from here to reality
wtorek, 28 grudnia 2010

Dzisiejszy nius z czapy przypomniał mi, że na świecie istnieje - i ma się dobrze - zawód wróżbity. Oczywiście wiele osób zajmuje się przepowiadaniem przyszłości, mnie samemu zdarza się na podstawie matematyczno-statystycznego wudu formułować prognozy, które potem sprawdzają się lub nie. Jest jednak grupa zawodowa, która ciągłe mylenie się w tej materii zdolała podnieść do rangi sakramentu. Jak im się to udaje, wiemy nie od dzisiaj (ale w mediach mamy wciąż te same przykłady łatwowierności i pogoni za sensacjami). Jest kilka metod formułowania przepowiedni, których stosowanie gwarantuje przetrwanie na rynku i zabezpiecza przed publiczną kompromitacją:

  1. Po pierwsze, możemy trafiać w coś oczywistego. Po pierwsze, istnieje cała masa wydarzeń, które są dość częste w skali całego świata, kontynentu lub dużego państwa: trzęsienia ziemi, zamachy terrorystyczne, powodzie, anomalie pogodowe, susze, epidemie grypy, etc. Z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego są w gruncie rzeczy losowe, ale stawianie na nie to inwestycja obciążona niskim ryzykiem. Po drugie, można wykorzystać w jak największym stopniu wiedzę dostępną w momencie formułowania przepowiedni. Możliwości jest multum: zawsze znajdzie się ktoś znany, kto cierpi na przewlekłą chorobę lub jest po prostu mocno posunięty w latach; na scenie politycznej zawsze da się wskazać partię lub polityka o dużych szansach na sukces lub wysokim prawdopodobieństwie porażki; w piłce nożnej są zespoły, na które warto stawiać.
  2. Formułowanie dużej liczby przewidywań. Zasady są proste - przyszłość trzeba przewidywać często, chętnie i wszędzie, gdzie tylko się da. Im więcej przewidywań ktoś sformułuje, tym łatwiej w coś trafić choćby tylko przez przypadek (works for spaghetti). Wtedy można wybrać tylko te, które się sprawdziły, opowiedzieć o nich światu i liczyć na to, że opinia publiczna nie będzie pamiętać o tym, co skrzęnie zamiatamy pod dywan. W większości przypadków działa, bo ludzie są jednak omylni. W ten sposób od lat funkcjonuje legenda "śpiącego jasnowidza", Edgara Cayce'a, któremu generał publiczny przypisuje paranormalną wiedzę o Wielkim Kryzysie i II wojnie światowej, a nie pamięta, że Cayce wyśnił także odnalezienie Atlantydy i wykorzystywanie promieni śmierci skonstruowanych przez jej starożytnych mieszkańców.
  3. Unikanie konkretów. Jednym z największych grzechów, które może jasnowidz popełnić, jest podawanie informacji, które ułatwiałyby falsyfikację przepowiedni i, generalnie, jakiekolwiek wiązanie ich z rzeczywistością na stałe. Należy więc minimalizować liczbę szczegółów i maksymalizować liczbę sformułowań rozwadniających przepowiednię, takich jak "chyba", "raczej", "prawdopodobnie", "może", "jakiś". Najbardziej znany przykład to oczywiście Nostradamus, szesnastowieczny francuski poeta (polecam gorąco poświęconą mu książkę Randiego).
  4. Zostawianie sobie drogi ucieczki. Zastosowanie się do powyższych rad daje duże szanse na sukces, ale go nie gwarantuje. Nie każdemu dane jest przykucie uwagi mediów okrągłymi zdaniami, mglistymi przewidywaniami i oczywistymi trafieniami. Nie każdy ma wystarczająco dużo szczęścia. Można więc do przepowiedni dodawać furtki, które umożliwią zgrabne wykręcenie się od odpowiedzialności w razie, gdy jednak się nie uda trafić. Przykładowo: "Ziemi grozi katastrofa na niespotykaną skalę, miasta zostaną zalane, a z gór zejdą monstrualne lawiny. Jeżeli jednak ludzkość zacznie medytować nad tymi problemami, ocalenie będzie możliwe". W ten sposób można w praktyce uodpornić się na jakikolwiek test empiryczny i, przy odrobinie szczęścia, zyskać nieśmiertelność w panteonie jasnowidzów.
  5. Ogłaszanie przepowiedni post factum. To zresztą daje się bardzo łatwo wykryć. Jeśli przepowiednia jest pełna szczegółów i przyporządkowanie jej do rzeczywistego zdarzenia jest jednoznaczne, to najpewniej ktoś nas robi w konia i w jasnowidzący trans wpadł dopiero po ujrzeniu nagłówków w prasie.
  6. A gdy naprawdę brakuje pomysłów, można pokusić się o ordynarne oszustwo i przepowiednię nieudaną podmienić na udaną. W Internecie działa to szczegółnie dobrze, ale OIMW kogoś już na tym przyłapano.

Zobaczmy więc, które z w/w trików tym razem przyniosły wróżbicie powodzenie. Przepowiednia, która zdaniem samego astrologa miała się spełnić, brzmi następująco:

A kryzys zapowiadany jest nie tylko w horoskopie głowy państwa, lecz także w horoskopie prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Potężnie działający Pluton utworzy wtedy koniunkcje ze Słońcem, a Uran opozycję z Księżycem. (...) Postępujący upadek prezydentury będzie szedł w parze z pogrążającym się w chaosie Jarosławem Kaczyńskim. Świat bliźniaków runie jak domek z kart...

Nie wiem, jak czytelnicy, ale ja tu widzę przynajmniej dwie zastosowane sztuczki. Po pierwsze, pan Piotr Piotrowski pozostał wierny tradycji i nie podał praktycznie żadnych konkretów, które ułatwiłyby późniejszą weryfikację. Ta kwiecista ("świat bliźniaków runie jak domek z kart") przepowiednia znaczy tyle, co "Kaczyńscy będą mieli problemy". Do tego dałoby się dopasować masę wydarzeń i nawet, gdyby 10 kwietnia 2010 r. prezydencki samolot nie zostałby zestrzelony przez rosyjski promień śmierci, wróżbita mógłby odtrąbić sukces. Pomyślmy... pasuje zarówno porażka Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, jak i bliski kontakt PiS z dnem w sondażach, rozłam w partii, jakaś choroba prezydenta (o czym się przecież spekulowało w 2007 i 2008). Warto też zauważyć, że Piotr Piotrowicz przewidywał też wydarzenia o bardzo wysokim prawdopodobieństwie a priori. Spójrzmy na datę - to jest przepowiednia sprzed dwóch lat - nie trzeba było wtedy wielkiej mądrości i paranormalnych zdolności, by spodziewać się degeneracji PiS i kolejnego kiepskiego roku prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Wreszcie, powyższa przepowiednia nie mogła być jedyną, którą Piotrowiczowi zdarzyło się wtedy wypowiedzieć. Nie mam przed sobą archiwalnego numeru Newsweeka, mogę więc tylko spekulować, ale kilkustronicowy wywiad z jasnowidzem nie wydaje się niczym nieprawdopodobnym. Duża ilość przewidywań? Bardzo być może. Możemy oczekiwać, że pan Piotr Piotrowicz zdołał już przez kilka lat (skoro dzisiaj można sięgać po przepowiednie sprzed dwóch lat, do dlaczego nie robić tego samego z jeszcze starszymi) swojej kariery sformułować tak wiele przepowiedni, że może w tej chwili przebierać w nich jak w ulęgałkach. Przepowiednie mają tendencję do akumulowania się wraz z upływem czasu.

I głosem wołającego na puszczy będzie zapewne utyskiwanie na ciężki przypadek portalozy w relacjonowaniu tej sprawy. Redaktor prestiżowego serwisu Deser.pl raczył bowiem zauważyć, że "w kontekście 10 kwietnia 2010 przepowiednia wydaje się być przerażająco trafna". Toż już lepiej ze sprawą poradził sobie redaktor z jeszcze bardziej poważanego serwisu Plotek.pl, który dostrzegł brak konkretów (ale żeby nie być posądzonym o sceptycyzm, dorzucił jeszcze typowe #prawdależypośrodku, że czas pokaże i tyle niewiadomych). No, ale od kogo ja wymagam?

niedziela, 21 listopada 2010

Kiedy opisywałem swoje pierwsze wycieczki w Otchłań, miałem wciąż z tyłu głowy myśl, że większą część omawianego okresu spina pewna idea, w owym czasie bardzo żywa w paranaukach, dziś raczej wzbudzająca więcej sentymentu niż kontrowersji. To paleoastronautyka, paranauka stara (krótki rys historyczny nakreśliłem w tej notce), a przy tym na tyle popularna, że ociera się o doświadczenie pokoleniowe. We think tanku parę razy o tym zresztą rozmawialiśmy, tamże pojawiło się "ukąszenie daenikenowskie" (stąd też tytuł niniejszej notki).

Daeniken i inni

Masówka DaenikenaNie jestem pewien, jak właściwie dzieła Daenikena znalazły się w domowej biblioteczce, przypuszczam, że zostały beztrosko zamówione z jednej z dwóch popularnych podówczas księgarni wysyłkowych (kolejny wynalazek radosnych lat 90-tych, który zmiotło nadejście Internetu). W każdym bądź razie, w pewnym momencie (był to mniej więcej ten sam okres, gdy próbowałem hodować mrówki) sięgnąłem po „Antycznych kosmonautów” pióra najsławniejszego szwajcarskiego hotelarza. Nie jest to z pewnością najbardziej znane dzieło Daenikena, ale nie mam większych wątpliwości co do jego reprezentatywności. 15 lat po ukazaniu się polskiego wydania książka prezentuje się wcale nieźle. Jest bardzo bogato ilustrowana, trzeba też zauważyć, że podpisy pod zdjęciami mają neutralny charakter i nie narzucają czytelnikom żadnej interpretacji (np. "również w Muzeum Egipskim w Kairze wystawiony jest model samolotu" lub "Czy Inkowie wykonywali modele samolotów i wysyłali je, za pomocą katapulty z gumową liną i rowkami, do chmur?"). Między obrazkami z kolei mamy to samo, co w każdej jego książce.

No, ale Daenikenowi wolno mniej, w końcu to człowiek, który praktycznie sam stworzył tę dziedzinę pseudowiedzy. Inni zwolennicy teorii starożytnych astronautów potrafili umieszczać w swoich książkach informacje o absurdalnym wręcz poziomie szczegółowości. Weźmy sobie na warsztat "Bogów nowego tysiąclecia" Alana F. Alforda. To prawdziwa perełka, a jej zaistnienie na rynku polskim zawdzięczamy wydawnictwu Amber, które najwyraźniej jest w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet (SRSLY, WTF & LOL WUT). Rzeczony Alford w oparciu o teksty sumeryjskie, Biblię, mity greckie i kilka innych źródeł zrekonstruował poczynania kosmitów, którzy w Starożytności niepodzielnie rządzili Ziemią. Oto kilka jego twierdzeń:

- 290 tys. lat temu wylądowali na Ziemi kosmici, zainteresowani przede wszystkim afrykańskim złotem; kiedy odechciało im się pracować, zatrudnili do tego homo sapiens - krzyżówkę siebie samych i miejscowych małpoludów;

- piramidy egipskie były elektrowniami, które pobierały wodę z Nilu, rozszczepiały ją na wodór i tlen, a następnie spalały wodór w tlenie;

- na szczycie każdej piramidy zamontowane było zwierciadło, które stanowiło ważny element systemu kontroli lotów kosmicznych;

- na Synaju znajdował się kosmodrom  i centrum kontroli lotów, które zostały całkowicie zniszczone atakiem atomowym;

- przyczyną upadku Sumeru była wojna atomowa pomiędzy dwiema frakcjami bogów i służącymi im ludzkimi państwami;

- kosmiczny teleskop Hubble’a służy do wypatrywania powracających bogów (nowe millenium, 2012, te sprawy);

Kim byli, skąd przybyli i kiedy powrócom bogowie?Pozostaje mi tylko żałować, że swój egzemplarz pożyczyłem koledze z klasy i nigdy nie odzyskałem. Kolega książkę pewnie sprzedał, a ja zostałem ze swoją zawodną pamięcią. Charakterystykę naszych kosmicznych stwórców, niuansów prowadzonej przez nich polityki i dworskich intryg, które doprowadziły ostatecznie do upadku ich władztwa, czyta się jak średniej jakości powieść s-f. Od Alforda dowiedzieć się można chociażby, kto z kim sypiał, jaki stosunek do ludzi miały poszczególne frakcje bogów – kosmitów, kto miał kompleks Edypa i kto w czym się specjalizował (no, więc Enki był genetykiem, Iszkur inżynierem…). A oblężenie Marduka w Wielkiej Piramidzie Cheopsa to już totalny odlot (jeżeli dobrze wszystko pamiętam, to wnętrze piramidy wygląda tak, jak wygląda, bo Marduk potłukł kryształy kontrolne i coś tam coś tam). I tak przez bite kilkaset stron. Nie szczegółowość rekonstrukcji budzi jednak największe zdumienie, a stopień antropomorfizacji rządzących prymitywnym człowiekiem kosmitów, którzy zasadniczo są ludźmi, ale bardziej zaawansowanymi technologicznie od nas.

To zresztą jedna z fundamentalnych cech paleoastronautyki: nauczający młodą ludzkość kosmici to w zasadzie ludzie. Pięknie to widać u Pająka, który swoim czytelnikom każe wyobrażać sobie ludzi z jakiegoś amazońskiego plemienia, załadowanych na statek kosmiczny i wywiezionych na odległą planetę, gdzie mają być przedmiotem wielkiego eksperymentu (ogród Eden to w rzeczywistości magnokraft typu K6). Takie postawienie sprawy ułatwia wiele, ale nie należy sądzić, że niezliczeni niezależni badacze dziejów ludzkości w pełni świadomie poszli na łatwiznę. Sokrates mawiał, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Jednym z podstawowych źródeł, na których twórcy paleoastronautyki od zawsze się opierali, są mitologie, a skoro zaludniający je bogowie mają ludzkie cechy, to nie ma się co dziwić, że paleoastronautyka, będąca w dużej mierze przefiltrowaniem starych mitologii przez aparat poznawczy człowieka epoki technicznej, cierpi na tę samą przypadłość. Śmiem twierdzić, że dzięki temu te opowieści są w ogóle strawne dla przeciętnego zjadacza pizzy.

Zdaniem Daenikena, to jest model samolotu

Szczepionka memetyczna

Daenikenowi z pewnością nie można odmówić pomysłowości, a przykłady wynajdywane na poparcie jego tezy (dość mgliście zarysowanej, trzeba przyznać) są ciekawe same w sobie. Skarb Templariuszy w Nowej Anglii? Megality? Palenque i Tiwanaku? Nie pomylę się wiele, jeżeli powiem, że dla większości czytelników Daenikena jego książki stanowią pierwszy kontakt z tymi tematami. Weźmy na warsztat jeden z tych przykładów. W naszych eurocentrycznych podręcznikach szkolnych kultury i cywilizacje prekolumbijskiej Ameryki nie zajmują zbyt wiele miejsca, a już na pewno nie ma czasu i możliwości, żeby omówić cokolwiek, co wykracza poza wielką trójkę cywilizacji (Azteków, Inków i Majów). I nagle wkracza tutaj Erich von Daeniken i zaczyna opowiadać całkiem fantastyczne rzeczy o cudach wybudowanych przez nieznaną cywilizację, która znała Tw. Pitagorasa i potrafiła roztapiać kamień. A jak nie Daniken, to Zecharia Sitchin, Graham Hancock czy inny Robert Bauval.

Wydaje się, że daenikenizm, szczególnie na tle wszystkich wariactw krążących na różnych poziomach Otchłani, jest stosunkowo niegroźny. Nie kopie dołków pod nauką jako taką i nie odrzuca jej metod, a raczej domaga sie uznania i chce się być częścią mainstreamu. Zresztą, wiele klasycznych paranauk to dyscypliny, które bardzo chciałyby zostać pełnoprawnymi naukami. Ich spojrzenie na metodę naukową może być beznadziejnie skażone, ale widać starania. W szczególności, zwolennicy teorii antycznych kosmonautów kochają empirię i dowodów szukają tam (pomimo tego, że przecież rozpatrują je na ogół tak, jakby istniały zupełnie w zawieszeniu), a nie w czanelingach i w swoim własnym pierdololo. Mimo wszystko, w paleoastronautyce prawda jest gdzieś tam i nawet, jeżeli jest to tylko pozór, czytelnik nie zdaje sobie z tego sprawy. Chociaż raz asymetria informacji wychodzi światu na dobre.

Atlantydzi to ziemscy kosmici

Tu dochodzimy do drugiej kwestii. W tym samym czasie równie wielką popularnością cieszył się drugi z wielkich nurtów, hm, alternatywnej archeologii, czyli poszukiwania zaginionej, zaawansowanej technologicznie cywilizacji, która istniała w czasach przedhistorycznych. Z wielu powodów można ją rozpatrywać razem z paleoastronautyką. Najlepszy jest chyba taki, że obydwie grupy badaczy na poparcie swoich wariackich tez mają te same argumenty i te same przykłady, popełniając tym samym te same błędy. I tam, gdzie jedni wstawiają kosmitów, inni chcą widzieć ocalałych mieszkańców Atlantydy, gdziekolwiek ona była. Łączy ich też zaprzeczanie „oficjalnej” wersji historii Starożytności, które czasami zaskakująco mocno wykręca się w kierunku rasizmu i pogardy dla możliwości intelektualnych i technicznych ludów starożytnych. Egipcjanie nie mogli zbudować piramid, Khmerowie nie mogli postawić Angkor Wat, twórcami megalitów nie są jacyś tam miejscowi, a Krzyżacy nie mieli szansy samodzielnie zbudować zamku w Malborku.

Z drugiej strony, idea, że w czasach przedhistorycznych istniała na Ziemi zaawansowana ludzka cywilizacja, też jest atrakcyjna. Pomijając to, że pasuje do faworyzowanej przez niektórych koncepcji czasu cyklicznego (all of this has happened before, all of this will happen again), ma w sobie coś romantycznego. W bardzo fajnej (mnóstwo odwołań do popkultury), choć kompletnie odklejonej od rzeczywistości książce Milosa Jesensky'ego (słowacki ufolog, kolega Roberta Leśniakiewicza i Fundacji Nautilus) pt. "Bogowie atomowych wojen", znajdujemy opis pierwszej ludzkiej cywilizacji, która po osiągnięciu dalekich planet Układu Słonecznego przechodzi wojnę domową lub staje do konfrontacji z przybyszami z dalekiego kosmosu. Najeżdźcy zostają unicestwieni, ludzkość cofa się do epoki kamienia łupanego, a nieliczni ocaleni rozpraszają się i niezależnie od siebie od nowa zasiewają ziarna cywilizacji. Po latach ludzie znajdują pozostałości gumowych węży od masek gazowych i nazywają je napletkiem Jezusa (nie żartuję, Jesensky naprawdę takie rzeczy opowiada). Piękna wizja, nieprawdaż?

Wszystko to być może, lecz ja to między bajki włożę. Wszystko, co wiemy o cywilizacjach technicznych, wskazuje na to, że ich zaistnienie wymaga dużej populacji, a człowiek w dużych ilościach ma tendencję to wpływania na środowisko i przeobrażania swojego otoczenia w skali przemysłowej. Innymi słowy, zaawansowana cywilizacja (ludzka lub zbudowana przez antropomorficznych kosmitów) zostawiłaby ślady, a niczego takiego nie znajdujemy. Nie ma pozostałości wielkich miast, nie ma śladów przemysłowego wydobywania surowców naturalnych, nie ma zatopionych statków, nie ma autostrad i tuneli w skałach, Ziemi nie okrążają sztuczne satelity sprzed tysięcy lat, nie odkopujemy artefaktów nie pasujących do oficjalnej wizji historii[1]. Zatem, owa cywilizacja albo nigdy nie istniała, albo została stworzona przez hipisów i musiała wyglądać zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażamy (nie wiem, funkcjonowała w innej gęstości?)[2].

Takie niuanse umykały jednak nastolatkowi, którego napędzała chęć wyróżnienia się z tłumu[3]. I chyba tylko dobrymi intencjami mogę spróbować zmazać hańbę, którą się okryłem, gdy na lekcji historii wstałem i zacząłem opowiadać o prawdziwym wieku piramid egipskich, śladach erozji wodnej na Sfinksie, zaskakujących podobieństwach pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata, zatopionym mieście u wybrzeży Japonii i bateriach znalezionych w Bagdadzie. Miałem doprawdy znakomitą nauczycielkę historii, anielsko cierpliwą, która dysponowała ogromną wiedzą. Usłyszawszy mój monolog, uśmiechnęła się tylko i zasugerowała, że prawda leży pośrodku. Nie leży, ale who cares?

Sceptycyzm jest czymś, co nabyłem później. Kiedy zostałem ukąszony, nie w głowie mi było poszukiwanie czegoś w rodzaju "Z powrotem na Ziemię". Hell, był pod reką Racjonalista.pl, który jednak często stymulował postawę typu "siłą własnego rozumu skruszę wszelkie przesądy" - a to jest droga na manowce. Pozostaje pytanie, które zadają sobie światli przedstawiciele ludu sceptycznego miast i wsi - czy zakażenie daenikenizmu było doświadczeniem kluczowym? Nie wiem, ciągle zbyt mało danych. Osobiście sądzę, że ukąszenie daenikenowskie jest przede wszystkim doświadczeniem pokoleniowym, choć ciekaw jestem, jak to wyglądało np. u dzisiejszych czterdziestolatków.

 

[1] – Powszechnie znane są artefakty "nie na miejscu" (out-of-place artifacts), ale wszystkie są wątpliwe lub wyjaśnione. Ich liczba jest też przeraźliwie mała. O tym, co za zaskoczenie, paranaukowcy nie wspominają, ew. uciekają w demaskowanie spisku. Tak, jakby w Area 51 była ukryta przed światem cała kolekcja młotków wydobytych z prekambryjskich skał...

[2] – Przyszło mi do głowy, że owo hipotetyczne Pierwsze Imperium mogło mieć technologię w stu procentach organiczną. Potem jednak sobie uświadomiłem, że to też musiałoby zostawić ślady w zapisie archeologicznym.

[3] - To nie jest tak, że się nie wyróżniam, takiej paskudnej gęby jak moja ze świecą by szukać, ale młodość wiąże się z aspiracjami, więc trzeba mieć też oryginalne poglądy, wiedzieć więcej, chcieć więcej, nie przestawać. Widziałem taką pretensjonalną sygnaturkę kiedyś.

piątek, 19 listopada 2010

Czasami interesujący kontent sam wpada w ręce. Najwyraźniej w niewielkim Choszcznie (woj. zachodniopomorskie) jest filia Uniwersytetu Szczecińskiego. O korzyściach z jej istnienia tak wypowiada się Ryszard Boratyński, burmistrz tej mieściny:

Obecnie stwierdzić można odczuwalny wzrost liczby choszcznian studiujących i legitymujących się dyplomem Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie, którzy bardzo często prezentują pożądaną społecznie postawę ludzi aktywnych, zaradnych, kreatywnych i zdecydowanych rozwiązywać swoje problemy samodzielnie, nie przedstawiając przy tym roszczeniowego stosunku do otoczenia.
Niewątpliwie sytuacja ta jest efektem wypełniania przez US w Choszcznie roli, sprowadzającej się do udostępnienia mieszkańcom wiedzy gotowej, która nadaje się do zastosowania w codziennym życiu, czyniącej z nich ludzi oferujących konkretne możliwości pracodawcom lub rynkowi towarów i usług. Ja również zatrudniam w urzędzie i jednostkach podległych gminie Choszczno absolwentów US studiujących w Choszcznie, którzy wykonują odpowiedzialne zadania i piastują kierownicze stanowiska. Poziom wiedzy tych pracowników jest wysoki, często znacznie przekraczający zakres wiadomości pozostałych, starszych kolegów i koleżanek.
Funkcjonowanie Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie podniosło świadomość społeczną studiujących, dało im możliwość zatrudnienia nie tylko w Choszcznie, które przy tym zyskało miano miasta uniwersyteckiego. Niewątpliwie dodało mu też tak potrzebnego prestiżu, którego subtelne znaczenie trudno przecenić. Sądzę także, iż miało to wpływ na poziom bezrobocia w gminie Choszczno, które z prawie 20 proc. w roku 2002, zmniejszyło się do nieco ponad 14 proc. we wrześniu 2005 r. W Choszcznie rozpoczynają inwestowanie przedsiębiorcy, np. z Irlandii i Niemiec, którzy chcąc osiągnąć sukces gospodarczy muszą zatrudnić właściwie wykształconych pracowników. Dla naszej gminy oznacza to rozwiązanie istotnych problemów społecznych, a dla Uniwersytetu Szczecińskiego i jego kadry dydaktycznej osiągnięcie zamierzonego celu.

Trolololo. But here's a fun fact: w latach 2002-2005 bezrobocie w Choszcznie spadło, bo spadało zapewne we wszystkich lub niemal wszystkich gminach. Bezrobocie spadało w całej Polsce i to ma związek z czymś, co nazywa się cyklem koniunkturalnym, a pan burmistrz pomylił korelację z przyczynowością.

Za zwrócenie uwagi na postęp w szkolnictwie wyższym w Zachodniopomorskiem dziękuję koleżance Soni.

Zapytano mnie ostatnio, jakie mam zainteresowania. Jako, że jestem człowiekiem, który nawet w okazjach towarzyskich lubi czepiać się i dzielić włosa na czworo (co dla lepszego samopoczucia nazywam precyzją), doszedłem szybko do wniosku, że mój rozmówca zbyt pochopnie założył, że mam jakiekolwiek zainteresowania. A przecież nie mam żadnych konkretnych zainteresowań i chyba nigdy nie miałem (z drugiej strony, kiedyś bardziej mi to przeszkadzało, w myśl słów poety, że "siostra zbiera aktorów, brat wycina piłkarzy"). Ulegam chwilowym fascynacjom, skaczę sobie z kwiatka na kwiatek, czasami beznadziejnie i całkowicie zatapiam się w jakichś kwestiach na jeden wieczór. A potem strząsam to z siebie i szukam kolejnej pierdółki do zgłębiania. A potem, wracając do mojego rozmówcy, przypomniałem sobie, że dla wielu moich przelotnych zainteresowań (przydałoby się pojęcie, które dla zainteresowania byłoby tym, czym jest miłostka dla miłości) istnieje wspólny mianownik, którym jest fascynacja intelektualnym śmietnikiem. Gdzieś nawet, we wczesnej fazie pisania bloga, zdarzyło mi się wspomnieć, że jestem kloszardem na śmietniku idei. Tylko jak o tym powiedzieć rozmówcy? Swoim zwyczajem, uciekłem od tematu i postanowiłem skrobnąć coś w miejscu, gdzie nic nikogo nie dziwi. Kilka nudnych migawek z przeszłości.

W bliżej niesprecyzowany wiosenny wieczór 1996 r. zapakowaliśmy się z rodzicami do zielonego malucha i pognaliśmy do bliskich znajomych rodziców, których ja nazywałem ciocią i wujkiem. Kilkanaście lat później wujek, nieco przesunięty w fazie inteligent z duszą artysty, będzie w mojej obecności histerycznie śmiać się z rejestracji SB ("zobacz, rejestracja SB, he he he, eS Be, he he he") i wykładać podstawy Teorii Dwóch Tupolewów. Tego wieczoru dorośli wybrali swoje własne towarzystwo, a mnie wysłano do przyszywanej siostry ciotecznej, która akurat oglądała telewizję. Traf chciał, że oglądała "Z archwum X". Odcinek to chyba "Squeeze". Scary shit, a czołówka serialu chyba mi zrobiła coś złego w głowę, bo przez pewien czas bałem się wielkiej przezroczystej dłoni.

Więc jest 1998, a ja każę sobie odkładać w kiosku "Faktor X". W tych ciekawych czasach hitem były czasopisma wkładane do specjalnych segregatorów, spośród których największą popularnością cieszył się "Świat wiedzy", najeżony błędami substytut encyklopedii. "Faktor X" funkcjonował na dokładnie takich samych zasadach, tylko traktował o zjawiskach paranormalnych, teoriach spiskowych i miejskich legendach. Mieli tam też krótkie notki, które dziś wywołałyby przede wszystkim zdziwienie podlane politowaniem, np. o szalecie nawiedzanym przez ducha hydraulika, o afrykańskim czarowniku, który magią pozbawiał mężczyzn penisów, o kubańskiej krowie zamordowanej przez moduł amerykańskiej rakiety. A żeby nie było całkiem zabawnie, to w tym samym numerze potrafili straszyć narkokanibalami z Meksyku (gratis zdjęcia zupy na ludzkich kościach) i spiskiem szatanistów - pedofilów. Ponadto, dla każdego coś miłego: starożytni astronauci, Area 51, porwania, implanty, czupakabry, egzorcyzmy, pole morfogenetyczne, Nostradamus, fałszywe lądowanie na Księżycu, zabójstwo Kennedy'ego, MK ULTRA i kontrola umysłów. Geez, poruszyli chyba każdy możliwy temat.

Dwa lata później w wakacje było różnie i czasami padało (Puck był wtedy jeszcze smutniejszy, a polskie morze jeszcze brzydsze niż dziś), więc kupiłem sobie "Nieznany Świat". W środku - epicki artykuł, który upadek komunizmu postawił w całkiem nowym świetle. Jak się okazało, komunizm upadł, bo parę tysięcy osób medytowało w jednym momencie. Jakże inaczej mógły wyglądać świat, gdyby kilkanaście tysięcy osób zjednoczyło się w medytacji. A gdyby tak połączyć medytację i World Jump Day? Nie zostałem regularnym czytelnikiem NŚ, jego pretensjonalność, nadmiar powagi i okazjonalne ludzkie dramaty sprawiały, że miesięcznik był raczej nieatrakcyjny dla nastolatka, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak właśnie wygląda mainstream polskich paranauk. Że fascynujące historyjki o kosmitach to jedno, a zinstytucjonalizowane ssanie z palca, kopanie dołków pod medycyną czy też niuejdżowa samopomoc, to drugie.

W nowym tysiącleciu Internet trafił pod strzechy, a mnie kojarzył się tylko ze śmiesznym programikiem liczącym impulsy, dyskretnym ukrywaniem kabla, pospiesznym wysyłaniem i odbieraniem maili i wiadomości z grup dyskusyjnych, crackowaniem Teleport Pro i otwieraniem kilkudziesięciu stron w celu czytania offline. Wtedy też poznałem Pająka Jana, kreacjonistów z pl.sci.biologia i świrusów z pl.soc.religia. Co ciekawe, oni wszyscy są wciąż aktywni. Pająk niestrudzenie tropi ufonautów, inspiruje niewielką grupę zwolenników i znacznie większą grupę paranów, którzy może całkiem nie wierzą, ale rozsyłają dalej, bo to ciekawe. Kreacjoniści w dalszym ciągu dokonują desantów na pl.sci.biologia, choć prominentni przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego najwyraźniej wycofali się z Juznetu. Na pl.soc.religia OBVES (vel Marian Śliwiński) pracowicie wylicza kolejne daty końca świata, a Archanioł Książe Michał zapowiada przelot jonolotem i piwo Carlzberg w kranach (pojedynek obydwu pacanów można zobaczyć chociażby tutaj). I zapewne wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że spoglądam w Otchłań, że obcuję ze światem, w którym logika, racjonalność i zdrowy rozsądek mają alternatywne znaczenia.

I mniej więcej wtedy wielką karierę zaczął robić portal Racjonalista.pl, na Filozofii.pl szalały niesamowite flejmy z neotomistami. No, ale to temat na zupełnie inną historię. W następnym odcinku opowiem, jak nauczyłem się tym wszystkim martwić i zostałem bezideową szmatą.

czwartek, 04 listopada 2010

Łukasz Warzecha, redaktor prestiżowego dziennika „Fakt”, popełnił niedawno na swoim blogu kolejną notkę z cyklu "Socjalistyczne władze Warszawy prześladują kierowców", tym razem oskarżając dodatkowo redakcję GW o współudział w tym cichym holokauście (bo szczuje jednych ludzi na drugich, a wrogiem jest miasto, które nie buduje darmowych parkingów). This is wrong on so many levels, ale być może najśmieszniejsze jest to, że Warzecha otwarcie przyznaje, że nie stać go na parkowanie w Złotych Tarasach. Co kosztuje, bagatela, 4 zł 50 gr za godzinę. Lament Warzechy obśmiał już zresztą Wojciech Orliński i pewnych kwestii nie ma sensu powtarzać. Warto jednak zwrócić uwagę na schematy myślowe, które spotyka się również poza pojemną głową redaktora prestiżowego dziennika. Schematy, które w istocie rzeczy dyktują kształt polityki transportowej naszych miast i które sprawiają, ze wiele z nich wygląda tak, jak wygląda. Czyli jak, nie przymierzając, Óć. Czyli smutno jak cholera.

Ukryte koszty szrotwagenów

Istnieje popularny mem, że transport indywidualny, w przeciwieństwie do transportu publicznego, nie jest dotowany, utrzymuje się sam i generalnie jest życiodajnym krwiobiegiem gospodarki, z którego wysysa się grubą kasę na zdezelowane autobusy i antyczne tramwaje. Że jest krwiobiegiem gospodarki, nie można się nie zgodzić, ale w miastach przypomina raczej krwotok. Poza tym, wszystko źle i na odwrót. Jedyna różnica pomiędzy transportem zbiorowym a indywidualnym wynika z alokacji środków publicznych.

Samochody w znakomitej większości przypadków nie jeżdżą po łąkach i lasach. Samochody potrzebują infrastruktury, a jej budowa i utrzymanie jest kosztowne. Spróbujmy choćby zgrubnie oszacować, ile wydaje się w Polsce na rozbudowę i utrzymanie infrastruktury drogowej. Sam budżet, którym dysponuje GDDKiA, to jakieś 25-30 mld zł rocznie. GDDKiA zajmuje się jednak tylko jedną kategorią dróg, drogami krajowymi, która to kategoria obejmuje, co prawda najkosztowniejszy ich rodzaj, czyli autostrady i drogi ekspresowe, ale wciąż stanowi jedną dwudziestą wszystkich istniejących dróg w Polsce. Te z kolei są finansowane z budżetów jednostek samorządu terytorialnego i tam należy szukać równie potężnego strumienia środków finansowych topionych (dosłownie!) w asfalcie. Zgodnie z danymi GUS, wydatki gmin i miast na drogi publiczne wyniosły w 2009 r. 12 mld zł. Województwa do tej puli dokładają 11 mld zł, powiaty zaś - ok. 7 mld zł. Łącznie więc na budowę i utrzymanie dróg publicznych wydano w 2009 r. jakieś 55-60 mld zł. To 4-4,5% PKB i ponad 1300 zł w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Czy to dużo? Nie sądzę, to dość standardowa proporcja dla kraju na dorobku, w którym jeszcze niedawno liczba użytkowanych samochodów ulegała podwojeniu co 10 lat.

A przecież nawet nie poruszyłem negatywnych kosztów zewnętrznych transportu samochodowego, które przeciętny posiadacz dumnego szrotwagena ma w głębokim poważaniu (i, zasadniczo rzecz biorąc, wszyscy je mamy, taka jest uroda kosztów zewnętrznych). Wyliczmy je: hałas, kongestia, zanieczyszczenie powietrza, emisje gazów cieplarnianych, degradacja przestrzeni publicznej. W znakomitej większości nie wyrażają się one w twardej walucie, rozkładają się dość równomiernie, obciążając po cichu wszystkich dookoła. Za każdym razem, gdy przedstawiciel klasy średniej wytacza swój samochód i udaje się w samotną podróż do biura, dołączając do setek podobnych sobie, generuje pewien koszt dla społeczeństwa. Jego prywatny koszt krańcowy jest efektywnie równy zeru powiększonemu o osobogodziny stracone przez niego w korkach. Koszt społeczny wpada do czarnej skrzynki, z której wychodzą np. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, budowa dodatkowej infrastruktury, osobogodziny stracone przez towarzyszy niedoli. Wszystko liczone w grubych miliardach.

Tyle po stronie wydatków, z których przeciętny obywatel w dużej mierze nie zdaje sobie nawet sprawy. Po stronie dochodów samochodziarz postawi opłatę paliwową, akcyzę i VAT od samochodów, z czego może nawet da się sfinansować budowę i utrzymanie wszystkich publicznych dróg w Polsce. Dlaczego jednak pieniądze z podatków uniwersalnych miałyby iść tylko na ten konkretny cel, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. VAT od ubrań nie jest przeznaczany na budowę sieci publicznych pralni, a akcyza od alkoholu nie trafia do kieszeni producentów alkoholu. W imię jakich racji samochód i jego właściciel mieliby mieć specjalne względy? Dlaczego ze wszystkich grup społecznych ta jedna ma mieć przywilej płacenia podatków celowych? Stąd już tylko krok do przekonania, że skoro kierowcy płacą takie podatki i nie wynika z tego nic, bo „ciągle tylko kopią”, „autostrady się buduje 5 razy drożej niż w Niemczech”, a „jeszcze ktoś każe płacić za parkowanie, które się NALEŻY”, to efektywniej byłoby nie płacić tych podatków i po prostu robić zrzutkę po 2000 zł rocznie dla kapitalisty, który zrobi wszystko tak, jak trzeba. Nie i amen.

Co się należy i dlaczego nie parking

Rzekło się, 60 mld zł rocznie to sporo, ale hej, infrastruktura drogowa jest przecież dobrem publicznym i, jako taka, powinna być finansowana z podatków nas wszystkich. Teoria dóbr publicznych jest w ekonomii mocno ugruntowana, uczy się o niej większość studentów pierwszego roku studiów ekonomicznych, a jednak ignorowanie jej implikacji jest powszechne. Dla czytelnika, który czuje, że powinien poguglać, krótkie wyjaśnienie. Dobro publiczne ma dwie fundamentalne cechy: (1) jest nierywalizowalne, co oznacza, że ich konsumpcja przez każdą kolejną osobę nie wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów; (2) jest niewykluczalne, co oznacza, że nie można pozbawić nikogo możliwości korzystania z niego. I tak oto dochodzimy do wyjaśnienia, dlaczego nieprawdą jest, jakoby miejsce parkingowe w centrum komukolwiek się należało.

Otóż parking nie jest dobrem publicznym. Parking nie spełnia żadnej z wymienionych wyżej cech. Pojawienie się każdego kolejnego amatora miejsc parkingowych zmniejsza ich dostępność, odpada nam więc nierywalizowalność. Pozbawienie kogoś możliwości korzystania z parkingu jest dziecinnie proste - wystarczy go otoczyć płotem, barierkami lub słupkami i ewentualnie postawić szlaban przy wjeździe. Krótko mówiąc, miejsce do parkowania jest dobrem, którego cena może (i powinna) być ustalana przez mechanizm rynkowy. Jeśli komuś się zdaje, że to nieludzkie i podpada pod #prześladowaniekierowców, to niech sobie przypomni, że państwo nie zapewniło mu darmowego paliwa i przeglądów samochodu, a miejsce parkingowe na strzeżonym osiedlu kosztowało go 30 tys. zł.

Parking kosztuje, i to kosztuje słono, bo przecież trzeba wykopać dziurę w ziemi, zrobić ze dwie kondygnacje w dół i uporządkować powierzchnię, ew. znaleźć pustostan i przerobić na parking wielopoziomowy udający kamienicę. Kilka milionów złotych, jak nic. A przecież kosztorys takiej inwestycji nie obejmuje kosztów alternatywnych związanych z tym, że kawałek ekstremalnie drogiej ziemi w centrum zajmowany jest przez kilkaset ton nisko produktywnej blachy. Przypomnijmy, Łukasz Warzecha (i wielki chór wujów) chciałby to mieć za darmo albo półdarmo. Nie ma darmowych obiadów, a gdy parking jest darmowy, to koszty tkwią gdzieś indziej. Kiedy więc Łukasz Warzecha domaga się taniego parkowania w centrum dwumilionowego miasta, w formie usługi komunalnej, w istocie rzeczy domaga się ogromnego subsydium od państwa do swojego samochodu. Tyle tylko, że Łukasz Warzecha nie jest kimś, kto z reguły popierałby interwencję państwa w gospodarkę. Odbieraniu tego rodzaju przywilejów sprzeciwiają się też na ogół ludzie, którzy w każdym innym kontekście byliby ortodoksyjnie libertariańscy.

A priori można twierdzić, że jest to interwencja uzasadniona. Transport jako taki ma swoje korzyści zewnętrzne, które można w pewnym uproszczeniu nazwać efektami sieciowymi. Te jednak są bardziej związane z infrastrukturą i, niespodzianka, budową sieci. Nie mają nic wspólnego z indywidualnymi decyzjami tysięcy Kowalskich, patrzących ze stymulowaną przez klimatyzację dumą na tych frajerów, którzy się tłoczą w tramwajach. W znakomitej większości przypadków, nikt przecież nie ma zysku krańcowego z takiego wyboru. Jest nawet gorzej, bo przecież są ludzie, którzy muszą i którzy są ucieleśnieniem korzyści z transportu: dostawcy, kurierzy, przewoźnicy i, w ogólności, wszyscy ci, którzy przewożą coś więcej niż teczkę (i torebkę żony). Krótko mówiąc, koszty dominują.

Człowiek z blachy

No, ale czego mamy oczekiwać w sytuacji, gdy domyślnym sposobem parkowania jest często postawienie samochodu gdziekolwiek, w poprzek wyznaczonych miejsc, na chodniku, trawniku, schodach, pod drzewkiem i na otwartej przestrzeni. Czego oczekiwać w sytuacji, gdy złe wzorce utrwala się złym planowaniem i jeszcze gorszym wykonaniem remontów i modernizacji ulic (przykład z Warszawy to ul. Mokotowska). Jest sobie takie Radomsko, pięćdziesięciotysięczna mieścina w woj. łódzkim, generalnie smutne miejsce. Przy jednej z głównych ulic, w samym centrum miasta, z dawien dawna jest chodnik z asfaltu. Krawężnik, o ile kiedykolwiek istniał, dawno już erodował, starł się na proch i zginął bezgłośnie pod asfaltem wylewającym się z chodnika i z jezdni. Zaraz… jakiego chodnika? Granica między chodnikiem a jezdnią w takim miejscu najwyraźniej jest kwestią umowy społecznej, którą w dodatku mają zawierać nierówne sobie strony. Wygrywa oczywiście facet w SUVie, który – jako jedyny – musi.

Samochód jest wspaniałym wynalazkiem, ale to tylko narzędzie, którym racjonalny człowiek posługuje się, stosownie do przeprowadzonej kalkulacji zysków i strat. Łatwo zgadnąć, co się dzieje w sytuacji, gdy koszty są pomniejszane w sposób dramatyczny, a zyskom przypisuje się nadnaturalny wymiar. To ostatnie formułuje się na ogół w formie sylogizmu:

  1. Samochód ucieleśnia wolność;
  2. Wolności nie da się wycenić;
  3. Wolność ma nieskończoną wartość;
  4. Samochód ma nieskończoną wartość.

Tymczasem, nic tu nie jest oczywiste. W szczególności, samochód nie jest ucieleśnieniem wolności w większym stopniu niż lodówka, wiertarka czy inna kałapućka. Jest za to cudownym narzędziem dominacji silnych nad słabymi, którą to dominację można chcieć (i będzie to, powiedzmy to sobie otwartym tekstem, decyzja polityczna) ukrócać za pomocą całej baterii dostępnych władzy państwowej i samorządom instrumentów, które zwykło się nazywać szykanami dla kierowców. I dopóki Warzecha nie zrozumie, że zmuszenie go do internalizacji generowanych przez niego kosztów zewnętrznych jest jedyną racjonalną drogą, jeżeli mamy żyć w miastach, będzie prześladowany. Bo #prześladowaniekierowców jest stanem umysłu, a nie cechą wspólnej rzeczywistości.

wtorek, 21 września 2010

Miała być notka o Intronizacji, wiem, ale skoro na horyzoncie pojawił się nowy temat, nie mogłem sobie odmówić.

Popkultura i paranauki żyją sobie w luźnej symbiozie. Popkultura czerpie inspiracje ze śmietnika idei, twórcy myśli z marginesu przyswajają sobie memy i motywy. Pięknym przykładem jest paleoastronautyka, paranauka dziś nieco sfatygowana, zapomniana i jakże odległa od chwil największej chwały (warto przypomnieć, że 10-15 lat temu książki Daenikena cieszyły się ogromną popularnością, ciężko było nie wejść w kontakt z myślą najsławniejszego szwajcarskiego hotelarza i jego naśladowców). Jej początki przypadają na lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. W 1960 r. powstaje "Poranek Magów" Bergiera i Pauwelsa, dość eklektyczna i uboga w źródła opowieść o tajemnych stowarzyszeniach, powiązaniach nazistów i okultustów, niewiarygodnych osiągnięciach nieznanych, starożytnych cywilizacji, z wątkiem wizyt istot pozaziemskich w tle. Trzy lata później, najprawdopodobniej pod wpływem "Poranku Magów", powstaje "100 tysięcy lat nieznanej historii człowieka" Roberta Charroux, bodaj pierwszy manifest paleoastronautyki pełną gębą, książka zawierająca tak wiele fundamentalnych dla tej dziedziny tez i linii argumentacji, że późniejsze o 5 lat "Rydwany Bogów" Daenikena przez wielu są uważane za ordynarny plagiat. W tym momencie wszystkie klocki są na swoich miejscach. Lata 60-te to ważny okres w życiu dwóch potężnych nurtów myśli alternatywnej: dojrzałość osiągnęła wtedy ufologia, ostatnie tchnienia wydawała zaś teozofia, kawał historii paranauk i źródło wielu inspiracji dla całych pokoleń paranów. Wreszcie, w latach 60-tych kawał życia miała już za sobą fantastyka naukowa, trzeci filar, na którym rzeczona paleoastronautyka wyrosła, w której spotykamy całkiem pokaźną liczbę motywów, które potem przedstawiano jako fakty.

Do czego zmierzam? Wzajemne relacje popkultury i paraństwa są nader skomplikowane. Weźmy np. "The Matrix", film którego Zakorzenienie w Otchłani jest wręcz zdumiewające, gdy ktoś zaczyna szukać zapożyczeń (pewnie, my też czasami myślimy tymi motywami, ale przecież wiemy, co jest fikcją, nieprawdaż?). W największej dotychczas filmowej rozpierdusze Emmericha spotykamy przepowiednie wszechwiedzących i mądrych Majów, tektonikę płyt Hapgooda, przebiegunowanie Ziemi i mega-super-duper tsunami rodem z rojeń Patricka Geryla. A to tylko jeden malutki przykład sytuacji, gdy inspiracja idzie w przeciwnym kierunku. Ja dziś zamierzam zająć się dość osobliwą recepcją innego, podobnego transferu idei.

Podróż zaczynamy w 1975, roku pierwszego wydania trylogii "Illuminatus" Shea i Wilsona. Jeśli ktoś nie słyszał, że to informuję, że jest to prawdziwy klasyk, zbiór odczapistych teorii spiskowych, prawdziwych i zmyślonych. Ludzie mądrzejsi ode mnie twierdzą, że przedstawienie mrocznych postaci Iluminatów kulturze masowej dokonało się właśnie wtedy i właśnie za sprawą tych dwóch panów. Chapeau bas, a mój egzemplarz trylogii tłucze się pewnie gdzieś na niemieckich autostradach. Rzeczona trylogia zainspirowała twórców gier karcianych i z tego zauroczenia powstało parę gier, m.in. "Illuminati" i "Illuminati: The New World Order". Gra jak gra, trzeba zdobyć kontrolę nad światem, a w jej trakcie pojawiają się karty bardzo urocze, jak np. Ekoterroryści, Fluoryzacja czy Intelektualiści. Przewijają się tam też tak ograne motywy, jak spisek bankierów, depopulacja czy sztuczne epidemie. Krótko mówiąc, można się naprawdę nieźle bawić, trzeba tylko zdawać sobie sprawę z rozgraniczeń pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Okazuje się jednak, że wielu tropicieli PRAWDY wyjaśnienie, że to tylko gra, wcale a wcale nie zadowala. Oddajmy głos forumowiczom z serwisu Prawda2.info (swoją drogą, dlaczego 2?):

Otóż Steve Jackson z Austin zaprojektował serię “kart Illuminati” (Illuminati Cards). W 1990 roku, nastąpił nalot Secret Service i policji teksańskiej na jego biuro.

(...)
Jackson ostatecznie opublikował grę w 1995 roku, stała się od razu bestsellerem. Aż dziwne, że tak niewiele się o tym dzisiaj mówi. Karty są dostępne nadal w internecie, w google znajdziemy wiele ich rodzajów. Wydaje się, że przedstawiają one dość szczegółowo plany Iluminatów odnośnie najbliższej przyszłości świata. Kilka z kart zostało już “zagranych” jak te:

Lista zagranych kart obejmuje zamach na WTC, depopulację i pandemię. Jeśli ktoś nie dowierza, to seria kart ujawniających ex ante tajne plany Iluminatów wygląda tak. Są dwa wieżowce, płonący Pentagon i epidemia. Liczba stron replikujących ten obrazek jest przeogromna, możesz mi, Czytelniku, uwierzyć.

A karty są najwyraźniej tak przerażające, że jeden z forumowiczów Prawdy2.info pyta dramatycznie:

Czy zastanawialiście się drodzy użytkownicy jak to jest możliwe by twórca tych kart wiedział o inside job 9/11 wcześniej o jakieś 6 lat?

Czy autor kart SJ jest sam wysokiej rangi Iluminatem i stąd ma wgląd do planów naszych panów?, a jeśli założymy,że nie jest to dlaczego otrzymał odgórne przyzwolenie na rozpowszechnianie tajnych tajemnic?

Związku z tymi kartami pojawiają się pytania...czy przyszedł już czas, iż Iluminatii chcą ,aby ludzie się dowiedzieli kto i w jaki sposób rządzi tym światem.Czy też może karty mają za swój cel stanowić pożywkę dla całej społeczności interesującej się kulisami powstawania NWO?
Jednak czy ktoś z Was wierzy jeszcze w przypadki?

No właśnie, czy historia na prawdę niczego nas nie nauczyła? To są wszystko frapujące pytania, których polskojęzyczne media unikają (na szczęście sprawą kiedyś zajął się Wykop). Na szczęście Internet dostarcza mnóstwa odpowiedzi na te wszystkie pytania. Oto w sprawę iluminackich kart włączył się sam David Icke i z talii wybrał te karty, które ujawniają ciemne plany tajnego stowarzyszenia. Pamiętacie dziewięć kart? Z każdą z nich wiąże się morze ludzkich tragedii...

As early as 1911, the Illuminati began buying textbook writing companies, until they owned them all after World War I. Once they got control of textbooks, they gradually began to "dumb down" the curricula and rewrite history. Today, students of public schools since World War II have received increasingly inferior educations, until now the population is largely academically inferior, is political herds of "sheeple", and religiously ignorant of the Truth of Jesus Christ.

I dalej

However, what does the caption to this card mean? It says, "Terrorist Nuke". Now, what could this possibly mean? The Twin Towers were not destroyed by a terrorist nuclear device, or were they? In our article on the Bali Blast, we noted the scientific data that suggested the hotel was taken down by a micro-nuclear device of about 0.10 kilotons [Read NEWS1715]. One can only ask: was a micro-nuclear device used at the base of the Twin Towers as well? That kind of small, but nuclear, explosion would account for the sudden manner the reinforced concrete and steel shell simply crumbled into dust as it fell. That kind of nuclear explosion would also explain the tremendous heat that stayed at "Ground Zero" for several months after 9/11. As we head into the planned "terrorist attacks" and attendant panics, we have to remain cognizant that a micro-nuke device might be the real culprit in some of these attacks.

Wreszcie:

Thus, these two cards literally depict both of the strikes of 9/11: against the Twin Towers first and then against the Pentagon.

This kind of accuracy 6 years before the attacks is possible only if one knows the Illuminati Plan very thoroughly.

Oczywiście, jest tam dużo więcej lolcontentu, m.in. twarz demona w dymie nad WTC, drugie dno hipisowskiej brutalności i Zi Rapczer. God help us all. Rzeczone karty stanowią namacalny dowód (the smoking gun, którego tak pilnie poszukują wszyscy spiskolodzy) omnipotencji spisku, o czym można się przekonać, przeglądając zasoby Sieci pod kątem informacji na temat iluminackich kart. Większość z nich to oczywiście mielone na wszystkie sposoby odkrycie, że w Steve Jackson Games już w 1995 r. wiedzieli o zamachach na WTC, ale nie wszystkie. Posłuchajmy niezawodnych sług Pana z Cutting Edge:

  • Iluminaci w okolicach 1995 planowali wypuszczanie wirusów komputerowych i masowe zarażanie komputerów. Parę lat później wirusy stały się poważnym problemem. Psipadek?
  • Pewne tajne stowarzyszenie, o którego istnieniu wiedzą wszyscy, zarządza konfliktem na Bliskim Wschodzie i wykorzystuje terrorystów-samobójców do swoich celów (dlaczego nie mogło tego zrobić w przypadku WTC, diabli wiedzą): We reported that the Russian KGB controlled Arafat while that the American CIA controlled Israel. Therefore, the Illuminati controlled both sides, which they must do in a Dialectic Struggle situation.
  • Jedna z kart to przekaz podprogowy. Że media nam to robią regularnie, nie trzeba nikogo po tamtej stronie lustra przekonywać.
  • Ważnym narzędziem Iluminatów w grze jest ruch humanistyczny. Certainly, Secular Humanism has been greatly instrumental in all of Western Society currently rejecting Jesus Christ, the Bible, and Judeo-Christian values. (...) Just as the Illuminati planned, Secular Humanism paved the way. But, look carefully at the picture Steve Jackson drew. As you look behind the two young men, you will see the shadow of a clown jester, or is it the Devil? You be the judge. Either symbol would be most appropriate for an entire people who have rejected the One True God in order to embrace a false god.
  • Nie będzie NWO bez odebrania Amerykanom broni. I oczywiście rozrysowany na kartach do gry plan zawiera ten element układanki.
  • Wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej? Karty przewidziały, musi więc NWO kurki odkręciło (co ciekawe, czujni polscy obywatele poinformowali też o tym świat za pośrednictwem platformy Kontakt24).

Pojawia się pytanie, dlaczego Iluminaci mieliby ujawniać swoje plany w tak niekonwencjonalny sposób. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w świecie paranów rządzi zasada anything goes, to odpowiedź na to pytanie okazuje się być w gruncie rzeczy drugorzędna. Autor jednego z filmików odpowiada wprost - nobody knows for sure - co jest otwartym przyznaniem do niewiedzy (mało tego, do relatywnej nieistotności tej niewiedzy!). W teoriach spiskowych motywów antagonistów nie sposób zrozumieć lub zracjonalizować i jeśli nawet są ujawniane / znane, to mają wybitnie niejasną postać. Dla jednych Steve Jackson to whistleblower, który z narażeniem życia ujawnił plany ciemne, jak zniewolić Polskę, ludzi biednych. Dla innych publikacja gier karcianych z Iluminatami w roli głównej to po prostu kolejny element planu: dostarczenie wygodnej wymówki i wytłumaczenie dla rzeczywistych działań zakonu lub sposób oswajania ludzi z obecnością wiadomego stowarzyszenia w ich życiu. Jeszcze inni wydają się sądzić, że Iluminaci nie mają już nic do stracenia i czują się na tyle pewnie, że kpią i drwią z nas wszystkich, bezczelnie ujawniając wszystkie swoje plany. Trzeba jednak pamiętać, że w Otchłani obowiązuje nieco inna definicja prawdy niż po właściwej stronie lustra. Tu o prawdzie rozstrzyga się albo przez kryterium spójności ze zwichrowanym światopoglądem, albo przez zgodność z jego głębokimi strukturami. Pewne tezy, jak np. "rząd spiskuje przeciwko nam", "na świecie nie ma przypadków" stają się aksjomatami i nie podlegają weryfikacji na normalnych zasadach.

Szczerze powiedziawszy, gorące powitanie, jakie kilku taliom kart zgotowali spiskolodzy, stanowi fascynujący obiekt riserczu. Są tam wszak wszystkie klasyczne paranoje, którymi od dziesięcioleci karmi się margines: od fluoru i lipnych pandemii, przez kontrolę nad pieniądzem, aż po groźbę odebrania wszystkim broni i zamknięcia w obozach FEMY. Doprawmy to elementarną wiedzą (nie trzeba geniuszu, by wytypować Pentagon jako cel ataku terrorystycznego) po stronie twórców i odpowiednio dużym zapasem błędów poznawczych (cytowana wyżej argumentacja dotycząca miniaturowych bomb atomowych idealnie tu pasuje).

Osoby mające bliższy kontakt z Otchłanią znają zapewne prawo Poego, które można sformułować następująco: bez użycia emotki lub innej jawnej oznaki intencji nie można sformułować parodii fundamentalizmu, której ktoś nie uznałby za przykład autentyczny. Rzecz dotyczyła pierwotnie kreacjonizmu, została rozszerzona na fundamentalizm religijny, a z łatwością można wskazać przykłady z takich dziedzin, jak teorie spiskowe i szeroko pojęte paranauki. Tutaj mamy jednak do czynienia z nieco innym podejściem do sprawy. Otoż, nie istnieje taka parodia fundamentalizmu (teorii spiskowych / paranauk), której nie zostałaby prędzej czy później uznana za autentyk przez wyznawców. Warto też zauważyć, że to memetyczne perpetuum mobile. Parodie spiskologii żywią się samymi spiskologiami, a ich twórcy siłą rzeczy muszą być na bieżąco z aktualnymi trendami w Otchłani. Skoro dziś modne są chemtrailsy i paradowanie po domu w aluminiowym kapelusiku, to parodyści będą czerpać z tego nurtu. Parodie, których satyryczna i rozrywkowa natura nie jest widoczna na pierwszy rzut oka (omawiana gra karciana jest doskonałym przykładem), będą przenikać do Otchłani i nakręcać psychozy jej mieszkańców. A te, jeśli osiągną popularność i zaczną przenikać do mainstreamu, zainteresują prześmiewców... co było pierwsze, zapytam za parę lat sztampowo, jajko czy kura?

niedziela, 19 września 2010

Dzisiejsza wizyta na Krakowskim Przedmieściu, podczas której miałem okazję obserwować krzyżacką odsiecz dla oblężonych przez zapijaczoną młodzież, wulgarnych dziennikarzy polskojęzycznych mediów i kanciastolicych bywalców warszawskich synagog, natchnęła mnie do powrotu do blogowania. Nie czekając na olśnienie, które da mi temat na kilkugodzinny risercz, postanowiłem przerwać milczenie, wyważając otwarte drzwi, za którymi kryje się mroczny przedmiot pożądania przedstawicieli piątej władzy (eee...). Jedna z moich ulubionych stron w Internecie tak uzasadnia potrzebę intronizacji Jezusa Chrystusa:

W obecnej sytuacji świata jedno jest pewne, że każdy z nas żyje na „słowo honoru”. Już dwadzieścia kilka lat temu m.in. w „Dzienniku Związkowym” podano wiadomość, że siła naprodukowanej wtedy broni atomowej może 200 razy zniszczyć całkowicie naszą planetę Ziemię. A tylko Pan Bóg wie, jaka siła zniszczenia jest dzisiaj w rękach ludzi, biorąc pod uwagę fakt, że najwięcej pieniędzy świata idzie bez przerwy na powiększanie mocy militarnej broni w wielkich krajach. Wszyscy wiedzą, że straszliwa III wojna światowa może wybuchnąć w każdej chwili i w krótkim czasie uśmiercić miliardy ludzi. A lecąca w kierunku Ziemi wielka planeta, której uderzenie przewidziane jest na 21 grudnia 2012 rok, też może dokonać takiego zniszczenia, że większość ludzi wyginie.

I dalej:

Wierzący w Chrystusa wiedzą, że – według spełniających się bezbłędnie przekazów z nieba – nad światem zawisła groźba straszliwej wojny, która wyniszczy wiele narodów, jeśli narody te nie usłuchają ostrzegającego głosu Chrystusa. A Chrystus mówi bardzo wyraźnie, że zbliża się kara za odejście narodów od wiary w Boga i od Jego praw i że tylko te narody ocaleją, które przez uroczystą Intronizację uprzednio uznają Jego swoim Królem i Władcą, przywracając w życiu narodu Prawa Boskie (Dekalog). Przesłanie to przekazał światu Jezus Chrystus przez siostrę Rozalię Celakównę na krótko przed II wojną światową. Od tej pory myśl o Intronizacji przenika do różnych środowisk katolickich, które podejmują działanie w tym kierunku. Wiadomo, że w ostatnich latach na temat Intronizacji Chrystusa Króla w Narodzie Polskim robi się dość dużo.

Należy oczywiście pamiętać, że Echo Chrystusa Króla w żadnym wypadku nie stanowi mainstreamu ruchu intronizacyjnego. Mainstream to Fundacja Serca Jezusa i Stowarzyszenie "Róża", którego członkowie, jakkolwiek oderwani od rzeczywistości, raczej nie rozmawiają ze swoim władcą o kosmitach.

EChK: Panie Jezu jest pytanie do Ciebie - czy statki kosmiczne z innych planet są rzeczywistością? 
Pan Jezus: " NIE. Te wszystkie pojazdy, które wam są przedstawiane - to nauka osiągnięta przez człowieka z wielką wyobraźnią i jest doświadczana na was. Gdyby to wszystko było prawdą co wam pokazują, to na pewno Moi święci w Niebie powiedzieliby wam o tym. Te wszystkie scenariusze są wam przedstawiane po to, aby was przekonać, że nie ma Boga w Trójcy Świętej Jedynego a przecież mówiłem wam, że jeden jest Jezus Chrystus, który raz się narodził i raz umarł i jest zrodzony z człowieka na ziemi. Nie ma innych ufoludków, bo w każdym z nich musiałby mieszkać Jezus Chrystus. Lepiej czytajcie życiorysy Świętych w Niebie - a nie wnikajcie w tajemnicą Boga, którą jest wszechświat. Wszystko inne jest wam przedstawione. Powiedziałem wam: " W domu Mego Ojca jest mieszkań wiele a DOM jest Wszechświatem. Gdy przyjdziecie do Nieba, to zobaczycie. Jezus Władca Wszechświata".
EChK: Dziękujemy Ci - nasz Władco Wszechświata.

W następnym odcinku - oświadczenie Pana Boga w sprawie masonerii w Kościele.

sobota, 21 sierpnia 2010

Dziś będzie o pewnym popularnym w niektórych częściach Otchłani nieporozumieniu i fundamentach (w sensie ideolo), na których jest ono zbudowane. Twierdzi się czasem, że antysemityzmu w Polsce nie ma. Być może nie istnieje jako ideologia mająca imprimatur mainstreamu, ale pod pokrywką kipi, o czym można się przekonać, taksując internetowe fora i guglając za pewnymi ideami, zaskakująco żywymi. Żydokomuna to chyba wcale niezły przykład. Jest sobie też tradycja przypisywania Żydom pochodzenia chazarskiego, co ma ich zapewne dehumanizować albo chociaż być elementem głoszenia niepoprawnej politycznie prawdy (uwielbiam te umysłowe koleiny, na które człowiek natyka się nawet w poważnych gazetach).

A zaczęło się, jak to często bywa, od jednego demaskatorskiego komentarza. Jeden z komentatorów u Trystero rzecze tak:

Co do pojęcia antysemityzm to chyba chciałeś powiedzieć “antychazaryzm”? Bo semici to zarówno Egipcjanie jak i Palestyńcycy?

Jest to zgrabny i dość symptomatyczny cytat, za którym jednak kryje się atrakcyjne, choć całkowicie bzdurne rozumowanie. Rozumowanie, któremu nie można jednak odmówić popularności, zwłaszcza wśród komentatorów o prawicowych poglądach, którzy lubią demaskować fałsz lewicowych iluzji. Nieświętej pamięci Dariusz Ratajczak, któremu skrajna prawica zdążyła już wystawić laurkę, w jednym z tekstów zadaje podobne pytanie, sprytnie wiążąc je z bieżącą polityką:

A tak przy okazji: ciekawe, co by napisali publicyści „Gazety Wyborczej” gdyby okazało się, że rzekomi polscy antysemici są w istocie nieszkodliwymi anty-Chazarami?!

Komentator u Gajowego Maruchy dodaje:

Uni muszą teraz do kodeksu karnego dorzucić nowy paragraf : „kłamstwo chazarskie”. Kara – nie mniej niż 10 lat pudła.
„Kłamstwo chazarskie” będzie tak samo ścigane jak „kłamstwo oświęcimskie”, kolportowane przez antysemitów i antysyjonis… sorry, antychazarów.
Kurdi…Cały czas myślałem, że jestem porządnym antysyjonistą. A tutaj okazało się, że jestem antychazarem. Kto by coś takiego pomyślał?

To są fajne pytania i frapujące zagadnienia. Doskonale wpisują się w długą tradycję zadawania pytań kompletnie od czapy przez niektórych publicystów (np. "Czy GAZETA WYBORCZA prostestowałaby, gdyby obwodnicę przyszedł poświęcić RABIN?", "A gdyby pobity rabin nie był ŻYDEM?"). Co jest w nim nie tak, już tłumaczę. Można zapewne argumentować, że "antysemityzm" to niezbyt precyzyjna nazwa, bo jakiemuś Ziutkowi z Pułtuska może sugerować, że antysemitą jest ten, kto ma uprzedzenia wobec przedstawicieli dowolnego podzbioru zbioru ludów semickich, a nie tylko wobec jednego z ludów. Dodatkowo, wyłączenie tego ludu z grona Semitów jeszcze bardziej psuje pojęcie antysemityzmu. Nic podobnego, kiepska etykieta nie oznacza jeszcze, że kryjące się pod nią zjawisko nie istnieje - widać tu niezrozumiałą dla mnie wiarę w magiczną i sprawczą moc języka. Zasada Susan wciąż obowiązuje - zjawisko znane dzisiaj jako antysemityzm równie dobrze mogłoby nazywać się Zuzia i w warstwie realnej niczego by to nie zmieniło. No, być może Gajowy Marucha i Leszek Bubel poczuliby sie dziwnie i niekomfortowo, gdyby ktoś z miejsca nazwał ich Zuzią (czyż nie o to m.in. nam chodzi?). Zresztą, niech się nazywają antyjudaistami, antysyjonistami, antychazarami czy jakkolwiek inaczej. Znaczenie takiej żonglerki jest niewielkie, buc pozostaje bucem.

Zadajmy sobie więc proste pytanie: czy Żydzi rzeczywiście są potomkami Chazarów? Należy zacząć od tego, że Żydzi stanowią dość ciekawy obiekt badań genetycznych - specyficzna grupa etniczna charakteryzująca się wyraźna odrębnością kulturową, przez prawie dwa tysiące lat funkcjonująca głównie w postaci diaspory rozsianej po całej Europie (i nie tylko). Na ile skomplikowane losy tego narodu znajdują odzwierciedlenie w genach? Czy etnos na przestrzeni wieków zawsze szedł w parze z genami? Jak wyglądały migracje członków tej społeczności? Literatura przedmiotu jest spora i chętni mogą sobie poguglać i poczytać w oryginale badania, które pochodzeniu Żydów poświęcono (ostatnio mamy to). Wyniki istotne w kontekście niniejszej notki są jednak dość jednoznaczne - wkład wschodnioeuropejski i chazarski do puli genetycznej Żydów (aszkenazyjskich) jest niewielki, zarówno w liniach męskich i żeńskich. Oznacza to tyle, że z genetycznego punktu widzenia Żydzi nie są Chazarami i cała ta hipoteza najprawdopodobniej nadaje się do wyrzucenia do kosza.

Z drugiej strony, jak warto zauważyć, w nauce stuprocentowej pewności nie ma nigdy. Być może wszystkie z tych badań, co jest jednak bardzo mało prawdopodobne, operowały na jednakowo kiepskich i niereprezentatywnych próbkach. Być może chazarokomuna dziedziczy się kulturowo, a nie przez geny. Być może, wreszcie, badania sfałszowano i zmanipulowano na polecenie chazarskich władców międzynarodowego żydostwa. Pierwszą z tych wątpliwości rozwiać mogą chyba tylko dalsze badania, przesuwające nam p value w obszar liczb astronomicznie (a może ekonomicznie) małych. Drugiej i trzeciej wątpliwości nie da się w mojej opinii przetestować empirycznie, jest to bowiem teza tego samego kalibru, co "Bóg działał w przyrodzie poprzez ewolucję, losując mutacje". Załóżmy więc przez moment, że w istocie rzeczy współcześni Żydzi wywodzą się od Chazarów (jakkolwiek tego pochodzenia byśmy nie definiowali). Jakie konsekwencje możemy zasadnie wyciągać z tego faktu? Wydaje się, że znaczenie takiego faktu jest mniejsze niż wydaje się to naszym rodzimym demaskatorom.

Po pierwsze, w żaden sposób nie rzutuje to na historię antysemityzmu, którego ostrze skierowane zawsze było przeciw Żydom realnie istniejącym. Motłoch urządzający pogromy Żydów w średniowiecznej Europie nie był zainteresowany szczegółami pochodzenia radośnie wyrzynanych obcych. Koncepcja fetor judaicus, plotki o zatruwaniu studni i obsesje na punkcje krwi (polecam fantastyczne omówienie, którego autorem jest nameste: 1, 2, 3) nie bawiły się w roztrząsanie skomplikowanej historii narodu żydowskiego. Pisarze pracowicie układający, już w nowożytnych czasach, w swoich piwnicach wydumane teorie spiskowe też pewnie nie rozdzielali włosa na czworo. To wszystko są oczywistości, ale warto chyba podkreślić, że mowa o przemocy, której ofiarami w każdym punkcie czasoprzestrzeni byli ludzie żyjący tu i teraz. Czy dla kogoś dziś może mieć znaczenie, jakie dokładnie pochodzenie mieli Żydzi masowo mordowani w czasie chłopskich rozruchów w Europie Wschodniej?

Po drugie, pozostaje kwestia tożsamości narodu żydowskiego. Łatwo przytoczyć obrabianą tutaj hipotezę jako argument potwierdzający ogólną tezę stawianą przez Szlomo Sanda w kontrowersyjnym "Wymyśleniu narodu żydowskiego". Zresztą, być może pojawia się on w tej książce explicite (przyznaję do nieznajomości przytoczonego dzieła, znam je tylko z omówień i fragmentów). Tylko, co z tego? Narody w nowożytnym znaczeniu tego słowa są niczym innym, jak konstruktami, które w pewnym momencie wymyślono. Uświadomienie sobie faktu, że polską tożsamość narodową obejmującą wszystkich użytkowników języka polskiego można datować w najlepszym razie na XIX wiek, nie jest chyba nikogo końcem świata. My też mamy własne mity i też jesteśmy genetyczną mozaiką. Kogo to martwi? A co się tyczy implikacji politycznych (pozwolę sobie umieścić tu mały disclaimer), które z książką Sanda się wiążą, to są one kompletnie nieistotne w kontekście, który czytelnikom tu zarysowują.

Po trzecie, na marginesach krąży sobie teza, że chazarskie pochodzenie Żydów miałoby rzutować na procesy asymilacji. Konkretniej, jeśli Żydzi rezydujący przez stulecia w Europie nie są potomkami starożytnych mieszkańców Palestyny, a Jezus nie był ich kuzynem, to ich prawo do asymilacji i emancypacji było mniejsze. Well, być może sto lat temu asymilacja i emancypacja Żydów kogoś ruszała. Trochę nam się czasy zmieniły, a Żydzi pozmieniali nazwiska i zajęli strategiczne pozycje w społeczeństwie, jak chcą nas przekonać twórcy rozmaitych "list Żydów ze zmienionymi nazwiskami".

Wreszcie, można twierdzić, że chazarskie pochodzenie Żydów aszkenazyjskich unieważnia prawa do ziemi w Palestynie, które ci mieliby, gdyby byli potomkami starożytnych mieszkańców Izraela. Dodaje się przy tym często, że faktycznymi potomkami biblijnych Izraelczyków są współcześni Palestyńczycy i - w ogólności - arabscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu. Tym samym, państwo Izrael powstało w wyniku, jak raczył wypowiedzieć się na zupełnie inny temat Jarosław Kaczyński, "pewnego nieporozumienia", a może nawet wskutek grabieży. Cóż, prywatnie bardzo sceptycznie patrzę na wszelkie próby przyznawania narodom praw analogicznych do praw, które mają jednostki. Rozważanie, kto (jaki naród, jaka społeczność) ma "genetyczne" lub "dziedziczne" prawo do terenów, niekoniecznie swoich, jest jałowe i prowadzi do absurdów (piastowski Szczecin, anyone?). Zdaję sobie przy tym sprawę, że podaję tę tezę bez uzasadnienia - trudno. Jednakże, nawet jeśli uznamy, że możemy Palestyńczykom lub Izraelczykom przyznawać wyłącznie prawo do dziedzictwa biblijnych przodków, pozostanie uzasadnienie, dlaczego akurat geny mają decydować i dlaczego nie etnos. Takowego możemy się nie doczekać, bo mamy do czynienia z genizmem przeniesionym na płaszczyznę mas ludzkich. A z tego pociągu wysiadam.

I tak sobie myślę, że rozgryzłem tych wytrwałych tropicieli Chazarii. Nietrudno bowiem wskazać prosty psychologiczny mechanizm, który czyni tę ideę tak atrakcyjną dla antysemitów. To znana nam już skądinąd dehumanizacja. Tajemniczy Chazar, trącący na kilometr Azją Centralną (czy innym Bajkałem), jest dużo lepszym kandydatem na Obcego niż Żyd wywodzący swój ród z Palestyny. Żyd, którego przodek miał może sposobność spotkać Pana Naszego Jezusa Chrystusa. To nie jest już "starszy brat w wierze", tylko "straszny brat w wierze", o ile ktoś w ogóle ma ochotę przyznawać się do powinowactwa z paskudnym przedstawicielem Cywilizacji ŻydowskiejTM. W ten sposób ginie spoiwo, bez którego nie istniałaby zbitka "judeochrześcijański", giną skojarzenia (Adam, Abraham, Mojżesz, Jezus, Szaweł), które ów wróg mógłby wzbudzać. Druga motywacja jest mniej złowroga - to jakże popularne w Otchłani pragnienie bycia niepoprawnym politycznie, dążenie do głoszenia za wszelką cenę poglądów niezgodnych z mainstreamem, ochota na tropienie OBŁUDY, HIPOKRYZJI i FAŁSZU. Co nader często kończy się demaskatorstwem i poparciem dla wariackich koncepcji, których jedyną zaletą jest oryginalność i sprzeczność z zastaną wiedzą.

PS. Okazuje się też, że Chazaria wciąż żyje w planach plutokratów tego świata. Blogasek poświęcony Chazarii donosił parę lat temu o tajnym planie Putina - Szarona, mającym na celu stworzenie żydowskiego państwa na terenie dawnej Chazarii. Podobieństwo do kolportowanej wciąż plotki o Judeopolonii odbiera mi resztki wiary w realność tych planów.

PPS. I tylko dla porządku przytaczam dość paskudny tekst znaleziony na witrynie pewnego polonijnego radia. Po prostu go tutaj zostawię.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Poznajcie Toma Clancy'ego. To wcale niezły amerykański pisarz, który ma na koncie trochę autentycznego chłamu (wszystkie książki, które pisał z kimś, to - bez pudła - badziew, którego nie da się nawet w toalecie kartkować), ale też kilka naprawdę niezłych powieści sensacyjnych. Mógłbym pewnie na szybko skrobnąć ze dwa akapity na temat jego twórczości, ale nie o tym chciałem dziś. Największe zainteresowanie powieściami Clancy'ego przypada u mnie na czasy licealne, kiedy byłem młody, głupi, naiwny i zarozumiały. Ile razy w myślach osiągałem wszystko, udawało mi się tylko nie być korwinistą. Cthulhu mi jednak świadkiem, że blisko było, o czym dobitnie świadczy ten tekst, opublikowany w Action Magu. Ta faza w moim życiu charakteryzowała się też tym, że bez mrugnięcia okiem ignorowałem ideolo, które różni autorzy przemycali do czytanych przeze mnie książek. Tom Clancy nie jest oczywiście wyjątkiem, bo swoje ideolo miał, a ja je radośnie ignorowałem.

Ostatnio jednak przypomniałem sobie kilka jego książek i szczególną uwagę zwróciła ostatnia z powieści z Jackiem Ryanem, "Niedźwiedź i smok". W telegraficznym skrócie: aborcja, chińscy barbarzyńcy, pseudoekolodzy, Ameryka broni świata. Na dowód dwa soczyste fragmenty, poświęcone - a jakże! - aborcji. Dodam, że 7 lat temu zupełnie mnie to nie raziło.

Usiadł na stołku, z którego położnicy korzystali zarówno do przyjmowania porodów, jak i do przeprowadzania późnych aborcji. Procedura, którą stosowano w Ameryce, była trochę przyjemniejsza. Po prostu należało się wkłuć w główkę dziecka, odessać mózg, zgnieść czaszkę i wyciągnąć to wszystko; było z tym o wiele mniej kłopotów niż z donoszonym płodem i kobieta cierpiała o wiele mniej. Zastanawiał się, jak to było z tą tutaj, ale uznał, że nie ma sensu się dowiadywać. Po co, skoro i tak niczego nie mógł zmienić?

I dalej:

Obaj zginęli jak mężczyźni, panie C – powiedział w Moskwie Chavez. – Żałuję, że mnie tam nie było z bronią w ręku. – Ding odczuł to szczególnie dotkliwie. Od kiedy został ojcem, zaczął inaczej patrzeć na wiele spraw, a ta była jedną z nich. W jego systemie wartości moralno-etycznych życie dziecka stało się najwyższa świętością i w obronie dziecka był gotów zabijać bez wahania. A w świecie realnym bardzo często nosił broń i potrafił się nią skutecznie posługiwać.

Mr Clancy, I see what you did there!

niedziela, 15 sierpnia 2010

Jak większość czytelników tego bloga zapewne kojarzy, w tym roku dokonał się w Polsce krwawy zamach stanu. Współdziałanie polskich zdrajców spod znaku PO i kagiebowskich łotrów Putina doprowadziło do śmierci Prezydenta RP. Jego samolot został wysadzony w powietrze za pomocą ładunku termobarycznego, a jego szczątki sprofanowano cichym helikopterem, któremu znaki z ziemi dawała postać w bieli udająca śmigło. Potem sfałszowano wybory prezydenckie i zaczęto usuwać krzyże z przestrzeni publicznej. Nic więc dziwnego, że ryby płynące pod prąd czują się zagrożone i słusznie podejrzewają, że sam sprzeciw wobec terroru politycznej poprawności nie zapewni im zwycięstwa. Uzbrojeni w wielowiekowe tradycje konspiracji i patriotyczno-rewolucyjnego czynu, od Konfederacji Barskiej po "Solidarność", zaczynają więc działać i tworzą Organizację. Kulisy tworzenia jednej z takich organizacji przybliżę w dzisiejszym wpisie.

Poznajmy blogerkę circ. Blogerka circ przedstawia się tak:

Jestem blogerką portali BlogMedia i Niepoprawni o nicku circ.
Wspólnie z blogerami z innych forow i portali stworzyliśmy sieć kontaktów na skrzynkach o strukturze piramidy o nazwie "Legion".
Wymieniamy się w dziesiątkach adresami meilowymi i wybieramy lidera, 10-ciu liderów wybiera setnika,...itd.
Celem struktury jest szybka komunikacja pomiędzy ludźmi dobrej woli, by natychmiast reagować w całej sieci w odwecie na grzechy władzy.

Kiedy to przeczytałem, zapaliło mi się w głowie światełko. "Prawicowa inicjatywa" - pomyślałem sobie - "będzie przepysznie!". Nie pomyliłem się, naprawdę jest przepysznie. Zaczęło się od tego, że circ dostała bana na Salonie24 (a Renata Rudecka-Kalinowska nie) i przed wyborami prezydenckimi poczuła się bezsilna.

Widziałam, że do tego w końcu przyjdzie, widzę też różne apele rożnych ludzi, ktore mijają bez echa. Jesteśmy bezsilni, jako naród i ciagle rozbijani. I pomyślałam, że zorganizujmy się jak legiony rzymskie, na skrzynkach. (...) Wyobrażcie sobie, że skrzykujemy się na skrzynkach i nie wchodzimy 3 dni na Salon, a jest nas np. tysiąc. Chyba by się admini trochę przerazili?

Z początku chodziło więc o stworzenie instrumentu nacisku na administrację Salon24. Dlaczego piramida o nazwie "Legion" miałaby być skuteczniejsza niż, powiedzmy, ogłoszenie na Blogmediach404 i wszystkich pozostałych odpryskach Księżyca Psychiatryka, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Z całą pewnością ma w sobie znacznie więcej romantyzmu (as in "Roman, tyś mnie wykorzystał!")[1]. W toku dyskusji uświadomiono sobie, jak wielki potencjał ma ten pomysł.

Wyobraźmy sobie, że władza zaatakuje Blogmedia (nie jest to takie nieprawdopodobne wobec ciągłych prób pacyfikowania internetu), wówczas mając Legion szybko skrzykujemy się w obronie Blogmediów.

I piszemy LIST OTWARTY blogerów do PREMIERA, żeby przywrócił BLOGMEDIA, bo stanowią one fragment WOLNEJ POLSKI, a nie jakiejś tam POlski. Przemierzamy, przypominam, meandry nie-logiki ludzi, którzy są autentycznie przekonani, że ich nieskładna pisanina to walka o Polskę. Zero zdziwień, zero złudzeń, jak napisała kiedyś Kataryna. W dalszych komentarzach pomysłodawczyni wyjaśnia, na czym polega inicjatywa i dlaczego należy jej zaufać (eksponaty A, B, C). I byłby to, nie licząc podsumowania, koniec tej opowieści, gdyby nie pojawiły się pomysły rozszerzenia idei na dwie grupy społeczne: polityków PiS oraz dzieci i patriotyczną młodzież. Co się tyczy tej pierwszej grupy, to problemem jest roziew pomiędzy pragnieniami szerokich mas, a interesami partyjnej wierchuszki, nawet tak koszernej, jak ta w PiS. Autorka koncepcji Legionu ujmuje to tak:

W pewnym momencie naród może chcieć swego, a lider partii czegoś innego, co wynika nie ze złych chęci, ale różnej wiedzy o możliwościach w realnej polityce, zobowiązaniach międzynarodowych i wobec różnych lobby, które łożyły na partię i mają różne interesy i cele.

Zastanawiam się, czy da się scalić te działania.
Jaki jest cel obecnej władzy, widzimy po szczegółach i banach na Salonie. Celem gabinetów jest globalny rząd dusz. U jego podstaw stoi jakiś nieznany bóg, na pewno nie Ten, którego znamy.

PIS i jej lider ma tu trudną sytuację, bo musi często wybierać pomiędzy narodem, a Globalną władzą, która ma wszystko, przede wszystkim rakiety, media i wszystkie narzędzia władzy.

Paradygmatem Legionu jest Prawda i Dobro, czyli służba wszystkim, bo co dobre dla wszystkich, dobre też dla Polaków. Chrystus przyszedł na cały świat.

Jeden z moich profesorów stwierdził, doprowadzając przy okazji salę do wesołości, że w nauce chodzi o Prawdę, Dobro i Piękno. Takie połączenie wydaje mi się szczególnie udane, dlaczego chciałbym zapytać dziesiętnika, który przyjdzie zabrać mnie na Powszechny Sąd nad Zdrajcami Narodu, gdzie podziało się Piękno w omawianej koncepcji. Mam oczywiście kilka hipotez, ale...

Zamierzam niedługo swoje dzieci( młodzież) zapędzić do budowy legionu wśród rówieśników, jak będę miała trochę czasu. Byłby to Legion Testamentariuszy ( spadkobierców majątku)-może ktoś ma lepszą nazwę, która dotrze do młodzieży.

I już wiemy, dlaczego pomysł raczej nie wypali. Szczególnie, że ważną rolę w tym procesie ma odegrać rozsyłany drogą mailową apel, który... który... a, zresztą, sami podziwiajcie:

My, Wasi rodzice zrzeszamy się na meilach w Legionie, który ma za zadanie bronić naszego kraju, jego odwiecznych wartości, historycznej Prawdy, którą w tej chwili fałszują nam media i komisje podręcznikowe, majątku Polski o który walczyli nasi przodkowie w Powstaniu Warszawskim i wszystkich wojnach.
Jeśli nie zbudujemy mostu międzypokoleniowego, nie przekażemy Wam tego dziedzictwa, które jest Waszym spadkiem, okupionym krwią i ofiarą Waszych rodziców i dziadków, a wy staniecie się bezwolną masą lemingów bez tożsamości, zapędzonych do niewolniczej pracy, łupioną najwyższymi w świecie podatkami. Majątek Polski jest rozkradany przez kolejne rządy, które okłamują naród co do stanu państwa i wysokości długu Polski, który wy będziecie musieli spłacać w podatkach i cenie produktów.
Niszczona jest prawda krzyża, który jest znakiem nie tylko miłości, ale sprzeciwu wobec kłamstwa i zła. Kiedy my odejdziemy, nikt już nie będzie mógł Was bronić.

Największą wadą tej inicjatywy nie jest oczywiście to, że jest realizowana przez ludzi dość luźno traktujących takie pojęcia, jak "rzeczywistość", "fakty", "rozsądek" i "krytyczne myślenie". Nie jest też związana z fundamentalnym nieporozumieniem, na którym zbudowano tę inicjatywę, mianowicie, że Tusk chce otruć wszystkich blogerów. Sprawa jest banalnie prosta. Zaproponowana struktura organizacji jest dobra dla armii, a nie dla czegoś, co bardzo chce być konspiracją. Strukturę hierarchiczną łatwo zinfiltrować i zneutralizować, chociażby obsadzając najwyższe szczeble własnymi ludźmi.

A wystarczyło pamiętać, że "Luna to surowa pani".

[1] - Historyczny moment, Czytelniku. To prawdopodobnie najgorszy dowciop, jaki kiedykolwiek udało mi się wpleść do swojej blogonotki.

Tagi