from here to reality
Kategorie: Wszystkie | Blogi smutnych osób z Częstochowy | Do przeczytania | Econ | Filmy klasy ABS | Historie prawdziwe | Through the looking glass | Śledzik
RSS

Blogi smutnych osób z Częstochowy

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Zajrzałem ostatnio do bebechów bloga i odkryłem, że przyciąga wielu wędrowców, którzy szukają tu odpowiedzi na ważne pytania. Dlatego też postanowiłem udzielić odpowiedzi na kilka najciekawszych. 

czy sekret działa 

Nie.

co to znaczy prawda lezy po srodku 

To nic nie znaczy

cma z czego sie wykluwają 

Z jaj.

co ćwiczyć żeby było widać żyły na rykach

Podcinanie się.

co nowego u patryka geryla 

Buduje bunkry w Afryce.

co planują żydzi i masoneria w 2012 roku?

Depopulację.

co+to+znaczy+by%c4%87+partnerem+w+firmie+konsultingowej%3f 

To znaczy trzepać kupę kasy.

co to jest pendemia

Epidemia długopisów. 

czy bóg wiedział co robi szatan?

Jaki bóg?

czy kosmici zostali osadzeni przez boga 

Nie, otrzymali rozgrzeszenie w zamian za obietnicę ograniczenia żniw gamet na ziemi.

czy mowic psychopacie do widzenia 

Nie, bo zadźga nożem.

czy po biologii na uksw można zostać nauczycielem

Można, ale po co?

dlaczego jedni potrafia śpiewać ?

Bo życie nie jest sprawiedliwe.

dlaczego krzysztof jackowski pomylił się w sprawie wyników wyborów parlamentarnych w 2011 r , a może się nie pomylił 

Pomylił się, bo nie ma żadnego daru i jest zwykłym kuglarzem.

drzwi womitoryjne

Do znalezienia w najbliższym akademiku.

dziennik gajowego maruchy sobowtor pawla vi 

If NotFound(photo) Then Kill.Process

ewa wojciechowska prezes homeopatii na bezsenność

Z tego by wynikało, że Ewa Wojciechowska powoduje senność.

ile waży koń trojański mossakowski 

masa (koń trojański mossakowski) = masa (koń trojański) + masa (mossakowski)

jak rozpoznać oryginalne banknoty antarktyki 

Są całe białe.

jak sie czuli bolek i lolek na ksiezycu

Lekko im było.

kora masonem? 

Pień i Łodyga również

krzysztof rutkowski reptilian

No chyba żartujecie.

masz czasem uczucie że jesteśmy inwigilowani

Nie.

most z filmów taki czerwony

Hahaha, lol.

niędzyu bogiuem a prada 

Jest Peek & Cloppenburg.

po co kosmici porywają 

For reasons they alone can fathom.

podryw sprzedawczyni w sklepie 

"Twój ojciec musiał być piekarzem, skoro upiekł takie ciacho"

rasizm na swiecie wykres

Proszę bardzo

schemat scenki sprzedażowej w banku

- Dzień dobry.

- Dzień dobry. Czy macie odkurzacze? 

- Nie, tylko kredyty.

- To świetnie, wezmę tego Electroluxa.

- Do widzenia.

szaraki niemieckie doswiadczenia na ludziach 

Patrz: szaraki austriackie doswiadczenia na ludziach

w czym przedstawiamy gęstość zaludnienia?

Mapy, wykresy, tabelki.

zabojstwo leppera a echo chrystusakrola 

W 1:13 słychać strzał.

Dziękuję za uwagę, ciągu dalszego nie będzie.

środa, 24 sierpnia 2011

Kontynuujemy relację z podróży do Czarnogóry i przyległości. Dziś kilka impresji, które nabyłem już na miejscu. 

Czisto je dobro

Kolega z wyjazdu, zapytany o to, jak ocenia Czarnogórę i jakie wrażenie na nim zrobiła, stwierdził, że "mają tam pierdolnik". Zapewne nie byłbym w stanie wymyślić słowa, które lepiej opisywałoby stan przestrzeni publicznej w tym kraju. Mam wrażenie, że jest wyraźnie gorzej niż w Polsce, choć polską riwierę ostatnio odwiedziłem chyba z 10 lat temu, w zupełnie innych czasach, w zupełnie innym życiu. 

Wyobraźcie sobie, że idziecie na plażę. Plaża jest stosunkowo niewielka i z oddali sprawia wrażenie niewiarygodnie zatłoczonej. Duża liczba parasoli i leżaków jednak nieco oszukuje wzrok obserwatora - w rzeczywistości jest gdzie rozłożyć koce i ręczniki, nie przeszkadzając nikomu. Można posmażyć się w słońcu, popluskać w ciepłym morzu, kupić butelkę wody w pobliskim markecie. Na plażę wchodzicie przed piętnastą, kiedy tłum jest największy, słońce grzeje w najlepsze, a słabiutka bryza daje tyle wytchnienia, co wentylator w saunie. Plaża jest zamykana o dziewiętnastej, więc w okolicach 18:30 większość plażowiczów udaje się do swoich hoteli, pensjonatów, apartamentów i przyczep kempingowych. I kiedy otwieracie oczy po tym exodusie, cała plaża jest zaścielona butelkami, reklamówkami, papierkami i innymi nieokreślonymi kawałkami plastiku. To nie jest tak, że komuś butelka wypadła z plecaka - tak wygląda miejsce, w którym przed chwilą była horda barbarzyńców nie znających idei kosza na śmieci. O dziewiętnastej na plażę wchodzi ekipa sprzątająca, zbiera wszystko do worków i wyrównuje piaseczek. 

A to dopiero pierwszy dzień i plaża przy reprezentacyjnym deptaku miasta Ulcinj (dawniej Dulcino). 

W tych stronach obowiązuje zasada 10 metrów - ta sama, która zdaniem Toma Clancy'ego obowiązuje w Chinach, mianowicie, że tutaj wszystko wygląda świetnie, chyba że spojrzy się z bliska. Moim zdaniem ta zasada obowiązuje na całym świecie i jest odzwierciedleniem ograniczeń naszego aparatu poznawczego, ale na potrzeby tego wywodu pozwolę sobie przyjąć, że w Polsce tak nie jest. To wcale nie tak, że mój blok z daleka wygląda fajnie, a jak się stanie blisko niego, można dostać w mordę. W Czarnogórze jest chyba dość bezpiecznie, ani przez moment nie czułem, że może mi tam coś grozić ze strony miejscowych, ale w twarz dostaje się za to widokami rozrzuconych śmieci, tańczących na wietrze torebek, porzuconych butelek, poutykanych w zaułkach palet i stert desek, wystawionych na próg worków ze śmieciami, do których w nocy coś się dobrało. Tragikomicznie wyglądają tonące w morzu śmieci kontenery z naklejką "Czisto je dobro", promującą zachowania kulturalne i, hm, europejskie. 

Miasta w budowie

Czarnogóra sprawia wrażenie państwa niedokończonego - pięć lat temu nie istniała jako samodzielne państwo, przez najbliższe pięć lat też sporo się zmieni, jak sądzę. W stromych zboczach wykuwane są działki pod zabudowę, w których tymczasowo znajdują się parkingi i wszechobecne myjnie samochodowe. Miasta zaludniają rozgrzebane budowy, od gołych fundamentów, poprzez nieotynkowane szkielety i budynki w stanie półsurowym (co nie przeszkadza mieszkańcom), aż po doskonale funkcjonujące hotele i pensjonaty, z dachów których wystają słupy i pręty zbrojeniowe. Jakiej części budynków dotyczy ten problem, ciężko powiedzieć, mam wrażenie, że w niektórych miejscach nawet 5-10%. 

Są ponoć dwa powody, dla których w miastach, miasteczkach i wsiach co rusz straszą rdzewiejące druty zbrojeniowe. Po pierwsze, inne niż w Polsce jest to, co można nazwać kulturą budowania domów. W Polsce, choćby miał nadejść Potop, finansowe tsunami albo Euro 2012, stawia się dom w docelowym kształcie, nawet jeśli oznacza to, że pozostanie w stanie surowym na długie lata. Tam budowy się etapuje, stawia dwa piętra, zostawia sterczące druty jako zaczątki kolejnych pięter i dobudowuje kolejne w miarę zapotrzebowania i dostępności środków finansowych. Dach może być płaski, na takim łatwiej postawić beczkę, w której słońce będzie grzać wodę (bogatsi mają kolektory słoneczne). Po drugie, rozgrzebanie budowy jest, jak mi powiedziano, korzystne finansowo, bo za nieruchomość w budowie nie płaci się podatków. Część domów nie będzie nigdy skończona, a druty pozostaną widomym znakiem niesprawności tamtejszych państw - w Albanii kultura rozgrzebywania budów jest jeszcze bardziej rozpowszechniona niż w południowej Czarnogórze. 

Spiderman i jego wierny osioł

Były też momenty, kiedy zastanawialiśmy się, czy jesteśmy jeszcze na planecie Ziemia czy już w Bizarro World. W Czarnogórze, na ten przykład, bardzo popularny jest Spiderman. Spośród wszystkich bohaterów komiksów, z całej barwnej menażerii zaludniające komiksy Marvela, DC i inne, tamtejsi ludzie interesu najbardziej ukochali sobie człowieka - pająka. Na ulicy można zrobić sobie zdjęcie z facetem przebranym za Spidermana, ten nieco tandetnie wyglądający obrońca ludzkości pojawia się też na plaży i spaceruje (jak gdyby nigdy nic) w niemożliwym, trzydziestoparostopniowym upale. Zaprawdę powiadam Wam, musi być superbohaterem, nie ma innego wytłumaczenia niż jad radioaktywnego pająka. Pierwszy raz spotkaliśmy go gdzieś na Wielkiej Plaży, kilkunastokilometrowym kawałku piaszczystego wybrzeża ciągnącego się aż do granicy albańskiej. A było to tak, że wycieńczonym, rozsmarowanym przez upał i gorący północny wiatr, na wpół pijanym z odwodnienia plażowiczom ukazało się osobliwy kwartet: Spiderman w pełnym rynsztunku, osioł w spodniach i kamizelce, facet w pluszowym kostiumie tygrysa i mała małpka w dżinsowej kurtce. Przedefilowali może dziesięć metrów ode mnie i spokojnie poszli na południe. Do dziś zastanawiam się, czy naprawdę to widziałem. 

Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę mi się te wakacje podobały. 

Wróciłem. 

Jak niektórzy czytelnicy tego bloga wiedzą, pojechałem na wakacje i ostatnie dwa tygodnie spędziłem zagranico, a konkretniej - w Czarnogórze i w drodze do i z tego pięknego kraju. Dzięki temu przez najbliższe miesiące (w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu) lato będzie mi się kojarzyć nie ze skręcaniem mebli z Ikei, wnoszeniem pudeł na trzecie piętro i ustawianiem książek w porządku tematyczno-alfabetycznym, a raczej z piekielnym słońcem, urywającymi łeb widokami i paranoicznym strachem o własne życie. Niekoniecznie w tej kolejności. Mam też materiał na kilka notek i mogę zgrywać podróżnika, który swoje banalne i nikogo nie obchodzące przeżycia poda tak pretensjonalnie, że Paweł T. Felis zainteresowałby się ich wierną ekranizacją. 

Czarnogóra jest pięknym krajem, składającym się w większości z pięknych miejsc, ale niestety nie jest pod Warszawą i trzeba tam jakoś dotrzeć (w ogóle transport jest przykrą koniecznością). No, więc nasza grupa czterech osób, razem z grupą czterdziestuparu innych osób, czyli razem pięćdziesiąt osób, została ulokowana w wynajętym autokarze i wysłana w podróż na trasie Warszawa - Kraków - Budapeszt (9-10 godzin przerwy) - Belgrad - Podgorica - Ulcinj. 1500 kilometrów i dziesięć stopni szerokości geograficznej nie wygląda nawet tak źle na mapie o dużej skali, ale w rzeczywistości to jest w cholerę daleko, jeśli wziąć pod uwagę kategorię, która ma tu największe znaczenie, czyli czas. Plany w rodzaju "gaz do dechy, sto na godzinę i dwa postoje po pół godziny, bo nie takie rzeczy ze szwagrem się robiło" można odłożyć do jednej szufladki z Biblią i "Mitologią" Parandowskiego. Kilka liczb - trasę z Warszawy do Budapesztu pokonaliśmy w standardowe 13 godzin, a resztę drogi - w jakieś 20 godzin. W drodze powrotnej tłukliśmy się na Węgry przez 23 godziny, a z Węgier do Polski - przez 17 godzin (z czego jedną spędziliśmy w Raszynie). W najlepszym razie 33 godziny w autokarze, w najgorszym - 40. 

Przyczyna tej mordęgi jest prozaiczna - proste drogi na dobre kończą się w Belgradzie, za którym zaczyna się plątanina mniej lub bardziej malowniczych serpentyn, miejscami przecinających skały w tunelach i półtunelach. O autostradzie nie ma co marzyć, na drodze przez południową Serbię i Czarnogórę szczytem szału jest okazjonalny pas do wyprzedzania, poza tym mamy jednojezdniową drogę z ogólnym zakazem wyprzedzania. I jakkolwiek malowniczo nie prezentowałaby się ta trasa (słowa nie są w stanie opisać tego, jak bardzo niektóre widoki urywają dupę) i jak fajnie kołysanie autokaru na zakrętach nie utulałoby pasażerów do snu, droga dłuży się niemiłosiernie. Z drugiej strony, wszechogarniające uczucie zniecierpliwienia ustępuje, kiedy pierwszy raz widzi się morze. Wiecie, takie niebieskie i błyszczące. W drugą stronę to niestety nie działa, bo gdy pierwszy raz widzi się Polskę, jest już tylko pogodzenie z losem i żarcik pilota, że w Polsce obowiązującą walutą są złotówki. 

Czy wspominałem już, że jechaliśmy autobusem? Dodam też, dla porządku, że nienawidzę autokarów nienawiścią świeżą i rozlewającą się po wszystkich zakamarkach mojego umysłu. Nasz był ponoć klasy Lux, ale niech nikogo ta nazwa nie zwiedzie, komfort podróży był gdzieś pomiędzy tylnym siedzeniem Daewoo Tico, a autobusem linii 190. Wali mnie to, na następne wakacje lecę samolotem, a zaoszczędzony czas mogę nawet spędzić na zebraniu spółdzielni.

W takiej podróży czas można mierzyć w godzinach i minutach, ale można też mierzyć odwiedzonymi stacjami benzynowymi albo obejrzanymi w jej trakcie filmami (autokar klasy Lux, leszcze). Tych ostatnich było sporo, bo obejrzeliśmy np. "Testosteron", "Śniadanie do łóżka", "Skrzydlate świnie", "Body of Lies", "Incepcję", "Due Date" i "Ile waży koń trojański?". Co było ciekawym doświadczeniem, bo w innych okolicznościach nie zdobyłbym się pewnie na zapoznanie z jakąkolwiek polską komedią nakręconą po "Chłopaki nie płaczą". Wnioski są takie, że "Testosteron" to najbardziej bucerski, seksistowski i żenująco nieśmieszny kawał celuloidowego łajna, jaki widziałem w ostatnich latach. Gdy sobie pomyślę, że są ludzie, którzy ten film uważają za kultowy, a ja wchodzę z nimi w interakcje społeczne nie wiedząc o tym, robi mi się zimno. O "Śniadaniu do łóżka" mogę powiedzieć tyle, że grał tam Tomasz Karolak, a w filmie chodzi o potęgę Miłości, tak samo jak w "Skrzydlatych świniach" (rozczar). Z kolei "Ile waży koń trojański?" nie jest nawet nudny.  Na pewno w którymś obcym języku jest ładne słowo albo wyrażenie, które idealnie opisuje ten rodzaj nijakości. Mnie np. scenki z Donaldem Tuskiem i Robertem Kubicą kojarzą się z kołkami, które w "Narrenturmie" strugał Samson Miodek. 

Podróż pomagają także ustrukturyzować niespodziewane wydarzenia. Na granicy czarnogórsko-serbskiej musieliśmy zawrócić i dymać na około, bo gdzieś tam coś tam zamknęli. Za Podgoricą epicko zabłądziliśmy. W ogóle Podgorica jest chyba najmniej imponującą ze wszystkich europejskich stolic: nie ma ani fajnej architektury, ani aury wielkomiejskości, ani jakichkolwiek atrakcji, które kazałyby grupom zagranicznych turystów zatrzymywać się dłużej niż na siusiu, papierosa i wizytę na stacji benzynowej. Miasto to ma mniej więcej tyle wdzięku, co Radom albo Sieradz i bardzo się cieszę, że byliśmy tam tylko przejazdem. Czy można się zgubić w Radomiu? Mnie się nie zdarzyło, ale wyobrażam sobie, że tak. Czy można się zgubić w Podgoricy? Trzeba się postarać. Ile razy można się zgubić w Podgoricy? My zgubiliśmy się dwa razy, pomimo dwóch GPSów, trzech map, dwóch kierowców i pilotki. Za pierwszym razem skręciliśmy w lewo, zamiast pojechać prosto. Udało się zawrócić elegancko i po angielsku, większość pasażerów nie zauważyła nawet, że się zgubiliśmy. Za drugim razem - już na innym skrzyżowaniu - pojechaliśmy prosto, zamiast skręcić w lewo i wyjechać na E-cośtamcośtam. Tu też zaskakująco długo fakt zgubienia drogi nie był wiadomy wszystkim pasażerom, choć niektórzy (i nie mam tu na myśli wyłącznie siebie) szybko zorientowali się, że coś jest nie tak. Podejrzanie ciasne zakręty, braki w oznakowaniu, gęsto rozmieszczone wjazdy do posesji, okazjonalny traktor, facet w gumofilcach próbujący złapać stopa... można sobie wybrać, mnie najsilniej otrzeźwił ten ostatni widok. 

Nic to, autokar opuścił Podgoricę (i kilka sąsiadujących z nią wsi) i zaczął wspinać się pod górę. W miarę, jak widoki robiły się coraz bardziej imponujące, różne elementy otoczenia - i to już nie były jakieś tam drobiazgi - zaczynały coraz wyraźniej układać się w literki, a te w wyrazy MENE, TEKEL i FARES. Może to absolutny brak samochodów z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi, może to to brak stacji benzynowych i generalnie jakiejkolwiek infrastruktury dla podróżnych, a może monstrualna luka w oznakowaniu rozpaliły we mnie niepokój? A może fakt, że droga, przytulona do zboczy wzgórz i gór, pozbawiona była barier energochłonnych, betonowych słupków, roślinności i w ogóle czegokolwiek, co osłaniałoby jadące nią pojazdy przed zionącą poniżej przepaścią? A może - wreszcie - ostre zakręty i ogólna ciasnota tej drogi? Autokar rzęził, dławił się i każdy podjazd pokonywał z potężnym rykiem, a ja czułem, jak krew zamarza mi w żyłach, a żołądek migruje gdzieś, gdzie nie powinno go być. Zgodnie z mapą, była to droga drugiej kategorii, odpowiednik drogi wojewódzkiej w Polsce. 

Po paru kilometrach z kakofonii głosów w głowie wyłoniła się paniczna myśl, że chyba nie wrócę już do Polski, że umrę młodo i bez sensu. Że nikt nie usłyszy naszego krzyku. Widziałem już te relacje w mediach i nagłówki krzyczące o wypadku polskiego autokaru w Czarnogórze, zdjęcia z helikopterów i rozważania ekspertów. Pięćdziesiąt osób spadło w przepaść, bo kierowca źle skręcił, co za idiotyczna śmierć. W takiej wesołej atmosferze minęło nam chyba ze trzydzieści minut. Szczęśliwym trafem, w wiosce o nazwie Medun udało się zawrócić i przemierzyć jeszcze raz tę samą drogę (gorzej, że w większości po zewnętrznej stronie...). Swoją drogą, wiecie, jak się poczułem, gdy zobaczyłem wyłaniające się zza pasma górskiego białe kowadło? Pokonywać takie serpentyny w deszczu, na trzeźwo, to prawdopodobnie żadna przyjemność. Potem już dobrze skręciliśmy, a ja na pierwszym postoju poszedłem do sklepu, kupiłem butelkę wina i wypiłem duszkiem. Chyba byłem jedynym, który się tak tym przejął. I nie wiem, co jest bardziej przerażające - to, że mogliśmy wtedy stoczyć się w przepaść czy to, że najwyraźniej nikogo to nie poruszyło. Cóż, każdy na swój sposób przeżywa konfrontację z własną śmiertelnością. U mnie popsuła się maszynka do liczenia prawdopodobieństw. 

W następnych odcinkach - jak rozpoznawać Polaka z dużej odległości, jak prawie utonąłem i co ludziom wystaje z dachów. 

piątek, 19 listopada 2010

Zapytano mnie ostatnio, jakie mam zainteresowania. Jako, że jestem człowiekiem, który nawet w okazjach towarzyskich lubi czepiać się i dzielić włosa na czworo (co dla lepszego samopoczucia nazywam precyzją), doszedłem szybko do wniosku, że mój rozmówca zbyt pochopnie założył, że mam jakiekolwiek zainteresowania. A przecież nie mam żadnych konkretnych zainteresowań i chyba nigdy nie miałem (z drugiej strony, kiedyś bardziej mi to przeszkadzało, w myśl słów poety, że "siostra zbiera aktorów, brat wycina piłkarzy"). Ulegam chwilowym fascynacjom, skaczę sobie z kwiatka na kwiatek, czasami beznadziejnie i całkowicie zatapiam się w jakichś kwestiach na jeden wieczór. A potem strząsam to z siebie i szukam kolejnej pierdółki do zgłębiania. A potem, wracając do mojego rozmówcy, przypomniałem sobie, że dla wielu moich przelotnych zainteresowań (przydałoby się pojęcie, które dla zainteresowania byłoby tym, czym jest miłostka dla miłości) istnieje wspólny mianownik, którym jest fascynacja intelektualnym śmietnikiem. Gdzieś nawet, we wczesnej fazie pisania bloga, zdarzyło mi się wspomnieć, że jestem kloszardem na śmietniku idei. Tylko jak o tym powiedzieć rozmówcy? Swoim zwyczajem, uciekłem od tematu i postanowiłem skrobnąć coś w miejscu, gdzie nic nikogo nie dziwi. Kilka nudnych migawek z przeszłości.

W bliżej niesprecyzowany wiosenny wieczór 1996 r. zapakowaliśmy się z rodzicami do zielonego malucha i pognaliśmy do bliskich znajomych rodziców, których ja nazywałem ciocią i wujkiem. Kilkanaście lat później wujek, nieco przesunięty w fazie inteligent z duszą artysty, będzie w mojej obecności histerycznie śmiać się z rejestracji SB ("zobacz, rejestracja SB, he he he, eS Be, he he he") i wykładać podstawy Teorii Dwóch Tupolewów. Tego wieczoru dorośli wybrali swoje własne towarzystwo, a mnie wysłano do przyszywanej siostry ciotecznej, która akurat oglądała telewizję. Traf chciał, że oglądała "Z archwum X". Odcinek to chyba "Squeeze". Scary shit, a czołówka serialu chyba mi zrobiła coś złego w głowę, bo przez pewien czas bałem się wielkiej przezroczystej dłoni.

Więc jest 1998, a ja każę sobie odkładać w kiosku "Faktor X". W tych ciekawych czasach hitem były czasopisma wkładane do specjalnych segregatorów, spośród których największą popularnością cieszył się "Świat wiedzy", najeżony błędami substytut encyklopedii. "Faktor X" funkcjonował na dokładnie takich samych zasadach, tylko traktował o zjawiskach paranormalnych, teoriach spiskowych i miejskich legendach. Mieli tam też krótkie notki, które dziś wywołałyby przede wszystkim zdziwienie podlane politowaniem, np. o szalecie nawiedzanym przez ducha hydraulika, o afrykańskim czarowniku, który magią pozbawiał mężczyzn penisów, o kubańskiej krowie zamordowanej przez moduł amerykańskiej rakiety. A żeby nie było całkiem zabawnie, to w tym samym numerze potrafili straszyć narkokanibalami z Meksyku (gratis zdjęcia zupy na ludzkich kościach) i spiskiem szatanistów - pedofilów. Ponadto, dla każdego coś miłego: starożytni astronauci, Area 51, porwania, implanty, czupakabry, egzorcyzmy, pole morfogenetyczne, Nostradamus, fałszywe lądowanie na Księżycu, zabójstwo Kennedy'ego, MK ULTRA i kontrola umysłów. Geez, poruszyli chyba każdy możliwy temat.

Dwa lata później w wakacje było różnie i czasami padało (Puck był wtedy jeszcze smutniejszy, a polskie morze jeszcze brzydsze niż dziś), więc kupiłem sobie "Nieznany Świat". W środku - epicki artykuł, który upadek komunizmu postawił w całkiem nowym świetle. Jak się okazało, komunizm upadł, bo parę tysięcy osób medytowało w jednym momencie. Jakże inaczej mógły wyglądać świat, gdyby kilkanaście tysięcy osób zjednoczyło się w medytacji. A gdyby tak połączyć medytację i World Jump Day? Nie zostałem regularnym czytelnikiem NŚ, jego pretensjonalność, nadmiar powagi i okazjonalne ludzkie dramaty sprawiały, że miesięcznik był raczej nieatrakcyjny dla nastolatka, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak właśnie wygląda mainstream polskich paranauk. Że fascynujące historyjki o kosmitach to jedno, a zinstytucjonalizowane ssanie z palca, kopanie dołków pod medycyną czy też niuejdżowa samopomoc, to drugie.

W nowym tysiącleciu Internet trafił pod strzechy, a mnie kojarzył się tylko ze śmiesznym programikiem liczącym impulsy, dyskretnym ukrywaniem kabla, pospiesznym wysyłaniem i odbieraniem maili i wiadomości z grup dyskusyjnych, crackowaniem Teleport Pro i otwieraniem kilkudziesięciu stron w celu czytania offline. Wtedy też poznałem Pająka Jana, kreacjonistów z pl.sci.biologia i świrusów z pl.soc.religia. Co ciekawe, oni wszyscy są wciąż aktywni. Pająk niestrudzenie tropi ufonautów, inspiruje niewielką grupę zwolenników i znacznie większą grupę paranów, którzy może całkiem nie wierzą, ale rozsyłają dalej, bo to ciekawe. Kreacjoniści w dalszym ciągu dokonują desantów na pl.sci.biologia, choć prominentni przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego najwyraźniej wycofali się z Juznetu. Na pl.soc.religia OBVES (vel Marian Śliwiński) pracowicie wylicza kolejne daty końca świata, a Archanioł Książe Michał zapowiada przelot jonolotem i piwo Carlzberg w kranach (pojedynek obydwu pacanów można zobaczyć chociażby tutaj). I zapewne wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że spoglądam w Otchłań, że obcuję ze światem, w którym logika, racjonalność i zdrowy rozsądek mają alternatywne znaczenia.

I mniej więcej wtedy wielką karierę zaczął robić portal Racjonalista.pl, na Filozofii.pl szalały niesamowite flejmy z neotomistami. No, ale to temat na zupełnie inną historię. W następnym odcinku opowiem, jak nauczyłem się tym wszystkim martwić i zostałem bezideową szmatą.

wtorek, 11 maja 2010

No więc idę, powiedzmy, wieczorem z gazetą i mam spotkanie z dziwną kobietą. Inaczej rzecz ujmując, nieco ironicznie i z puszczeniem oczka do Rafała A. Ziemkiewicza, spotkałem w poniedziałek demona polskiego nacjonalizmu, który postanowił dręczyć mnie w przebraniu starszej kobiety z siatką z Lidla i dziwną skłonnością do uporczywego wpatrywania się w pierwszą stronę "Gazety Wyborczej". A było to tak, że uciekł mi tramwaj, a Błękitny Wieżowiec był stalowoszary, z lekkim odcieniem szumu z telewizora. Oczekiwanie z gazetą w ręku na tramwaj na Bankowym i burzę made in Łódź przerwały natarczywe awanse siedzącej obok staruszki. Siuuup! Siuuup! Siuuup! Schyla się, łypie spod oka na gazetę, wraca do pozycji stabilnej. Siuuup! Siuuup! Siuuup! W końcu przemówiła:

- Przprszm, co tu pisze? Prawda o czym?
- O Katyniu. Prawda o Katyniu.
- A jaka to gazeta?
- "Wyborcza".
- Niemożliwe, o Katyniu w "Wyborczej", bzzzzzwwwwtttsss. Za komuny pisali ppppssssbbbbzzzz, a potem przez dwadzieścia lat się wwwwkkkkzzzzz.

Chwila zadumy w stylu tandetnej egzegezy "Wesela" Wyspiańskiego, mianowicie, chłop ciekawy jest świata. Po chwili jednak staruszka łapie wiatr w żagle i ze zdwojoną energią podejmuje wątek "Gazety Wyborczej":

- He he he. Przychodzi facet do kiosku i pyta: "Czy jest Gazeta Wyborcza?". "Nie ma" - odpowiada kioskarz. "A czy jest Gazeta Wybiórcza?". "Też nie ma". "A Gazeta Koszerna?" - "Oczywiście, że jest". He he he.

Oczy dęba stają, włosy nie dowierzają. To nie jest dotyk zła, to jest wcielona obcość, która postanowiła podręczyć mnie i przepalić wszystkie żenometry w moim nieco zbyt przysadzistym ciele. Nie mając pomysłu na ciętą ripostę, postanowiłem milczeć i udawać, że wciąż mogę cieszyć się lekturą. Na szczęście po chwili przyjechał tramwaj. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy odkryłem, że demon polskiego nacjonalizmu wsiadł do tego samego wagonu. Na środku wagonu stałem, czytając dalej "Wyborczą", a staruszka co rusz schylała się nieco i obracała głowę, by obejrzeć wciąż tą samą pierwszą stronę. Kino Femina. Co tam jest? Paru żołnierzy pod Kremlem, trochę więcej literek, nie pod Kremlem. To pewnie tak, że jak się porządnie napatrzy, to tak znienawidzi, że hej. W okolicach Okopowej stwierdzam, że dłużej tak nie mogę i wybieram podziwianie krajobrazów dezindustrializującej się Woli.

Okopowa, Karolkowa, Żelazna, idę na drugi koniec tramwaju. Patrzę w lewo, staruszka też się przemieściła. Dlaczego, nihuhu nie wiem. Nie miałem przecież gazety w ręku, nie wziąłem z domu jarmułki, nie założyłem koszulki obrażającej uczucia religijne, z butów wystaje mi słoma - o co więc tu chodzi? Bijąc się z własnymi myślami, dotarłem do celu i bez większych deliberacji udałem się w podróż do serca osiedla. Spojrzenie za siebie przyniosło ulgę, demon poszedł w swoją stronę lub przegapił przystanek. Jakkolwiek bolesna nie byłaby prawda, poczułem się wolny, mogłem z nadzieją patrzeć w przyszłość, mogłem bez obaw wstać następnego dnia z łóżka.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Generalnie miałem się zająć czymś innym i w spokoju ponurkować w zupełnie odmiennych klimatach (portale organiczne, ew. wreszcie jakiś wpis o charakterze edukacyjnym), ale od pewnych kwestii najwyraźniej nie ma ucieczki. Nie tutaj, nie teraz i nie w tym kraju. Idą Święta, a wraz z nimi w głowach niektórych ludzi rodzą się ważne pytania, które warto zadać na forum publicznym. Czy ateista może obchodzić Boże Narodzenie? Dlaczego ateista nie pracuje w Święta? Dlaczego świętuje narodziny bytu, który jego zdaniem nie istnieje? I tak dalej, wicie-rozumicie. W zasadzie, najprościej byłoby komuś takiemu powiedzieć otwartym tekstem, żeby zaprzestał swoich prób zaznaczania dominacji kulturowej ("Ale co ci do tego, bucu, jak świętuję BN?"), ale nie zawsze wypada, a i czasem warto próbować rozsądnej argumentacji.

Zawsze, gdy widzę taką odważną szarżę, zastanawiam się, w czym właściwie jest problem. Czy takiemu bojownikowi przeszkadza to, że ateiści funkcjonują w tym samym społeczeństwie i mają z nim coś wspólnego? Nie wiem, może bardziej kłopotliwe jest to, że wszędzie pleni się materializm i wiadome ośrodki promują świecką parodię Prawdziwie Chrześcijańskiego Święta. Nic to, zajmijmy się prostszym zagadnieniem, mianowicie, nieporozumieniem co do natury świąt i świętowania. Pytanie o to, dlaczego ateista świętuje narodziny kogoś, w kogo nie wierzy i kogo nie czci, jest całkiem bezzasadne, bo przecież ateista nie może tego robić, nie narażając się na dziwne pytania na lokalnym sabacie.

Krótko mówiąc, gdy ateista mówi o Świętach lub o Bożym Narodzeniu, to odnosi się to do tych samych kartek w kalendarzu, co człowiek wierzący. Ewidentnie ma jednak na myśli coś innego. To nieporozumienie ma wiele wspolnego z myleniem znaczenia z oznaczaniem. "Boże Narodzenie" w wypowiedzi niewierzącego asmoetha i wierzącego, powiedzmy, Alfreda odnosi się z grubsza do tego samego (zwłaszcza jeśli mają zamiar spędzić te święta razem), ale znaczenie jest inne. Byłoby pewnie takie same, gdyby "Boże Narodzenie" było jakimś spójnym, nieredukowalnie złożonym pakietem, ktory trzeba przyjąć w całości lub odrzucić.

Tymczasem tak nie jest, obchodzenie świąt ma to do siebie, że nie da się go oddzielić w żaden sposób od podmiotu. Świętowanie ma charakter intencjonalny. O tym, co obchodzimy i jakie to ma znaczenie, decydują nasze działania i zestaw wierzeń, a nie jakiś ogólny transcendentalny wzorzec danego święta nierozerwalnie związany z jego nazwą. A nazwa? No cóż, nazwa nie ma żadnych magicznych własności, po prostu wskazuje na religijne pochodzenie tego święta. Sugestia, że zobowiązuje ona kogokolwiek, niezależnie od jego woli, do obchodzenia ich na sposób religijny, jest absurdalna. Jak w niektórych kręgach mawiają, you can call it Susan if it makes you happy, ale wygodniej jest powiedzieć "Boże Narodzenie", "Święta" albo "Gwiazdka". Naturalnie, nie jest tak, że każdy na nowo tworzy Boże Narodzenie. To elementarne, Watsonie, świąteczne tradycje są częścią pakietu instalacyjnego kultury, który ściągamy sobie w dzieciństwie i instalujemy. Nim ktoś mnie przygwoździ i zapyta, dlaczego muszę obchodzić sobie to swoje świeckie święto akurat wtedy, kiedy on refleksyjnie wspomina wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, od razu powiem, że przecież moja rodzina wtedy świętuje. Święta nie byłyby tym samym, gdyby przenieść je na lipiec, nie?

Zawsze, gdy przychodzi mi tłumaczyć takie rzeczy, czuję się nieswojo, głosząc (w moim odczuciu) totalne banały, niezrozumienie których jest (również w moim odczuciu) kompletną abstrakcją, na zasadzie "eee... to tak się da?". Otóż, statystyczny ateista niemal pod każdym względem nie różni się znacząco od statystycznego przedstawiciela całego społeczeństwa. Wychowuje się w określonym otoczeniu kulturowym, przejmuje zwyczaje i zachowania powszechne w jego otoczeniu, tj. w rodzinie i w kręgach znajomych, uznaje różne tradycje za część swojej tożsamości. Tak po prostu. Nikczemnością jest domaganie się od takiego klienta, żeby w imię fałszywie pojętej konsekwencji zerwał ze wszystkim i budował sobie we własnym otoczeniu całkowicie alternatywną kulturę. Takie próby zapewne ten i ów podejmował, ale kogo to teraz obchodzi? A gdyby tak w przyszłości, hipotetycznie, ateistów była większość, to czy nadal ubieraliby choinkę? Przypuszczam, że Mariusz Agnosiewicz udzieliłby przeczącej odpowiedzi, ale to tylko kolejny dowód, jaką głupotą jest wsadzanie ateistów do ciasnych szufladek.

Czym jest więc Boże Narodzenie dla ateisty? To parę dni w roku, kiedy można spotkać się w rodzinnej atmosferze z bliskimi, obdarować się prezentami, pogadać, powspominać, pośpiewać kolędy, pobuszować pod choinką, dobrze zjeść i obejrzeć Kevina w telewizji. Światopogląd jest czynnikiem różnicującym członków mojej rodziny, dla jednych wyjście na pasterkę i pójście na msze w pierwszy i drugi dzień Świąt to punkt obowiązkowy w programie, inni co roku bardzo żałują, że i tym razem nie chciało im się spędzić Bożego Narodzenia religijnie, a reszta nawet nie żałuje. Wszystkich jednak łączy określona wizja sposobu wspólnego spędzania czasu w tym okresie. Bo tym realnie jest Boże Narodzenie i religijny pierwiastek jest nieistotny, to sztafaż, za którym ukrywają się świeckie tradycje. Tak, dla mnie, oczywiście.

Czy taki sposób jest gorszy? Cierpiący pisowiec z Psych24, Rybitzky, twierdzi w kuriozalnym tekście (zwracam uwagę na klasyczny gambit z niewielką grupką wichrzycieli w roli głównej), że niewierzący "urządzają w swoich domach parodię chrześcijańskiego święta". Na takie dictum lepiej od razu powiedzieć: "A co ci, bucu, do tego, jak te święta obchodzę?", podobnie jak na sugestię, jakoby dla ateisty Boże Narodzenie było momentem, kiedy można się "nachlać". I gdzie tu miejsce na refleksję? Wszyscy przecież wiemy, że jedyna możliwa refleksja związana ze świętami musi kręcić się wokół pewnej mitologii.

poniedziałek, 07 grudnia 2009

Całkiem przypadkowe pytanie mojej mamy o znajomość przygód Mikołajka, na podstawie których nakręcono wyświetlany aktualnie w kinach film, wywołało u mnie lekko gorzką refleksję nad własnym dzieciństwem. Dzieciństwem, które - mając na uwadze doświadczenia moich równieśników - było jednak trochę dziwne. Nie chodzi tutaj oczywiście o znajomość lub nieznajomość przygód Mikołajka, bo te zapewne nie są wyznacznikiem normalności, przynajmniej nie w Polsce, ale o, że tak powiem, całokształt[1]. Porównania ze znajomymi - czy to w ramach luźnych rozmów, czy też z użyciem narzędzi specjalistycznych (czyt. BiblioNETka) - zawsze ujawniały moje przerażające ubóstwo w kategorii "literatura dla dzieci i młodszej młodzieży". Nie dla mnie byli Małgorzata Musierowicz, Karol May, Astrid Lindgren (za wyjątkiem "Dzieci z Bullerbyn", które były moją najulubieńszą lekturą do czasu, nie wiem, "Mistrza i Małgorzaty"), Kornel Makuszyński, Alfred Szklarski, Adam Bahdaj... Pomijając lektury szkolne, literatura dziecięca jest mi praktycznie obca. Prawdą jest przy tym, że oczytaniem w tej dziedzinie nie może pochwalić się również mój szanowny kolega z podstawówki, niejaki Artur pseud. Troll, który pierwszą wizytę w więzieniu zaliczył w czasie, gdy ja jeszcze o życiu myślałem jako o ukwieconej łączce, po której wesoło skaczą puchate króliczki. Mój punkt odniesienia jest jednak, że tak powiem, klasowy, tzn. czuję się ubogo na tle pewnej grupy rówieśników.

Wracając do głównego wątku, to z czego to (ta różnica) wynikało? Problemem nie był na pewno brak zachęt ze strony rodziców, bo w moim domu rodzinnym książki obecne były zawsze i bynajmniej nie służyły celom estetycznym (zresztą, nie mogły, biorąc pod uwagę jakość PRLowskich wydań, kiepski papier i postępujące zużycie, rzecz naturalna). Problem tkwił we mnie, miałem bowiem, jak mi się zdaje, trochę poprzestawiane w głowie w owym czasie. Najlepiej ilustruje to pewien epizod z czasów już szkolnych. Otóż, znalazłem na podwórku (jedna z wielu zalet wychowywania się na sennej staropolskiej - w sensie lokalizacji - wsi) mrowisko, które zapragnąłem przenieść w jakieś miejsce, w którym mógłbym je obserwować, badać i ksztaltować stosownie do swojej woli[2]. Wiedząc skądinąd, że niektórym mrówkom zdarza się w centrum mrowiska hodować grzyby i z nich korzystać, co zresztą jest książkowym przykładem symbiozy, zerwałem z drzewa solidny kawał huby i umieściłem centralnie pomiędzy zestawionymi w kwadrat dachówkami, które stanowiły ramy mojego polowego terrarium. A potem wziąłem szufelkę i zacząłem cierpliwie zapewniać mrówkom usługi transportowe. Po kilkunastu minutach nie zostało zbyt wiele mrówek w starym miejscu, toteż udałem się na zasłużony spoczynek, w końcu nagiąłem przyrodę do swojej woli. Późnym popołudniem mrówek w nowym miejscu już nie było. Płyńcie łzy moje, rzekł młody entomolog.

Jak widać, przemieszany z autentyczną troską sadyzm, dzięki którym tak namiętnie zaglądam w Otchłań i doglądam żyjących na samym dnie informacyjnego łańcucha pokarmowego trolli, objawiał się u mnie jeszcze w dzieciństwie. Innym razem całe niedzielne popołudnie spędziłem na łapaniu motyli do słoików i dobieraniu ich w pary w oparciu o arbitralne kryteria. Chciałem bowiem, żeby się rozmnażały. Dokładniej mówiąc, chciałem zobaczyć na własne oczy cykl życiowy motyla wraz ze wszystkimi przemianami, choć oczywiście nie potrafiłem tego w ten sposób wyartykułować. Niski, rozkochany w książkach i przyrodzie grubasek z ognistorudą grzywką opadającą na oczy, który próby nauki jazdy na rowerze potrafił regularnie kończyć rzuceniem roweru marki Romet na ziemię, który nad grę w piłkę preferował wchodzenie z lunetą na punkt wysokościowy i podglądanie ptaków, sąsiadów i samolotów, po prostu nie mógł inaczej.

Natura nie znosi próżni, jak ponoć twierdził Arystoteles, a za nim szerokie masy, zatem czas wolny coś musiało wypełniać - tym bardziej, że szczytem komputerowego wyrafinowania była dla mnie podówczas gra o tajemniczej nazwie "BIZNES" (składała się z dziesiątek tabelek ASCII i polegała na tym, że gracz miał sprzedawać różne towary drożej niż wcześniej kupił, zaciągać zobowiązania, płacić podatki, przyjmować spadek od dziadka, etc.), która o moje względy konkurowała z równie tajemniczym "BILARDEM" (zgadnijcie, o co w niej chodziło)[3]. Zamiast więc cieszyć się zapisanymi na kartkach papieru przygodami w dalekich krajach, zamiast zaczytywać się w pięknych i pouczających historiach, ponad wszystko kochałem pop-sci. Zaczęło się pewnie od kolorowych encyklopedii i kompediów wiedzy szkolnej typu "Jak budowało się zamki" lub "Zwierzęta rozmnażają się", ale nigdy nie planowałem na tym poprzestać. Do dziś pamiętam pierwszy kupiony numer "Wiedzy i Życia" ze zdjęciem rozgwieżdżonego nieba na fioletowej okładce (byłby to lipiec 1995 r.?) i późniejsze, w których można było poczytać o wodzie na Marsie, odległych galaktykach, odkrywanych w niedostępnych dżunglach nowych gatunkach, przełomowych technologiach w przemyśle komputerowym, które umożliwią konstruowanie dysków twardych o pojemności 1 GB, bogactwie życia w niemożliwych miejscach... Z "Wiedzy i Życia" płynnie przeszedłem do eleganckich w formie i w miarę przystępnych w treści książek z serii "Na ścieżkach nauki". Trzeba przyznać, że wtedy wydawnictwo Prószyński i S-ka to bylo naprawdę coś, szkoda że "WiŻ" sprzedano.

Co dziesięciolatek mógł tak naprawdę zrozumieć z "Boskiej cząstki" Ledermana albo z "Hiperprzestrzeni" Micho Kaku (i wielką ironią losu jest fakt, że ustawiłem się po przeciwnej stronie barykady niż najwięksi miłośnicy tej książki, niuejdżowcy od "inne wymiary, Hare Krishna, hare hare hare"), jest z całą pewnością zasadnym pytaniem. Na poziomie narracji rzeczone dzieła napisane są całkowicie klarownie i zrozumienie treści nie stanowiło większego problemu. Gorzej z wyobrażeniem sobie tego wszystkiego i znalezieniem desygnatów dla świeżo zapoznanych pojęć, które przecież nie mają odpowiedników w namacalnym świecie, jakiego doświadcza taki dziesięciolatek. W przeciwieństwie do matematyka, który wyobraża sobie po prostu N wymiarów, a następnie podstawia N=10, wyobrażenie sobie 10-wymiarowej czasoprzestrzeni, nawet na zasadzie analogii, jest jednak karkołomnym zadaniem.

Nie zostałem fizykiem i nie zostałem biologiem. Do pierwszego nigdy nie mialem smykałki, z tej drugiej wyleczyła mnie paskudna i nieudolna nauczycielka biologii w liceum. A przecież z takim poświęceniem w ósmej klasie podstawówki chodziłem do pobliskiego stawu, żeby zbierać roślinki i żyjątka. Taki lajf, bejbe, jak to Robert Leszczyński nazwał był swojego blogaska w Psych24. Dziś stoję tam, gdzie się ostatnio zatrzymałem, kiepsko zsocjalizowany człowiek bez właściwości, wrażliwości, etc. Sam się pozbawiłem różnych pięknych opowieści, zastepując je zbiorami faktów bez formy, w której podaje się je np. studentom odpowiednich kierunków. Nim jednak swoją autodekonstrukcję doprowadzę do nieszczęśliwego końca, pozostaje mi pochylić się nad jedną jeszcze kwestią. Oczywiście, cały ten wywód może nie być wart funta kłaków, bo choć moje doświadczenia z całą pewnością nie są wspólnymi doświadczeniami całego pokolenia, mogą nie być unikalne i tylko czystemu przypadkowi mogę zawdzięczać fakt, że nikt z moich bliższych lub dalszych znajomych - według mojej najlepszej wiedzy - nie miał takich niezdrowych fascynacji w dzieciństwie. Kończę, bo o 21:30 mam wizytę egzorcysty.

[1] - Niezbyt lubię to określenie, wiecie. Odnoszę silne wrażenie, że jest ono jednym z tych, które wrzuca się do wypowiedzi bez sensownego powodu, pomimo tego, że one nic nie znaczą. Przykładowo, jakiś człowiek, który dał mi - och, the drama - plonka na Blipie, kocha Jaruzelskiego "za całokształt". Wha-, wha-, what?

[2] - A przecież wszyscy wiemy, że kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie draniem. Moje dziecięce zamiłowanie do społecznego konstruktywizmu daje zatem pewne nadzieje na przyszłość pozbawioną konfliktów z otoczeniem.

[3] - Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy pod maską mojego bolidu znalazł sie 486 taktowany na zawrotne 120 Mhz (albo i mniej, nie pamiętam), a na rynku gier pojawił się król, czyli "The Settlers II".

niedziela, 20 września 2009

Złożyłem ja ostatnio, po wielkich bojach, pracę magisterską. Trzeba sobie na początku powiedzieć, że jest to jeden z tych milowych kroków, po wykonaniu których kończą się już wymówki i nie da się uniknąć gęby Poważnego i Dorosłego Człowieka. Wiecie, takiego, który chodzi codziennie w garniturze, regularnie przycina brodę i ma mnóstwo absurdalnych hamulców moralnych. Masakra. Mam tylko nadzieję, że to, co zrobiłem, było propolskie i antykryzysowe. A podejrzanie zbyt częste zachwyty rodziców nad wnukiem sąsiadów wcale nie pomagają się wdrożyć do nowej roli. Pytania, dlaczego do kina chodzę sam, też lubię. A co, miałem iść z wrażliwą dziewczyną na film ze skalpowaniem i rozstrzeliwaniem twarzy Adolfa 88? Enyłej, dobra, miałem chęć naświelić Czytelnikowi inną stronę mojego długo pielęgnowanego bobra emo.

Takie przełomowe wydarzenie nie mogło odbyć się bez solidnej dawki strachu, paranoi i wkurzenia. Jak na wieloletniego prymusa klas wszelakich, mniemanego kujona i życiową pizdę przystało, sprawy zawaliłem i dzieło życia strugałem przez pół roku, nim w końcu odesłałem do sprawdzenia promotorowi. W samym środku wakacji. No, i jak już wakacje się skończyły, zostało mi żenująco mało czasu na uporanie się z formalnościami, jeśli chciałem skończyć studia, nie płacąc horrendalnej kwoty za możliwości złożenia pracy w poniedziałek, a nie w piątek. I jakby tego jeszcze było mało, jakby mało było zmartwień i napięcia związanego z oczekiwaniem na koniec, w oficjalnych dokumentach traktują człowieka jak idiotę, który nie potrafi obsługiwać komputera.

CD-ROM powinien zawierać trzy zbiory napisane pod WINDOWS w edytorze
WORD:
1. Zbiór tekstowy o nazwie Identyfikator, zawierający 5-cio cyfrowy numer
albumu studenta.
Przykład: 00234 jeśli nr albumu jest 234
03520 jeśli nr albumu jest 3520.
Sposób zapisania pliku: Plik -> Zapisz jako -> Nazwa pliku (należy wpisać
Identyfikator) Zapisz jako typ : należy wybrać - Zwykły tekst.

Elo elo, trzy dwa zero. Oczywiście, sama praca magisterska też ma być "zbiorem napisanym pod WINDOWS w edytorze WORD". No i tutaj zaczynają się schody, co ma bowiem zrobić ze sobą i swoją pracą ktoś, kto z MS Worda nie korzystał. I wcale nie mam tutaj na myśli MS Notatnika (który fenomenalnym narzędziem jest, a w liceum był przyjacielem wszystkich nastoletnich łebmajstrów) czy OpenOffice'a (nie wiem, jak sprawuje się edytor, ale arkusz kalkulacyjny to fail i obciach, tak zasadniczo). Załóżmy, że ktoś (tak, jak ja) swoją pracę pisał w LaTeXu - generalnie, im więcej wzorów w tekście, tym bardziej się opłaca z niego korzystać, jest tedy całkiem zrozumiałe, że ekonomista może chcieć swoje robaczki zrobić profesjonalnie. Bierze jakiegoś WinEdta czy inny TeXnicCenter i pracowicie z pliku tekstowego generuje DVI, z DVI plik PS, a z PS - poczciwy PDF, który wszyscy znają i kochają, poza uczelnianym hokus-pokus-antyplagiatem.

Zachodzi teraz pytanie, jak tu gładko przejść z jednej strony lustra na drugą. Najprostszy wariant przewiduje przepisanie całej pracy, włącznie z całym formatowaniem, wstawianiem rysunków od nowa, rysowaniem tabel i babraniem się w edytorze równań (czy jak się to ustrojstwo nazywa). Bezsensowność takiego postępowania jest oczywista, bo w sumie po co było pisać wcześniej w tym LaTeXu? No to może inaczej - weźmy tekst jak jest, a tabelki, wzory i wykresy przeklejmy z PeDeFa. Niech się antyplagiat wypcha, i tak go takie bajery nie obchodzą[1]. Jeden problem z głowy, ale co zrobić ze znacznikami LaTeXa, od których w normalnym tekście może być aż gęsto? Poprawiamy ręcznie lub, jeśli jesteśmy mądrzy, mamy za dużo wolnego czasu i oczekujemy, że takie bezsensowne czynności będziemy wykonywać często, piszemy makro, które będzie zjadać znaczniki i wypluwać formatowanie Worda. Do wykonania, ale gotowego, które pasowałoby do najnowszego MS Worda i robiłoby, co trzeba, nie znalazłem na internetach. Trudno.

Kolejna myśl, jaka może nasuwać się strudzonemu już-prawie-absolwentowi, dotyczy programików do konwersji jednego na drugie. W końcu towarzystwo TeXowo-LaTeXowe w swoim życiu przełożyło już sporo plików z jednego miejsca na drugie i może po drodze. Dobra wiadomość jest taka, że narzędzi jest pozornie sporo (szybki gugiel i wizyta w archiwum pl.comp.dtp.tex albo FAQ GUST pozwoli się o tym przekonać), ale w sumie, to za darmo jest jakby mniej i nic nie działa. Nic to, ściągnąłem jakiś latex2rtf i odpaliłem. Za pierwszym razem wyrzucił z siebie tysiąc pińcet plików i kazał spadać do Redmond. Zmanipulowawszy ustawienia, udało mi się doprowadzić mambo-dżambo do szczęśliwego końca. Na drugim końcu tęczy znalazłem xujowo sformatowany RTF z pustymi miejscami zamiast tabel, symboli specjalnych, wzorów, obrazków i wszystkiego, co nie było tekstem. A miałeś dziadzie przerobić to na beemki! No, i marginesy były prześmiesznie szerokie.

Prawdopodobnie jestem tępym błaznem, bo po pewnej liczbie nieudanych prób poszedłem po prostu spać i stwierdziłem, że magisterkę na emeswordyzm nawrócę ręcznie. Precedens jest, wszak Bolesław Chrobry wybijał zęby za nieprzestrzeganie postów, a Hiszpańska Inkwizycja... I jakoś tak zeszło mi 5 godzin na kopiowaniu, usuwaniu, wklejaniu, formatowaniu, podpisywaniu. Prawdopodobnie jestem tępy, bo i tak wzorki wtopione w tekst zostawiłem jako dziwadła w stylu $\rho_{t}^{adj} = \frac{\alpha^x}{1+\exp{\beta \cdot x}}$, spodziewam się więc telefonu z Dziekanatu z pytaniem, w jakim języku pisalem i czy ktoś może to poświadczyć. Zresztą, kij w oko antyplagiatom, i tak nie korzystałem z polskich źródeł. Co zresztą jest "swego rodzaju nietaktem", jak to pewien profesor raczył był na obronie pracy doktorskiej określić tę straszliwą zbrodnię. Bo przecież w Bolanda na Uniwersytet Unga-Bunga pracować pan XY, który ma dorobek. Eryk Łon też ma dorobek (o Eryku Łonie, LOLkandydacie do RPP, będzie jedna z następnych notek). Nie mamy dobrych ekonomistów i co nam pan zrobi? Smutne jest życie młodego sam-do-końca-nie-wie-czy-chce-nim-być-naukowca, znikąd pomocy, znikąd ratunku.

A tytuł tej oszczędnej pod względem formy (Żadnych linków! Żadnych fotek!) notki zawdzięczam niestrudzonym użytkownikom Google'a, którzy codziennie dostarczają mi świeżej porcji lulzów. Alleluja i do przodu. I nie, nie jestem matką, żoną lub kochanką Jerzego Urbana.

[1] - zdaję sobie sprawę, że istnieją nakładki na Worda, które połykają LaTeXowe wzorki.

czwartek, 17 września 2009

Zasadniczo rzecz ujmując, sprawa, o której chcę napisać, jest już lekko przeterminowana, przynajmniej w angielskojęzycznych Internetach. Ponieważ jednak jestem Polakiem i mam obowiązki Polskie, mogę bez skrępowania przedstawić polskojęzycznemu czytelnikowi (całej piątce) uroczy mem, na który dziś się natknąłem. Dla mnie zaczęło się od tego i tego obrazka z Moronaila, ale w wielkim świecie początkiem draki było rozdanie MTV Music Awards. Nie będę udawał, że potrafię wykrzesać z siebie więcej zainteresowania dla tej imprezy niż dla zeszłorocznego festiwalu szantów w Kutnie (swoją drogą, od niedawna Kutno jest dla mnie nowym Opolem Lubelskim). Jako znany snob i hipokryta, mogę sobie pozwolić na olewanie pop-muzyki i słuchanie staroci. Enyłej, w pewnym momencie krótką przemowę niejakiej Taylor Swift, która chwilę wcześniej otrzymała nagrodę za najlepszy teledysk, przerwał Kanye West. Tego pana znany skądinąd. Oto jego nieśmiertelne słowa wypowiedziane podczas rzeczonej gali:

Yo, Taylor. I'm really happy for you, I'll let you finish, but Beyonce had one of the best videos of all time. OF ALL TIME.

Po czym wzruszył ramionami i wyszedł. Przepiękny IRL trolling. Dramę, która potem zalała sieć, skrzętnie pominiemy, skupiając się na samym crème de la crème. Otóż ludzie szybko dostrzegli potencjał tkwiący w tym wybryku i fakt, że w odpowiednim kontekście może być on jeszcze śmieszniejszy niż w sosie własnym, poszły więc w ruch Photoshopy i MS Painty. Mnie szczególnie urzekł ten poniżej, ale sieć jest pełna chętnych suk innych udanych fotoszopek.

Więcej materiałów zgromadziły ludki z Encyclopedia Dramatica. Szczególnie fajne jest narzędzie pozwalające wkleić Kanye Westa na każdą stronę. W języku polskim, jak sądzę, wiekopomna wypowiedź Westa powinna brzmieć mniej więcej tak:

Siema, Taylor. Cieszę się twoim szczęściem, pozwolę ci skończyć, ale Beyonce miała jeden z najlepszych teledysków w historii. Najlepszych w historii.

W innych kontekstach zaś:

Siema, Donald. Cieszę się twoim szczęściem, pozwolę ci skończyć, ale mój rząd miał jedne z najlepszych wskaźników gospodarczych w historii. Najlepszych w historii.

Siema, Tomek. Cieszę się twoim szczęściem, pozwolę ci skończyć, ale Stanisław Krajski napisał jedną z najgłupszych prawicowych antyutopii. Najgłupszych prawicowych antyutopii.

Siema, Blox. Cieszę się twoim szczęściem, pozwolę ci skończyć, ale Wordpress ma jeden z najlepszych systemów komentarzy.  Najlepszych systemów komentarzy.

Siema, Janusz. Cieszę się twoim szczęściem, pozwolę ci skończyć, ale Piotr Semka napisał jedną z najciekawszych recenzji "Bękartów wojny" w polskiej prasie. Najciekawszych recenzji w polskiej prasie[1].

Teraz widzę, że o Imma Let You Finish blipnął Bart, więc możemy spodziewać się artykułu na Joemonsterze za parę dni, a demotywatora -- za jakiś tydzień. Mógłbym zakończyć tę notkę jakimś górnolotnym tekstem lub odczapowo przywołać jakieś zaklęcie, ale zamiast tego pokażę Czytelnikowi, kogo Kanye West właściwie strollował.

EDIT. Podlinkowana galeria w ED jest niczym w porównaniu z tym oto blogaskiem: http://kanyegate.tumblr.com

[1] - obydwa teksty wykopane tutaj.

 

piątek, 04 września 2009

Grzebanie w statystykach dotyczących słów kluczowych wpisywanych do wyszukiwarek (czytaj: do Wujka Gugla) ma długą tradycję w lewacko-cywilizacyjnośmierciowej części blogosfery, nie popełniam tedy faux pas, chwilowy brak czasu i weny zapełniając wyciągiem z raportów Google Analytics z ostatnich dwóch miesięcy. Merytorycznych notek (merytorycznych w sensie tematyki tego bloga) mam kilka w planach i w przygotowaniu, toteż mogę obiecać jakiś ruch w najbliższym czasie, a tymczasowo zajmijmy się ciągami słów, które trzeba wpisać do wyszukiwarki, żeby tutaj trafić.

W pierwszej kolejności wymienić należy amatorów bunkrów. Czego to ja się nie naczytałem! Bunkry w okolicach Łodzi, bunkry w okolicach łodzi, bunkry w łodzi, bunkry na 2012, bunkry na rok 2012, bunkry kataklizm, bunkry patryka geryla, etc. Do tego cała masa wyszukiwań związanych z Zagadnieniem Roku 2012 i Końcem Świata Wskutek Przebiegunowania Biegunów. Nie mniej jednak, obok wyszukiwań smutnych i zaniedbanych stały wyszukiwania tętniące życiem:

gdzie nad wodę wokół łodzi

Zakładając, że akurat płyniemy, to "prawdopodobnie wszędzie" będzie dobrą odpowiedzią. Warto również wspomnieć o nonkonformiście, który postanowił obstawić koniec świata w 2013, a nie w 2012: "2013 wojenna przepowiednia". Przestrzeń raczy wiedzieć, co się wtedy stanie. Kilka sugestii znaleźć można na jednej takiej zboczonej holenderskiej stronce.

Następna warta wzmianki kategoria to erotyka. Ponieważ mój blog pod tym względem jest wręcz sterylny (zupełnie tak, jak jego autor), jedynym powodem, dla którego pół Internetu wali tu drzwiami i oknami z erotyką na sztandarach, jest fakt, że to generalnie ludzi kręci. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zdał szczegółowego raportu z tego, co dokładnie ludzi kręci.

filmy erotyczne o podtekstach seksu na klatkach schodowych

historie erotyczne seks matka

historie erotyczne z udziałem najmłodszych

male kłady filmy

najnowsze tortury redtube

seks w opolu lubelskim

żeczy zboczone w sianie dla dorosłych

Pomijając wstawki, które - gdyby miały konsekwencje praktyczne - kwalifikowałyby się do spotkania na kawie z prokuratorem ("małe kłady" - e?), są tutaj doprawdy WTFowe zapytania. Pewnie po tym wpisie będzie można znaleźć mój blog wpisując "małe filmy erotyczne o podtekstach seksu z udziałem matki w sianie lubelskim". Grube gołe papierze w ogniu to nie są. Nie jestem pewien, jak sklasyfikować "wielkie pytony" i czy aby na pewno tutaj, ale dla porządku wspominam też o nich (kategorii "zoo" jeszcze nie założyłem).

Wiele osób zadaje Wujkowi Guglowi naprawdę ważne pytania.

cienie i blaski czasopismo ok kiedy w kioskach nowy numer

czy okulary joker mają rzeczywiście filtry

dark colony jakby to było na żywo

jakie trzeba spelnic warunki dostania sie na platforme wiertnicza

podryw sprzedawczyni w sklepie

przyciągać do siebie wykolejonych facetow?

szkoła uwodzenia jak być nauczycielem

No cóż. Wesoły przerywnik będzie dotyczył chyba życia studenckiego.

chej młody junaku tab

Zakładam, że miało tu być napisane "chlej", ale za ChRL nie mam pojęcia, czym w takim razie jest "tab". Jakaś inna, regionalna nazwa absyntu? Ponieważ już się pośmialiśmy, pora powrócić na ścieżkę klasyczną i poznać smutne a prawdziwe historie ludzi korzystających z Gugla.

białko w płynie rdzeniowo muz

bo kazdy czlowiek ma prawo do szczescia..

chcem miec prawdziwe czary w rękach

pokonałam podrywacza

potrzebna mi fajna historia o magu

wyszłam za mąż z rozsądku

Oczywiście nie mam pojęcia, co z tym białkiem w płynie mózgowo-rdzeniowym i zapewne nawet 10 obejrzanych sezonów House'a nie pomogłoby mi w udzieleniu odpowiedzi na takie pytanie. Z drugiej strony, po ostatnim tygodniu uważam się za całkiem niezłego eksperta od diagnozowania urojonego stwardnienia rozsianego, więc jeśliby ktoś miał pytania o zaburzenia czucia w członkach, chętnie postraszę śmiertelną chorobą. Zainteresował mnie człowiek od "fajnej historii o magu". Jeśli, człowiecze, nie znasz historii Brilthora (google it, motherfrakker), proponuję skontaktowac się z gościem od "prawdziwych czarów w rękach". Będzie to epicka opowieść o chłopcu z Węgierskiej Górki, który marzył o wielkich czynach i pewnego pięknego dnia poszedł w góry, gdzie spotkał Cthulhu... Z innej beczki - otwieram cykl "wyrodni rodzice":

aborcja nastolatki z życia wzięte

A także cykl "wyznania wiary".

bóg podłożył je by przetestować

iluminaci niszcza swiat

hitler zmarł

Hitler zmarł, Hitler zmartwychwstał, Hitler powróci. Sieg heil, Hände hoch! Kiedyś mnie wsadzą do pierdla za propagowanie totalitaryzmu...

Znalazło się też nawiązanie do nowego hitu telewizji TVN.

obsada telenoweli duszny kraj

A w czołówce będzie lecieć "Nie wierzę skurwysynom" Comy: Naaaasz maaaaałyyyy, duuuusznyyyy kraaaaj. Taki serial w polskiej telewizji powitałbym z otwartymi ramionami. Wiecie, rozumiecie, młody mężczyzna boryka się z brakiem akceptacji rówieśników i wszechobecnym kołtuństwem, schodzi więc do podziemia i stamtąd kieruje organizacją terrorystyczną, której działalność rozpoczyna się od wysadzenia wybudowanego w 2012 r. stumetrowego pomnika JP2 na szczycie Giewontu... Ach, rozmarzyłem się.

Na zakończenie zaś kombinacja słów, która szczególnie mnie ucieszyła i oddaliła niepokój związany z rychłą wizytą policji u paru moich czytelników. Wyobraźcie sobie, drodzy Czytelnicy, że odwiedził mnie sam Stanisław Michalkiewicz!

w krainie komunistycznych krzywych luster

Czy znalazł coś, ciężko powiedzieć. Trzeba będzie pokonać odruch ziewania, który znienacka atakuje mnie, gdy czytam jego publicystykę i zacząć pilnie śledzić jego feletiony (duża ilość kawy jak najbardziej wskazana). Enyłej, raporty z Google'a są dla mnie codziennie źródłem nieustających lulzów. W następnym wpisie przedstawię dowody, że David Icke jest jaszczurem.

 
1 , 2 , 3
Tagi