from here to reality

Filmy klasy ABS

wtorek, 11 maja 2010

Więc uświadomiłem sobie ostatnio, że ten blog przestał być wielobranżowy i stał się dość monotonną wystawą własnych pomysłów na trolling i relacji z wycieczek w Otchłań. A przecież jest kategoria z omówieniami "historii, które napisało samo życie", są osobiste wynurzenia, jest też dział, w którym spojleruję różne filmowe arcybadziewia - rzeczy tak kiepskie, że nie są nawet wyświetlane w kinach. Pora nadrobić wielowiekowe zaległości, wypełniony słodkim, popkulturowym lenistwem weekend temu raczej sprzyja. Niniejszym przywracam do życia tę ostatnią kategorię, pozwolę sobie przedstawić Czytelnikowi film pt. "Evilution".

Choć tytuł może wskazywać na kreacjonistyczną propagandówkę, większą część fabuły bezczelnie zaspojlerowałem w tytule tej blogonotki, wychodząc z założenia, że im bardziej fikuśna będzie, tym mniej osób zechce tu zajrzeć. Enyłej, w filmie chodzi o to, że armia amerykańska weszła jakoś w posiadanie obcych form życia, które okazują się przypominać raczej bakterie niż Szaraków z wielkimi oczami w kształcie migdałów. Można zauważyć, że to bardzo wygodny chwyt fabularny, bo dzięki niemu nie trzeba właściwie pokazywać obcych. Wystarczy zamachać przed kamerą kolorowym płynem, a wszyscy uwierzą, że roztwór ten zawiera miliony maleńkich istot, które swój pobyt na Ziemi zaczęły pewnie od prośby o spotkanie z przywódcami ludzkości. Armia, jak to armia, w bezwzględnej pogoni za zyskiem i technologiami stworzyła sobie tajne laboratorium, w którym - jak to w filmach bywa - sprawy w pewnym momencie wymykają się spod kontroli. Skutek widzimy na ilustracji numer jeden, która przedstawia zombiaka z interesującą miną.

Bagdad, mamy problem!

Maleńcy kosmici mają w zwyczaju przejmować kontrolę nad ciałem i umysłem człowieka, zamieniając go w zombiaka, niestety bez wyraźnych śladów rozkładu. Czy świeży zombiak jest już zombiakiem? Przyznam, że ta myśl zaprząta moją uwagę od dłuższego czasu. O czym to ja? A, fabuła. Jak więc widać, wszystko idzie w cholerę i piękne nowe laboratorium też w cholerę. Amerykanie mają jednak niezawodny sposób. Nim jednak na całą bazę spadnie atomówka (ONI W FILMACH ZAWSZE CHCĄ ZAMIATAĆ PROBLEMY POD DYWAN!), z małą fiolką zawierającą małych kosmitów zdoła uciec okularnik. Akszli, w filmie moment jego odjazdu i wybuch atomówki dzielą sekundy, wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy okularnik zjawia się w jakimś obskurnym blogu xujwiegdzie i wznawia swoje badania. W tym momencie wiadomo już, że w dalszej części filmu okularnik będzie zawierał znajomości z sąsiadami, uciekał przed facetami w czerni i próbował nie dopuścić do opuszczenia lokalu przez zombiaki, z którymi się wcześniej zakumplował. Pan Hudefak, który wyreżyserował "Evilucję", oczywiście Peterem Jacksonem nie jest i jego wariacja na temat zombiaków w domu jest, bądźmy hojni w ocenach, nieprzekonująca.

Sąsiadka

Przekonująca jest za to sąsiadka. Jakie jest jej miejsce w społeczeństwie, ciężko wyczuć. Z filmu dowiadujemy się jedynie, że gotuje zaprzyjaźnionym latino gangsta ziomom, robi pranie, stroi się w seksowne ciuszki i odpoczywa po nieudanym związku w zapomnianej przez Cthulhu dziurze. Być może jest tam jakaś głębsza drama, ale nie mamy zbyt wielu okazji, żeby się o tym dowiedzieć. Są jeszcze wspomniane gangsta ziomy, z obowiązkowymi łańcuchami bling-bling, pistoletami i ranami postrzałowymi. Ot, typowe społeczne tło, za którego stworzenie nie trzeba płacić kokosów. W międzyczasie, nasz okularnik cierpliwie próbuje zrobić coś z wykradzionymi z Iraku kosmitami. Przelewa z fiolki do fiolki, miesza z żółtym płynem, miesza z niebieskim płynem, podgrzewa, wstrzykuje szczurowi. Szczur po paru dniach zje swoich współtowarzyszy z klatki, ale póki co jest tak, jak pisał poeta. Księżyc idzie srebrne chusty prać, świerszczyki świergocą w stogach, czegóż się bać. Przecież siano pachnie snem.

Okularnik

Każda sielanka musi się jednak skończyć. Wycieczka okularnika do sąsiadki w celu pożyczenia szczypty soli kończy się aktem miłosnym, a wizyta ćpuna w mieszkaniu okularnika kończy się kradzieżą pomarańczowego płynu. Możecie sobie wyobrazić, jakiego kopa nanoistoty z kosmosu dadzą temu ćpunowi! Jak powszechnie wiadomo, zombiaki są bardzo całuśne i ruchliwe, wskutek czego zombiacza zaraza rozprzestrzenia się szybko w całym domu. Pojawienie się potężnie zbudowanego szpiega wyznacza moment, gdy wszystkie oczekiwane przez świadomego widza klisze lądują na swoich miejscach. Drama życia codziennego z zagrożeniem integralności cielesnej w tle zamienia się w typowy film opowiadający o poruszaniu się w ciasnej i nieprzyjaznej przestrzeni. Od tego momentu raczej nie ma już znaczenia, czy problemem są zombiaki, wampiry czy krwiożercze ryjówki.

Nic lepiej nie oddaje fajtłapowatości tego filmu niż ostatnie sceny. Nasi bohaterowie, na tym etapie składający się z otumanionej kucharki, nieszczęsnego okularnika, tajniaka i kilku kanistrów czegoś tam, docierają na dach budynku, by z wysypem żywych trupów poradzić sobie w sposób, który (na szczęście!) nigdy nie przyszedł do głowy Peterowi Jacksonowi. Mianowicie, trując wszystko i wszystkich dymem. Zaprawdę powiadam wam, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, masakrować zombiaki kosiarką czy inną piłą mechaniczną. No, ale twórcy omawianego dzieła woleli Konfrontację Na Dachu. Pod rozgwieżdżonym niebem otumanienie kucharki okazuje się być przykrywką dla próby kontaktu ze strony nanoistot, które przejęły nad nią kontrolę. Niestety, kończy się na wymianie zdań na temat kolektywizmu, wolności i indywidualizmu, po czym okularnik rzuca się w przepaść razem z kucharką. Tadam, zombiaki zdechły, napisy końcowe, cześć. No, jeszcze ostatnia scena, która ma nam sugerować, że będzie jakiś ciąg dalszy. Bo zawsze jest ciąg dalszy. Ocalała jednak larwa, bombardowanie nie zniszczyło jednego jaja, jeden zombiak uciekł do kanałów, anakonda poszła w rumuński las. Do następnego razu!

środa, 08 lipca 2009

Poprzednią notkę zakończyłem obietnicą rychłego zrecenzowania jednego z najnowszych produktów nieocenionej wytwórni The Asylum, filmidła o wielce poruszającym tytule: "Mega Shark vs. Giant Octopus". Czego się spodziewać po The Asylum, wszyscy fani złego kina mniej więcej wiedzą. Beznadziejne efekty specjalne, nieudolna reżyseria, drewniana obsada, scenariusze pisane przez niezbyt rozgarniętych dwunastolatków (...i wtedy ten wielki rekin zaatakuje ogromną ośmiornicę! Hahaha!) i znani niegdyś aktorzy w doprawdy brzydkich okolicznościach przyrody (Bruce, jak mogłeś mi to zrobić po 4 wspaniałych sezonach B5?!). "Mega Shark vs. Giant Octopus" pod tym względem niczym się nie różni i nawet tak śmiałe rozpychanie się łokciami w specyficznym gatunku Potwór vs. Potwór niczego nie zmienia. Recenzowany dziś przeze mnie film stał się sławny również nie dlatego, bo pozwolił Lorenzo Lamasowi odpocząć od wyczerpującej intelektualnie roli w "Modzie na Sukces". Sławę zawdzięcza TEJ scenie:

Srsly, kto wymyślił taką brednię? Nie jestem pewien, czy potrafię bez przygotowania wymienić wszystkie aspekty śmieszności tej sceny. Hm... No, dobrze. Skoro już się wspólnie pośmialiśmy, to Czytelnicy na pewno zechcieliby dowiedzieć się, jak właściwie doszło do tej straszliwej tragedii. Twórcy każdego filmu, w którym coś wielkiego i paskudnego morduje ludzi, muszą sobie na samym początku odpowiedzieć na jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: skąd to coś się w ogóle wzięło? Pierwsza oczywista odpowiedź to "kosmos" i z tego biorą się wszystkie alieny, począwszy od poczciwego Predatora, a skończywszy na autentycznym i certyfikowanym żigolaku. Druga to "tajemnicza wyspa" - stąd pochodzą wszystkie węże, jaszczurki, dinozaury i takie tam gadziny. Wreszcie, domostwem potwora można uczynić Wszechocean, jest tam przecież wystarczająco dużo miejsca dla czegoś dużego i wrednego. Z drugiej strony, w każdym z opisanych przypadków monstrum jest w oczywisty sposób brane prosto z przysłowiowej czapy.

Rekin zjadający samoloty na śniadanie i równie duża ośmiornica (która z kolei preferuje platformy wiertnicze) nie mogły wypaść sroce spod ogona. W niewielkim jednak błędzie pozostanie ten, komu się tak będzie wydawało. Otóż dwa potworki wypadną z lodowca. Przestrzeń jedna raczy wiedzieć, co właściwie tam robiły i w jaki sposób zdołały przeżyć ujemne temperatury panujące we wnętrzu lodowego jęzora. Okoliczności samego wypadnięcia są mało istotne. Jakieś badania topniejącej Arktyki, wiecie, rozumiecie, troska o środowisko, jakieś eksperymenty twardogłowych wojskowych, jakieś łubu dubu i wsztsząsypodwodą. Zresztą, ktoś może natychmiast zapytać, czy to jest w ogóle ważne? To jest film o naparzających się potworach, fabuła nie musi mieć sensu (per analogiam, w filmie o naparzających się robotach fabuła również nie musi mieć sensu i, faktycznie, nie ma).

Soł, enyłej. Rekin płynie na wschód, w kierunku cywilizacyjnego centrum, zaś ośmiornica na zachód, do Japonii. Nie sposób nie zauważyć, że taki rozwój wypadków jest całkowicie zgodny z powszechnie panującym przekonaniem dotyczącym Japonii i Japończyków. Mianowicie, sądzi się, że Japończycy są dziwni. E tam. I w czasie, gdy my poznajemy bohaterów i ze współczuciem obserwujemy walkę pewnej pani doktor (blond!!!) z biurokracją i politykierstwem, ośmiornica zjada dżapońską platformę wiertniczą, a rekin pół wieloryba (co, nawiasem mówiąc, nie jest specjalnie oryginalne, wystarczy sobie przypomnieć rozwój akcji w klasycznych "Szczękach"). Jak by na to nie patrzeć, pół wieloryba ma dużo mniej kalorii, niż cała platforma wiertnicza, toteż nasz rekinek musi jeszcze coś przekąsić. Jak widać na załączonym obrazku, nasza głodna rybka wyskakuje z wody i z dziecinną łatwością strąca Jumbo Jeta w mokrego przestwór oceanu. Jeden samolot i czterystu pasażerów starcza ledwie na drugie śniadanie, toteż rybka pożera też polujący na nią amerykański pancernik. Nim dojdzie do ponownego spotkania rekina i ośmiornicy, ucierpi kilka łodzi podwodnych, most Golden Gate w San Francisco i jakieś bliżej nieznane budynki w Tokio.

DELICIOUS CAKE MUST EAT IT

Cóż można powiedzieć o tym poronionym płodzie wyobraźni pijanego ćwierćinteligenta? Jest to bez wątpienia jeden z najgorszych, najbardziej niechlujnie zrobionych i najsilniej womitoryjnych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Dear God, what a load of crap. Mój mózg eksplodował po raz pierwszy (Legendarną Scenę z Samolotem widziałem już wcześniej), gdy okręt wojenny ostrzeliwał swój cel znajdujący się przed dziobem, podczas gdy sam krwio- i żelazożerczy rekin zbliżał się do pancernika od burty. Dodajmy, że pancernik w konsekwencji odpłynął do krainy wiecznych łowów. Takie wołające o pomstę do nieba partactwo twórców spotykamy praktycznie bez przerwy. Kiedy tylko pozwalają na to warunki, obserwujemy typową filmową copypastę. Rekin podpływa do okrętów za każdym razem tak samo. Walka z ośmiornicą to po prostu kilka sekwencji puszczanych w kółko... skoro już przy tym jesteśmy, to jest ona zupełnie rozczarowująca. Widz odnosi wrażenie, że cała para poszła w gwizdek (czyli w relacje międzyludzkie, podczas gdy od monster movie wymaga się przede wszystkim akcji i prawdziwych emocji) i zabrakło sensownych pomysłów na zakończenie. Wydawać by się mogło, że Megarekin i Gigantyczna Ośmiornica tkwią w jakimś pradawnym, nierozwiązywalnym konflikcie, że są skazane na toczenie krwawych bojów pod powierzchnią oceanu, z dala od ciekawskich kamer i naprowadzanych sonarem torped. Jak Batman i Joker, jak alieny i Predator, jak Superman i Lex Luthor, jak żona i jej teściowa... Cóż, niestety w filmie ten konflikt jest rozwiązany doprawdy żałośnie...

OH NOM NOM NOM

Jako rzekłem, w filmie zaakcentowane są relacje międzyludzkie i obyczajowy aspekt badań naukowych (ocieramy się niemalże o socjologię wiedzy!), nie sposób jednak pozbyć się myśli, że znacznie lepiej byłoby pokazać to wszystko na kukiełkach. Być może wtedy nie raziłyby te wszystkie sztampowe typy: naukowiec - idealista, wrażliwy cudzoziemiec, arogaccy wojskowi, mądry i odważny mentor, krwiożercza ryba... Z drugiej strony, dętych pouczeń nt. ekologii wtedy zupełnie nie dałoby się znieść. Trzeba też wspomnieć o fenomenalnym przedstawieniu nauki i naukowców. Zero realizmu, sto procent "no, to zmieszajmy zielone z czerwonym i żółte z niebieskim". Tak, jak na załączonym obrazku.

... i wtedy wlewamy zielone do czerwonego...

Enyłej, stanowczo nie polecam tego filmu. To 90 straconych minut, podczas których nie da się nawet układać pasjansa. Wszelako, mam nadzieję, że moje poświęcenie nie było na darmo. Dzięki temu, że ja obejrzałem "Mega Shark vs. Giant Octopus", inni nie muszą się męczyć i mogą z czystym sumieniem zainteresować się irańskimi dramatami obyczajowymi.

niedziela, 03 maja 2009

Poprzednia notka poświęcona kinu klasy B dotyczyła tzw. Christian film. Ten gatunek spodobał mi się na tyle, że filmidła do niego zaliczane odtąd będą często gościć w mojej filmotece (czytaj: na zewnętrznym dysku twardym Seagate) i na tym oto blogasku. Dlaczego, nie jest trudno zgadnąć. Mają one w sobie zarówno wystarczający ładunek badziewia oraz wzorcowej ideolo propagandy, jak i ukochany przeze mnie schemat fabularny pt. wielka historia przez pryzmat małych ludzi. Nawet przeciętna gospodyni domowa z Opola Lubelskiego doceni prostotę i ponadczasowość Prawdy. W dzisiejszym odcinku: "Countdown: Jerusalem". Jak to zwykle bywa, nie ma sensu roztrząsać, kto w tym filmie gra, kto jest reżyserem i kto, do jasnej ciasnej, odpowiada za wypuszczenie pantery z zoo.

Na świecie dzieje się źle. Niby nie trzeba nikogo o tym przekonywać, a jednak autorzy na początek postanowili uraczyć widzów sekwencją scen wyjętych z archiwalnych materiałów: od Hitlera po globalne ocieplenie, od krachu na giełdach (tak tak, jest to jeden z pierwszych filmów katastroficznych nakręconych w czasie szalejącej recesji) do morderczego tajfunu i od 9/11 (N3V4R F04G3T) po plagę szarańczy. Krótko mówiąc, żadnego wspólnego mianownika, ale sprawny montaż to częściowo ukrywa. Uch. W środku tego wszystkiego, w słonecznej Kalifornii, gdzie mieszczą się także siedziby chrześcijańskich wytwórni, żyje sobie blond dziennikarka z blond córeczką. Szczęściem cieszyć się będą do czasu, albowiem w dalekiej Europie, gdzie żyją smoki i homokomuszki, pojawił się energiczny przywódca nawołujący do pokoju. Pan Romano, bo tak się nazywa, chce, ażeby Unia Europejska objęła cały glob i na początek doprowadził do zawarcia pokoju na Bliskim Wschodzie. Swoją drogą, obsadzanie Unii Europejskiej w charakterze Wielkiego Szatana ma długą tradycję w amerykańskiej kinematografii i nie jest trudno wyobrazić sobie, dlaczego. Wróćmy jednak do zajmującego nas filmidła. Cud, cud, cud - krzyczą mandaryni w Brukseli i skorumpowane elity na Wschodnim Wybrzeżu... czy aby na pewno? Poeta pisał:

chociaż rola wędruje bruzdami wzdłuż
od horyzontu do horyzontu
od zórz do zórz
nie ma spokoju

Nie ma spokoju, bo blond córeczka blond dziennikarki gdzieś znika. Gdyby jeszcze to zniknięcie wyglądało wiarygodnie! Ale nie, do wszystkiego dochodzi w publicznej toalecie po trzęsieniu ziemi czy innym kataklizmie (ta planeta umiera, mówi jeden z bohaterów). Wygląda to tak, jakby dziewczynkę coś wciągnęło do kanalizacji... a nie, to nie ten film, przepraszam, tu potworów nie ma. Córkę porwał pracujący w CIA mąż. Dlaczego to zrobił, tego się już nie dowiemy. Co robią porywacze w czasach niespokojnych? Ano, lecą do Izraela, który w millenarystycznej geopolityce pełni rolę szczególną, mianowicie jest samym okiem cyklonu, a jego bliscy i dalecy sąsiedzi mają dość prostą wizję multilateralnych stosunków, którą można skwitować tak: Huzia na Józia!. Gdzieś tam w tym pomieszaniu z poplątaniem jest tajne bractwo Prawdziwych Wierzących, którzy w przywódcy UE dostrzegli Antychrysta, a w implozji sektora finansowego - zapowiedź Apokalipsy. Co poza tym robią, ciężko wydedukować. Generalnie ciężko cokolwiek wydedukować w tej perełce niezależnego kina.

O jakości poszczególnych składowych ciężko się sensownie wypowiedzieć, bo cały film jest jednym wielkim desperackim wołaniem o sens i spójność. Nikt tu nawet nie udaje, że fabuła ma sens. Jest kierunek (koniec świata, ofkorz), ale trudno mówić o czymś więcej. Bohaterów reżyser co rusz wyjmuje z kapelusza i rzuca nimi w ścianę w nadziei, że któryś się przyklei (works for spaghetti) i będzie koniem pociągowym dla tego dziełka. Daremne żale, próżny trud. Nawet efekty specjalne, które potrafią kiepski film zamienić w małe arcydzieło (niechaj "Dzień Niepodległości" będzie tu przykładem) są tu na poziomie pierwszej części "Age of Empires". Na szczęście dźwięk jest przyzwoicie zmontowany z resztą i zapewne z tego względu na IMDB ten film ma więcej, niż trzy gwiazdki. Więcej plusów nie pamiętam. Kolejna ciekawostka - bodaj wszyscy pojawiający się w filmie cudzoziemcy, którzy mają coś do powiedzenia głównej bohaterce, najpierw walą teksty w ojczystym języku, a dopiero potem przechodzą na angielski. Niezależnie od miejsca i okoliczności wygląda to zawsze tak samo. Interesujące, jak mawia dr House.

Reasumując, jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądałyby "Dziewiąte Wrota" w reżyserii dziewięciolatka z religijnym bzikiem, to powinien obejrzeć "Dziewiąte Wrota". Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądałby "Dzień Niepodległości" w reżyserii dziewięciolatka z /b/, zapraszam do wytwórni Asylum (TADAM!). Jeśli chcecie... właściwie, to nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ktoś w ogóle mógłby chcieć obejrzeć "Countdown: Jerusalem". Może for teh lulz.

niedziela, 26 kwietnia 2009
Kiedy zaczynałem swoją przygotę z filmami beznadziejnymi, mniej więcej wiedziałem, na co się decyduję. Spodziewałem się, że będą żałosne efekty specjalne, aktorzy z drewna, bezsensowna fabuła, kretyńskie pomysły scenarzystów i wszystkie inne wyróżniki kina "alternatywnego", które sprawiają, że wykształceni i kulturalni ludzie trzymają się od tego rodzaju badziewia z daleka. To wszystko było przecież wliczone w koszta. Nie sądziłem jednak, że kiedykolwiek oglądanie jakiegoś poronionego płodu fantazji niezbyt utalentowanych twórców będzie się wiązało z wszechogarniającym poczuciem zażenowania. A jednak! Witajcie w tzw. "kinie chrześcijańskim".
czwartek, 09 kwietnia 2009
Bywa czasem tak, że nawet najlepsze chęci ekipy nie odmienią przeznaczenia filmu ufundowanego na bezdennie głupich pomysłach scenarzystów. Na kij efekty specjalne, na kij fajni aktorzy, na kij mająca trzymać w napięciu muzyka, na kij zwroty akcji. Nic nie uratuje filmu, opowiadającego o tym, jak to inteligentne węgorze elektryczne podgrzewają wody Arktyki, żeby podnieść poziom mórz i zatopić całą ludzkość. Nic.
czwartek, 05 marca 2009
Filmy, których fabuła sprowadza się do prostego schematu zjadania ludzi kolejno przez wielkie coś, pomimo tego prostactwa, bardzo lubię. Jest to produkt w wysokim stopniu standaryzowany, więc widz doskonale wie, czego może się spodziewać.
środa, 18 lutego 2009
Jeśli dziś środa, to jesteśmy w Hollywood.
Tagi