wybrany i przyczynił się do szczęścia i pomyślności ludzkości, nie było I ani II wojny światowej, nie było Pearl Harbor, IG Farben (Bayer, BASF) z główną siedzibą w Auschwitz do dziś troszczy się o nasze zdrowie produkując leki i szczepionki, John Fitzgerald Kennedy zmarł spokojnie w Domu Złotej Jesieni na Florydzie, Monsanto odkryło i wprowadziło na rynek wiele ratujących życie i zdrowie produktów, a nauka i media zawsze dostarczają nam prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Dlatego każdy, kto podejrzewa demokratycznie wybraną władzę, medycynę lub naukę o niecne zamiary cierpi niewątpliwie na schizofrenię bezobjawową i powinien być leczony. W psychuszce.

Nie, nie żyjemy w raju. Tak, wiele rzeczy może niepokoić przeciętnego racjonalistę. Tak, spiski się zdarzają, ale jeszcze częściej się nie udają, prawdopodobieństwo powodzenia jest tym większe, im mniej osób zaangażowano. Z tego, że zabito Cezara, nie wynika, że ogłupiają nas fluorem. Z tego, że prowokacja gliwicka, nie wynika, że rakieta w Pentagon. Wojny światowe to raczej triumf irracjonalizmu. JFK zginął od kuli wystrzelonej przez Lee Harveya Oswalda, nie było drugiego strzelca w osobie Palacza. Monsanto to firma trzepiąca zyski w delikatnym biznesie, coście się tak uparli, że chcą nas wymordować. Naukowcy czasem się mylą, media są do dupy, a politykom trzeba patrzeć na ręce. I tak, jeśli ktoś uważa, że można przez dziesiątki lat organizować konspirację rozpisaną na miliony osób, to chyba faktycznie powinien porozmawiać ze specjalistą. Tym bardziej, jeśli zmianę czasu gotowania jajek wiąże ze skróceniem czasu obrotu Ziemi. Jeszcze jakieś pytania? 

Katolicy wierzą kapłanom (ale ostatnio jakby mniej), a racjonaliści autorytetom naukowym (wciąż bezkrytycznie). Jedni i drudzy wierzą w konsensus. Wiele razy napalony katolik wykrzykiwał mi, że katolicyzm jest najliczniej wyznawaną religią, a więc stanowi to dowód na to, że ta jest religia prawdziwa. Racjonaliści jeszcze nie są najliczniejszą sektą świata, ale za to mają konsensus w sprawie globalnego ocieplenia: ponad 2000 najwybitniejszych uczonych poparło tę ideę (za rok lub dwa poprą ideę zlodowacenia).

Jest najzupełniej naturalne, że osoby formułujące tego rodzaju porównania, nie wiedzą, o czyzm mówią i nie wiedzą nic na temat, który przywołują jako przykład. Pani Marysi chciałoby się powiedzieć, że nie ma bladego pojęcia, co stoi za konsensusem i czym właściwie jest konsensus. Nie wiem nawet, czy Pani Marysia zdaje sobie sprawę z tego, czym jest zlodowacenie i skąd mogłoby się wziąć (podpowiedź: to nie jest tak, że Matka Ziemia wstaje rano z łóżka i otwiera okno, bo jej gorąco). Jest jakaś gigantyczna ironia w tym, że podśmiechujki Astromarii i jej komentatorów na temat globalnego ocieplenia, mają swoje źródła w medialnych konstruktach, których zasadaniczo nienawidzą. Kto pamięta szum wokół Cimategate i kojarzy, jak żałośnie mało z tego wyniknęło, ten wie, o czym mówię.  

Nie ma prawa nazywać siebie racjonalistą osobnik, który wierzy w bajkę, że budynek WTC mógł się zawalić jak stos naleśników od paliwa z baków jednego samolotu pasażerskiego, choćby nawet największego.

Och, bo rzeczywiście tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń. TOTALNIE. 

Równie idiotyczna jest wiara w to, że Bin Laden (wciąż żywy czy od 10 lat martwy) bezkarnie i do tego skutecznie podkłada właśnie 10 bomb atomowych na terenie USA, o czym amerykański wywiad doskonale wie (bo wypuszcza takie kontrolowane „przecieki”, jakiś użyteczny idiota je „odkrywa” i pisze o tym książkę), ale mimo pomocy autora książki jednak nie wie, skoro nic nie robi (bo widocznie jest taki do dupy, że do niczego się nie nadaje i powinien popełnić seppuku).

Ogłaszam konkurs. Bez nagród. Zasady są proste, trzeba w komentarzach napisać, o co chodzi w zacytowanym powyżej fragmencie.

Prawdę mówiąc, zamach na WTC był totalną, wręcz kryminalną kompromitacją władz USA.

Szkoda, że tak rzadko się zgadzamy. 

I to by było na tyle. Ledwie kropla w morzu pogardy, jaką żywię wobec osób podobnych do Pani Marysi. Ponieważ jednak jestem kulturalnym człowiekiem, mogę odwołać się znakomitego dzieła kultury z najpiękniejszą wiązanką obelg, jaką widziało kino. I don't want to talk to you no more, you empty headed animal food trough whopper! I fart in your general direction! You mother was a hamster and your father smelt of eldeberries. I tak dalej:

 

Każde słowo, każde takie słowo płynie z głębi mojego wrażliwego serduszka, które wywraca się na lewą stronę za każdym razem, gdy Pani Marysia pisze o leczeniu raka. 

wtorek, 17 maja 2011

Pod wywiadem z Bartem, opublikowanym na stronie Krytyki Politycznej, pojawił się komentator, który podniósł bardzo ważną kwestię. Kwestię, którą – jeśli kiedykolwiek będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć o sobie „ja, sceptyk" – mogę uznać za fundamentalną dla mojej tożsamości. Komentarz leci tak (na czerwono moja zgryźliwość):

Naukowa działalność TTDKN [A cóż to za chochoł?] opiera się na naukowych (to wiemy) źródłach znalezionych za pomocą wujka Google [zakładając elementarną umiejętność oceniania jakości źródła, ciężko czynić z tego zarzut]. Niestety uczestnicy tych dyskusji nie bardzo chcą dyskutować w sposób formalny, uciekając się do anegdotek i szyderstw (co oczywiście jest doceniane przez czytelników). Skoro powołujecie się na autorytet nauki, zapewne sami jesteście nieźle obeznani z jej arkanami [non sequitur]. Chciałem wobec tego nieśmiało zapytać, jakim to wykształceniem dysponuje Główny Autorytet? [Richard Dawkins?] Może się okazać, że dyskusję o tym, czym jest nauka próbuje dyktować absolwent Policealnego Studium Biznesu na podstawie popularnonaukowych czytadeł [dyskusję prowadzoną w gronie luminarzy filozofii nauki, oczywiście].
Na razie tak to wygląda, więc spróbujcie wyprowadzić mnie z błędu. Ale bardzo się postarajcie, bo przy rozważaniach na temat istotności statystycznej jednego z waszych wyznawców wpadłem pod stół(ale już wyszedłem, nie martwcie się) [ja bym nie czynił laikom tak prędko zarzutów, na wyższych uczelniach mają z tym problem, autorzy podręczników miewają z tym problemy, naukowcy się zapominają].

I zacytowany komentarz jest, niezależnie od aroganckiego tonu (być może jest to arogancja z autorytetu, a więc arogancja uzasadniona, tego nie wiem, bo nie wiem, kto stoi za nickiem) i ogólnego walenia w chochoł, fajny, bo zainspirował mnie do napisania czegoś, do czego zbieram się od dawna. 

Pomińmy coś takiego, jak „naukowa działalność TTDKN", pomińmy samo TTDKN. Ludzie, którzy wiedzą, o co chodzi, będą znudzeni, bo już wszystko słyszeli i nie mogę dodać w kwestiach nurtujących kilkanaście osób na całym świecie więcej nic ponad to, co bywało już omawiane na kanapowych rozmowach. Ludzie, którzy nie wiedzą, o co chodzi, najpewniej nie będą zainteresowani. 

Sporo osób, skądinąd zupełnie niezaangażowanych w ten cały internetowy biznes o nazwie blogowanie, wie, że lubię w wolnych chwilach zajmować się mniej więcej tym, o czym traktuje zalinkowany na początku wywiad. Krótko mówiąc, wożę się po różnych odpadach ludzkiej myśli, grzebię w śmietnikach, a czasem nawet staję w okopach (a mówią, że w okopach nie ma ateistów). Nie uważam tego za poważne zajęcie i nie wiążę z tym żadnych konkretnych planów. Może chciałbym kiedyś pojechać na TAM London (jakże zazdroszczę Tomaszowi Witkowskiemu!) i przedstawić się jakiemuś znanemu blogerowi jako sceptyk z Polski, ale to wszystko bujdy i nieważne. Pytanie brzmi, jakie mam kompetencje, żeby pisać sobie o pseudonauce, walczyć o racjonalny świat lub, całkiem trywialnie, wybierać wariatów z Internetu i umieszczać ich w gablotce. Otóż, nie mam do tego absolutnie żadnych formalnych kompetencji. Jestem z wykształcenia ekonometrykiem / ekonomistą i jeżeli na jakiś temat mogę wypowiadać się jako „ekspert", to właśnie na ten. Co nie oznacza, że chcę to robić i mam w mózgoczaszce potrzebny do tego materiał. Dobór tematów na tym blogu najlepiej świadczy, jak lubię swoje wykształcenie i jak bardzo mam ochotę po x godzinach pracy znów gryźć pedeefy i mielić cyferki. 

Pytanie o formalne kompetencje, które zadał komentator z KP, a które za nim zadaję ja, jest jednak częścią szerszego problemu – granicy kompetencji laików w wypowiadaniu się na tematy (około)naukowe. Ten problem jest w zasadzie centralny dla tego amalgamatu, z którym się czasem utożsamiam, jaki nazywa się ruchem sceptycznym, i wychodzi na światło dzienne w niezbyt przyjemnych chwilach (najbardziej bolesny przykład - dwa lata temu Randi zrobił wszystkim takiego psikusa). Co więc może taki żuczek, jak ja? Podzielmy to sobie na tematy[1]

  1. Zagadnienia, co do których istnienie powszechna zgoda w świecie nauki i w ogólnej świadomości społecznej. Powiedzmy, grawitacja. Tutaj w zasadzie nie ma nic do roboty.
  2. Zagadnienia, co do których istnieje powszechna zgoda (konsensus) w świecie nauki, ale nie przebiło się to jeszcze do powszechnej wiedzy. Jeśli ktoś chce, może próbować to popularyzować. Bardzo podoba mi się tutaj idea ResearchBlogging.
  3. Zagadnienia, co do których została wypracowana powszechna zgoda w świecie nauki, ale istnieją opinie dysydenckie, które funkcjonują w powszechnym obiegu informacji jako równoprawne z konsensusem (lub których obecność jest po prostu wyraźna). Dwa najoczywistsze przykłady to ewolucja i globalne ocieplenie. Co robić? Trzymać się konsensusu; mieć świadomość tego, co wiemy i czego nie wiemy; nie przekraczać granic własnych kompetencji.
  4. Zagadnienia, które nie doczekały się rozstrzygnięcia, gdzie jest naukowa kontrowersja, gdzie trwa spór co do podstawowych rzeczy. Pierwszy przykład, jaki mi przyszedł do głowy, to ciemna materia / ciemna energia. Tutaj jedyne, co można zrobić, to trzymać się z daleka i nie brać udziału w dyskusjach. Można też popularyzować, ale z masą zastrzeżeń. 
  5. Pseudonauki i paranauki. Myślę tu o zwyczajowej menażerii, z którą każdy miłośnik rzeczy dziwnych się zetknął: astrologia, homeopatia, UFO, Wielka Stopa, daenikenizm. Ustalamy linię demarkacyjną, sprawdzamy, co na dany temat wiadomo i idziemy na wojnę, co ma być o pokój.

Są też rzeczy, które lubię czasem robić, a które są ortogonalne do podziału zaprezentowanego wyżej, jak np. opisywanie i relacjonowanie. W ogólności, należy absolutnie się zgodzić, że nie jest to działalność naukowa, może to w najlepszym razie być działalność pronaukowa, ale z nauką będzie mieć to tyle wspólnego, co pchanie malucha pod górkę z Rajdem Barbórka. Ja to akceptuję, znam swoje miejsce w szeregu i zawsze jestem gotów zmienić zdanie (w końcu nie jestem niewolnikiem jakiegoś poglądu, tylko Metody).

Nie mam też kłopotów z przyznaniem, że konsekwentne postępowanie wg tych przykazań w najbardziej zapalnych i kluczowych kwestiach zmusi mnie do przywołania argumentu z autorytetu[2]. Jest jasne, że argument z autorytetu nie będzie wszystkim w arsenale, bo każdy z nas ma rozum, logikę, umiejętność ważenia argumentów i konfrontowania ich ze stanem faktycznym. Ba, niektórzy nawet pewnie rozumieją, co to jest istotność statystyczna i dlaczego to jest zasadniczo szkodliwy fetysz. Prędzej czy później ten autorytet się pojawi, ja się go nie boję, 

Zasadniczo, dla tego wszystkiego, co robię na tym blogu i dla gościnnych występów na innych blogach, nie potrzebuję też szczegółowej wiedzy na temat filozofii nauki, nie potrzebuję zajmować konkretnego stanowiska (książeczkę Kołakowskiego o neopozytywizmie przeczytałem jeszcze w liceum, tak nawiasem mówiąc). Nauką jest to, czym zajmują się naukowcy. Pseudonauką jest to, czym zajmują się pseudonaukowcy. Może przesadziłem, ale to - w sensie, problem demarkacji - jest jedna z tych rzeczy, których zawsze jestem ciekaw.

[1] - Przyznaję bez bicia, że ten podział komuś ukradłem. Nie podam źródła, bo nie jestem w stanie go dzisiaj znaleźć. 

[2] – Ten i ów może twierdzić, że argument z konsensusu jest czymś innym niż argument z autorytetu i nie trzeba się samobiczować, żeby wyegzorcyzmować z siebie tego wewnętrznego demona irracjonalizmu. Nie mam zdania w tej kwestii, na koniec dnia i tak zostajemy bez Absolutnego i Niepodważalnego Źródła Prawdziwej Wiedzy. 

niedziela, 01 maja 2011

Przez większą część dnia udawało mi się odseparować od beatyfikacji Jana Pawła II. Nie zaglądałem na portale, nie włączałem radia i ignorowałem błagalne wezwania ze strony telewizora. Do czasu. Po obiedzie na Blipa przyszedł ^inzmru i zaczął zachwalać erupcję papizmu na głównej stronie serwisu Wyborcza.pl słowami, których nie zacytuję, bo aż się wstydzę. Kliknąłem (zawsze klikam w linki wtedy, gdy nie powinienem tego robić), zobaczyłem zajawkę reportażu o Pokoleniu JP2 i rozpłynąłem się w morzu niewiarygodnego infantylizmu. A potem przyszły instrukcje, żeby napisać na ten temat notkę.

Wyjaśnienie dla osób, które samego reportażu nie przeczytały i mogą dalej się pogubić - to rozłożona na dziewięć podstron relacja z rozmów z sześcioma osobami, dla których papież był bardzo ważny. Ze względu na rozmiary reportażu i ilość tekstu do ogarnięcia, rozdzielono go pomiędzy troje pióropałkarzy, zaprawionych w wiwisekcji wielopoziomowego bełkotu. Część artykułu przypadła ^astragalizo, część otrzymała ^szprota, resztą tekstu zająłem się ja. Kryteria rozdziału są nieoczywiste. 

No, ale przejdźmy do rzeczy. Na trzeciej stronie Marzenka dzieli się ze światem taką oto refleksją:

Dokąd zmierza świat? Do końca. To już się dzieje, myślę, że skończy się jeszcze za mojego życia. Koniec świata to nie będzie takie wielkie "bum!". Będzie, jak mówi Apokalipsa: pożary, trzęsienia ziemi, zaćmienia słońca. Proroctwo się już spełnia, znaki są widoczne, wystarczy popatrzeć na Japonię czy wulkan na Islandii. Tak jest napisane.

Daty nie znam. Byłoby rewelacyjnie się do tego przygotować, być wyspowiadanym, w stanie łaski uświęcającej.

Rzeczywiście, rewelacyjnie. Ludzie, którzy myślą o końcu świata, nieodmiennie mnie przerażają. Wyczekiwanie końca świata i końca swojego ziemskiego życia jest postawą mi obcą i całkowicie sprzeczną z fundamentami, na których sobie posadziłem światopogląd. Jakimi? Że życie jest krótkie. Że każdy z nas ma tylko jedną szansę, żeby nie być draniem. Że dobrze byłoby na łożu śmierci uśmiechnąć się na myśl o dobrym życiu, które się przeżyło. I takie tam drobiazgi, co do których mam świadomość, że mogą nie wytrzymać konfrontacji z rzeczywistością. A oni co? Marzenka zabobonnie patrzy na świat, w relatywnie małej erupcji wulkanu widząc zapowiedź jego końca. Wciąga beznadziejnie obciążony, nacechowany sensacją i strachem medialny ekstrakt z rzeczywistości i trawi swoje życie na bezsensowne rytuały. Kosmitka, zupełna kosmitka. 

A, żeby było zabawniej, to nie dzieje się przecież nic nadzwyczajnego[1]. Katastrofy naturalne są nieprzewidywalną, chaotyczną normą, ostatecznym przykładem czarnego łabędzia, i stykamy się z nimi od stuleci. Jak ktoś ładnie ujął, civilization exists by geologic consent, subject to change without notice. A my, ludzie, jesteśmy ułomni i kiepsko przychodzi nam postrzeganie takich zdarzeń w odpowiednim kontekście. Nie dość, że rzeczom bieżącym przypisujemy znacznie większą wagę niż przeszłym, to w dodatku żyjemy zbyt krótko i mamy zbyt zawodną pamięć, żeby sensownie ocenić wyjątkowość jednego trzęsienia ziemi lub wulkanu. Jest nawet gorzej, bo skupiamy się na pojedynczych, rzadkich i przemawiających do wyobraźni zdarzeniach, które kojarzą się z mitycznymi apokalipsami, zapominając o tysiącach małych, codziennych apokalips, które pochłaniają o wiele więcej ofiar. Wiecie, burze śnieżne, fale upałów, tornada, wypadki samochodowe. Ponieważ nie jest to dobry moment, żeby taki temat roztrząsać, polecę tylko fajną rozmowę z dr Donaldem Prothero, geologiem. 

Z kolei Justyna pracuje w KAI i ma sporo do powiedzenia na temat papieża:

Jan Paweł II zawsze miał dobry kontakt z młodzieżą. Młodzieży takie rzeczy są niesamowicie potrzebne. Młody człowiek mógł zobaczyć, że nie jest kosmitą, który wierzy w Boga w świecie, w którym jego koledzy nie wierzą, że jest wokół mnóstwo takich ludzi. Bo zdarza się, że w swojej wsi jest w tygodniu w kościele sam ze starszymi osobami.

Mam umiarkowanie dobrą wiadomość dla Justyny – nieobecność młodych ludzi na mszy w dni powszednie nie musi oznaczać, że młode pokolenie uważa wiarę w Boga za obciach. To nie wirus ateizmu, to konsekwencja zmian społecznych i ekonomicznych. Sto lat wcześniej ci sami młodzi ludzie pracowali w miejscu zamieszkania, najczęściej w rolnictwie i prowadzili zupełnie inny tryb życia niż obecne pokolenie. Większość dziś nieobecnych na mszach prawdopodobnie dojeżdża do szkoły / pracy w większych miejscowościach i wycenia swój wolny czas zupełnie inaczej niż przodkowie. Na mszę o 18 trzeba zdążyć i trzeba mieć na nią czas. Czy to wiąże się ze zmianą podejścia do spraw wiary i religii? Oczywiście, byt kształtuje świadomość, a zamożność zmiata tradycję. Tym bardziej doceniamy odwagę i świadectwo wiary Justyny.

Nieco niżej Justyna dzieli się swoim sposobem na zgodne życie rodzinne.

Mój tata dużo pracował, często nie było go w domu i nie chciałabym, żeby tak było u nas. Myślę, że zabrał sobie i nam coś, co już nie wróci. Z Kubą wolimy, by nasze dziecko nie chodziło do najlepszej szkoły albo nie miało jakichś gadżetów, ale żeby miało rodziców. Poza tym codziennie oprócz wspólnej modlitwy wieczorem dziękujemy sobie i przepraszamy się za to, co było źle. To oczyszcza nam relacje. Mamy rozliczony dzień. U ludzi czasem błahostki ciągną się przez lata.

Tylko jedną uwagę mam – w momencie, gdy z oczyszczania relacji robicie codzienny rytuał, to przestaje działać. Serio.

Dalej, na piątej i szóstej stronie wypowiada się dość smutna postać, człowiek najwyraźniej głęboko doświadczony przez życie, który spędził wiele lat w szpitalu (w tym kilka miesięcy na onkologii). Zanim się wykaraskał, widział zapewne więcej ludzkich tragedii niż przeciętny zjadacz chleba. Kilka lat temu odkrył, że jest homoseksualistą, pozostaje w stabilnym związku, ale uważa homoseksualizm za nienaturalny i cierpliwie znosi kolejne upokorzenia. Jakie mogą być konsekwencje takiego dwójmyślenia, mogę tylko spekulować, mam luksus niebycia w takiej sytuacji. I od czasu wyprowadzki do DC ani razu nie przyjąłem księdza, w przeciwieństwie do bohatera reportażu:

W tym roku było tak, że wszedł ksiądz do naszego nowego mieszkania i pyta: a panowie tutaj wynajmują, studiują? Nie, mieszkamy razem. Ale to brat? Nie, to mój partner. Ksiądz nie wiedział, jak się zachować, a ja go poprosiłem, żeby nam poświęcił to nowe mieszkanie, żeby tu było normalnie. To zaczął sobie od niechcenia kropić, ale co najważniejsze - kopertę wziął. Było 200 zł, będzie miał na benzynę. Ksiądz był obojętny, taki zimny.

Nie wiem, co wywołuje u mnie większe zdziwienie. To, że ten człowiek nie ma najmniejszego problemu z tym, że utożsamia się z organizacją, która zasadniczo nie akceptuje tego, kim jest? To, że bezwstydnie przyznaje, że księdzu płaci za wykonanie pewnego rytuału? A może to, że wierzy w skuteczność takiego wymuszonego rytuału? Jeżeli nie wierzy, dlaczego to robi? 

Stąd płynnie przechodzimy do opowieści Aleksandry, przyszłej biolożki, być może największego zaskoczenia tego artykułu. Aleksandra studiuje na UKSW (oceniając na podstawie wieku, powinna być w połowie studiów kończyć już studia) i stan jej umysłu wydaje się kompletnie nie pasować do tego, co możemy sobie wyobrażać na temat przyszłych naukowców.

Ci, dla których zarodek nie jest dzieckiem, żyją według zupełnie innych zasad moralnych. Mam siostrę po pielęgniarstwie. Kiedyś na testach właściwą odpowiedzią na pytanie, kiedy zaczyna się życie dziecka, było, że od poczęcia. Teraz już rezygnują z tych pytań.

Pytanie z kategorii „Kiedy zaczyna się życie dziecka?" jest beznadziejnie niedookreślone i - na poziomie języka - zamglone ideologią. Nie da się na nie sensownie odpowiedzieć na gruncie biologii i medycyny. "Teraz już rezygnują z tych pytań" znaczy tyle, że ktoś naprostował ideolotest. Gorzej, że pewnie potem, jak u Tomasza P. Terlikowskiego, wprowadzą obowiązkową aborcję. I nie będzie ucieczki przed zupełnie innymi zasadami moralnymi.

Przy in vitro z kolei giną inne dzieci. Poza tym dzieci z probówki będą rodziły dzieci z probówki, bo jak wywołują sztuczne jajeczkowanie u kobiety, to ich córki też mogą mieć chore jajeczka. Im bardziej ingerujemy w płodność człowieka, tym bardziej mamy z nią problemy. Na wykładzie mówili też, że u dzieci z in vitro pojawia się bardzo dużo chorób. Nawet jak ktoś jest za zachowaniem gatunku, to powinien być przeciwko in vitro. Zawsze można kogoś adoptować.

Dzieci z probówki będą rodziły dzieci z probówki, które będą rodziły dzieci z probówki. Gdyby jeszcze na dokładkę dorzucić ideę preformacji, to mamy istny horror. Chociaż, może dokładnie o to nam chodzi - o całkowite oddzielenie seksu od prokreacji. Kiedy cywilizacja śmierci spowije Wawel mrocznym całunem, a na krakowskim, królewskim wzgórzu wyrośnie zamek nekromanty, wszyscy ludzie będą z probówki i zapanują zupełnie inne zasady moralne. A tak bardziej serio, to mamy tu cztery wątpliwe tezy:

  1. Przy in vitro giną ludzie. To jest jednak wyznanie wiary i, jakkolwiek dziwne i szkodliwe by się nie wydawało, zasadniczo nie da się z tym dyskutować.
  2. Bezpłodność jest genetyczna i jej propagacja w populacji nie leży w interesie społeczeństwa. Pierwsza część tezy jest prawdą tylko w niektórych, ściśle określonych przypadkach. Druga pachnie eugeniką, pozwolicie państwo, że podziękuję.
  3. Dzieci z probówek są chore. Nie do końca.
  4. Adopcja jest alternatywą dla in vitro. Bo adopcja i in vitro to doskonałe substytuty. Totalnie.

Najbardziej porażający jest jednak absolutny brak krytycyzmu. Biologia to piękna dziedzina wiedzy, informuje nas o tym, skąd przychodzimy i – do pewnego stopnia – kim jesteśmy. Wykastrować tę przygodę, okroić ją do sterty ideologicznie motywowanych sloganów, oto miara prowincjonalności tej uczelni i tego kraju.

Homoseksualizm w większości wypadków to też jest kwestia wyboru, a nie natury. Mój kolega, który wychowywał się bez ojca, powiedział, że o mało nie wpadł w homoseksualizm, ale teraz już nie ma takich myśli.

Rozłóżmy tę wypowiedź na kawałki. Po pierwsze, mamy tu dowód anegdotyczny. Po drugie, jakieś znaczenie dla przypadku tego kolegi miałby mieć fakt, że wychowywał się on bez ojca. W istocie, wychowywanie dziecka bez ojca ma być jednym z „czynników ryzyka homoseksualizmu", o których tak lubią rozprawiać badacze z alternatywnym spojrzeniem na kwestię podłoża tego zjawiska. Czego nie konsensus naukowy raczej nie potwierdza. Po trzecie, kolega Aleksandry najwyraźniej na pewnym etapie swojego życia odczuwał pociąg do przedstawicieli tej samej płci. Gdzie na spektrum rozciągającym się od czystego homoseksualizmu do czystego heteroseksualizmu się znajdował, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Kto wie, może z powodów ideologicznych stłamsił ważną część swojej tożsamości? No, ale teraz już nie ma takich myśli. Porządek panuje w Warszawie.

Prezerwatywy w Afryce wcale nie zabezpieczają przed wirusem HIV, bo on jest tak mały, że może przez nie przejść. Czytałam badania o tym, że jedno państwo w Afryce nie wprowadzało prezerwatyw, a namawiało do wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej. Okazało się, że we wszystkich zachorowalność się zwiększyła, a w tym jednym zmniejszyła.

Tak, to sama prawda. Ten wirus przechodzi przez te pory z łatwością, z jaką Wojciech Cejrowski przez plastikową obręcz w starej tubce, którą źli ludzie usunęli z YT. Jeśli ktoś jednak ma wątpliwości, jak to z tymi porami w prezerwatywach jest, polecam wpis na martwym blogu Januarego.

Przeskakujemy na dziewiątą stronę, gdzie pojawia się Edyta, która lubi koty. Edyta przeżyła toksyczny związek. Zasadniczo, z jej relacji wynika, że mieszkała z mężczyzną przed ślubem i Bóg ukarał ją tułaniem się po świecie i nieudanym małżeństwem. 

Wysłałam do Stanów wiele książek. Był ze mną Wojtyła, "Miłość i odpowiedzialność". Pisał, że seks to mocna sfera, która może dawać złudzenie bliskości. Istnieje ryzyko, że drugi człowiek przestanie być człowiekiem, a zacznie być przede wszystkim elementem naszej przyjemności. Co nam daje próbowanie kogoś? Druga osoba nie jest rzeczą. To jak z junk food. W krajach dobrobytu ludzie cierpią na otyłość i jednocześnie w związku z tym umierają z niedożywienia, bo jedzą pokarm bez składników odżywczych. Czy seks dostarcza tego, czego wszyscy jesteśmy tak głodni?

Nie, ale z pewnością dostarcza to modlitwa. Modlitwa potrafi też zapewne udzielić odpowiedzi, w jaki sposób ktoś może jednocześnie spożywać za dużo kalorii i głodować (posiadanie tasiemca pomijamy). 

Czystość przedmałżeńska... Nigdy nie zdarzało się, żebym spała z kimś, o kim bym nie myślała, że będzie ojcem moich dzieci.

Nie potrafię tego zrozumieć. Literki układają się w słowa, słowa układają się w zdania, zdania nie chcą się w nic ułożyć. Moje tłumaczenie jest takie: „Zachowałam czystość przedmałżeńską, bo tę zasadę łamałam tylko wtedy, gdy sądziłam, że w przyszłości będę mogła sobie to zracjonalizować w ten sposób, że i tak by się to stało, bo przecież ostatecznie wzięliśmy ślub i mamy dzieci", ale to się kupy nie trzyma. Tak czy owak, mózg się lasuje. 

Powody, dla których cały ten reportaż mnie skręcił, są trzy:

  • Po pierwsze, to dość konsekwentnie uprawiany przez gazetę (i zaprzyjaźniony portal) papizm: od specjalnych wkładek opowiadających o cudach papieża, poprzez felietony Jana Turnaua i utworzenie strefy wolnej od myślenia w "Gazecie Świątecznej", aż po próbę rozniecenia w Polakach tej iskry, która tak pięknie płonęła 6 lat temu. 
  • Po drugie, ktoś to zrobił, ktoś pojechał w teren, ktoś napisał ten reportaż i ktoś zaakceptował do druku. Za jakie grzechy? 
  • Po trzecie, jak to się wyraził był mój kolega, "ci ludzie są jacyś dziwni". Obcy, infantylni, bezkrytyczni, miejscami sprawiający wrażenie niedostosowanych do współczesnego świata, krótko mówiąc - wykolejeni. Na pewno nie są próbką reprezentatywną dla tego, co 6 lat temu określano mianem "Pokolenia JP2". Nie wiem, może są reprezentatywni dla tej jego części, która uwierzyła w istnienie Pokolenia JP2? 

Po znanym filmie pt. "Pokolenie JP2 - żenada, która stała się fikcją", czas na sequel: "Pokolenie JP2 - fikcja, która stała się żenadą".

[1] - Nie, nie bagatelizuję tych tragedii. Nie, nie pomniejszam rozmiaru cierpienia, z jakim się wiążą. Mam na myśli wyłącznie to, że makroperspektywy nie dzieje się nic nadzwyczajnego - to nie jest tak, że mamy teraz nadzwyczajnie dużo trzęsień ziemi. W horyzoncie czasowym, w którym warto rozważać takie zjawiska, znajdujemy okresy równie wielkich zaburzeń, chociażby lata 60-te zeszłego wieku. 

sobota, 19 marca 2011

Wstaję skacowany dziś rano, a tam ^michio podrzuca na blipa najnowszy tekst Krzysztofa Kłopotowskiego, wybitnego krytyka filmowego i publicysty, który zasłynął kiedyś odkryciem monstrualnego banerowego spisku. Dziś jest o kreciej robocie Żydów i roli Gazety Wyborczej w wynaradawianiu Polaków. Czytelników uprzedzam, że w swoich komentarzach nie zawsze będę merytoryczny, to nie jest poważna polemika, tylko wyrób przemysłu nienawiści.

widać, kiedy Gazeta Wyborcza igra w Polsce z ogniem. Przypomina mi, jak po I wojnie światowej liberalni Żydzi w Niemczech uprawiali orgię szyderstw z kultury niemieckiej. Uwaga, bynajmniej nie wszycy, lecz tylko liberalni. Ale skutki ponieśli wszyscy.

Zaczynamy więc z grubej rury, od sugestii o współwinie Żydów za Holocaust. Szydzili z niemieckiej kultury, szydzili, aż w końcu załadowano ich do pociągów i wywieziono do obozów zagłady. I żeby uchronić się przed ewentualnymi zarzutami, zauważa, że tylko liberalni Żydzi atakowali zdrową, niemiecką, chrześcijańską kulturę. No tak, hm, rzeczywiście. Zupełnie nie widać, co wycieka spomiędzy wierszy tego tekstu. Dlaczego Kłopotowskiemu proces Rymkiewicza tak się kojarzy, Przestrzeń raczy wiedzieć. Może chce tylko przestrzec polskich Żydów przed stosowaniem ironii, kpiny, sarkazmu i szyderstw. Tylko przed czym miałby ich przestrzegać? Wolałbym, żeby to pytanie nie miało odpowiedzi.

Zresztą: Krzysztof, pierdolisz, nie było cię tam!!!

Niektórzy czytelnicy znają już te refleksje. Jednak postawienie polskiego poety przez Agorę przed sądem sprawia, że nabrały nowej aktualności.

Krzysiu, dlaczego użyłeś akurat takich słów? Dlaczego napisałeś, że Agora postawiła przed sądem polskiego poetę? Czyżby fakt, że Jarosław Marek Rymkiewicz jest polskim poetą miał jakiekolwiek znaczenie w tym procesie? Czyżby pozywający nie byli Polakami? Taka sugestia ci się ulewa?

Sprawy w Polsce zaszły daleko w złym kierunku: Sąd uniewinnia p. Nieznalską za phallusa na krzyżu.

Tak, wiele rzeczy jest nie tak z tym krajem, ale przez myśl by mi nie przeszło, że uniewinnienie Doroty Nieznalskiej jest sensownym przykładem. Krzyś, obudź się, cukier jest po 5 zł za kilogram.

Rozumiem, to sztuka krytyczna, jak wywodzi Dorota Jarecka w Gazecie Wyborczej. Ale dlaczego p. Nieznalska zaraz nie wywiesi phallusa na głowie Mojżesza?

A dlaczego nie nadziała tego fallusa na muzułmański półksiężyc? Dlaczego nie zrobiła fotoszopki z Krishną trzymającym w rękach fallusy? Dlaczego prawicowi publicyści muszą zawsze zadawać takie idiotyczne pytania? I dlaczego u nich po "a dlaczego" na ogół występują Żydzi?

Albo w programie Jakuba Wojewódzkiego w TVN wsadza się polską flagę w psie kupy. Taki protest. Ale czemu zaraz nie wsadza się izraelskiej - w proteście przeciwko represjom Izraela wobec Palestyńczyków? Przecież tamten konflikt na poważniejsze znaczenie dla świata.

Przez moment myślałem, że czytam tekst Stanisława Michalkiewicza, który też lubi od czapy zapytać o Żydów. Powiedzmy, a dlaczego wrocławska młodzież nie zdjęła gwiazdy Dawida ze ścian w swoim liceum? BO NIE BYŁO TAM GWIAZDY DAWIDA. Bo Polska to nie Izrael, bo kontekst ma znaczenie, do cholery. Bo Polska ma polską flagę, a nie izraelską. Bo księżycowy krajobraz polskiej przestrzeni publicznej wyznaczają krzyże, a nie gwiazdy Dawida.

To są oczywiste pytania dla mojego - również krytycznego - umysłu. A stanowią zaledwie czubek góry lodowej. Nasz okręt, nawa państwowa, jak kiedyś się mówiło, płynie kursem grożącym katastrofą.

Wielkie to szczęście, że Krzysztof Kłopotowski od czasu składających ikrę polskości lemingów nauczył się czegoś o zasadach funkcjonowania świata zewnętrznego.

Badacz wpływu judaizmu na kulturę współczesną Kevin Macdonald twierdzi w swoim dziele "The Culture of Critique", że w podanych celach zawarta jest strategia ewolucyjna przetrwania Żydów jako odrębnej grupy etnicznej wśród innych narodów świata. Osłabia bowiem pozycję nie-Żydów w rywalizacji o władzę polityczną, pieniądze i wpływ na wyobraźnię mas.

(...)

Macdonald zastrzega, że nie ma dowodów, aby poprawa konkurencyjności była zamierzonym skutkiem stworzonych przez nich dywersyjnych nurtów intelektualnych. Chodzi tu o marksizm, radykalną lewicę, psychoanalizę i szkołę frankfurcką badań społecznych, które przeniknęły kulturę Zachodu. Taki jednak mają skutek rzeczywisty i dla nich korzystny. Rewolucja antychrześcijańska odbywa się pod hasłami wolności i tolerancji lecz jest to złudzenie. Rewolucjoniści realizują własne interesy nieświadomie mamiąc siebie i innych szlachetnością motywów.

Mamy teraz dwie możliwości. Albo Krzysztof Kłopotowski nie wie, kim jest Kevin B. Macdonald, albo wie, na kogo się powołuje (nie pierwszy raz) i nie widzi w tym nic zdrożnego. Obstawiam to drugie, ale twardych dowodów nie mam. I teraz będzie ważny fragment. Kevin B. Macdonald jest jednym z tych beznadziejnie zaczadzonych ideologią naukowców, na których poważni ludzie się nie powołują. Macdonald to profesor psychologii ewolucyjnej, którego zainteresowania badawcze kręcą się wokół doboru grupowego u Żydów. Czerpanie wiedzy o świecie z jego prac jest przynajmniej tak złym pomysłem, jak szukanie rzetelnego i bezstronnego opisu historii III Rzeszy u Davida Irvinga. To porównanie jest najzupełniej celowe. Na sławnym procesie o zniesławienie, który Irving wytoczył Deborah Lipstadt i wydawnictwu Penguin, Macdonald był świadkiem oskarżenia. Opowiadał tam, wprawiając salę i swoich uniwersyteckich kolegów w stupor, jak to polityka nazistów była lustrzanym odbiciem zachowań grupowych Żydów. Zresztą, jego własne słowa mówią same za siebie (1, 2, 3). Właśnie zalinkowałem Institute of Historical Review i czuję obrzydzenie. Niech to szlag trafi, Kłopotowski, to twoja wina.

Należy zbadać środowisko, którego Gazeta jest emanacją i wizję społeczeństwa, jakie usilnie zamierza stworzyć w naszym kraju. Zanalizować światopogląd i program kierownictwa, źródła inspiracji, finanse, okoliczności zakładania redakcji i jej życie wewnętrzne a dopiero po starannym udokumentowaniu poddać ocenie polskiej opinii publicznej. Jako wzór niech służy opasły tom "The Trust", monografia "The New York Timesa", za którą autorzy Susan E. Tifft i Alex S. Jones dostali nagrodę Pulitzera. Kto napisze takie dzieło o Wyborczej?

Nie wiem, kto napisze, ale wiem, kto chciałby coś takiego napisać. Krzysztof Kłopotowski. Wiem też, że jeśli ktoś napisze dzieło o Żydach w Wyborczej, raczej nie dostanie nagrody Pulitzera. Michnik nie pozwoli.

Pod względem wpływu na bieżącą politykę i stan naszej świadomości Gazeta jest zjawiskiem niemal bez precedensu. Może w czasach Rewolucji Francuskiej wychodził dziennik o podobnym znaczeniu. Może leninowska "Prawda" wczesnego bolszewizmu była tak ambitna przy tworzeniu "nowego człowieka", chociaż tylko jako tuba partii. Natomiast Wyborcza to samodzielny ośrodek władzy, który próbuje stworzyć nowego Polaka.

Pod względem wpływu na bieżącą publicystykę i stan umysłu prawicowych publicystów, Gazeta Wyborcza jest zjawiskiem niemal bez precedensu. Może w czasach Rewolucji Francuskiej wychodził dziennik o podobnym oddziaływaniu. Może amerykański The New York Times jest oskarżany o tak ambitne plany transformacji kulturowej, ale to jeden z wielu podobnych sobie. Natomiast Wyborcza to samodzielny obiekt obsesji, które widzą w niej tajny ośrodek władzy i największego wroga kulturowego status quo.

Osoba mająca rozeznanie w prawicowych lękach na pewno zauważyła już, jakiego antysemickiego motywu nie wyciągnęliśmy z tego tekstu. Pora to uzupełnić:

Równie dobre rzeczy można powiedzieć o Polakach żydowskiego pochodzenia. Są wyjątkowo inteligentni, wykształceni, pracowici oraz kreatywni. Z jednym zastrzeżeniem: część z nich swoją nader wysoką pozycję w mediach i kulturze zawdzięcza nie tylko talentom. Ta część z nich zwana "żydokomuną" została brutalnie narzucona Polakom etnicznym w roli nowej elity przez ZSRR.

Natomiast [nowy Polak - dop. asmo] powinien puścić w niepamięć zbrodnie żydokomuny.

Środowisko byłej żydokomuny co prawda heroicznie wychodziło z komunizmu w latach 1970 i 1980 wiele dobrego robiąc tym dla Polski. Jednak musiało obawiać się rozliczeń przez choćby część Polaków.

PiS spróbował bowiem rekonkwisty terenu od byłej żydokomuny - co nie miało nic wspólnego z antysemityzmem i - odzyskania pola od byłej polkomuny.

Jest coś głęboko niepokojącego w człowieku, który potrafi pewnej (w dużej mierze wyimaginowanej) grupie etnicznej sadzić piękne komplementy tylko po to, żeby w następnym zdaniu przywołać jeden z najtrwalszych i najpaskudniejszych antysemickich motywów. To już nawet nie jest postać ze skeczu o człowieku, który na zmianę był uprzejmy i niegrzeczny. Ale to też nie jest nic nadzwyczajnego, taka mieszanka fascynacji i fobii, miotanie się między podziwem i pogardą, uwielbieniem i nienawiścią.

Tekst Kłopotowskiego jest długi, miejscami trochę przegadany, ale mimo wszystko ilość cudowności, które udało mu się tam wcisnąć, jest niesamowita. Są "Protokoły Mędrców Syjonu" przebrane za "cele, które nowożytny judaizm stawia sobie wobec kultury chrześcijańskiej w Stanach Zjednoczonych", wraz z przerażającym odkryciem, że ktoś to wciela w życie również w Polsce. Są też rozważania na temat narodu, który nie dominuje liczbowo, ale nadaje ton kulturze naszego kraju. I rekomendacje, cholera jasna, rekomendacje. Tutaj Kłopotowski odjechał tak, że spadłem z krzesła. Podziwiajcie je w pełnej chwale:

Modelem stosunków polsko-żydowskich powinien być list naszych biskupów do niemieckich ze sławną frazą "przebaczamy i sami prosimy o przebaczenie". Obie strony mają sobie wiele win do wyznania. Wykluczmy z góry rekonkwistę. Mówmy raczej o kohabitacji i wzajemnej adaptacji. Odpowiedzią na polonizację Żydów niechaj będzie judaizacja Polaków, czyli przyjęcie tych cech judaizmu, które zapewniają sukces w nowoczesnym świecie. Polacy żydowskiego pochodzenia często wywodzą się z rodzin nienawidzących i gardzących polskością a w następnych pokoleniach wielu stało się patriotami, cennym nabytkiem dla kultury i polityki polskiej, mimo złej przeszłości przodków i niekiedy własnej.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że to jest na serio.

A nawet nie zacząłem czytać komentarzy.

KURWA MAĆ.

Tytul notki skradłem od Inżyniera Mruwnicy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Tagi