from here to reality
sobota, 26 lutego 2011

Wszystkich czytelników witam w drugiej odsłonie czytelnicznych polecanek, w której prezentuję, wybór (oparty o subiektywne i całkowicie arbitralne kryteria) pochodzących z różnych dziedzin wiedzy i niewiedzy tekstów, którymi w ostatnich tygodniach zadręczałem swoje przekrwione oczy.

Podróż zaczynamy od subiektywnego przeglądu wiadomości i tekstów z okolic nauki i pseudonauk.

  1. Na początek skromne epitafium dla tego, na co w jęz. angielskim uknuto zgrabną nazwę, a czego równie sprytnie po polsku nie potrafię powiedzieć, czyli dla analizy doniesień o porwaniach przez kosmitów. Oczywiście, zawsze warto wsadzać takie rzeczy w kontekst - w tym przypadku jest to uwiąd bardziej ogólnej patologicznej nauki, ufologii. W tych samych kategoriach rozpatrywać należy poszukiwania zaginionej arki.
  2. W galaktyce mniej lub bardziej poważnych (i poważanych) czasopism naukowych witamy nową gwiazdę - The Journal of Universal Rejections.
  3. Na znanym części czytelników blogu Science-Based Medicine domyka się powoli cykl artykułów o kontrowersji dotyczącej SBM (science-based medicine) i EBM (evidence-based medicine). W telegraficznym skrócie - dowiemy się tam m.in. jakie są ograniczenia badań klicznych i dlaczego nie warto po raz pięćdziesiąty robić badań klicznych nad homeopatią. Dramat w czterech odsłonach (1, 2, 3, 4). W tym samym serwisie ładna wycieczka w głęboką przeszłość ruchu antyszczepionkowego, który zalicza ostatnio raczej porażki niż sukcesy.
  4. I jeśli już zajmujemy się altmedem, to wpadła mi na dysk ostatnio przeznaczona dla akcjonariuszy prezentacja koncernu Boiron, wiodącego przykładu nieobecności wielkich korporacji w biznesie medycyny alternatywnej.  Z ciekawszych rzeczy - Boiron na marketing wydaje 15-20 razy więcej niż na badania i rozwój. Pomijając nieco złośliwe pytanie o to, na czym właściwie polega tam działalność badawczo-rozwojowa, to warto zauważyć, jak te proporcie kształtują się w przemyśle farmaceutycznym. Ukłony: Grzegorz Zalewski.
  5. Polecam również zaskakująco trzeźwy i wnikliwy, jak na miejsce publikacji, tekst dotyczący teorii spiskowych.

Następna kategoria to okolice ekonomii.

  1. Wygrzebana przy pisaniu jednej z poprzednich notek książka: Sustainability and Cities: Overcoming Automobile Dependence. Na podstawie fragmentów, z którymi miałem czas się zapoznać - doprawdy frapująca lektura.
  2. I z tej samej beczki - w Gazecie Wyborczej rozmowa na temat dezurbanizacji w Polsce i na świecie. Na temat samego wywiadu i stawianych w nim tez (zwłaszcza w obszarze, hm, rekomendacji) mam mieszane uczucia (przejścia podziemne dla pieszych i przestrzeń publiczna, twierdzę, to pojęcia sprzeczne), ale nie oznacza to, Gaspadi chran, że na miejscu prof. Markowskiego postawiłbym zasadniczo inną diagnozę. Naszym przeznaczeniem jest powtarzać cudze błędy.
  3. Od czego zależą ceny mieszkań w Warszawie? Nihil novi, ale fajnie jest zobaczyć cyferki. Dużo cyferek.
  4. Światło dzienne ujrzał dziś raport Banku Światowego pt. "Transition to a Low Emissions Economy in Poland". Wnioski - hm, raczej cywilizacjośmierciowe, i niezbyt zaskakujące. Z punktu widzenia emisji gazów cieplarnianych, naszym największym wewnętrznym wrogiem jest transport. Transport i energetyka. Naszymi największymi wewnętrznymi wrogami są transport i energetyka. I kiedy już myślałem, że to koniec prześladowania polskiej gospodarki przez międzynarodowy kapitał i ekoterroryzm, pojawił się raport nt. polityki transportowej w Polsce ("Policy Note. Toward a Sustainable Land Transport Sector"). W kontekście przesuwania środków z kolei na drogi jego aktualność nie podlega chyba dyskusji.
  5. Konserwatywni liberałowie na całym świecie świętowali w tym roku setną rocznicę urodzin Ronalda Reagana, czterdziestego prezydenta USA. Nie jest moją intencją formułowanie własnej oceny jego prezydentury, brak mi czasu i ochoty, a może zwyczajnie nie jestem tym zainteresowany. Podrzucenie kilku linków rzucających cień na spiżowy pomnik Reagana jednakowoż lezy w zakresie moich mocy. Trzy perspektywy: makroekonomiczna, społeczno-ekonomiczna, ekologiczna.

Na koniec kategoria "Dziwne, ciekawe, nigdzie indziej niesklasyfikowane".

  1. Lista pięćdziesięciu najbardziej paskudnych Amerykanów. Smuteczek, że znalazł się na niej Gerald Posner, dziennikarz, który światu przysłużył się np. tak i tak. I z tej samej beczki - encyklopedia tamtejszych wariatów, zero kompromisów, dużo zdrowej nienawiści w imię racjonalizmu.
  2. Pewien pacjent Psychiatryk24, wierząc w to, że piątki z psychologii, które miał na studiach, świadczą o posiadaniu przezeń wiedzy niezbędnej do zaplanowania upadku Gazety Wyborczej i TVN, zaproponował atak na te media przez odcięcie ich od reklam. Tym razem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ma to pewien sens. Poprzednie bojkoty antypolskich mediów polegały przecież na tym, że do nieczytania GW i nieoglądania TVN zobowiązywały się osoby, które i tak nie czytają GW i nie oglądają TVN. Teraz przynajmniej mamy jakiś kontakt z rzeczywistością. Niestety, rzeczywistość okazała się być bezlitosna. W odpowiedzi pomysłodawca Bojkotu 2.0 dżampnął szarka. Widzicie, bo on tak naprawdę chce zrobić incepcję. Serio, serio.
wtorek, 15 lutego 2011

W poprzedniej części było dużo poważnych rzeczy, sporo cyferek i drobne ślady refleksji nad kondycją dziennikarstwa. Tu nie odczuwam żadnych zobowiązań względem bogiń, którym wcześniej starałem się oddawać cześć (Racjonalności, Wątpliwości i Naukowości). Tutaj zanurkujemy w Otchłań bez asekuracji.

Na początek, z Gazety Współczesnej dowiadujemy się, że

naukowcy robią wszystko, żeby zbić planetoidę z tropu

... a może nawet z pantałyku. Potem jest już niestety tylko gorzej. Onetowy nius sprzed prawie dwóch tygodni doczekał się błyskotliwego komentarza ze strony "cynicznego tropiciela faszystów i bolszewików", któremu bliski przelot ćwierćkilometrowej asteroidy kojarzy się - a jakże! - z globalnym ociepleniem, podatkami i ręką pseudoekologa w jego przepastnej kieszeni (pogrubiłem co ciekawsze passusy).

Tzw. "społeczność naukowa" musi czuć podskórnie, że ludzie zaczynają się orientować, że są robieni w bambuko, w związku z czym niebawem mogą się skończyc granty na badanie efektu cieplarnianego.

Ale przecież forsa na "ratowanie Ziemi" musi płynąć, to chyba jasne? Mając to wszystko na uwadze, nagle się okazało i wydało, że planetoida Apophis jednakowoż wyrżnie w Ziemię w roku 2036, chociaż roków temu kilka najsampierw mówiono, że pewnie nie wyrżnie, potem prawdopodobieństwo malało aż do zera, a dzisiaj, presto: jednak wyrżnie, a przynajmniej popsuje satelity. NB. natknąłem się na tę informację kilka dni temu, ale ją zignorowałem mniemając, że to typowa kaczka dziennikarska, ale kiedy ZNOWU o tym napisali - no, to musi być w tym drugie dno, prawda? Wracając jednak do tematu: nie tylko wyrżnie - ale efekty bedą, nauczają "badacze", tożsame z tymi, którym musiały stawić czoła dinozaury!

(...)

każdym razie - dlaczego naukowcy walą takie ściemy? No, a dlaczegóż by nie? Wszak będzie można ciągnąć forsę na konstruowanie laserów obronnych klasy ziemia-asteroida, silników wyprzestrzenno-zaprzestrzennych i co tam jeszcze wpadnie do głowy naukowcom; bo przecież nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale o to, by go gonić. Będzie można urządzać konferencje w miłych i ciepłych stronach świata, gdzie każdy sobie będzie mógł popić i zakąsić, wydać kilka książek, które lud będzie kupował i spijał z nich każde słowo - no i, ma się rozumieć, opodatkować wszystkich Ziemian podatkiem anty-asteroidowym. O, tototo!

(...)

Obawiam się jednak, że cała ta afera jest sztucznie nakręcana tylko po to, żeby wyłudzić od przerażonego ludu forsę - i ją zmarnować. Lub rozkraść.

Przepraszam za duży cytat, ale skondensowano tam tyle bredni, że dałoby się parę osób nimi obdzielić. Mógłbym te bzdury rozłożyć na dwóch - trzech stronach A4, ale doszedłem do wniosku, że się to nie kalkuluje. Koszt krańcowy takiej zabawy z całą pewnością przekracza zysk w postaci utłuczenia buca. W dodatku, brednie zmiksowano z typowo nieudolną ironią. A przecieżtakich rozkochanych w swojej doktrynie, ociekających samozajebistością, niepoprawnością i niezależnością, są przecież w Sieci tysiące.

Co korwiniście kojarzy się z globciem, pacjentowi polskiego The Huffington Post przypomina o feralnym locie Tupolewa. Asteroida ma być "na kursie i na ścieżce". Zaglądamy w komentarze i od razu czujemy się jak w domu - oto Unukalhai, kreacjonista, konserwatysta i doświadczony komcionauta (przeszło piętnaście tysięcy komentarzy na Psych24, to robi wrażenie), cieszy się na myśl o kolizji. Bo skoro niczego nie będzie, to nie będzie też odrażających sodomitów:

no to co z tego?
Bo czy na cokolwiek lepszego zasługują naigrawający się z praw bożych współcześni sodomici niż na to, aby pożegnać ten świat ze skowytem?

Im prędzej, tym lepiej.

Mieli przecież po Epifanii swoją drugą szansę.

A trzeciej już nie będzie.

Od miłości bliźniego przechodzimy do miłości gwiazd. Tematem przelotu Apophisa zajmuje się widniejący w blogrolce pani Marysi blog z "analizami astrologicznymi". Jeżeli jednak ktoś poszukuje konkretnej odpowiedzi na jakiekolwiek sensowne pytanie dotyczące asteroidy, tam jej nie znajdzie, pozna za to sto sposobów na oryginalne i ciekawe stwierdzenie typu "na Świętego Hieronima byndzie dysc albo go ni ma". Nie, serio, nie mam zielonego pojęcia, jakie właściwie jest stanowisko autora (autorki?) podlinkowanego wpisu. Wygląda na to, że Apophis może w Ziemię uderzyć, ale może też nie uderzyć.

Wszystkich jednak przebił serwis Sfora.pl (to jakiś serwis informacyjny dla gimnazjalistów, ktoś wie?):

Siła uderzenia będzie 50 milionów razy większa i bardziej niszczycielska od bomby atomowej, jaka spadła na Hiroszimę - donosi "Prawda".

(...)

W sprawie nadciągającej zagłady spotkać się ma w lipcu 2011 roku Komisja Europejska z astronomami rosyjskimi. Europa i Rosja uważają Apophisa za najbardziej realne zagrożenie dla istnienia ludzkości - dodaje dziennik.

(...)

Gdyby jednak teoria euroazjatycka okazała się prawdziwa, to asteroida wybije w Ziemi krater o głębokości tysiąca kilometrów. Pyły z eksplozji zasłonią słońce na 10 tys. lat.

ROTFL (zresztą, ten sam materiał prezentuje wortal niewiarygodne peel). A w serwisie "Prawda.ru", na który Sfora się powołuje, wzięli po prostu nius z Helium, znanego ośrodka profesjonalnego ssania z palca (ach, te przerażające artykuły o metanowym tsunami)[1]. Podsumowania nie będzie, bo autor najpierw pękł ze śmiechu, a potem musiał jeszcze tłumaczyć sąsiadom, że ściany wcale się nie trzęsą.

[1] Hej, to ten sam autor!

poniedziałek, 14 lutego 2011

Czasem myślę sobie, że lubimy być straszeni. Jak nie przepowiednie Majów, to niepokojąco brzmiące wersety z dzieł Nostradamusa. Jak nie mordercze afrykańskie pszczoły, to gronkowiec i superbakterie w szpitalach. Jak nie zabójcze szczepionki, to wszechobecny tlenek dwuwodoru. Albo dopalacze i zbiegłe z pół rośliny - mutanty. Kiedy więc zobaczyłem, że portal informuje setki tysięcy swoich czytelników o zagrożeniu ze strony "ogromnej asteroidy", wiedziałem, że najnowszy epizod siania paniki trafił wreszcie do Polski, z kilkudniowym opóźnieniem zresztą. Podróż zaczynamy od portalowego omówienia tekstu z dziennika Polska The Times. Kilka kliknięć i mamy oryginalny artykuł, którym niejaki pan Kazimierz Sikorski postanowił podnieść sumę inteligencji we Wszechświecie. A podstawą jego taktyki jest strach... zaskoczenie i strach... strach i zaskoczenie... Jego taktyka opiera się na dwóch podstawach: strachu i zaskoczeniu... oraz na bezlitosnej skuteczności. Enyłej.

Ogromna asteroida gna w kierunku Ziemi z prędkością ponad 30 tys. km na godz.

Dobry wstęp to taki, który wstrząśnie czytelnikiem. Tym razem postawiono na mocny epitet i przerażająco wielką liczbę, podaną bez żadnego kontekstu. A przeciez czytelnicy dziennika Polska the Times nie dostaliby apopleksji, gdyby byli świadomi, że Ziemia przemierza przestrzeń kosmiczną z podobną prędkością.

jak oceniają naukowcy, może się zderzyć z naszą planetą 13 kwietnia 2036 r.

Powołujemy się na autorytet anonimowych naukowców.

Gdyby tak się stało, doszłoby wtedy do ogromnych zniszczeń, a ofiary można by liczyć w milionach.

Przekaz o realności zagrożenia (odtąd ZJR - Zagrożenie Jest Realne) po raz pierwszy.

Wszystko będziemy dokładnie wiedzieli w kwietniu 2029 r. Jeśli wówczas asteroida wejdzie na określoną trajektorię lotu, co jest niestety możliwe, jej uderzenie w Ziemię stanie się nieuniknione. Pozostanie wtedy siedem pracowitych lat, by znaleźć sposób na zapobieżenie tragedii.

Asteroida może w nas uderzyć, ale będziemy to wiedzieć dopiero w 2029 r. Czeka nas osiemnaście lat niepewności, czy Państwo sobie to wyobrażają?

Obserwacje astronomów amerykańskich i brytyjskich sugerują, że takie niebezpieczeństwo jest coraz bardziej realne.

Po raz kolejny powołujemy się na autorytet anonimowych naukowców plus magiczne "coraz bardziej", którego znaczenie w tym kontekście pozostaje zagadką (autor, jak sądzę, mógł mieć tutaj pare rzeczy na myśli, mógł to też wyssać z palca w celu podkoloryzowania artykułu). Czytajcie z moich ust: ZJR!

- Groźba jej zderzenia z Ziemią jest duża - mówi Donald Yeomans, szef specjalnego programu badawczego agencji NASA, który zajmuje się obiektami pojawiającymi się blisko naszej planety.

Powołujemy się na konkretnego, wymienionego z imienia i z nazwiska amerykańskiego naukowca, w dodatku z NASA. Jeżeli chcemy potwierdzenia, że ZJR, po co szukać dalej?

Yeomans twierdził wcześniej, że takie zderzenie jest praktycznie niemożliwe, teraz pod wpływem obserwacji zmienił jednak swoje zdanie.

Naukowiec zmienia zdanie (w domyśle - jego oszacowanie ryzyka zagłady jest większe niż wcześniej). Wszyscy czytamy: ZAGROŻENIE JEST REALNE!

Podobnie myślą Amerykanie, oni też planują doprowadzenie do zderzenia bezzałogowej maszyny z liczącą aż kilkaset metrów średnicy asteroidą.

Amerykanie i Rosjanie (dla oszczędności miejsca nie zacytowałem fragmentu dotyczącego rosyjskich inicjatyw) planują przedsięwzięcia mające ocalić nas przed niechybną śmiercią. Czy trzeba dalszych dowodów, że ZAGROŻENIE JEST REALNE? Nawet rządy najpotężniejszych państw świata już widzą problem. Dlaczego jesteśmy o tym informowani, podczas gdy na temat Nibiru się milczy i zakrywa niebo chemtrailsami, tylko mason trzydziestego trzeciego poziomu może wiedzieć.

W lipcu 2005 r. bezzałogowy Deep Impact rozbił się o powierzchnię komety Tempel 1, a pobrane próbki świadczyły o tym, iż w jej składzie sporo było pyłu i lodu. Prawdopodobnie taką strukturę ma także Apophis, co umożliwiłoby po zderzeniu skierować asteroidę na bezpieczny dla Ziemi kurs.

Na koniec trzeba złagodzić panikarską wymowę artykułu i wrzucić coś optymistycznego. Bruce'owi Willisowi się przecież udało, nieprawdaż?

Widać więc, że artykuł pana Sikorskiego to pomieszanie z poplątaniem, kiepskie omówienie kwestii, która potencjalnie jest ważna i o której można pisać z sensem, bez sensacji i panikarstwa. Nie sądzę przy tym, żeby różniło się to znacząco od typowego poziomu dziennikarstwa naukowego w tym kraju, zwłaszcza jeśli za dziennikarstwo naukowe uznamy portalozę, której czasem dla niepoznaki daje się etykietki typu "nauka", "kultura", "podróże", "technologie". Krótko mówiąc, mamy tu, w związku z Apophisem, jeden wielki bajzel. Jak znaleźliśmy się w punkcie, w którym obecnie jesteśmy?

  1. Asteroidę 99942 Apophis, podejrzaną o popełnienie w przyszłości niewysłowionych zbrodni na cywilizacji ludzkiej, odkryto w 2004 r. Czytelnik może to pamiętać, ponieważ pierwsze szacunki wskazywały na całkiem duże prawdopodobieństwo kolizji z Ziemią w 2029 r.
  2. W kolejnych latach wytrwale korygowano dane dotyczące jej orbity - w tej chwili jesteśmy pewni, że w 2029 nie będzie żadnej kolizji, a asteroida minie nas na tyle blisko (poniżej orbity geostacjonarnej), że jej przelot będzie można obserwować gołym okiem. Od samego początku pewną niewiadomą pozostaje jednak powtórny przelot, w 2036 r.
  3. W 2009 r. w mediach pojawia się dęta i dość mętna historia o możliwości wysłania przez Rosjan misji w celu zepchnięcia Apophisa z orbity.
  4. Kolejna rundka pseudoniusów znów ma swoje źródło w Rosji. 26 stycznia mamy dość lakoniczny i kiepsko zatytułowany (tu są wyjaśnienia cytowanego w artykule profesora Leonida Sokołowa) artykuł nt. możliwości zderzenia asteroidy z Ziemią w 2036. Potem podchwytują to zachodnie media i znów mamy tydzień bezproduktywnych rozważań o końcu świata. Na wysokości zadania staje The Huffington Post, ilustrując artykuł o możliwym zderzeniu kompletnie nieadekwatną tubką.
  5. Z pewnym opóźnieniem wiadomość trafia do Polski. 2 lutego pisze o tym Onet, co przechodzi prawie bez echa, dziś dziennik Polska the Times, a za nim - portal.

Pora na reality check i małe porównanie doniesień z polskich mediów z tym, z czego nasi dziennikarze prawdopodobnie korzystali.

  1. Jak już powiedziano, w 2029 czeka nas bliskie spotkanie z inkryminowaną asteroidą. Spotkanie to będzie na tyle bliskie, że nie wiadomo w tej chwili, jak wpłynie na orbitę asteroidy, nie da się tego z zadowalającą dokładnością przewidzieć.
  2. Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że orbita Apophisa zostanie zaburzona w ten sposób, że 7 lat później, przy okazji ponownego podejścia, po prostu w nas walnie, mówiąc kolokwialnie. A do takiego zaburzenia dojdzie, jeśli Apophis nas minie w bardzo specyficznej odległości, "przejdzie przez dziurkę od klucza" (stąd wzmianki o keyhole w zagranicznych źródłach). Szacunki są różne, ale to prawdopodobieństwo jest generalnie rzędu 10-5, w życiu codziennym takimi zdarzeniami, o ile w grę nie wchodzi duża liczba prób, raczej nie przejmujemy się.
  3. Apophis ma średnicę dwóch boisk piłkarskich. Obecne szacunki energii wyzwolonej w wyniku impaktu sięgają 500 megaton trotylu. Dla porównania: największa bomba termojądrowa miała dziesięciokrotnie mniejszą siłę, wybuch Krakatau wiązał się z wyzwoleniem 2,5-krotnie mniejszej energii. To sporo, ale nie aż tak, żeby zacząć kopać bunkry w okolicach Łodzi.
  4. Donald Yeomans to jak najbardziej realna postać i autentyczny naukowiec, który nawet dołożył cegiełkę do rozbijania popularnych rojeń o 2012 r. Tyle tylko, wracając do kosmicznych kolizji, że jego zdaniem groźba zderzenia asteroidy z ziemią wcale nie jest duża i raczej nie zmienił ostatnio zdania (a przynajmniej nie w kierunku ZJR). Dowody znaleźć można tutaj (A, B i w szczególności C). Jeżeli Yeomans zmienił zdanie, to w drugą stronę - wraz z rewizją danych nt. orbity asteroidy.
  5. Podejrzany akapit na temat luźnej struktury wewnętrznej asteroidy i możliwości jej rozbicia na kawałki to, obok zrzynki z zachodnich niusów, czysta fantazja.Nie ma w tej chwili informacji, które wskazywałyby na to, że Apophis jest luźną kupą lodu i pyłu, a nie kawałkiem skały.
  6. A oto i dokładne słowa pana Yeomansa na temat ryzyka kolizji:

If the object passes through a 600-meter-sized keyhole in 2029 – that is, a location in space that is only 600 meters wide – it will indeed hit the Earth in 2036. But the chances of its actually passing through this 600-meter-sized keyhole in space in 2029 are extremely low.

Znalezienie wszystkich informacji niezbędnych do zrobienia przyzwoitego reality check zajęło mi kilkanaście minut, na pewno nie więcej. Może nie powinienem wymagać tego od redaktorów portalu, ale tłumaczenie "extremely low" jako "duży" to już chyba poważne przewinienie, n'est-ce pas?

Jak zwykle, all errors are my responsibility. W następnym odcinku dowiemy się, jak na wieść o możliwej zagładzie reagują polscy internauci.

niedziela, 13 lutego 2011

Skącząc po prawomyślnych blogach, trafiłem ostatnio na taki oto wpis. Autor konkluduje:

Organizations like al Qaeda leave their indelible mark wherever they go. 9/11 deniers are required to pretend that those marks are just Western operatives covering their own tracks – an obvious delusion to everyone who has seen it in action, knows its members, and knows those who are tempted by it and any other extremist organization. To me, this is the key – 9/11 deniers flatly deny virtually every relevant event in the lead-up to 9/11. They deny that centuries of geopolitical events ever occurred. To them, history begins at the Balfour Declaration, crescendos when Ronald Reagan begins supplying anti-Communist rebels in Afghanistan, and ends when George Bush plants bombs in the North Tower and scampers off in a black helicopter. Between these pockmarks on the historical landscape there are thousands of religious ideologues, millions of oppressed victims of colonialism, and countless strategic opportunists struggling to guide human affairs to their own ends. 9/11 denier history is the shallowest history of all, one that requires them to reject the needs, desires, machinations and schemes of billions of people across centuries. 9/11 denial is reality denial.

That’s why I call them 9/11 Deniers.

Strzał w dziesiątkę. Warto przy tym zapomnieć, że cytowana wypowiedź dotyczy zwolenników teorii spiskowej, która jest efektywnie martwa (ma wprawdzie licznych zwolenników, także w Polsce, ale sam ruch bojowników o Prawdę jest w rozsypce), i skupić się na cechach wyróżniających tę, jakże często spotykaną, postawę wobec faktów. Już nie ma czegoś takiego, jak "sceptycyzm co do oficjalnej wersji wydarzeń w WTC", jest tylko konsekwentne zaprzeczanie rzeczywistości (cokolwiek miałoby to słowo właściwie znaczyć). Denializm.

środa, 09 lutego 2011

Jest sobie serwis "Nauka w Polsce", podczepiony pod Polską Agencję Prasową i finansowany przez MNiSW. W dziale "O nas" widzimy piękne słowa:

ogólnodostępny serwis internetowy NAUKA W POLSCE odnotowuje na bieżąco osiągnięcia polskich naukowców, popularyzując rodzimą naukę.

(...)

W portalu każdy zainteresowany znajdzie artykuły na temat najciekawszych badań i przedsięwzięć z udziałem Polaków lub polskiej myśli naukowej w kilkudzięsięciu dyscyplinach naukowych, portrety wybitnych postaci świata nauki, wybrane informacje z życia polskich uczelni i placówek badawczych. Odnotowywane są też w skrócie najważniejsze wydarzenia w nauce światowej.

Niestety, na tym poletku wyrosły sobie kwiaty zła, które obejrzałem, powąchałem, wsadziłem do zielnika i dalej nie wiem, jak to się ma to informowania o osiągnięciach nauki polskiej. Ale może po kolei.

"Jeżeli osoba zdrowa, która nie objawów choroby, weźmie lek homeopatyczny to nie będzie miała objawów negatywnych" - mówiła podczas konferencji prezes Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej (PTHK) dr Ewa Wojciechowska.

To jest, szczerze powiedziawszy, w ramach homeopatii całkowite novum. Pierwszy dogmat homeopatii głosi, że podobne należy leczyć podobnym. Innymi słowy, osobie chorej należy podawać środek, który u osoby zdrowej wywołałby objawy identyczne z obserwowanymi u osoby chorej, którą chcemy wyleczyć. Przykładowo, bezsenność należy leczyć substancją, której podanie wywoła u osoby zdrowej brak snu. Wymagania spełnia oczywiście… kofeina. Fakt, że rewizję doktryny forsuje sama pani prezes PTH, dodaje temu tylko więcej smaczku.

Jak mówiła dr Wojciechowska, takie doświadczenia [chodzi o przedawkowanie lekarstw homeopatycznych – przyp. asmoasmo] pokazują jedynie, że leki homeopatyczne nie mają działań niepożądanych, ale w żadnym wypadku nie mogą być dowodem na ich nieskuteczność. "Takie próby są bezcelowe" - mówiła Wojciechowska.

Wtórował jej dr Leszek Borkowski, oceniając, że są to populistyczne doświadczenia, które nie wnoszą niczego nowego do wiedzy o homeopatii. Jak podkreślił, warunkiem dobrego eksperymentu jest dostosowanie techniki i zadanie odpowiedniego pytania. "Jeśli tego nie zrobimy, to takie doświadczenie można obrócić w żart" - mówił Borkowski.

Och, pani prezes chyba nie zrozumiała idei tej akcji. To nie jest przyczynek do debaty naukowej, nawet w takim znaczeniu, w jakim rozumieją to homeopaci. To jest happening, to jest akcja skierowana do szerokiej publiczności – można więc chyba uznać, że to populistyczne zagranie (tylko, co z tego?). Minął tydzień od momentu opublikowania tego bezdennie głupiego niusa, w międzyczasie inkryminowana akcja odbyła się i można pokusić się o pierwsze podsumowania.

W przeciwieństwie do prominentnych działaczy Polskiego Towarzystwa Homeopatii, byłem na warszawskiej akcji 1023. Na akcji zjawiło się kilkanaście osób, w porywach może ćwierć setki. Sześcioro czy siedmioro uczestników, kilku gapiów (w tym niżej podpisany) i przedstawiciele mediów, stanowiący zdecydowaną większość zgromadzonych. I wiecie, co? Mesydż poszedł w świat (o efektywności kosztowej przedsięwzięcia się nie wypowiadam).

Najgorsze jest to, że dwieście lat po tym, jak Samuel Hahnemann wyssał swoje idee z palca, wciąż musimy zmagać się z tymi bredniami. 150 lat badań i wciąż 0 (słownie: zero) dowodów. Pytania zadano, uzyskano odpowiedzi, sprawa zamknięta. Tylko dlaczego jeszcze homeopaci domagają się kolejnych badań?

Tymczasem, z odsieczą przychodzi ksiądz doktor i jego genialna analogia:

"Można przetopić płyty CD z nagranymi książkami czy muzyką i mówić że tam niczego nie ma, bo przecież otrzymamy z nich otrzymać zupełnie inne produkty. W lekach homeopatycznych jest +zapis+, tylko trzeba umiejętnie do niego podejść" - argumentował ks. dr Jacek Norkowski.

Analogia to broń obosieczna. Z jednej strony, łatwo za jej pomocą zwieść niewprawnego czytelnika, który może na pierwszy rzut oka nie zdawać sobie sprawy z istnienia fundamentalnych różnic pomiędzy porównywanymi pojęciami. Z drugiej strony, gdy już ktoś powie „sprawdzam”, często nie ma czego zbierać. Różnica pomiędzy książką i płytą CD, a homełkiem, jest bardzo prosta. Otóż, my doskonale wiemy, na czym polega zapis informacji w książce i w płycie CD, potrafimy proces replikować bez żadnego trudu. Ba, robimy to wręcz w ilościach przemysłowych. Wiemy też, jak taki zapis ulega uszkodzeniu i wiemy, dlaczego spalenie książki czyni ją bezużytecznym źródłem informacji (Tylko, dlaczego ktoś miałby chcieć palić książkę? Paląc książki, palimy samych siebie). Przejdźmy teraz do homeopatii. Skąd wiadomo, że zapis, o którym wspomina ksiądz profesor, w ogóle tam jest? Jak powstaje? Jak z jego istnienia wynika rzeczywiste działanie na ludzki organizm? Takie pytania można mnożyć.

W jaki sposób badać leki homeopatyczne? "Dzisiejsze badania nad mechanizmami działania homeopatii powinny zejść do poziomu nanotechnologii" - powiedział dr Borkowski. Zaznaczył, że znalezienie odpowiednich narzędzi badawczych może dać odpowiedź na wiele pytań nurtujących naukowców.

Nanotechnologii? A może jednak kwantowa informacja zakodowana we fraktalnej mikrostrukturze cząsteczkowej ciekłej wody? Mała rada dla doktora Borkowskiego – w czasach, gdy w laboratoriach rutynowo układa się wzorki z pojedynczych atomów, przedrostek „nano” nie oddziałuje już na wyobraźnię tak silnie, jak kiedyś. Proponuję odwoływać się do mechaniki kwantowej.

Eksperci przekonywali, że niepowodzenia w terapii homeopatycznej może objawiać się jedynie z brakiem efektów leczenia. Osoby leczące się homeopatycznie w niektórych przypadkach powinny liczyć się też z możliwością wystąpienia zjawiska tzw. pierwotnego pogorszenia.

"Jeśli pacjentowi podano odpowiedni lek homeopatyczny, to w pierwszym etapie kuracji może nastąpić pogorszenie stanu zdrowia" - powiedział prof. Andrzej Stańczak z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Tym samym, czyniąc testowanie skuteczności homeopatii beznadziejnym zadaniem. Skoro najwyraźniej każdy obserwowany stan świata można przypisać działaniu preparatu homeopatycznego, jak mielibyśmy określić, czy działa? Znaczy się, można sensownie oceniać prawdziwość twierdzeń typu "Stosowanie preparatu X zmniejsza ciśnienie tętnicze", ale co zrobić z tezami pokroju "Stosowanie preparatu X na ogół zmniejsza ciśnienie tętnicze, ale czasem może zwiększać". Oczywiście, można w tym drugim przypadku wyjść na prostą, określając kiedy ciśnienie wzrośnie. Można podać przykład sytuacji, gdy stosowanie leku homeopatycznego wiąże się z "pierwotnym pogorszeniem". Bez tego na kilometr brzydko pachnie formułowaniem hipotez ad hoc.

Zdaniem dr Wojciechowskiej nie ma takiej choroby, przy której nie można byłoby stosować leków homeopatycznych. W niektórych przypadkach mogą być stosowane jako jedyny środek leczniczy, towarzyszyć terapii farmakologicznej, lub łagodzić objawy działań ubocznych silnych środków. "Leki homeopatyczne mogą być skuteczne m.in. w kuracji negatywnych skutków radioterapii i chemioterapii" - mówiła prezes PTHK.

Wiele grzechów popełniła tym artykułem redakcja, ten jest chyba najpoważniejszy.

środa, 19 stycznia 2011

O związkach pomiędzy urbanistyką i polityką transportową, a środowiskiem naturalnym można rozprawiać godzinami. Jak o wszystkim zresztą, co sprawia, że pierwsze zdanie tej notki nie jest zbyt odkrywcze. Czasem jednak jeden wykres służy za tysiąc słów. Z pozdrowieniami dla Łukasza Warzechy przedstawiamy zależność pomiędzy gęstością zaludnienia w kilkudziesięciu miastach, a zużyciem energii w transporcie per capita. Zależność jest hiperboliczna.

Zużycie energii a urban sprawl

Źródło: OECD Environmental Outlook to 2030

sobota, 15 stycznia 2011

Naukowcy, pomimo estymy, jaką darzy się ich profesję, poziomu wykształcenia niezbędnego do jej wykonywania i znaczenia dla cywilizacji, są ludźmi omylnymi, popełniają błędy, a czasem dają się po prostu zrobić w konia. Nie ma w tym nic zaskakującego, naukę uprawia się przy milczącym założeniu o zdolności rzeczywistości (jakkolwiek definiowanej) do współpracy. Efekty nierozumienia przedmiotu badania bywają czasem zabawne - wystarczy chociażby przytoczyć prowadzone w latach 70-tych badania nad zginaniem sztućców i innych metalowych przedmiotów za pomocą siły woli. Uri Geller, Projekt Alfa, te sprawy.

Tym się nie będziemy dziś zajmować. Dziś przeniesiemy się do lat 60-tych, o dekadęRoza podgląda wcześniej, kiedy to w prasie po obu stronach Żelaznej Kurtyny zaczęły pojawiać się doniesienia o osobach obdarzonych osobliwym talentem, mianowicie, potrafiących widzieć z zawiązanymi oczami, za pomocą palców. Oto w 1963 r. w ZSRR krótką karierę rozpoczyna Roza Kuleszowa, ośmioletnia dziewczynka[1], której do przeczytania gazety wystarczy przesunąć palec nad tekstem. Nie było to twierdzenie nowe - i chyba nikt nie jest tym zaskoczony - podobne historie znane są z la dwudziestych XX wieku, z przełomu wieków XIX i XX, a także z jeszcze odleglejszych czasów. Tuż po I wojnie światowej dał się na to nabrać pewien francuski powieściopisarz, do tego stopnia, że napisał o tym książkę. Przemilczaną przez naukowy establishment, oczywiście. Z historii narodów możemy nauczyć się jednak, że narody niczego z historii się nie nauczyły, wróćmy więc do Rozy Kuleszowej i oddajmy głos Krzysztofowi Boruniowi i Stefanowi Manczarskiemu:

Badania wykazały, że wyczulenie dermooptyczne Kuleszowej podlega niektórym prawom dotyczącym wrażliwości oka na światło i barwy. Przykładem – mieszanie barw: niebieski kwadrat oświetlony promieniami czerwonymi określa jako fioletowy – podobnie jak widzi go wzrokiem eksperymentator. Nie stwierdzono jednak w naskórku obecności jakichś tworów podobnych do czopków i pręcików siatkówki oka. Aby wykluczyć możliwość przekazywania Kuleszowej przez eksperymentatora sugestii drogą telepatyczną, polecono jej odczytać tekst z książki otwieranej w przypadkowych miejscach, przy czym książka ta nie była znana uczestnikom eksperymentu. Tekst odczytywany był bezbłędnie.

Ale jeszcze bardziej symptomatyczne jest to, w jaki sposób Kuleszowa swoją zdolność straciła, a następnie odzyskała.

Pod koniec 1963 r. Kuleszową podpisała kontrakt na występy publiczne w jednym z kabaretów moskiewskich. W czasie niedyspozycji próbowała podpatrywać. Przyłapana na gorącym uczynku przeżyła szok padaczkowy i utraciła całkowicie swą zdolność. Dopiero drogą żmudnych wielomiesięcznych ćwiczeń udało się Smirnowowi i Bongardowi przywrócić jej poprzednią wrażliwość dermooptyczną.

Lololo. Badania amerykańskich naukowców dowiodły, że niedyspozycja jest najbardziej typową przyczyną uciekania się do oszustw przez osoby posiadające zdolności paranormalne. Ci sami amerykańscy naukowcy ustalili to sami, mieli bowiem aż nadto odpowiednich obiektów badawczych, gdy już opinia publiczna zinternalizowała sobie wiedzę o tym, że Związek Radziecki wyprzedził Stany Zjednoczone także i w tej dziedzinie. Pamiętajmy, że Roza Kuleszowa nie była jedyną Rosjanką wykazującą tak fantastyczne zdolności. A potrafiła rozpoznawać kolory i odczytywać drukowany tekst za pomocą palców u rąk, łokcia, stóp, a nawet, hm, zadka.

Jest całkiem oczywiste, w jaki sposób ci wszyscy ludzie rozwijali w sobie percepcję dermooptyczną. Otóż w znakomitej większości przypadków to po prostu podglądanie przez nos. Zawiązanie oczu szarfą lub czymś podobnym, jakkolwiek ściśle nie zostałoby to zrobione, pozostawia całkiem spore pole widzenia. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie zawiąże oczy i spróbuje popatrzeć w dół, wzdłuż nosa. Likwidacja tego okna na świat przy wiązaniu wiąże się z zatkaniem nosa i pogwałceniem przepisów BHP w parapsychologii. Nawet obwiązanie całej głowy bandażem nie musi rozwiązywać sprawy, wprawny sztukmistrz i tak zdoła coś nagiąć, poprawić, przesunąć lub odgiąć pod pozorem poprawienia zasłony, podrapania się w głowę czy też podparcia. A to dopiero początek możliwości, które stoją przed wprawionym śmiałkiem. Czy wspominałem, że wielu iluzjonistów ma to standardowo w repertuarze?

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem o dermooptyce, podrapałem się w głowę (co mi nie pomogło, bo nie miałem opaski na oczach). Kiedy po raz drugi wpadł mi w ręce ten temat, głowa mi odpadła ze śmiechu, bo trafiłem na wzmianki o czytaniu za pomocą skóry pośladków. Teraz dowiaduję się, że podobne eksperymenty przeprowadzano również w Polsce. Oddajmy głos badaczom:

Badania eksperymentalne nad skórnym rozróżnianiem kolorów zainicjowane zostały w Polsce przez Lecha Emfazego Stefańskiego, który w początkach 1973 r. odkrył i rozwinął drogą ćwiczeń tę zdolność u swej córki Bogny. Dziewięcioletnia dziewczynka ur. w 1963 r.) wykazywała już przy pierwszych próbach testowych dużą wrażliwość, która po kilku miesiącach treningu osiągnęła bardzo wysoki stopień. Od listopada 1973 r. do lipca 1974 r. przeprowadziłem również osobiście z Bogną szereg doświadczeń potwierdzających jej umiejętności i pełną powtarzalność wyników. Eksperymenty prowadzone były w warunkach domowych, jak również w pracowniach naukowych i medycznych, zaś wyniki referowane i demonstrowane m. in. na posiedzeniach naukowych Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego w Warszawie.

Jedenastolednia Bogna, za artykułem Stefańskiego i Komara

Ćwiczenia z Bogną, prowadzone względnie systematycznie (co najmniej kilka razy w tygodniu) rozpoczęto od rozróżniania kolorów kart, a także czerwonych i niebieskich pionków warcabów ł kawałków kolorowego celofanu. Następnym etapem było rozwijanie zdolności określania położenia i koloru, wreszcie kształtu barwnych figur geometrycznych umieszczonych pod szkłem. Po trzech miesiącach ćwiczeń czytała już napisy układane z parocentymetrowych czerwonych liter na tle niebieskim, potem, czarnych na tle białym. Stopniowo zmniejszano wielkość liter – najmniejsze czytane przez Bognę miały 4 mm wysokości. Dalszy trening prowadził do rozwijania zdolności rozróżniania barw i położenia obiektów z odległości, drogą stopniowego oddalania ich od szklanej szyby.

Wystarczy cytatów, sapienti sat. Polecam Czytelnikowi zapoznanie się z całym artykułem (a w zasadzie, jest to rozdział z książki...), jest on bowiem świadectwem niesamowitej łatwowierności badaczy i zawiera przykłady błędów potwierdzania i wtórnej racjonalizacji tak jaskrawe, że wszystkie moje dermooptyczne receptory zostały oślepione[2]. Przykładowo, dowiadujemy się, że Bogna radziła sobie gorzej, jeżeli światło raziło ją w oczy. Chociaż nie, może jednak zacytuję coś jeszcze.

Wskazuje na to bardzo wyraźnie negatywny wpływ, jaki na wrażliwość dermooptyczną wywiera pojawienie się w czasie doświadczeń takich bodźców, do których badana osoba nie była przyzwyczajona w toku poprzednich eksperymentów, lub też odwrotnie – brak bodźców do których przywykła. Np. u Bogny – szybkość rozpoznawania spadała bardzo znacznie przy próbach umieszczenia jej głowy w czarnym pierścieniu papierowym, oddzieleniu jej od obiektu parawanikiem z otworami na ręce, a nawet przy samym tylko zdjęciu opaski z oczu i poleceniu rozpoznawania z zamkniętymi powiekami.

Funny thing is, wydaje się, że Bogna kontrolowana była jednak lepiej niż Roza. Na powyższym zdjęciu widzimy watę zamykającą wspomniane wcześniej "okno na świat" wzdłuż nosa, dziewczynka musi odczytywać kształty i kolory przez szybę, co uniemożliwia wnioskowanie na podstawie dotyku. Z drugiej strony, niewiele wiemy o metodyce badań nad mniemanymi zdolnościami Bogny. Nie wiemy, w jakim stopniu jej wyniki różniły się od losowych, w jaki sposób klasyfikowano odpowiedzi i oceniano skuteczność zgadnięć. W dodatku, badanie przeprowadzał jej ojciec (najprawdopodobniej), nie jest to najszczęśliwszy układ, bo obie strony mają w nim motywację do oszukiwania w badaniu i samooszukiwania w ogólności. Myślę, że kwestię percepcji dermooptycznej u Bogny mamy załatwioną.

Parapsychologia, jak wiadomo, zajmuje się rzekomymi faktami poszukującymi teorii, przy czym słowo "rzekomy" jest przez badaczy zjawisk parapsychicznych odrzucane bez skrępowania. Mechanika kwantowa, nowy paradygmat, nowy rodzaj promieniowania, wpływ obserwatora na wynik eksperymentu, you name it. Sam autor cytowanego wcześniej polskiego badania, Lech Emfazy Stefański, tak próbuje tłumaczyć zjawisko postrzegania dermooptycznego (którego istnienia, Czytelnik zauważy, nie stwierdził w sposób przekonujący)[3].

Na temat istoty widzenia skórnego powstało kilka hipotez. Z badań rosyjskich i amerykańskich wynikałoby, że polega ono głównie na odbiorze przez skórę promieniowania podczerwonego. Normalnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Kiedy jednak trenujemy wrażliwość dermooptyczną, wrażenia odbierane przez skórę coraz sprawniej przechodzą z podświadomości do świadomości.
A czym jest to, co w skórze "widzi"? Bezpośrednio reagują mitochondria - mikroskopowe organelle rozsiane we wszystkich żywych komórkach. Również w komórkach skóry palców. Z mitochondriów informacje przekazywane są z kolei do systemu nerwowego człowieka. Widzenie skórne jest powszechne w świecie zwierząt. Widzą całym swoim ciałem nawet najprostsze, jednokomórkowe zwierzątka, np. pierwotniaki wymoczki. My, ludzie, odziedziczyliśmy tę zdolność po naszych zwierzęcych prapraprzodkach.

Mam tylko jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie. W jaki sposób mitochondria miałyby przekazywać jakiekolwiek informacje do systemu nerwowego? Pamiętajmy, że informacja musi mieć nośnik, którym w przypadku ludzkich zmysłów są impulsy elektryczne w komórkach nerwowych. Mitochondria w komórkach skóry nie są podłączone do systemu nerwowego, jeżeli nie liczyć maleńkich krótkofalówek, używanych do wymiany zaszyfrowanych informacji dot. przyszłego powstania prokariontów - niewolników przeciw ich wielokomórkowym ciemiężycielom (o, zobacz, bakteria odszczekuje się prześladowcom z eukarionckiego dworu). Którędy więc idzie impuls? Nie ma odpowiedzi, poza oczywistymi, że przecież mamy receptory promieniowania elektromagnetycznego i potrafimy odczuwać ciepło. Trywialnie proste, ale nikt jeszcze gazety w ten sposób nie przeczytał.

Ktoś mógłby podnieść wątpliwość, dlaczego ci żałośni sceptycy wszędzie doszukują się oszustw i dlaczego nie ufają osobom posiadającym zdolności paranormalne. Odpowiedziałbym, bez wnikania w zawiłości znaczeń takich słów, jak zaufanie, wszędzie i oszustwo, że mamy po prostu taką heurystykę. Historia parapsychologii to historia mniejszych lub większych oszustw, desperackiej walki o istotność statystyczną nieistotnych wyników i jeszcze bardziej desperackie poszukiwanie fizycznego mechanizmu dla wszystkich tych fantastycznych zdolności. Dlaczego mielibyśmy przypisywać jej twierdzeniom duże prawdopodobieństwa a priori? Dlaczego mielibyśmy z otwartymi ramionami przyjmować rzeczy stojące w sprzeczności ze zgromadzoną dotychczas wiedzą na temat funkcjonowania Wszechświata i ludzkiego organizmu w szczególności? Jeżeli historia dermooptyki czegoś nas uczy, to tego, że cała mądrość tego świata czasem nie wystarczy, żeby wygrać z dzieciakiem drapiącym się w nos.

I jeszcze ostatnia myśl. Załóżmy przez chwilę, że w skórze rzeczywiście istnieją receptory promieniowania, (1) niezależne od oczu, (2) inne od receptorów ciepła i zimna. Skoro tak, to stwarza to gigantyczne możliwości dla osób niewidomych i niedowidzących. Dlaczego nikt w to nie wpakował milionów dolarów? Chyba, że istnieje spisek producentów akcesoriów dla niewidomych i niedowidzących. Cóż, niektóre pomysły są zbyt śmieszne, żeby generować teorie spiskowe.

Tribute goes to Czajniczek Pana Russella, który o dermooptyce napisał mniej więcej rok temu, a o czym się dowiedziałem, gdy niniejszy wpis był już na ukończeniu. Sprawę opisał kiedyś "Super Ekspres", w sposób szokująco (jak na tabloid z gołą babą) dorzeczny.

Zdjęcie Bogny pochodzi z artykułu Stefańskiego i Komara, zdjęcie Rozy stąd.

[1] - Uwaga, Gardner podaje, że Roza miała podówczas 22 lata. Jest to raczej nieprawda. Zmarła w 1978 na raka, mając 23 lata.

[2] - Na szczególną uwagę zasługuje opowieść o różdżkarzu, który odkrył pole roponośne, ale nie potrafił znaleźć dla siebie działki z ropą. Widzicie, po prostu za bardzo chciał. W warunkach naturalnych różdżkarze na ogół radzą sobie lepiej. Do największych sukcesów należy odkrycie pól naftowych w West Edmond. (Oklahoma) w 1843 roku przez farmera-różdżkarza J.W.Younga, posługującego się wahadłem – zawieszoną na drucie butelką. On sam miał jednak pecha, albo też – co zdaje się zrozumiałe w świetle badań psychofizjologicznych – był zbyt zaangażowany emocjonalnie w osiągnięcie sukcesu. Na działce, którą zbadał i kupił, po raz pierwszy w tej okolicy nie dowiercono się ropy. Chwilami nie mogę się zdecydować, czy to było pisane na serio / na trzeźwo.

[3] - Bodaj najbardziej zabawną częścią tego artykułu jest zdjęcie chłopca z zawiązanymi oczami, próbującego rozpoznać, jaki kolor mają figury namalowane na kartce papieru leżącej przed nim. Oczywiście, jego oczy zawiązane są w sposób, który nie wyklucza podglądania. Kartka papieru leży również w miejscu bardzo dogodnym, jej podejrzenie wymaga nieznacznego ruchu głową. Nic, tylko uczyć w ten sposób dzieci, że niektórzy dorośli to idioci. Swoją drogą, człowiek badający 40 lat temu występowanie fotoreceptorów na palcach swojej córki, dziś pisze pod koniec swojego życia pisał głodne kawałki do "Gwiazdy mówią". Kinda sad story.

środa, 12 stycznia 2011

Wytrwały łowca niezidentyfikowanych obiektów latających wysuwa taką oto hipotezę:

Grupkę tych obiektów wiszących nieruchomo z dala od tego pola sfotografowałem na dwóch zdjęciach jedno za drugim wiodąc obiektywem nad polem. Wygląda na to, że sukinkoty byli tam, albo są i prowadzą obserwację tego miejsca, ale nie bynajmniej, że są zainteresowani samym tym miejscem tylko tymi, którzy tam przyjeżdżają każdego dnia jak ja dzisiaj...

(...)

Wnioski. Oni robią te kręgi po to by potem słuchać tego co ludzie mówią. Pewnie robią to po to by wiedzieć ile ludzie już o nich wiedzą i czego się domyślają. Ludzie jak to ludzie zjeżdżają się na takie pole, łażą i gadają, gadają co im ślina na język przyniesie, chwalą się swymi teoriami, wymieniają spostrzeżeniami i domysłami, a także wiedzą w oparciu o obserwacje. I nie są świadomi, że gdzieć nieopodal jakis obcy obiekt prowadzi nasłuch, a właściwie jakieś zielone siury prowadzą nasłuch ze swago wiszącego niedaleko obiektu, tego co się na takim polu gada.A potem od tego zależą „ich” inne sztuczki mające na celu zwiedzenie ludzi i odwrócenie uwagi od faktycznych powodów ich przybywania na ziemię i faktycznego miejsca skąd przybywają. Ot i cała tajemnica powodów powstawania kręgów w zbożu. Sprytnie to sobie wymyśliliście hehe, a głupi ludzie myślą, że to forma komunikacji, że to pewnie jakiś tajemny przekaz jakiś zbawiennych informacji dla ludzkości hehe jak se o tym kuźwa pomyślę, że w takiego wała robicie ludzi i UFiO-jogów hehe to ze śiechu pękam. Niezłe umysłowe ćwicznia Jogi dla stada cymbałów doszukujących się w zwykłej sztuczce jakiegos nadzwyczajnego zjawiska i treści hehe...ehhh

Ludzie odwiedzają kręgi zbożowe, więc kręgi zbożowe muszą istnieć po to, żeby ludzie tam przychodzili. Proste i logiczne, oczko powyżej kamer w stokrotkach.

czwartek, 30 grudnia 2010

Witam w pierwszej i, mam nadzieję, nie ostatniej edycji czytelniczych polecanek. Wzorem wielu znakomitych blogerów, którym rzecz jasna nie jestem godzien wiązać rzemyków od sandałów, postanowiłem podzielić się z czytelnikami wycinkiem tego, co w ostatnich dniach (tygodniach) wleciało mi do głowy przez oczy i wyleciało inną stroną.

  1. Parę tygodni temu przez media przetoczyła się informacja, że udało się udowodnić w laboratorium (no, prawie) istnienie postrzegania pozazmysłowego u ludzi, konkretniej, zdolności do postrzegania przyszłości. Nie jest to oczywiście nic nowego, badania naukowe nad postrzeganiem pozazmysłowym trwają od przeszło stu lat i przez ten czas legion badaczy zdołał jedynie wyprodukować kilka obiecujących p-values, mnóstwo bezwartościowych tekstów i kilka przestróg dla kolejnych pokoleń. Kto więc miał wzruszyć ramionami na wieść o kolejnej próbie, ten wzruszył ramionami, spodziewając się, że po przemieleniu nowego badania przez peer review, zostanie tylko wstyd i kilka anegdotek. I tak też się stało. Oryginalny paper Bema znaleźć można tutaj. Dwie miażdżące krytyki przedstawili Alcock i Wagenmarkers et al, a obrazu klęski parapsychologów dopełnia także sposób, w jaki Bem radzi sobie z krytyką (i coup de grâce w wykonaniu Alcocka). W telegraficznym skrócie - metodyka badania jest niejasna, chaotyczna i rzuca długi cień na jego wyniki. Których interpretacja też zresztą kuleje, nie tylko z powodu niesławnego założenia psi. Do następnego razu, parapsycholodzy.
  2. Koniec roku sprzyja podsumowaniom (a pisanie blogonotek w nocy sprzyja głoszeniu banalów). Mamy więc tradycyjne Top 10 of Everything przygotowane przez Time, rok w krainie nonsensu prosto z Bad Science, oraz kolejny raport na temat gwałtów na nauce popełnianych przez sławnych i bogatych. Jeśli chodzi o ten ostatni, odważnym polecam zrobić Ctrl+F "sperm".
  3. Wpadł mi w ręce ostatnio świetny papier ze świetnymi danymi na temat polskiego systemu socjalnego. Trystero ma o tym dwie notki (eins, zwei), ale jeśli ktoś chce zobaczyć na własne oczy, kto płaci, kto dostaje i dla kogo pomoc państwa ma znaczenie (porównania międzynarodowe!), zachęcam do zapoznania się z tabelkami. Można też wydrukować i porozklejać w siedzibie Forum Obywatelskiego Rozwoju (przy okazji, chciwość jest dobra). Kolejna lektura będzie o podatkach (a może by tak notkę z tego zrobić?).
  4. Z drobiazgów mamy dziwny art o tym, jak umarła kultura geeków i nerdów oraz wyborne tłuczenie buców z portalu Maskulinizm.pl w wykonaniu niezawodnego obserwatora heteroseksualizmu. Ach, byłbym zapomniał. W przyszłym roku, w Wyższej Szkole Przewidywania Przyszłości, ekonomiści za karę znów będą siedzieć w oślej ławce z Krzysztofem Jackowskim.

I to by było na tyle. Do przeczytania w nowym roku.

środa, 29 grudnia 2010

Wobec Świadków Jehowy żywię pewną sympatię. Po części wynika to z sentymentu, jaki mam wobec tasiemcowatych dyskusji, jakie zdarzyło mi się kilka lat temu obserwować w Usenecie (bo to, prawda, strasznie poważna i istotna kwestia, czy Jezus Chrystus umarł na krzyżu czy na palu). Z drugiej strony, na każdym kroku pokazują mi, że najwyraźniej zależy im na mojej uwadze. Pukają do moich drzwi, zagadują na ulicy, wręczają swoje broszurki, chcą rozmawiać. Krótko mówiąc, robią rzeczy, z którymi nie spotkałem się nigdy u przedstawicieli sytego i solidnego kościoła katolickiego. Kiedy więc w zeszłym tygodniu w Hali Głównej Dworca Centralnego, pachnącej świeżą farbą, wściekłością pasażerów i tandetną kawą przygotowywaną przez przedstawicieli PKP IC, zaczepiła mnie miła starsza pani, z radością przyjąłem dar w postaci grudniowego numeru „Przebudźcie się”[1]. Dodatkowo, temat numeru to „Ateizm w natarciu”, rozumiecie więc, że nie mogłem, po prostu nie mogłem odmówić. Nie chciała mnie nawracać, nie nalegała na rozmowę – dzięki temu przynajmniej o niej pamiętam.

Pisemko jest dość rozczarowujące, zwłaszcza jeśli ktoś miał już wcześniej kontakt z publikacjami Świadków Jehowy. Dla wściekłego i dogmatycznego ateisty rozczarowanie będzie podwójne, bo przeciw jego światopoglądowi nie wytoczono tutaj zbyt potężnych armat. Ot, jak w kreskówkach, wielkie działo, z którego po odpaleniu lontu wyskakuje chorągiewka z napisem "Bum!". Prawdą jest też, że samemu natarciu ateizmu poświęcono ledwie kilka stron, które wypełniają w większości rzeczy znane, obalone i wyśmiane. Oto hydra ateizmu znów podnosi głowę i chce wbić klin między naukę a religię, podczas gdy wiadomo wszem i wobec, że dla prawdziwego naukowca te dwie rzeczy są komplementarne. Wojowniczy ateiści ośmielają się twierdzić, że świat bez religii byłby lepszy, ale w tym stwierdzeniu brakuje jednego słowa. Otóż, świat bez fałszywej religii byłby lepszy. Prawdą jest - przyznaje bezimienny autor artykułu z "Przebudźcie się!" - że były krucjaty, palono ludzi na stosach, wyrzynano się z powodu byle pierdółki, a biskupi po rzymsku pozdrawiali Hitlera. To wszystko jednakowoż sprawka fałszywych religii, gdyby na świecie istniała tylko prawdziwa religia, wszyscy byliby szczęśliwi i uśmiechnięci, jak na ilustracjach w publikacjach Świadków Jehowy. Nothing to see here, move along.

Czeski wywiad

Jedynym novum i potencjalnym źródłem interesującego kontentu jest wywiad ze światowej sławy czeskim neurofizjologiem. Komukolwiek nie udzielałby wywiadów, jego dorobek naukowy jest naprawdę imponujący[2]. Prywatnie, dość typowa historia: wychowany w ateistycznej rodzinie, w dorosłym wieku znajduje własną, intelektualną drogę do Boga (nie on pierwszy i nie ostatni). Zdecydowanie najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w momencie, gdy pan Frantisek zostaje zapytany o swój obecny pogląd na ewolucję.

Jak to się stało, że zmienił Pan pogląd na ewolucję?

Wątpliwości dotyczące ewolucji zaczęły mnie nurtować w trakcie badań nad synapsami. Byłem pod wrażeniem zdumiewającej złożoności tych pozornie prostych połączeń pomiędzy komórkami nerwowymi. Zachodziłem w głowę, jak synapsy i kierujące nimi programy genetyczne mogły powstać w wyniki ślepego przypadku. To naprawdę nie miało sensu.

Na początku lat siedemdziesiątych wysłuchałem wykładu znanego rosyjskiego naukowca i profesora, który stwierdził, że żywe organizmy nie mogą być rezultatem przypadkowych mutacji oraz doboru naturalnego[3]. Wówczas ktoś z obecnych zapytał, gdzie szukać odpowiedzi. Profesor wyjął z kieszeni marynarki małą rosyjską Biblię, podniósł do góry i powiedział: „Przeczytajcie Pismo Święte, a zwłaszcza relację o stwarzaniu zawartą w Księdze Rodzaju”.

Kiedy po wykładzie spytałem profesora, czy o tej Biblii mówił serio, odparł: „Prosta bakteria potrafi się dzielić co 20 minut i ma setki rożnych białek, z których każde zawiera 20 typów aminokwasów ułożonych w długie łańcuchy. Żeby w danym momencie zaszły korzystne mutacje pozwalające bakterii ewoluować, musiałby upłynąć okres znacznie dłuższy niż 3—4 miliardy lat, a właśnie tyle zdaniem wielu naukowców istnieje życie na ziemi”. Profesor przyznał, że biblijna Księga Rodzaju podaje bardziej sensowne wyjaśnienie.

Owa (przekonująca, jak diabli!) argumentacja jest zdziebko niejasna, ale wydaje się, że rosyjskiemu profesorowi chodziło o to, że prawdopodobieństwo pojawienia się korzystnej mutacji jest tak niskie, że czas potrzebny na ewolucję jest znacznie większy niż szacunkowy wiek Ziemi. Ot, boeing na wysypisku (zegarek w betoniarce, małpa z maszyną do pisania, etc.) w nieco zmodyfikowanej wersji. Argument znany, dawno temu odbity w niebyt. Ale zaraz... bardziej sensowne wyjaśnienie?! Nie wierzę, Danusiu. Przypomnijmy może, co na temat powstania życia i jego różnorodności ma do powiedzenia Księga Rodzaju:

Potem Bóg rzekł: "Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba!". Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: "Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi". I tak upłynął wieczór i poranek - dzień piąty. Potem Bóg rzekł: "Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!". I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre. A wreszcie rzekł Bóg: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!".

Cool story, bro. Tyle tylko, że powyższy fragment nie wyjaśnia niczego, w szczególności, ma się nijak do mutacji, bakterii i podobnych spraw. W jakim alternatywnym świecie musi żyć ktoś, kto uznaje to za "bardziej sensowne wyjaśnienie", Cthulhu raczy wiedzieć. Ponadto, odnosząc to do samego wywiadu z "Przebudźcie się!", my mamy jedynie czyjeś stwierdzenie, że ktoś inny powiedział, że w starej książce ktoś jeszcze inny napisał, że czarodziej powiedział "hokus pokus, zapełniajcie wody morskie" i zobaczył, że były dobre. I would rather suffer the end of Romulus a thousand times. I would rather die in agony than accept this as an explanation.

Nie mając żadnych konkretów, nieożemy jej w żaden sposób zweryfikować ani chociaż umiejscowić w czasie. Nie wiemy, z kim pan Frantisek rozmawiał i czym dokładnie zajmował się ów rosyjski profesor (w tej chwili równie dobrze mógłby być profesorem inżynierii lądowej i nie mieć żadnej fachowej wiedzy na temat ewolucji i biologii w ogólności). To typowa opowiastka o nawróceniu ewolucjonisty z gatunku: "Kiedyś wierzyłem w ewolucję, ale potem zobaczyłem chrząszcza bombariera / spotkałem profesora X / zacząłem dogłębnie badać Y i wtedy zrozumiałem, ze ewolucja to bzdura". Poza tym, zwracam uwagę, ta anegdotka jest w szczegółach niewiarygodna: Biblia na wykładzie w czasach Breżniewa? Nie ma tutaj, po prostu nie ma możliwości oddzielenia prawdy od fikcji. A co bez dowodów zostało przedstawione, możemy bez podania dowodów odrzucone.

Jak rozpoznawać projekt z dużej odległości

Nie mogę też nie wspomnieć o zabawie w rozpoznawanie Inteligentnego Projektu w przyrodzie. To oczywiście standardowy argument „z zegarka znalezionego na plaży” w wersji „popatrzcie na chrząszcza bombardiera”. Z reguły polega na wybraniu jakiejś ciekawostki z dziedziny biologii, nieznanej przeciętnemu Kowalskiemu, opisaniu jej w możliwie najbardziej szczegółowy sposób, wsparty jakimś autorytetem. Tutaj artykulik o oku krewetki modliszkowej wspiera swoim autorytetem niejaki dr Nicholas Roberts, który zresztą może: a) nie zdawać sobie sprawy, że jego słowa są wykorzystywane przez zwolenników IP; b) być pseudoekspertem. Na końcu czytelnika przytłoczonego przez ogromną ilość szczegółów, których nie ma szansy zweryfikować, katuje się niewinnym pytaniem:

Co o tym sądzisz? Czy zdumiewające oko krewetki modliszkowej to rezultat przypadku? A może zostało zaprojektowane?

Gdyby ktoś kiedyś szukał przykładu fałszywej alternatywy zmieszanej z chochołem, to powyższy cytat dostarcza. Po pierwsze, nikt poza kreacjonistami nie twierdzi, że obserwowana cudowność przyrody jest efektem przypadku. Wprost przeciwnie, mechanizmem ewolucji jest selekcja, a więc coś, co z definicji ma nielosowy charakter. Po drugie, ewolucja nie wyklucza projektu, można bowiem zasadnie twierdzić, że oko krewetki modliszkowej (albo wić bakterii, albo broń chemiczna chrząszcza bombardiera) zostało zaprojektowane przez ewolucję (to sformułowanie pozostawiam niejasnym). W tym miejscu wypada przypomnieć, że rozpoznawanie projektu w przyrodzie przez kreacjonistów to czyste wudu, żadne kryteria rozpoznawania projektu nie zostały przez nich nigdy podane (i nie będą), a cała zabawa sprowadza się do: „Coś jest zaprojektowane, jeżeli nie wygląda jak coś naturalnego, więc jeżeli jakiś element natury nie wygląda jak natura, to został zaprojektowany”. Innymi słowy, oko krewetki modliszkowej przypomina zegarek, a nie kupę kamieni, wiec zostało zaprojektowane. Co było do okazania, teraz możemy zainwestować kilkadziesiąt milionów dolarów w kreacjonistyczny Disneyland albo inne muzeum.

[1] - Here's a fun fact: publikacje ŚJ są dostępne w Internecie za friko. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

[2] - Co samo w sobie nie zabezpiecza przed opowiadaniem bzdur i promowaniem pseudonauki. Przykładem z rodzimego podwórka niech będzie prof. Majewska.

[3] - Nie jest jasne, czy odnosi się to do samego faktu powstania życia, do specjacji czy do jednego i drugiego. W zależności od odpowiedzi na to pytanie, odbydwu panom wyznacza się nieco różny wymiar kary.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Tagi