from here to reality
sobota, 15 października 2011

Wszystkich czytelników witam w kolejnej, siódmej już, odsłonie czytelniczych polecanek. Od poprzedniego wydania minął z grubsza miesiąc i wydaje mi się, że wpadłem w jako taki rytm, przynajmniej jeśli chodzi o tę kategorię wpisów. Na coś lepszego i konkretniejszego jak zwykle zabrakło mi czasu, weny, Woli, Ochoty, Bródna i Włoch. Dzisiejsze wydanie sponsorują: garnek chili con carne, zespół Disillusion i piwo Rześkie. Kategorie takie, jak zawsze. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka

Zaczynamy od ciekawego eseju o żydokomunie. 

Ostatnimi czasy kanał History Channel wyemitował kompletnie bezwartościowy dokument o starożytnych astronautach, pełen dawno obalonych argumentów i rzekomych zagadek historii, których konwencjonalna nauka nie potrafi wyjaśnić. Oczywiście, nic z tego nie ma oparcia w rzeczywistości i po przyłożeniu szkiełka i oka zostaje tylko smutek (a może jednak radość?) z powodu tego, że pod wpływem tego dokumentu niejeden młody człowiek przeżyje ukąszenie daenikenowskie. Temat, nawiasem mówiąc, nie okazał się całkiem jałowy poznawczo. Czy wiedzieliście bowiem, że starohinduski traktat o latających maszynach, na który powołuje się Daeniken i wszyscy jemu podobni, to najprawdopodobniej dwudziestowieczna fałszywka? 

Skoro już padło słowo "najprawdopodobniej", to mogę od razu polecić nieco przydługi artykuł o naturze losowości z Rationally Speaking. 

Dla tej części czytelników, którzy są słuchaczami Skeptics' Guide to the Universe postać Perry'ego DeAngelisa nie jest nieznana. Dla tych, którzy nie wiedzą, kto zacz, oto historia w telegraficznym skócie - DeAngelis był jednym z głównych animatorów tego przedsięwzięcia, zmarł latem 2007 r. po długiej chorobie, jest pamiętany. Przypadkiem wygrzebałem jego art nt. sekt. Staroć, ale świetnie się czytało.  

Pamiętacie elevatorgate? Tej smutnej sprawie poświęciłem akapit w jednej z poprzednich edycji czytelniczych polecanek. Zastanawiałem się wtedy nad tym, czy afera wciąż jest żywa i co z niej wyniknęło, ale niespecjalnie chciało mi się szukać. A teraz mamy ciąg dalszy elevatorgate, w podróż po radosnym świecie nerd-seksizmu zaprasza sama Rebecca Watson, od której wystąpienia cała sprawa się zaczęła. W skrócie - o ja cię kręcę, to wygląda tak, jakby ktoś przeciął największy wrzód świata.

W innych częściach internetu słychać aplauz i pisk podekscytowanych sceptyków, albowiem January wrócił! Niby tylko, jak sam twierdzi, okolicznościowo, ale nadzieja umiera ostatnia.

Końcówka tej porcji linków będzie radośnie multimedialna. Na początek mamy wywiad z Naomi Oreskes, amerykańską historyczką idei i współautorką "Merchants of Doubt". Jestem w trakcie lektury tej książki i uważam, że to pozycja obowiązkowa dla osób chcących przeciąć sobie w głowie węzeł gordyjski, jakim się stała kwestia zmian klimatu i walki z nimi. Zgromadzonych tam materiał poraża i frustruje. A wywiad, będący w zasadzie streszczeniem książki, jest tutaj: 



Jeśli komuś nie chce się czytać książek i ma dosyć tubek, to Darryl Cunningham zrobił komiks o denializmie. 

Ekonomia / gospodarka / Krzysztof Rybiński

Działu ekonomicznego nie mogę nie zacząć od felietonu Paula Krugmana sprzed paru dni, którego głos okazał się być tym razem na tyle donośny, że omówienia i tłumaczenia rzeczonego felietonu publikowały nawet portale w dalekiej Polsce. I słusznie, bo Krugman odpalił niezłą petardę. 

Na drugie danie mamy krótką notatkę ze stron Międzynarodowego Funduszu Walutowego, poświęconą efektom zaciskania pasa, na które gremialnie zdecydowały się państwa rozwinięte. I popełniły błąd, bo korzyści z cięć będą raczej symboliczne. 

Nad światem krąży znów widmo recesji, a nad głowami redaktorów mediów tradycyjnych i nowoczesnych krążą durne frazeologizmy. Na potwierdzenie tego przedstawiamy zaskakujący wskaźnik: otóż, liczba wzmianek słowa "recesja" w prasie znów rośnie. WHAT DOES IT MEAN?

Pozostajemy w tematyce kryzysowej, i przenosimy się w czasie o 80 lat do poprzedniego kryzysu. W WSJ ukazał się nader interesujący artykuł na temat wychodzenia z Wielkiego Kryzysu i chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem, że autorzy przedstawiają dość niekonwencjonalną i nieortodoksyjną wizję tych zdarzeń. Teza jest taka, że ożywienie w USA w latach trzydziestych nie wynikało z popytu rozpalonego na nowo przez ekspansję fiskalną, tylko ze wzrostu produktywności.

Chwilowo nie wiem, co o tym myśleć. Autorzy skupiają się w zasadzie na jednym wskaźniku, nakładach pracy mierzonych czasem pracy, co może być bałamutne. Prowadzi to jednak do ciekawych wniosków. Bo jeśli w czasie ożywienia zatrudnienie (w osobach) gwałtownie rosło, choć w skali gospodarki nie przepracowano istotnie więcej, to można podejrzewać, że każdy pracował trochę mniej, a z nowo zatrudnianymi pracą dzielili się ci, którzy wcześniej pracowali (chyba namotałem). Co nie musi być złe, bo zmniejszanie masowego bezrobocia samo w sobie jest dobre. Swoją drogą, to fascynujące, że 80 lat później ludzie wciąż spierają się o kwestie dość podstawowe, w tym przypadku - o naturę ożywienia gospodarczego. Czasem zastanawiam się, czy cokolwiek w tej ekonomii wiadomo. 

Artykuł z WSJ pojawia się zresztą jako kolejny głos w dyskusji nad tym, jaką rolę ma państwo do odegrania w kierowaniu gospodarki na ścieżkę wyjścia z kryzysu. W Stanach mieliśmy już jedną rundę w postaci pakietu stymulacyjnego (ktoś może kojarzyć absolutnie powalający nagłówek prasowy, "Republicans turned off by the size of Obama's package", to z tego okresu) Czy pakiet zadziałał? Oto krótki przegląd papierów. 

Decyzja o interwencji jest jednak wtórna wobec odpowiedzi na pytanie, dlaczego ożywienie w Stanach jest tak rachityczne, skoro kryzys mamy za sobą. Odpowiedzi jest całe multum, a jedną z nich jest "niepewność regulacyjna", czyli teza, że przedsiębiorcy nie zatrudniają, nie inwestują i nie zwiększają produkcji, bo boją się, że socjalistyczny Antychryst przykręci im śrubę. Werdykt: BUSTED.

Powoli żegnamy się z tematem kryzysu i na pożegnanie podrzucam staroć, czyli zbiór argumentów przeciw ideolo "too big to fail" i temu, co z niego wynika. 

Ze styku ekonomii i ekologii mam tym razem niewiele fajnych materiałów, bo jedynie dwa. Po pierwsze, oświecający (choć niezbyt zaskakujący) raport o kosztach energetyki słonecznej. Po drugie, świeżutki papier w American Economic Review (zaprawdę powiadam Wam, to jedno z trzech najlepszych i najbardziej poważanych na świecie czasopism naukowych w dziedzinie ekonomii) dotyczący prawdziwych kosztów działalności wysokoemisyjnej i jego omówienie w Skeptical Science. Wnioski? Spalanie węgla nie powinno się w ogóle opłacać. 

A teraz coś z zupełnie innej beczki - papier badający makroekonomiczne efekty synchronizacji kalendarzy wyborczych w strefie euro.  

Ponieważ dzisiejsza edycja jest multimedialna, to polecam niemal proroczy wykład Elizabeth Warren (na tę panią trzeba zwracać uwagę) o wiele mówiącym tytule: "The coming collapse of the middle class". 



Na zakończenie przedstawiamy transkrypcję rozmowy Paula Krugmana i Charlesa Strossa z 2009 r. Ekonomista i topowy pisarz s-f, czy coś mogłoby pójść nie tak? Świetny zestaw nawiasem mówiąc, zważywszy w szczególności na fakt, że Krugman napisał kiedyś artykuł o wiele mówiącym tytule - "The Theory of Interstellar Trade". 

Inne pierdoły 

Peter Watts, the master of mindfuckery, był w Polsce i napisał z tego relację.

Po raz wtóry o 9/11 - tym razem świetny artykuł w Wired. 

Na koniec, zamiast tubki, komiksu albo innych śmichów-chichów, mocna rzecz, czyli papier poświęcony konsekwencjom zmiany filozofii więziennictwa w Stanach, jaka się dokonała w latach 60-tych. 

22:42, asmoasmo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 września 2011

Kiedyś, po wypiciu flaszki, zastanawialiśmy się z kolegami, co by się działo, gdyby w telewizji zaczął występować satanista i jak zareagowałaby milcząca i zahukana zazwyczaj większość. Wydaje się, że w ostatnich dniach uzyskałem odpowiedź na to pytanie, bo zatrudnienie Nergala przez TVP wywołało taką erupcję lolkontentu, że nie wiadomo, w co ręce włożyć, o czym pisać, jak pisać i jak żyć. Jeżeli ktoś nie kojarzy, o kogo chodzi, to informuję, że Nergal naprawdę nazywa się Adam Darski, jest byłym chłopakiem Dody i frontmanem blackmetalowej grupy Behemoth. W tej ostatniej roli, jak się zdaje, zrobił więcej dla promocji Polski niż wszyscy polscy uczestnicy Eurowizji, z Mietkiem Szcześniakiem na czele, razem wzięci. Jest to wprawdzie promocja innego rodzaju niż Polandball albo prezydencja Polski w UE, tym niemniej, polski zespół odnosi sukcesy. Tak po prostu. 

Nergalologia

Nie ukrywam, że wpłynięcie (czy może raczej: wypłynięcie) Nergala do mainstreamu to dla mnie, starego metala, powód do satysfakcji. W końcu jestem człowiekiem, który przez prawie całe liceum i początek studiów narzekał, że polską scenę metalową mainstream ma w głębokim poważaniu, podczas gdy w Szwecji, Norwegii i Finlandii z metalu uczyniono koło zamachowe gospodarki (szwedzki metal okazał się szczególnie bezcenny w czasie II wojny światowej). W międzyczasie, Behemoth zaliczał kolejne trasy po świecie, zgarnął parę nagród w kraju, a jego lider został celebrytą. Co więcej, zapewne pierwszym polskim celebrytą - satanistą. No, więc ten człowiek teraz trafił do telewizji i prawica nam eksplodowała. Srsly, do zabrania głosu poczuły się wszystkie tuzy prawego dziennikarstwa, Sakiewicz, Janke, Semka, Kłopotowski czy Ziemkiewicz, a nawet parający się publicystyką upadli politycy, jak Ludwik Dorn. Milczeć nie mogą też biskupi (moar), nie mówiąc już o pacjentach Psych24 i spokrewnionych portali.

Nie wiem, czy Adam Darski jest satanistą. Dostępny materiał dowodowy jest co najwyżej nieprzekonujący, a na pewno bardziej śmieszy niż robi cokolwiek innego. Przykładowo, bliżej mi nieznany autor z korwinistycznej na pierwszy rzut oka witryny przeprowadził dziennikarskie śledztwo i odkrył, że jego tekściarz fascynuje się okultyzmem, sam Darski był na imprezie z kimś tam. Okultyzm, magia, neopogaństwo, satanizm - niektórym najwyraźniej nie robi to różnicy. Z kolei Marcin Meller, który z poczucia winy z racji bycia naczelnym "Playboya" poczuwa się chyba do opowiadania większych głupot niż inni, zauważa, że Nergal po korzystnym dla siebie wyroku sądu powiedział "Heil Satan", co jest ewidentnym odwołaniem się do satanizmu i nazizmu. Obawiam się jednak, że w nurcie akcentującym oś zła Hitler-Lucyfer-Nergal Meller nie ma szans przebić ks. Waldermara Chrostowskiego (cytuję w całości):

To, czego dopuścił się Adam Darski, nasuwa najgorsze i najbardziej mroczne skojarzenia. Chodzi o publiczne bluźnierstwo, którego apogeum stanowiło podarcie Pisma Świętego i rzucenie jego szczątków zebranej gawiedzi z okrzykiem: "Żryjcie to g...". Gdybym nie wiedział, że wydarzyło się to w jakimś podrzędnym gdańskim klubie, myślałbym, że chodzi o pogardliwy okrzykesesmana albo kagebisty wobec bezbronnych i upokorzonych ofiar. Tak zachowywali się oprawcy w Auschwitz i innych obozach śmierci oraz wrogowie Boga i Jego wyznawców w komunistycznych łagrach i katowniach. Tak odbierano godność i pozbawiano nadziei, że życie człowieka ma sens i cel. Kilka tygodni temu oglądałem kościół w Sewastopolu, w którym pod ołtarzem komuniści umieścili miejski szalet.

Uuuuuuuuu... that's a bingo! No, ale antysemitą chyba Darski nie jest... a jednak. Chyba tym panom nie wierzę. Skądinąd wiadomo, że Nergal jest ateistą, a dla niektórych prawicowców to w zasadzie to samo, co satanista. Bo jeśli ktoś nie wierzy w Boga i ze swoją obrzydliwie niemoralną niewiarą się obnosi, to jest satanistą. Ecce homo, ergo elk. Quod error demonstrandum. A nawet jeśli Nergal nie jest we własnym mniemaniu satanistą, to jest nim w rzeczywistości, bo Szatan zwodzi ludzi, posługując się artystami. Oni myślą, że tworzą kreację sceniczną, a tymczasem Szatan hyc hyc, jak zajączek, wchodzi ludziom do głów, każe cudzołożyć i robić sobie in vitro. 

No, bo co z tego, że on robi jakąś tam karierę w USA. Krzysztof Feusette, który żadnej kariery w USA nie zrobił, dobrze wie, że to tylko namiastki kariery, a Lady Gaga zrobiła większą. Dlaczego więc Wroński i Węglarczyk nie wzięli sobie Lady Gagi za patronkę i autorytet? - pyta dramatycznie Feusette, którego lotność i błyskotliwość jest już w niektórych kręgach legendarna - bo podarł Biblię i nazwał ją g... Jeżeli za takie rozumowania dostaje się pracę w "Rzeczpospolitej", to ja już nie wiem, dlaczego Hajdarowicz kupił taką gazetę. Mam taki senny koszmar, jak Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette spotykają się w redakcyjnej stołówce i zaczynają sobie opowiadać dowcipy nad schabowym i rozwodnionymi kartoflami. 

Nergal a sprawa polska

W takich oto okolicznościach publicyści i politycy ścigają się w wariackim konkursie na największą petardę. Oczywiście, jeśli bierze w nim udział Tomasz Terlikowski, wynik jest z góry znany. Enter Terlikowski. Mamy więc wojnę, jakiej nie widział świat. Wojnę, w której przeciwko szataniście z blackmetalowej kapeli i jego wiernemu giermkowi, Człowiekowi-Motylowi, stają zastępy modlitewnej krucjaty, biskupi, publicyści i prości ludzie. Muszą, bo obojętność prawych i pobożnych jest warunkiem dostatecznym triumfu zła. Muszą, bo zatrudnienie Darskiego jest polskim puczem monachijskim, satanistycznym zamachem stanu, policzkiem dla papieża, obrazą dla milionów Polaków, aktem terroryzmu, pierwszą salwą w wojnie, której rezultatem może być albo zmiażdżenie chrześcijaństwa w Polsce, albo jego triumf (w sensie, jeszcze większy niż teraz?). Jakkolwiek kanonadę słychać dopiero teraz, ten konflikt tli się od stuleci, od czasów Chrobrego, który za nieprzestrzeganie postów miał wybijać zęby, i jego wnuka, którego za pogaństwo skazano na zapomnienie.

W ostatnich latach kwestia satanizmu w Polsce nierozerwalnie splotła się z kolei z walką narodowowyzwoleńczą Polaków i próbami wyzwolenia się spod okrągłostołowo-postkomunistyczno-antychrześcijańsko-poprawnejpolitycznie tyranii. Jak bowiem dowodzi Tomasz Sakiewicz w tekście, który z pewnością przejdzie do historii dziennikarstwa śledczego, nie jest więc tu żadnym wypadkiem przy pracy, lecz efektem starannie dobranej koalicji politycznej, na której prezydent oparł się w mediach, a w przyszłości chce też budować rząd i swoją sferę wpływów. To trywialne, Tusk (albo od razu Putin)[1] pociągnął za kilka sznurków i oto mamy Nergala w TVP. Lekko tylko dziwi uwaga, że libertyni z PO i ateiści z SLD razem nic lepszego spłodzić nie mogli, bo przecież Sakiewicz byłbym jednym z pierwszych do tłumaczenia homoseksualistom, niczym Balrogowi w podziemiach Morii, że you shall not pass, właśnie dlatego, bo niczego spłodzić nie mogą. A wcześniej wcale lepiej nie było, bo rok temu „Wyborcza” namówiła prezydenta do usunięcia Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, co zostało wsparte przez SLD i hordy satanistów.  

W ostatnich latach siły zła zinfiltrowały nawet telewizję publiczną, która ślepcom wydawała się bastionem słusznych wartości, i pod płaszczykiem misyjności i propagowania wartości chrześcijańskich, zaczęły wysyłać w eter zgoła przeciwne sygnały, kreując w "Modzie na sukces" na postać pozytywną niejaką Brooke, która sypia z każdym, kto się nawinie. 

Wojna gniewu

W rozpalającej serca Polaków wojnie, Bóg stanie po stronie silniejszych batalionów. W międzyczasie, już w pierwszych tygodniach konfliktu portal Fronda osiągnął zaskoczenie taktyczne i w zaskakującym ruchu połączył siły z Przemysławem Babiarzem, Ryszardem Cebulą i Markiem Jurkiem, by szatana z telewizji przepędzić modlitwą. Do akcji modlitewnej przyłączył się nawet mikrocelebryta Jakub Głuszak, który wcześniej chciał odebrać Terlikowskiemu dzieci. Modlitwa, rozumiecie, ma ze wszystkich dostępnych prawicy broni najlepszy stosunek efektów do kosztów - te ostatnie są równe zeru, te pierwsze - a priori są dowolnie duże. Modlitwa przenosi góry, obala tyranię Michnika, przywraca umarłych do życia.

Do walki z satanistą zaprzęgnięto nowatorską i oryginalnie polską odmianę metody sokratejskiej, która zakłada osiągnięcie samozadowolenia stosującego ją przez wbijanie ostrych jak brzytwa pytań w serca wrogów. A gdyby Nergal zaatakował coś innego niż katolicyzm? A gdyby Nergal podarł Koran albo Torę? A gdyby Nergal znieważył buddyzm? A gdyby do występów w TVP zaproszono nazistę? Albo od razu Hitlera? Czy Paweł Wroński zjadłby kolację z Nergalem? A z Hitlerem? Jeżeli dzisiaj w TVP zobaczymy faceta z włosami w kitkę, to co jutro zobaczą tam nasze dzieci? Czy będą płakać, gdy zajrzą nam przez ramię? 

Ale nie tylko satyrą i piosenką. Nie tylko modlitwą walczyła ludność z okupantem. W arsenale naszych milusińskich jest również bojkot ekonomiczny, do którego wzywa Ludwik Dorn, trzeźwo zauważając, że tą sama ręką, którą wyciągamy portfel, by zapłacić w sklepie, kreślimy na czole, ustach i sercu znak krzyża podczas Liturgii Słowa. Chyba, że ktoś jest oburęczny. Mając na uwadze spustoszenie, jakiego poprzednie tego rodzaju inicjatywy dokonały w szeregach antypolskich mediów, szanse Darskiego wyglądają, oględnie mówiąc, marnie. Ale ostatni akt wypędzenia Nergala zostanie dokonany w innym miejscu, na Krakowskim Przedmieściu, gdzie kiedyś stał Krzyż. Oddajmy ponownie głos Sakiewiczowi: Nie chcecie Nergala w domach Polaków? Wbijcie z powrotem Krzyż w miejsce, z którego go wyrwano. Sądzę, że problem Nergala dałoby się prościej rozwiązać, gdyby Krzyż wbito w serce znienawidzonego satanisty. Przynajmniej będzie pewność, że nie wstanie.

Na kogo może liczyć Adam Darski? Jako artysta, w tej wojnie jest sam. Nie poparł go Grzegorz Markowski, nie poparli Kukiz, Malejonek, Litza i inne tuzy polskiej kultury, wszyscy co do jednego nowo albo staro narodzeni w Chrystusie. Wreszcie, zostawił go zespół Raz-Dwa-Trzy, legenda polskiej sceny metalowej. Powiedzmy sobie szczerze, po swojej stronie Nergal ma jedynie środowisko „Gazety Wyborczej” i rożnego typu cywilizacyjnych dewiantów (dziękuję, redaktorze Sakiewicz, tak mnie jeszcze nikt nigdy nie nazwał). Zaszczuty, ścigany, samotny Nergal ani chybi wpadnie w pułapkę, którą na niego zastawił publicysta Nowego Ekranu:

Mam oczywiście wielką nadzieję, iż Ci wszyscy ludzie tak naprawdę nie są "ludźmi Darskiego" czemu niechybnie i bardzo szybko dadzą publiczne świadectwo i mój znak zapytania w tytule zamieni się na zdanie: ""Nie! Ci wszyscy nie są "ludźmi Darskiego!""

Wtedy nie zostanie mu nikt, zostawi go nawet Paweł Wroński. I kiedy Nergal przegra, kiedy przestanie być użyteczny, upomni się o niego Szatan. Belzebub nie wybaczy Nergalowi uzurpacji, jakiej dokonał, kiedy nazwał się 18 września br., tym od ognia i piekła. Szatan mu tego nie zapomni, rozumiecie, on nienawidzi Nergala z tej racji, że jest człowiekiem. Te i inne rewelacje prezentuje redaktor prasy lokalnej z Płońska, który w cuglach mógłby wygrać konkurs na najbardziej odklejonego od rzeczywistości dziennikarza prasy lokalnej (jeśli ktoś nie widział tej rubryki, niech patrzy, bo urywa dupę). A gdy już Nergal trafi do piekła, będzie do końca świata dręczył Janusza Palikota swoją muzyką, co jak wiadomo, gorsze jest od śmierci. Skąd z kolei Michalkiewicz wie, jak Szatan zapatruje się na muzykoterapię, nie mam pojęcia. Zakładam, że jest to to samo poufne źródło, które Michalkiewiczowi podpowiedziało, kto zorganizował zamach na europejskie warzywa.

Egzorcyzmy Adama Darskiego

Ale i tak wszystkich przebili posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, którzy swoje stanowisko w sprawie Nergala rozpoczęli od konstatacji, że obecna sytuacja stwarza poważne zagrożenie dla ładu demokratycznego w Polsce, a skończyli na wezwaniu do wywalenia Nergala z telewizji. Rozumiecie, jeden facet w roli jurora programu muzycznego stanowi zagrożenie dla demokracji w Polsce, więc w imię demokracji i pluralizmu trzeba go wywalić, żeby telewizja propagowała tylko jedynie słuszne wartości. Wolność to niewola. Nawiasem mówiąc, fakt, że posłowie z głębokim niepokojem przyjmują zatrudnienie satanisty w telewizji i piszą stanowiska, jest smutnym świadectwem tego, w jak ciemnej dupie jesteśmy, jako kraj. Jak bardzo przejebane mamy, skoro tacy tytani myśli tworzą prawo. 

I pozostaje tylko zacisnąć pięści i szczęki, gdy po raz kolejny goni się za jakimś króliczkiem, myśląc że to Królik z Caerbannog. Ludzie, zajmijcie się poważnymi sprawami.

[1] - Alternatywnie, całą aferę sprokurowali i nakręcili sztabowcy PO, żeby spolaryzować społeczeństwo. 

wtorek, 13 września 2011

Witam wszystkich trzech czytelników tego bloga w szóstej części co-[tu wstawić interwał, który stawia mnie jako blogera w pozytywnym świetle] czytelniczych polecanek. Ponieważ poprzednia część pojawiła się z dużym opóźnieniem, nie było sensu odwlekać kolejnej. Plus - materiały z oceanu informacji mogłem sobie wybierać wiadrami. Dziś mamy dwunasty września, dwa dni po dziesiątej rocznicy zamachu na WTC i trzy dni po siedemnastej miesięcznicy polskiego WTC, a ja jestem asmoeth i bloguję od prawie trzech lat. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka 

Jako pierwszy polecę artykuł z nieocenionego You Are Not So Smart, dziś o tym, jak bardzo nie lubimy przykładać do innych takiej samej miary, jak do nas samych. Jak łatwo nam założyć, że o innych wiemy więcej niż oni o nas, a nawet niż oni o sobie samych. Na uwagę zasługuje też długawa opowieść o toczącej się w zasadzie o nic brutalnej rywalizacji dwóch plemion złożonych z dwunastolatków i jedenastolatków. Frapująca i wysadzająca mózg w powietrze lektura. 

Na drugie danie trochę klimatolologicznej strawy. W czasie, gdy w Czarnogórze na zmianę balowałem i drżałem ze strachu o swoje życie, pojawił się nowy Climate Denial Crook of the Week. Zaczyna się ping-pongiem pomiędzy nieprawdopodobnymi wręcz przykładami zaklinania rzeczywistości, a twardą rzeczywistością, a potem jest jeszcze lepiej. W tym samym duchu mamy piękny post Tamino o trendach temperatury. Do sztambucha wszystkim tym, którzy twierdzą, że globalne ocieplenie się zatrzymało. 

Nie zostawiając jeszcze kwestii zmian klimatu i całej reszty powiązanych, wychodzimy ze świata cyferek, symboli, modeli i zdradzieckich komputerów. Na io9 trochę o tym, co pokazał huragan / burza tropikalna Irena i dlaczego ludzie tym razem zdali egzamin z zarządzania kryzysowego. 

Tu i ówdzie można spotkać twierdzenia, jakoby establishment naukowy prześladował małe grupki powstańców (proszę nie wypuszczać psów bez kagańców) dokładnie w taki sam sposób, w jaki prześladowano w XVII wieku Galileusza. W tej analogii establishment naukowy jest Kościołem katolickim, w rolę spalonego na stosie skazanego Galileusza wcielają się zaś kreacjoniści, denialiści dowolnego sortu, ideolodzy alternatywnej medycyny, ufolodzy, miłośnicy placków, przedstawiciele dowolnej innej grupy, która czerpie radość z przekonania o własnej szlachetnej niekonwencjonalności. No więc troszkę o tym napisano w NYT przy okazji wystąpienia jednego z poważniejszych kandydatów do prezydentury ze strony Republikanów. I jeszcze cytat skądinąd, który sobie przypomniałem, autor nieznany:  

Galileo was a man of science oppressed by the irrational and superstitious. Today, he is used by the irrational and the superstitious who say they are being oppressed by science. So 1984.

A w ogóle, to znacie tę opowieść o tym, jak to Amerykanie wydali milion dolarów na długopis piszący w kosmosie, podczas gdy Rosjanie zabrali ołówki na orbitę? Chyba trzeba będzie pożyczyć od Pogromców Mitów pieczątkę z napisem "BUSTED!".  

Ekonomia, gospodarka i Krzysztof Rybiński

Czy zauważyliście, jak często "Granice wzrostu" zawsze pojawiają się w dyskusjach jako przykład alarmizmu, szalonego ekoterroryzmu i wsteczniackiego maltuzjanizmu? Zawsze uważałem, że większa część popularnych krytyk tego raportu jest niesłuszna, niesprawiedliwa i obciążona efektem pewności wstecznej (zajebiste tłumaczenie hindsight bias, nie ma co). Ten pan też tak uważa i nawet chciało mu się o tym napisać, w przeciwieństwie do mnie. 

Pozostając w okolicach ekonomii środowiska i klimatu, przedstawiamy krótki i węzłowaty papier poświęcony wyzwaniom, jakie ekonomistom stawiają zmiany klimatu.

Znalazłem ostatnio świetny blog na temat transportu i jego ekonomiki. Tylko popatrzcie, jakie perełki można tam znaleźć. Weźmy np. wpis od którego zacząłem czytanie. Kapitalna rzecz, z przemawiającym do wyobraźni i bardzo mi pasującym przejściem do narracji o rozproszonych kosztach i skoncentrowanych zyskach. Albo ten o kosztach generowanych przez amerykańską sieć autostrad międzystanowych. 

Pozostając w temacie, krótka opowieść o rozryciu St. Louis przez autostradę. Niby nic nowego i nic odkrywczego, ale miło jest czasem osadzić rzeczy znane w konkretnym kontekście. 

A tymczasem, na znanym i lubianym blogu Mike'a Konczala zapanowało #pięknoidobro, mam tu na myśli przede wszystkim okolicznościową (dlaczego, o tym za chwilę) notkę - a w zasadzie popularnonaukowy esej - o płacy minimalnej. A must read, jeśli nie zadowala kogoś podsumowanie z angielskiej Wikipedii. Okoliczność to powołanie przez Obamę Alana Kruegera, być może największego eksperta w tej dziedzinie na świecie, na stanowisko szefa rady doradców ekonomicznych. 

Wczoraj ukazał się raport końcowy z prac brytyjskiej komisji do spraw reformy bankowości. Z ciekawszych rekomendacji mamy ścisłe rozdzielenie bankowości detalicznej od inwestycyjnej. Ani trochę to nie zaskakuje, c'nie. 

I jeszcze lista sześciu "upadłych mitów ekonomii" z Wyborczej. Ja rozumiem, że taka publicystyka po neoliberalnych pierdołach Witolda Gadomskiego może wydawać się ożywcza, ale Maciej Samcik popełnił spory błąd w założeniach. To nie są mity ekonomii, tylko (przynajmniej częściowo) mity mainstreamowej publicystyki ekonomicznej w Polsce, ew. pobożne życzenia Leszka Balcerowicza. 

Na zakończenie artykuł z The Economist o tym, jak na zapomnianej przez bogów części  Szkocji rozwija się energetyka odnawialna i powiązany z nią przemysł.

Inne pierdoły (polityka)

Ostatnią kategorię otwieramy długaśnym raportem CAP na temat islamofobii w Stanach Zjednoczonych. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jakim sposobem w niektórych stanach władze na serio martwią się możliwością wprowadzenia szariatu w USA, powinien do tego raportu zajrzeć. 

Z okazji rocznicy zamachów z 11 września dwa kawałki. Tradycyjnie już Vanity Fair, tym razem o tym, jak łatwo można było zamachom zapobiec - w 1999 wywiadowi amerykańskiemu zaoferowano dostęp do korespondencji i telefonów Al-Kaidy i afgańskich Talibów. Dlaczego nie wzięli tego z pocałowaniem ręki? No, jakoś tak wyszło. Przewijamy taśmę do 2011 roku i w innych częściach medialnego uniwersum dziennikarz zadaje pytanie "Czy terroryści wygrali?" i odpowiada na nie twierdząco. Warto przeczytać. 

A teraz coś z zupełnie innej beczki - polemika na temat obrazu kobiet w "Grze o tron" (i kolejnych częściach sagi) George R.R. Martina: atak i obrona

A skoro już przy literaturze jesteśmy, to kol. Łukasz popełnił taką recenzję zbioru opowiadań Szczepana Twardocha, że ze śmiechu rozeszły mi się szwy, które mam od czasu, gdy piętnaście lat temu wycięto mi wyrostek robaczkowy. Prawdopodobnie najśmieszniejsza rzecz, jaką miałem przyjemność czytać w tym półroczu.

Dzisiejszą edycję polecanek czytelniczych kończymy mocnym uderzeniem w Partię Republikańską autorstwa weterana waszyngtońskich biur. Ze smaczniejszych fragmentów: 

The GOP cares solely and exclusively about its rich contributors. The party has built a whole catechism on the protection and further enrichment of America's plutocracy. Their caterwauling about deficit and debt is so much eyewash to con the public. Whatever else President Obama has accomplished (and many of his purported accomplishments are highly suspect), his $4-trillion deficit reduction package did perform the useful service of smoking out Republican hypocrisy. The GOP refused, because it could not abide so much as a one-tenth of one percent increase on the tax rates of the Walton family or the Koch brothers, much less a repeal of the carried interest rule that permits billionaire hedge fund managers to pay income tax at a lower effective rate than cops or nurses.

I to by było na tyle, do przeczytania. 

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

A oto i trzecia część relacji z podróży do Czarnogóry i okolic. Pierwsza to głównie różne impresje z podróży, rozważania na temat infrastruktury i jej niebezpieczeństw oraz niezbyt miłe uwagi na temat wielkomiejskości Podgoricy. W drugiej podrzuciłem kilka luźnych obserwacji poczynionych na miejscu i w trakcie wypadów w różne, mniej lub bardziej zakazane okolice. Czytelnik, jak na razie, widzi we mnie zapewne malkontenta, który z perspektywy obywatela trochę bogatszego kraju ocenia, krytykuje i zrzędzi, a przy tym jest podejrzanie skłonny do zapewniania wszystkich dookoła, że tak naprawdę podobało mu się tam. Dzisiaj nie zrobię zbyt wiele, żeby ten obraz zmienić.

Plaża plaży nierówna

Ulcinj ma kilka plaż: kilka kamienistych, ze stromymi brzegami, jaskiniami, wykutymi w skale schodami i nagłymi zmianami głębokości, co najmniej dwie piaszczyste. O plażach kamienistych mogę powiedzieć tyle, że większość z nich ma taki spartański urok, który sprawiał, że pobyt tam kojarzył mi się z Szymonem Słupnikiem. Plus: jak się człowiek rozłożył na zboczu, to miał darmową lekcję z fizyki i mógł nawet spróbować szacować, jakie ułożenie ciała na ręczniku równoważy grawitację i tarcie (niepowodzenie eksperymentu to zjazd do wody, czego nikomu nie polecam). Plaże piaszczyste odwiedzone przeze mnie są dwie: mała jest w centrum miasta i posłużyła mi w poprzedniej notce za kamień węgielny rozważań na temat bałkańskiej kultury czystości, wielka nazywa się Wielką Plażą i jest za miastem. 

Do Wielkiej Plaży można popłynąć łajbą za 3 euro w obie strony, ew. pojechać taksówką, wynajętym samochodem albo busem. W pierwszym przypadku trafia się na najnudniejszy fragment plaży z zamuloną wodą, w zamian zyskując tylko możliwość płynięcia na dziobie rdzewiejącej łajby i odtwarzania sceny z "Titanica", sami wiecie której. Transport drogowy zapewnia większą elastyczność i pozwala wylądować w dowolnym punkcie kilkunastokilometrowej plaży, gdzie tłok jest mniejszy, woda czystsza, infrastruktury generalnie brak, a bryza od morza działa jak nawiew w piekarniku. To tam właśnie widzieliśmy Spider-Mana z osłem. Little did I know, w tych pięknych wodach czyhały na mnie rozmaite niebezpieczeństwa.

Na morzu nikt nie usłyszy twojego krzyku

Wielka Plaża, pierwsza wizyta. Na lewo piach, na prawo piach, za nami toaleta klasy LUX, krzaki i bieda-las sosnowy. Z nieba leje się żar, piasek parzy w stopy, cudownie niebieskie morze kusi, więc wchodzimy. Woda jest ciepła, choć jej przejrzystość pozostawia wiele do życzenia. Jest płytko, naprawdę płytko - do tego stopnia, że w okolic łańcucha boi ostrzegawczych woda sięga do pasa. Mało tego, za bojami w tym miejscu plaży zaczynała się pokaźna mielizna i w pewnym miejscu, całkiem daleko od brzegu, chętni mogli sobie posiedzieć na dnie. Ludzie ekstrapolują trendy, więc wydawało się, że takie płycizny będą się jeszcze ciągnąć, a choćby i do samego Bari, po drugiej stronie Adriatyku. Poszedłem więc trochę dalej i w prawo, gdzie wody było do ramion, może ciut mniej. Co się może stać, nieprawdaż? Podpłynął skuter, więc się odsunąłem, lekko odbiłem od dna i odkryłem, że jestem w miejscu, gdzie nie czuję dna. Czy wspominałem już, że nie umiem pływać? Nie umiem pływać i bez twardego gruntu pod nogami wpadłem w panikę. Zacząłem desperacko machać rękami i nogami, co chwila się wynurzać i zanurzać, połykać wodę i wzywać pomocy. Podpłynęła jedna osoba, potem druga, i jeszcze kilka. Utrzymali na powierzchni, doholowali bezwładny i spanikowany kawał mięsa na płytsze wody. Za to jestem im dozgonnie wdzięczny. Za to, że na morzu jednak ktoś słyszy twój krzyk, również.

Mogło zdarzyć się więc tak, że ostatnią notką na tym blogu byłaby ta o truciu Polaków przez Olgacom.

Wiecie, w moim przypadku to nie było tak, że będąc w sytuacji granicznej nagle zacząłem myśleć o przeszłości. Całe moje życie nie przeleciało mi przed oczami, nie zobaczyłem dzieciństwa, nie zacząłem w przyspieszonym tempie żałować tego, że w wieku 6 lat dałem się uwieść wnuczce sąsiadów i zabiłem dla niej kurę. Nie zobaczyłem przyszłości, nie wpadła mi do głowy refleksja nad tymi wszystkimi szansami, które za chwilę stracę, nad tym PKB, które mógłbym tak pracowicie zmniejszać. Nie miałem nawet tak oczywistej myśli, jak ta, że umrę jako prawiczek samotnie w raju. Jedyne, co istniało, to teraźniejszość. Gdy tonąłem, myślałem o tym, że tonę, że mam dwa litry słonej wody w żołądku i że coś mnie wyrwało z kokonu bezpieczeństwa, który przez lata sobie pracowicie budowałem.

Doktor Haus na plaży

Za drugim razem, kiedy czarnogórskie morze chciało mnie zabić, też byłem na Wielkiej Plaży, parę kilometrów dalej. Same shit, different day. Szedłem po dnie w wodzie, kilkanaście metrów od brzegu, równolegle do niego. Chyba chciałem obejrzeć miejscową linię pływających boi, bo akurat w miejscu, w którym do wody wszedłem, ich nie było - tam podpływały łajby wycieczkowe. I kiedy tak sobie brnąłem przez ciepłą wodę, nucąc „ciepła woda brzegi rwie", poczułem ukłucie, coś zagrzebanego w piaszczystym dnie mnie użądliło. Ból był nie do zniesienia, więc wycofałem się na brzeg. Przystanek na obejrzenie stopy – była mała ranka – i już jestem na swoim leżaku (dwa leżaki i parasol za 6 euro za dzień, niezły deal). Bogiem a prawdą, było nas dwóch, ja i ból w mojej stopie. Kiedy tak sobie leżeliśmy, miałem dużo czasu na przemyślenia, bo choć ból zajął całkiem sporą część mojego umysłu, wciąż zostało mi tam niemało miejsca na idiotyczne pytania, które sobie zadawałem.

Widzicie, zabawiłem się w lekarza i zacząłem robić wywiad sam ze sobą w absurdalnie (w stosunku do okoliczności) systematyczny sposób.

Po pierwsze, ból. Czy ból się nasila? Nie, przez kilkanaście minut był jednakowo przeszywający i rozdzierający. Czy ból promieniuje na okolice miejsca ugryzienia i dalej? Nie, ograniczył się do kółka o średnicy ok. pięciu centymetrów.

Po drugie, czucie w nodze i paraliż. Nie wiedziałem, co mnie ugryzło i z mojego paranoidalnego punktu widzenia tajemnicze stworzenie równie dobrze mogło mi wstrzyknąć zabójczą neurotoksynę. Ruszałem więc nogą, ruszałem stopą, ruszałem palcami, wsadzałem stopę do gorącego piasku i chłodnej wody, szczypałem się w różnych miejscach na nodze. Nic, wsio w pariatkę.

Po trzecie, oddychanie i akcja serca. Pieczołowicie monitorowałem swój oddech i akcję serca. Były miarowe, regularne, nie było przeszkód i problemów. Nie dusiłem się.

Po czwarte, objawy neurologiczne. Rozglądałem się i mówiłem do siebie, a w myślach wykonywałem rożne obliczenia i wycieczki po ogrodzie pamięci. Zero podejrzanych objawów, chociaż strategicznie rzecz biorąc, popełniłem gigantyczny błąd, bo najpierw powinienem był sprawdzić, czy mogę ufać swojemu umysłowi, a dopiero potem oceniać resztę.

Kolejne godziny były spokojniejsze i upłynęły mi na oglądaniu miejsca ugryzienia. Rozumiecie, brak neurotoksyny nie oznaczał jeszcze, że będę żył. Przecież miejsce ugryzienia mogło zacząć gnić, mogłem nabawić się zakażenia, zakażenia krwi albo czegoś, o czym nawet nie słyszałem. Miejsce użądlenia lekko się zaczerwieniło, jak to miejsca użądlenia mają w zwyczaju. I nic. 

Szczęśliwie, następnego razu może już nie być. Mogę nauczyć się pływać, mogę pójść do specjalisty. 

niedziela, 28 sierpnia 2011

Witam czytelników tego bloga (wszystkich pięciu) w kolejnej odsłonie czytelniczych polecanek. Mamy ostatni weekend tegorocznych wakacji, składających się z dwóch smutnych miesięcy (lipcopada i sierpdziernika), które swoją brzydotą i ogólną niefajnością rozorały serca Polaków. Ja na szczęście w tym czasie ewakuowałem się do słonecznej Czarnogóry, o czym napisałem już dwie notki. Tenże wyjazd jest zresztą główną przyczyną, dla której poniższy materiał, gromadzony przez cały lipiec i kilka dni czerwca, wrzucam dopiero teraz. Jak zwykle mamy trzy kategorie tematyczne linków: nauka i sceptycyzm, ekonomia oraz inne pierdoły. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka

Zaczynamy od dwóch całkowicie odmiennych krytyk idei technologicznej osobliwości. Autorem pierwszej jest Charles Stross, facet który - o ironio - swoją twórczością zrobił całkiem sporo, żeby w ludziach rozbudzić marzenia o rapture of the nerds. Drugą wyhaczyliśmy na Overcoming Bias - ta ma ciut więcej z filozofowania niż z filozofii. 

Zapewne spora część czytelników kojarzy serię wpadek Dawkinsa i to, co w kręgach sceptyczno-racjonalistyczno-ateistycznych nazwano elevatorgate. Ponieważ sprawa jest już mocno przebrzmiała, a ja przegapiłem właściwy moment na notkę pt. "OMG, Dawkins jest uprzywilejowanym bucem [NA ŻYWO]", będzie tylko podsumowanie podsumowań. Są trzy bardzo dobre relacje z całej afery: Phila Plaita, Jennifer Ouellette i samej Rebecci Watson, od której wszystko się zaczęło. BTW, czy w sierpniu coś się zdarzyło w tej sprawie?

Dużo, dużo wypowiedzi różnych ateistów na temat przyczyn ich niewiary (pytał "New Statesman"). Warto przeczytać. 

Magazyn "Wired" o siedmiu eksperymentach, które zapewniłyby nam bezcenny wgląd w ludzką naturę. Raczej ich nie przeprowadzimy, bo są skrajnie nieetyczne. 

Mocny cios w tzw. klimatycznych sceptyków. Kontekst - topnienie arktycznej pokrywy lodowej, o której niektórzy uparcie twierdzą, że wcale się nie topi. To chyba kwestia przyzwoitości i uczciwości intelektualnej. 

Ponieważ dobrze jest znać jak najwięcej błędów w rozumowaniu, aby się ich wystrzegać, przedstawiamy błąd wyróżniania (fallacy of difference), czyli tendencję do postrzegania osób, grup społecznych lub rzeczy przez pryzmat ich specyficznych cech. Przykładowo, skądinąd wiadomo, że Adolf Hitler miał jedno jądro. Błędem będzie wyjaśnianie jego dyktatury jako próby kompensowania sobie braku jednego jądra. 

Na koniec pierwsze przymiarki do psychohistorii. Żyjemy w przyszłości, wiecie? 

Ekonomia

Dział ekonomiczny dzisiejszych polecanek czytelniczych ma dwa główne wątki i kilka pobocznych. Na początek kwestie polityki transportowej w Stanach Zjednoczonych, które pod tym względem, mówiąc eufemistycznie, nieco różnią się od innych wysoko rozwiniętych państw Zachodu.

Zaczynamy od szalenie ciekawej rozmowy z Edwardem Glaeserem, ekonomistą z Harvardu, na temat planowania przestrzennego i polityki transportowej. Dużo przykładów decyzji w obszarze różnych polityk, które faworyzują transport samochodowy i stymulują urban sprawl, z pozostawieniem kosztów zewnętrznych transportu samym sobie. Nieco po sąsiedzku NYT otwarcie pisze o prześladowaniu kierowców w Europie jako o domyślnym i preferowanym kierunku polityki. Jeśli jednak prześladujemy kierowców, to powinniśmy dać ludziom coś w zamian (i nie mam tu na myśli pseudoumowy społecznej w rodzaju "zgodzimy się na płatny wjazd do centrum, jeśli będą cztery linie metra i trzy pierścienie obwodnic"). W Stanach ta droga jest dość wyboista, jak wskazuje ten wpis. 

Kolejna kwestia to kryzys budżetowy w Stanach, zawieszony (tak, dokładnie tak) miesiąc temu przez porozumienie między administracją Obamy, a Republikanami. Porozumienie, jak czytelnicy zapewne sobie przypominają, to wypracowany w pocie czoła kompromis, który przewiduje, że redukcja deficytu i długu odbędzie się w stu procentach poprzez cięcia wydatków. Read my lips, no new taxes - powiedzieli przedstawiciele opozycji - co oznacza np. pozostawienie ulg dla firm na służbowe samoloty. Chyba, żeby (w imię równości) dowalić podatki tym, którzy są w tej chwili zbyt biedni, żeby płacić. 

W tym kontekście warto przypomnieć artykuł Josepha Stiglitza z maja b.r. na temat nierówności dochodowych w Stanach. Mocna rzecz, zaczyna się od takiego oto policzka: 

Americans have been watching protests against oppressive regimes that concentrate massive wealth in the hands of an elite few. Yet in our own democracy, 1 percent of the people take nearly a quarter of the nation’s income—an inequality even the wealthy will come to regret.

Z cyklu "pogromcy mitów" przedstawiamy papier na temat natury i przyczyn wysokiej dzietności we Francji. Z ciekawszych rzeczy - dlaczego mówienie o tym, że to zasługa "rozmnażających się jak króliki" imigrantów to bałamutne pieprzenie. 

Z obszarów bliski sercom i umysłom powoli przesuwamy się w miejsca bardziej ezoteryczne. W pewnym momencie znalazł mi się blog, a tam - szalenie interesujący wpis na temat hipotetycznego świata, w którym podstawą gospodarki jest własność intelektualna. Idea stojąca za tym eksperymentem myślowym jest prosta - wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie, w którym obecność replikatorów materii i praktycznie darmowych źródeł energii (tak, jak w "Star Treku") uczyniła rzadkość zasobów i dóbr pieśnią odległej przeszłości. W taki sam sposób, w jaki pełzająca rewolucja neolityczna zmieniła styl życia kromanionczyków i neandertalczyków w prymitywną ramotkę. Jak w takim świecie może istnieć gospodarka "klasyczna", podobna do naszej, z podziałem pracy, zyskiem i pieniądzem? 

Równie ezoteryczna wydaje się debata na temat odklejenia ekonomii akademickiej od tego, co w sektorze prywatnym i publicznym robią ekonomiści i różni tam praktycy. A w debacie - dużo fajnych głosów, na czele z Krugmanem i Summersem, który zresztą polecił jeden ze swoich starych papierów. Tytuł ("The Scientific Illusion in Empirical Macroeconomics") pyszny, a treść - z różnych prywatnych powodów - jeszcze pyszniejsza. 

I żeby nie było, że zamykam kawał tekstu smętnymi pierdołami w pedeefie, podrzucam taką oto wizualizację migracji w skali świata. Fajne.

Inne pierdoły... 

... czyli wszystkiego po trochu. Na pierwszy ogień dziwny odprysk postów na temat Osobliwości, czyli artykuł z Wikipedii na temat experience machine Nozicka. Kiedyś, w czasach gdy nie potrafiłem adekwatnie ocenić poziomu swojej niekompetencji, chciałem być filozofem.

Sylwetka Michelle Bachmann z "Rolling Stone" czyli rany boskie, jakie grzechy popełniliśmy, że bogowie karzą nas takimi kandydatami na stanowisko najpotężniejszej osoby na świecie? 

Vanity Fair o saudyjskim tropie w zamachach z 11 września. Frapująca lektura

Na koniec, dwa materiały dla rowerzystów (i nie tylko) - infografika na temat niedawnych zmian w prawie oraz obszerna dyskusja dotycząca wpływu kasków rowerowych na obrażenia głowy i ich skuteczności. 

Dozo. Chyba powinienem te notki pisać na bieżąco, zamiast wklejać na szybko linki i wracać do nich po miesiącu. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Z wpisu na blogu Washington Post:

The population of the United States is more than 300 million and it includes some of the best and brightest that the human species has to offer, probably more so than any other country in the world. There is surely something wrong with a system for choosing a leader when, given a pool of such talent and a process that occupies more than a year and consumes billions of dollars, what rises to the top of the heap is George W Bush. Or when the likes of Rick Perry or Michelle Bachmann or Sarah Palin can be mentioned as even remote possibilities.

(...)

The simplicity of Darwin’s idea, then, is a virtue for three reasons. First, and most important, it is the signature of its immense power as a theory, when compared with the mass of disparate facts that it explains - everything about life including our own existence. Second, it makes it easy for children to understand (in addition to the obvious virtue of being true!), which means that it could be taught in the early years of school. And finally, it makes it extremely beautiful, one of the most beautiful ideas anyone ever had as well as arguably the most powerful. To die in ignorance of its elegance, and power to explain our own existence, is a tragic loss, comparable to dying without ever having experienced great music, great literature, or a beautiful sunset.

Touché, panie Dawkins.

środa, 24 sierpnia 2011

Kontynuujemy relację z podróży do Czarnogóry i przyległości. Dziś kilka impresji, które nabyłem już na miejscu. 

Czisto je dobro

Kolega z wyjazdu, zapytany o to, jak ocenia Czarnogórę i jakie wrażenie na nim zrobiła, stwierdził, że "mają tam pierdolnik". Zapewne nie byłbym w stanie wymyślić słowa, które lepiej opisywałoby stan przestrzeni publicznej w tym kraju. Mam wrażenie, że jest wyraźnie gorzej niż w Polsce, choć polską riwierę ostatnio odwiedziłem chyba z 10 lat temu, w zupełnie innych czasach, w zupełnie innym życiu. 

Wyobraźcie sobie, że idziecie na plażę. Plaża jest stosunkowo niewielka i z oddali sprawia wrażenie niewiarygodnie zatłoczonej. Duża liczba parasoli i leżaków jednak nieco oszukuje wzrok obserwatora - w rzeczywistości jest gdzie rozłożyć koce i ręczniki, nie przeszkadzając nikomu. Można posmażyć się w słońcu, popluskać w ciepłym morzu, kupić butelkę wody w pobliskim markecie. Na plażę wchodzicie przed piętnastą, kiedy tłum jest największy, słońce grzeje w najlepsze, a słabiutka bryza daje tyle wytchnienia, co wentylator w saunie. Plaża jest zamykana o dziewiętnastej, więc w okolicach 18:30 większość plażowiczów udaje się do swoich hoteli, pensjonatów, apartamentów i przyczep kempingowych. I kiedy otwieracie oczy po tym exodusie, cała plaża jest zaścielona butelkami, reklamówkami, papierkami i innymi nieokreślonymi kawałkami plastiku. To nie jest tak, że komuś butelka wypadła z plecaka - tak wygląda miejsce, w którym przed chwilą była horda barbarzyńców nie znających idei kosza na śmieci. O dziewiętnastej na plażę wchodzi ekipa sprzątająca, zbiera wszystko do worków i wyrównuje piaseczek. 

A to dopiero pierwszy dzień i plaża przy reprezentacyjnym deptaku miasta Ulcinj (dawniej Dulcino). 

W tych stronach obowiązuje zasada 10 metrów - ta sama, która zdaniem Toma Clancy'ego obowiązuje w Chinach, mianowicie, że tutaj wszystko wygląda świetnie, chyba że spojrzy się z bliska. Moim zdaniem ta zasada obowiązuje na całym świecie i jest odzwierciedleniem ograniczeń naszego aparatu poznawczego, ale na potrzeby tego wywodu pozwolę sobie przyjąć, że w Polsce tak nie jest. To wcale nie tak, że mój blok z daleka wygląda fajnie, a jak się stanie blisko niego, można dostać w mordę. W Czarnogórze jest chyba dość bezpiecznie, ani przez moment nie czułem, że może mi tam coś grozić ze strony miejscowych, ale w twarz dostaje się za to widokami rozrzuconych śmieci, tańczących na wietrze torebek, porzuconych butelek, poutykanych w zaułkach palet i stert desek, wystawionych na próg worków ze śmieciami, do których w nocy coś się dobrało. Tragikomicznie wyglądają tonące w morzu śmieci kontenery z naklejką "Czisto je dobro", promującą zachowania kulturalne i, hm, europejskie. 

Miasta w budowie

Czarnogóra sprawia wrażenie państwa niedokończonego - pięć lat temu nie istniała jako samodzielne państwo, przez najbliższe pięć lat też sporo się zmieni, jak sądzę. W stromych zboczach wykuwane są działki pod zabudowę, w których tymczasowo znajdują się parkingi i wszechobecne myjnie samochodowe. Miasta zaludniają rozgrzebane budowy, od gołych fundamentów, poprzez nieotynkowane szkielety i budynki w stanie półsurowym (co nie przeszkadza mieszkańcom), aż po doskonale funkcjonujące hotele i pensjonaty, z dachów których wystają słupy i pręty zbrojeniowe. Jakiej części budynków dotyczy ten problem, ciężko powiedzieć, mam wrażenie, że w niektórych miejscach nawet 5-10%. 

Są ponoć dwa powody, dla których w miastach, miasteczkach i wsiach co rusz straszą rdzewiejące druty zbrojeniowe. Po pierwsze, inne niż w Polsce jest to, co można nazwać kulturą budowania domów. W Polsce, choćby miał nadejść Potop, finansowe tsunami albo Euro 2012, stawia się dom w docelowym kształcie, nawet jeśli oznacza to, że pozostanie w stanie surowym na długie lata. Tam budowy się etapuje, stawia dwa piętra, zostawia sterczące druty jako zaczątki kolejnych pięter i dobudowuje kolejne w miarę zapotrzebowania i dostępności środków finansowych. Dach może być płaski, na takim łatwiej postawić beczkę, w której słońce będzie grzać wodę (bogatsi mają kolektory słoneczne). Po drugie, rozgrzebanie budowy jest, jak mi powiedziano, korzystne finansowo, bo za nieruchomość w budowie nie płaci się podatków. Część domów nie będzie nigdy skończona, a druty pozostaną widomym znakiem niesprawności tamtejszych państw - w Albanii kultura rozgrzebywania budów jest jeszcze bardziej rozpowszechniona niż w południowej Czarnogórze. 

Spiderman i jego wierny osioł

Były też momenty, kiedy zastanawialiśmy się, czy jesteśmy jeszcze na planecie Ziemia czy już w Bizarro World. W Czarnogórze, na ten przykład, bardzo popularny jest Spiderman. Spośród wszystkich bohaterów komiksów, z całej barwnej menażerii zaludniające komiksy Marvela, DC i inne, tamtejsi ludzie interesu najbardziej ukochali sobie człowieka - pająka. Na ulicy można zrobić sobie zdjęcie z facetem przebranym za Spidermana, ten nieco tandetnie wyglądający obrońca ludzkości pojawia się też na plaży i spaceruje (jak gdyby nigdy nic) w niemożliwym, trzydziestoparostopniowym upale. Zaprawdę powiadam Wam, musi być superbohaterem, nie ma innego wytłumaczenia niż jad radioaktywnego pająka. Pierwszy raz spotkaliśmy go gdzieś na Wielkiej Plaży, kilkunastokilometrowym kawałku piaszczystego wybrzeża ciągnącego się aż do granicy albańskiej. A było to tak, że wycieńczonym, rozsmarowanym przez upał i gorący północny wiatr, na wpół pijanym z odwodnienia plażowiczom ukazało się osobliwy kwartet: Spiderman w pełnym rynsztunku, osioł w spodniach i kamizelce, facet w pluszowym kostiumie tygrysa i mała małpka w dżinsowej kurtce. Przedefilowali może dziesięć metrów ode mnie i spokojnie poszli na południe. Do dziś zastanawiam się, czy naprawdę to widziałem. 

Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę mi się te wakacje podobały. 

Wróciłem. 

Jak niektórzy czytelnicy tego bloga wiedzą, pojechałem na wakacje i ostatnie dwa tygodnie spędziłem zagranico, a konkretniej - w Czarnogórze i w drodze do i z tego pięknego kraju. Dzięki temu przez najbliższe miesiące (w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu) lato będzie mi się kojarzyć nie ze skręcaniem mebli z Ikei, wnoszeniem pudeł na trzecie piętro i ustawianiem książek w porządku tematyczno-alfabetycznym, a raczej z piekielnym słońcem, urywającymi łeb widokami i paranoicznym strachem o własne życie. Niekoniecznie w tej kolejności. Mam też materiał na kilka notek i mogę zgrywać podróżnika, który swoje banalne i nikogo nie obchodzące przeżycia poda tak pretensjonalnie, że Paweł T. Felis zainteresowałby się ich wierną ekranizacją. 

Czarnogóra jest pięknym krajem, składającym się w większości z pięknych miejsc, ale niestety nie jest pod Warszawą i trzeba tam jakoś dotrzeć (w ogóle transport jest przykrą koniecznością). No, więc nasza grupa czterech osób, razem z grupą czterdziestuparu innych osób, czyli razem pięćdziesiąt osób, została ulokowana w wynajętym autokarze i wysłana w podróż na trasie Warszawa - Kraków - Budapeszt (9-10 godzin przerwy) - Belgrad - Podgorica - Ulcinj. 1500 kilometrów i dziesięć stopni szerokości geograficznej nie wygląda nawet tak źle na mapie o dużej skali, ale w rzeczywistości to jest w cholerę daleko, jeśli wziąć pod uwagę kategorię, która ma tu największe znaczenie, czyli czas. Plany w rodzaju "gaz do dechy, sto na godzinę i dwa postoje po pół godziny, bo nie takie rzeczy ze szwagrem się robiło" można odłożyć do jednej szufladki z Biblią i "Mitologią" Parandowskiego. Kilka liczb - trasę z Warszawy do Budapesztu pokonaliśmy w standardowe 13 godzin, a resztę drogi - w jakieś 20 godzin. W drodze powrotnej tłukliśmy się na Węgry przez 23 godziny, a z Węgier do Polski - przez 17 godzin (z czego jedną spędziliśmy w Raszynie). W najlepszym razie 33 godziny w autokarze, w najgorszym - 40. 

Przyczyna tej mordęgi jest prozaiczna - proste drogi na dobre kończą się w Belgradzie, za którym zaczyna się plątanina mniej lub bardziej malowniczych serpentyn, miejscami przecinających skały w tunelach i półtunelach. O autostradzie nie ma co marzyć, na drodze przez południową Serbię i Czarnogórę szczytem szału jest okazjonalny pas do wyprzedzania, poza tym mamy jednojezdniową drogę z ogólnym zakazem wyprzedzania. I jakkolwiek malowniczo nie prezentowałaby się ta trasa (słowa nie są w stanie opisać tego, jak bardzo niektóre widoki urywają dupę) i jak fajnie kołysanie autokaru na zakrętach nie utulałoby pasażerów do snu, droga dłuży się niemiłosiernie. Z drugiej strony, wszechogarniające uczucie zniecierpliwienia ustępuje, kiedy pierwszy raz widzi się morze. Wiecie, takie niebieskie i błyszczące. W drugą stronę to niestety nie działa, bo gdy pierwszy raz widzi się Polskę, jest już tylko pogodzenie z losem i żarcik pilota, że w Polsce obowiązującą walutą są złotówki. 

Czy wspominałem już, że jechaliśmy autobusem? Dodam też, dla porządku, że nienawidzę autokarów nienawiścią świeżą i rozlewającą się po wszystkich zakamarkach mojego umysłu. Nasz był ponoć klasy Lux, ale niech nikogo ta nazwa nie zwiedzie, komfort podróży był gdzieś pomiędzy tylnym siedzeniem Daewoo Tico, a autobusem linii 190. Wali mnie to, na następne wakacje lecę samolotem, a zaoszczędzony czas mogę nawet spędzić na zebraniu spółdzielni.

W takiej podróży czas można mierzyć w godzinach i minutach, ale można też mierzyć odwiedzonymi stacjami benzynowymi albo obejrzanymi w jej trakcie filmami (autokar klasy Lux, leszcze). Tych ostatnich było sporo, bo obejrzeliśmy np. "Testosteron", "Śniadanie do łóżka", "Skrzydlate świnie", "Body of Lies", "Incepcję", "Due Date" i "Ile waży koń trojański?". Co było ciekawym doświadczeniem, bo w innych okolicznościach nie zdobyłbym się pewnie na zapoznanie z jakąkolwiek polską komedią nakręconą po "Chłopaki nie płaczą". Wnioski są takie, że "Testosteron" to najbardziej bucerski, seksistowski i żenująco nieśmieszny kawał celuloidowego łajna, jaki widziałem w ostatnich latach. Gdy sobie pomyślę, że są ludzie, którzy ten film uważają za kultowy, a ja wchodzę z nimi w interakcje społeczne nie wiedząc o tym, robi mi się zimno. O "Śniadaniu do łóżka" mogę powiedzieć tyle, że grał tam Tomasz Karolak, a w filmie chodzi o potęgę Miłości, tak samo jak w "Skrzydlatych świniach" (rozczar). Z kolei "Ile waży koń trojański?" nie jest nawet nudny.  Na pewno w którymś obcym języku jest ładne słowo albo wyrażenie, które idealnie opisuje ten rodzaj nijakości. Mnie np. scenki z Donaldem Tuskiem i Robertem Kubicą kojarzą się z kołkami, które w "Narrenturmie" strugał Samson Miodek. 

Podróż pomagają także ustrukturyzować niespodziewane wydarzenia. Na granicy czarnogórsko-serbskiej musieliśmy zawrócić i dymać na około, bo gdzieś tam coś tam zamknęli. Za Podgoricą epicko zabłądziliśmy. W ogóle Podgorica jest chyba najmniej imponującą ze wszystkich europejskich stolic: nie ma ani fajnej architektury, ani aury wielkomiejskości, ani jakichkolwiek atrakcji, które kazałyby grupom zagranicznych turystów zatrzymywać się dłużej niż na siusiu, papierosa i wizytę na stacji benzynowej. Miasto to ma mniej więcej tyle wdzięku, co Radom albo Sieradz i bardzo się cieszę, że byliśmy tam tylko przejazdem. Czy można się zgubić w Radomiu? Mnie się nie zdarzyło, ale wyobrażam sobie, że tak. Czy można się zgubić w Podgoricy? Trzeba się postarać. Ile razy można się zgubić w Podgoricy? My zgubiliśmy się dwa razy, pomimo dwóch GPSów, trzech map, dwóch kierowców i pilotki. Za pierwszym razem skręciliśmy w lewo, zamiast pojechać prosto. Udało się zawrócić elegancko i po angielsku, większość pasażerów nie zauważyła nawet, że się zgubiliśmy. Za drugim razem - już na innym skrzyżowaniu - pojechaliśmy prosto, zamiast skręcić w lewo i wyjechać na E-cośtamcośtam. Tu też zaskakująco długo fakt zgubienia drogi nie był wiadomy wszystkim pasażerom, choć niektórzy (i nie mam tu na myśli wyłącznie siebie) szybko zorientowali się, że coś jest nie tak. Podejrzanie ciasne zakręty, braki w oznakowaniu, gęsto rozmieszczone wjazdy do posesji, okazjonalny traktor, facet w gumofilcach próbujący złapać stopa... można sobie wybrać, mnie najsilniej otrzeźwił ten ostatni widok. 

Nic to, autokar opuścił Podgoricę (i kilka sąsiadujących z nią wsi) i zaczął wspinać się pod górę. W miarę, jak widoki robiły się coraz bardziej imponujące, różne elementy otoczenia - i to już nie były jakieś tam drobiazgi - zaczynały coraz wyraźniej układać się w literki, a te w wyrazy MENE, TEKEL i FARES. Może to absolutny brak samochodów z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi, może to to brak stacji benzynowych i generalnie jakiejkolwiek infrastruktury dla podróżnych, a może monstrualna luka w oznakowaniu rozpaliły we mnie niepokój? A może fakt, że droga, przytulona do zboczy wzgórz i gór, pozbawiona była barier energochłonnych, betonowych słupków, roślinności i w ogóle czegokolwiek, co osłaniałoby jadące nią pojazdy przed zionącą poniżej przepaścią? A może - wreszcie - ostre zakręty i ogólna ciasnota tej drogi? Autokar rzęził, dławił się i każdy podjazd pokonywał z potężnym rykiem, a ja czułem, jak krew zamarza mi w żyłach, a żołądek migruje gdzieś, gdzie nie powinno go być. Zgodnie z mapą, była to droga drugiej kategorii, odpowiednik drogi wojewódzkiej w Polsce. 

Po paru kilometrach z kakofonii głosów w głowie wyłoniła się paniczna myśl, że chyba nie wrócę już do Polski, że umrę młodo i bez sensu. Że nikt nie usłyszy naszego krzyku. Widziałem już te relacje w mediach i nagłówki krzyczące o wypadku polskiego autokaru w Czarnogórze, zdjęcia z helikopterów i rozważania ekspertów. Pięćdziesiąt osób spadło w przepaść, bo kierowca źle skręcił, co za idiotyczna śmierć. W takiej wesołej atmosferze minęło nam chyba ze trzydzieści minut. Szczęśliwym trafem, w wiosce o nazwie Medun udało się zawrócić i przemierzyć jeszcze raz tę samą drogę (gorzej, że w większości po zewnętrznej stronie...). Swoją drogą, wiecie, jak się poczułem, gdy zobaczyłem wyłaniające się zza pasma górskiego białe kowadło? Pokonywać takie serpentyny w deszczu, na trzeźwo, to prawdopodobnie żadna przyjemność. Potem już dobrze skręciliśmy, a ja na pierwszym postoju poszedłem do sklepu, kupiłem butelkę wina i wypiłem duszkiem. Chyba byłem jedynym, który się tak tym przejął. I nie wiem, co jest bardziej przerażające - to, że mogliśmy wtedy stoczyć się w przepaść czy to, że najwyraźniej nikogo to nie poruszyło. Cóż, każdy na swój sposób przeżywa konfrontację z własną śmiertelnością. U mnie popsuła się maszynka do liczenia prawdopodobieństw. 

W następnych odcinkach - jak rozpoznawać Polaka z dużej odległości, jak prawie utonąłem i co ludziom wystaje z dachów. 

niedziela, 26 czerwca 2011

Wczoraj na moim ulubionym blogasku na temat smug chemicznych pojawiło się dramatyczne ostrzeżenie przed innym blogiem o tej samej tematyce, który zaistniał na chemtrailsowym firmamencie ledwie miesiąc temu: 

Zawiadamia się, iż blog (olgacomscandal.wordpress.com) i zamieszczony na nim film oraz petycja jest obrzydliwą prowokacją wrednych grup NWO, wymierzoną w niezależne grupy badające chemiczne opryski (chemtrails)

To z całą pewnością jest sprawa, którą należy zbadać. Czy Centrala mogła przygotować prowokację przeciw niezależnie myślącym, nie informując o tym zamiarzie swoich najwierniejszych dezinformatorów? Zacznijmy jednak od samego Olgacomu. Olgacom, jak twierdzi się na stronie internetowej, to firma świadcząca usługi cateringowe liniom lotnicznym, o której najwyraźniej nikt nie słyszał. Google wyrzuca niezbyt informatywne wyniki: w najlepszym dostajemy kompletnie nieistotne rzeczy (na piątym miejscu jest oficjalna strona Olgi Kurylenko), w najgorszym - spiskologiczne blogi i fora, na których omawia się rolę tej firmy w gazowaniu, truciu i chemicznym prześladowaniu Polaków. Poza tym - nic, żadnych wpisów w KRS, żadnych informacji prasowych, żadnych przypadkowych wzmianek. W szczególności, nic nie wiadomo, jakoby LOT był zaopatrywany przez firmę Olgacom. Jak na przedsiębiorstwo działające od przeszło dwudziestu lat, żenująco słabo. Jeśli komuś w tym momencie nie zapalają się wszystkie ostrzegawcze lampki w mózgu, to nie wiem, kiedy mogłyby.

Firma Olgacom ma rzekomo siedzibę przy ul. Kontenerowej 129 w Gdańsku. Nie dość, że takiego adresu nie ma (jest za to w Gdyni), to w dodatku nic przy tej ulicy nie ma (poza terminalem kontenerowym), chociażby budki ciecia. Nawet o domniemanych właścicielach firmy, których nazwisko - nawiasem mówiąc - jest dziwną mieszanką polskiej i angielskiej transkrypcji z rosyjskiego, nic internetowi nie wiadomo. Zdjęcie, które ma przedstawiać Patryka Trietiakowa, w rzeczywistości przedstawia niejakiego Siergieja Trietiakowa, agenta SWR, który w 2000 r. uciekł do Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, kto jest na drugim zdjęciu i, szczerze powiedziawszy, nie chce mi się szukać. Nie spodziewam się, żeby przedstawiało ono Urlyka Trietiakowa.

I jeszcze, na zakończenie, przyjrzyjmy się samej stronie internetowej. Domena olgacomglobal.pl została, jak łatwo sprawdzić, zarejestrowana siódmego maja bieżącego i nie istniała wcześniej. Jak na firmę z dwudziestoletnią tradycją, kiepsko. Zresztą, popatrzcie na samą stronę i zapłaczcie. 

Jeśli jednak wierzyć autorce bloga, ta firemka znajduje się w samym centrum monstrualnego spisku wymierzonego przeciw obywatelom wszystkich państw świata. Jednym z typowych aksjomatów teorii spiskowych jest "nic nie jest takie, jakie się wydaje" i, oczywiście, tutaj nie jest inaczej. Oprócz sprzedawania zupek i kanapeczek do LOTu, KLM i wietnamskich linii lotniczych, Olgacom zajmuje się geoinżynierią. Logiczne. Uzasadnienie znajduje się w podlinkowanym tekście. Zachęcam do jego przeczytania, bo jest to perełka tego, co parani nazywają "łączeniem punktów", a co zasadniczo jest ssaniem z palca. W telegraficznym skrócie - Olgacom współpracuje z Ciechem, który z kolei ma umowę z chińską firmą, która jakiś czas temu przejęła fabryki i instalacje od Monstanto. Że Monsanto to ludobójcy, wiedzą wszyscy. Wszyscy też wiedzą, że Chińczycy potrafią kontrolować pogodę (a jeśli potrafią kontrolować pogodę, to wszystko inne też). Jeżeli Olgacom to geoinżynieria, sprawa zamknięta. Jest też bardzo śmieszny trop holenderski - siatka powiązań łączy więc korporacje polskie, chińskie i zachodnioeuropejskie. Bodaj najzabawniejszy fragment tego tekstu dotyczy roli holenderskiego następcy tronu, o którym w pewnym momencie pisze się: 

Willem-Alexander is of course part of Bilderberg group (see here proof that he was at the 2009 meeting) and friend of Obama, who he visited on 11 september 2009 and has admitted US weather modification project. Willem Alexander is also a pilot! His mother Queen Beatrix and Prince Bernard was important members of the New World Order where the elite banks and the company rule this world.

JEST PILOTEM! Czy trzeba wam więcej dowodów? Temu, kto to pisał, muszę w tym miejscu pogratulować. Gdyby tekst dotyczył istniejącej firmy, byłby praktycznie nie do odróżnienia od przeciętnego tekstu z Globalnej Świadomości, Pracowni albo audycji Alexa Jonesa. Chapeau bas, czytanie tego bloga to bardzo pouczające doświadczenie, które kojarzy mi się z odpruwaniem sweterka. Człowiek bierze jedną nitkę i po kolei, metodycznie niszczy misterną konstrukcję, odkrywając przy okazji sposób, w jaki został uszyty. Ot, takie proste reverse engineering. Mamy nawet groźby pod adresem autorki! 

Jest też filmik, którego obejrzenie polecam wszystkim czytelnikom, bo jest... uroczy.



Jakkolwiek sama idea umieszczenia firmy cateringowej w centrum geoinżynieryjnego spisku jest ciekawa, dla mnie dużo bardziej interesujące jest to, czy rodzimi i zagraniczni parani dali się strollować, a jeśli nie, to w jaki sposób odkryli prowokacje. Wiemy już, że tropicielka chemtrailsów z Wielunia o nicku Ehovara nie dała się nabrać. Ehovara nie walczy z nowym porządkiem świata samotnie, ma bowiem po sąsiedzku prowadzony przez znaną skądinąd Astromarię hub dla tropicieli chemtrailsów, gdzie ta kwestia również pojawiła się na tapecie. I choć jeden z dyskutantów po prostu sprawdził datę rejestracji domeny olgacomglobal.pl (ach, gdybyś kolego był choć odrobinę krytyczny wobec rozsiewanych przez siebie informacji), inni wychwycili bardziej osobliwe niuanse: 

Alenka Wacek… co to za imię? To wymyślił ktoś, kto nie zna Polski i polskich imion. Coś mu dzwoniło, ale chyba raczej w bałkańskim kościele, a nie naszym. [astromaria]

Nazwisko jednak brzmi jako czeskie lub słowackie. Stronę musiał założyć ktoś, kto nie odróżnia Czechów od Polaków. Albo to jest Azjata albo Amerykanin. Co wy na to? [ehovara]

Co do reszty: niereligijna twierdzi, że babka gada z ruskim akcentem. Mnie też parę razy zaleciało rosyjskim, śpiewnym „zaciąganiem”. Nazwiska szefów firmy i babcia Olga wskazują na Rosję. Ale może to być mistyfikacja zrobiona przez kogoś, kto nie zna realiów Polski, Rosji i krajów słowiańskich, ponieważ imię i nazwisko tej „konfidentki” brzmią (jak na moje ucho) po bałkańsku (jak napisałam w pierwszymkomentarzu). [astromaria]

Czas mają ustawiony na bliski wschód. Czyżby ktoś Polaków chciał podpuścić na Chiny? [ehovara]

Nie myślcie sobie, że sprawa firmy Olgacom przeszła bez echa, o nie. Wprawdzie strona firmy wisi od przeszło miesiąca, podobnie jak wklejony wcześniej film, ale kupka trafiła w wentylatorek dosłownie wczoraj. Napisał o tym Monitorpolski i podchwycił Piotr "Dratewka widziałem jak wyrywałeś mikrofon Jane Burgermeister" Bein, rzecz trafiła na Wykop i Obywatelskie Nieposłuszeństwo, przeklejkę zrobił nieznany wcześniej klon Niezależnej.pl, zamaskowany (nie wiedzieć czemu) jako portal regionalny Ziemia Mielecka. Przeklejkę zrobiło polonijne radio z Arizony i zaczęło się to również rozchodzić po angielskojęzycznej części Internetu (A, B, o YT nie wspominając). 

Bodaj najbardziej (albo najmniej, jak kto woli) zaskakujące jest jednak to, jak bardzo nasi spiskolodzy starają się znaleźć ziarno prawdy w tym dowcipie:

Może też być i tak, że 90% tej historii to prawda a nie zgadza się tylko nazwa firmy, która spina wszystkie te pozostałe mniejsze. Następnie wynajęto trolla, który miał pięknie wskazać wszystko to, co jest w tej historii podejrzane, aby ludzie uznali, że to jedna wielka ściema i w ten sposób odrzucili ją razem z prawdą w niej zawartą. [DavidIckeFan]

Sprawdzałam wszystkie artykuły z filmu – są publikacje w necie. Co do firmy faszystymonsanto to jak najbardziej, uważam, że ta firma bierze w tym udział. Inne wątki należałoby sprawdzić. Za tą ELENKĄ może stać ktoś, bardzo mocno wkurzony (może z opozycji, zbliżają się wybory) i zaczyna ujawniać ciemne strony „nierządu”. Tak mi się wydaje. [ehovara]

Sprawa niewątpliwie jest śmierdząca – jeśli nawet jest to dezinformacja to zachodzi pytanie po co by ją stworzono? Kto zadałby sobie tyle trudu by stworzyć tego typu fikcję? Dlaczego głównym graczem w tej „aferze” są akurat Chiny, a nie np. USA czy Rosja? Zalecałbym ostrożność w ocenach. Jeśli to wszystko jest prawdą, to mamy bardzo poważny problem – ingerencji obcego państwa na naszym terenie. Mam nadzieję, że odpowiednie osoby się tym zainteresują… [Monitorpolski]

Jeśli ta firma istnieje i ma te pieniądze i cele, o których mowa, to nie będzie się afiszować wystawnymi stronami. [Monitorpolski]

Powróżę trochę z fusów. Otóż, przewiduję, że ten dowcip wejdzie na stałe do repertuaru spiskologów, pomimo otaczającej go aury prowokacji sił wiadomych. Zbyt dobrze trafia w oczekiwania tych wszystkich ludzi, którzy codziennie tracą godziny z życia, gapiąc się w niebo, licząc i katalogując smugi kondensacyjne, którzy przeklejają od siebie te same kiepsko napisane i kiepsko osadzone w rzeczywistości teksty. Którzy na forach i blogach na zmianę nawzajem się nakręcają i uspokajają. Którzy desperacko pragną, żeby wreszcie pojawił się ten jeden, jedyny i ostateczny dowód na to, że ich żarliwa wiara ma sens, żeby wreszcie ktoś przedstawił dymiący pistolet z odciskami palców domniemanego zabójcy (bo wtedy skrawki papieru na miejscu zbrodni, niewyraźne zdjęcia i przepuszczone przez głuchy telefon zeznania na wpół ślepego świadka będą mieć sens). Którzy modlą się do swoich bóstw, żeby w końcu jeden z tysięcy opryskujących ich pilotów ujawnił prawdę, żeby jakiś insider dmuchnął w gwizdek tak mocno, że świat się obudzi i zrzuci z siebie niewidzialne jarzmo syjonistów NWO. 

Myślę sobie teraz, że w nawiązaniu do poprzedniej notki nie mógł mi się trafić lepszy materiał. Polecałem tam znakomity blog You Are Not So Smart, a ostatni wpis dotyczy możliwości zmiany opinii i wierzeń pod wpływem faktów im przeczących. Wnioski z literatury naukowej są w tym względzie dość pesymistyczne - to nie działa, fakty nie działają. W tym konkretnym przypadku mamy prościutką prowokację złożoną z tych samych klocków, z których nasi spiskolodzy budują sobie wymyślne konstrukcje. I co? I nic, to po prostu kolejne potwierdzenie ich rojeń. Bo jeśli komuś się chciało wymyślać firmę cateringową zajmującą się w sekrecie dystrybucją chemikaliów do chemtrailsów, to coś w tym musi być. 

piątek, 24 czerwca 2011

Witam wszystkich czytelników w czwartej odsłonie nieregularnych polecanek czytelniczych, w których uwadze wszystkich czytelników i subskrybentów polecam rzeczy nudne, przeraźliwie nudne i kompletnie niestrawne. Dziś, jak zawsze, będzie trochę rzeczy z ekonomii, trochę materiałów racjonalistyczno-sceptycznych i trochę dziwów nigdzie indzie nie sklasyfikowanych (bo mi się nie chciało).

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka

Na początek podzielę się z czytelnikami informacją, że mam swój ulubiony blog. Nie jest to, wbrew popularnym plotkom, "Sukcesy i Porażki Watch", tylko takie tam skromne przedsięwzięcie, You Are Not So Smart. Wszystko tam jest zarąbiste, począwszy od miny gostka z fajką, a skończywszy na tematyce. Ten blog to bowiem zawieszony głęboko w osiąnięciach nauki przewodnik po wszystkich piekielnych kręgach iluzji i błędów poznawczych. Dunning Kruger? Proszę bardzo. Farmville i nierówne traktowanie strat i zysków? Tutaj. Confirmation bias? No oczywiście, z mnóstwem odnośników do literatury. I tak dalej, i te pe. Mnóstwo tekstu, mało obrazków, a każdy artykuł sprawia, że po jego przeczytaniu człowiek zastanawia się, dłaczego właściwie udaje mu się codziennie nie zginąć z powodu rozwiązanych sznurowadeł. Acha, pretekstem, dla którego postanowiłem polecić YANSS, jest świetny art o trwaniu przy fałszywych wierzeniach.

Do kategorii "Dziwne, ciekawe" powinien trafić ten oto słownik truthersów, nie mogłem jednak wsadzić go do jednego folderu z pewnym felietonem imć pana von Dehnela. Możemy w zasadzie pozostać w temacie 11 września (te teorie spiskowe to straszne ramotki, mówię wam) i zwrócić uwagę na to, co grozi nam już wkrótce. Batshit crazy, jak powiedziałby Amerykanin.

Z mrocznego świata teorii spiskowych udajemy się prosto do magicznej krainy medycyny alternatywnej, gdzie na naturalnie zdrowych ludzi czyhają toksyny, psychopaci w białych kitlach i mafia koncernów farmaceutycznych. Z psychopatami i koncernami niewiele można zrobić, poza pisaniem blogonotek i listów otwartych do Św. Mikołaja, toksyny to jednak zupełnie inna bajka. Z toksyn można się oczyścić, o czym traktuje dość zabawny artykuł w NYT.

Niestrudzeni popularyzatorzy ze Skeptical Science przygotowali ładną animację obrazującą proces powstawania konsensusu w kwestii roli człowieka w zmianach klimatu. Jest nie tylko ładna, ale też użyteczna - można sobie wyklikać każdy pejper w bazie, z której generowana jest animacja. 

Poskakawszy sobie z kwiatka na kwiatek, warto teraz przejść na poziom meta i, zamiast omawiać tematy sceptyczne, zająć się sceptycyzmem jako takim. Wyśmiewać czy edukować? Glanować czy szukać porozumienia? - to stare pytania, z którymi część czytelników zapewne zetknęła się więcej niż raz. Jak się okazuje, są jeszcze starsze niż myślałem. W 1838 myślano o tym tak:

Unhappily, however, those who have buckled on the armour against the follies of the times, have been often unwise and indiscreet in the character and spirit of their measures. Disgusted by the stupidity of the victims of delusion, and provoked by their obstinate adhesion to error, they have assailed them personally, instead of attacking the false philosophy and pseudo-philanthropy by which they have been imposed upon; and thus they have made a show of intolerance which has been fatal to their success. …

Persecution only serves to propagate new theories, whether of philosophy or religion, as the history of the world demonstrates; and this it has never failed to do, whether those theories were true or false. They acquire fresh vigour under the blows of intolerance, and like vivacious insects seem to multiply by dissection. Hence, every attempt to put down impostors, or enthusiasts, by censoriousness and invective, directed against them personally, because of their follies or their crimes, has ever been unsuccessful. They are themselves so sensible that opposition of this kind promotes their cause, that they desire, invite, and even provoke it. Indeed some of the popular follies of the times are indebted solely to the real or alleged persecutions they have suffered, not only for the number of their votaries, but even for their present existence; and but for this they would long since have descended to the tomb of the capulets, “unwept, unhonoured, and unsung.

Skoro już jesteśmy na poziomie meta, to warto naświetlić sprawę Briana Dunninga. Dunning to taki lekko rubaszny koleś, który od paru lat produkuje Skeptoid, całkiem przyzwoity sceptyczny podcast, którego największą zaletą jest chyba zwięzłość i koncentracja na jednym, czasem bardzo wąskim temacie. Sam Dunning jest jednak lekko bucowaty i zdarza mu się błądzić w libertariańskiej mgle. Z pewnym zaskoczeniem dowiedziałem się, że rok temu postawiono go w stan oskarżenia. Powód? Długa lista oszustw, o których istnieniu wolałem nie wiedzieć. Z tego, co zdążyłem w wolnej chwili wyguglać, oskarżeni wpłacili kaucję i odpowiadają z wolnej stopy, proces trwa. 

Od spraw nieco smutnych przechodzimy do bardziej radosnych. Każdy szanujący się sceptyk powinien zdawać sobie sprawę z tego, że dziwne i niezwykłe zjawiska, które trafiają w orbitę jego zainteresowań, mają skłonność do ewoluowania wraz z upływem czasu. Przykładowo, zielone ludziki ustąpiły miejsca szarakom o wiekich, migdałowych oczach, te zaś zaczęły same rozpływać się w mroku dziejów. Co jednak działo się w tym samym czasie z ich domniemanymi pojazdami? Otóż, zaczęły zwalniać.

I skoro już jesteśmy przy temacie UFO, to nie mogę nie zauważyć, że Czajniczek Pana Russella napisał dziś o moim ulubionym przypadku obserwacji tego zjawiska w Polsce, czyli o Latających Miskach ze Zdan. Behold.

Tamże w komentarzach, choć pod innym wpisem, ktoś wrzucił odcinek Reksia, w którym pojawia się UFO.

 

Ekonomia / gospodarka / Krzysztof Rybiński

Z niepoważnego świata nauki i pseudonauki przeskakujemy do kwestii ekonomicznych. Na początek proste pytanie: jaki pojazd mechaniczny jest najprawdopodobniej mniej efektywnym środkiem transportu niż niezidentyfikowany obiekt latający? Oczywiście, samochód. Zaczynamy od krótkiego artykułu ze Slate o kosztach długotrwałych dojazdów do pracy, obejmujących otyłość, samotność, rozerwanie więzi społecznych, problemy ze zdrowiem, a nawet rozwody. I czas, jedno z tych dóbr, z którego rzadkości zdajemy sobie sprawę zbyt późno.

Po drugie, odgrzewam dość stary (dwa i pół miesiąca) artykuł z Wyborczej, w którym Piotr Pacewicz postanowił zająć się wynikami testów PISA i tego, jak Polska sobie w nich radzi. Jeśli ktoś Pacewicza już przeczytał i chce więcej niż pokazywanie na palcach, to mam papier, w którym autorzy robią to samo, ale na cyferkach. A rzecz jest ciekawa i, mam wrażenie, nie istnieje kompletnie w debacie publicznej. Reforma edukacji sprzed 10 lat jawi się jako pasmo klęsk, jako fatalna decyzja, która doprowadziła do masowej demoralizacji (wiecie, zabawa w słoneczko), dramatycznego spadku jakości nauczania i innych gwałtów na rozumie. Tymczasem, ta sama reforma jest w innych krajach uznawana za wzór. Najwyraźniej coś się udało w kraju, w którym nigdy nic się nie udaje (a autostrady są dziesięć razy droższe niż w Czechach). To oczywiście temat na osobny tekst, którego zapewne nie podjąłbym się pisać, bo nie mam do końca sprecyzowanych poglądów i nie chce mi się ich precyzować.

Dla fanów wykresów mamy zestaw aż 22 wykresów, rysunków i map obrazujących nierówności dochodowe w Stanach Zjednoczonych. Porażające, po prostu porażające.

Dla fanów amerykańskich ekonomistów mamy felieton Krugmana o rentierach, rozsądny nawet jak na niego.

Wczoraj gruchnęła wieść, że Polska samotnie zawetowała długoterminową strategię redukcji emisji gazów cieplarnianych w UE. Niezależnie od przyczyn bezpośrednich, proceduralnych (jak zwał, tak zwał), jest tu drugie dno w postaci przerażająco bojaźliwego i summa summarum nieodpowiedzialnego podejścia naszych elit do kwestii zmian klimatu. Wprawdzie do otwartej kontestacji (takiej, jak za oceanem) jest nam daleko, ale standardowe "OMG, zabiorą nam węgiel i nie będziemy konkurencyjni" jest dostatecznie przerażające.

Z tej samej beczki - w 2010 emisje znów wzrosły, a paliwa kopalne (ściślej, ich wydobycie, dystrybucja, produkcja energii elektrycznej) na całym świecie otrzymały subsydia w łącznej wysokości pół biliona dolarów.

Pozostając w temacie ekonomicznych aspektów zmian klimatu i środowiska, przeniesiemy się do deszczowej (bo chyba nie słonecznej?) Pensylwanii, gdzie jeden z gazowych gigantów przekonuje do siebie miejscowych m.in. za pomocą kolorowanek dla dzieci z przyjacielskim Łupkozaurem (w oryginale jest fracosaurus, co wywodzi się od nazwy technologii, która w polskim tłumaczeniu nie może urodzić żadnego fajnego imienia dla dinozaura) w stroju nafciarza. Urocze.

Na zakończenie podsumowanie raportu o piractwie w biednych krajach. Co jest przyczyną? Wysokie ceny dóbr kultury, nic poza tym.

 

Inne, dziwne, ciekawe:

Na początek przepyszny staroć, czyli Jacka Dehnela spojrzenie na publicystykę i poezję Wojciecha Wencla. Kudosy!

Pojawił się kolejny (po Dehylatorze) naśladowca Dlaczego Nie Napalm i Astromariana. Zowie się Platforma Wariatów i jest podpięty pod potencjalnie najmocniejszy kontent: Zenobiusz, Monitorpolski, Miziaforum i cała śmietanka polskiego Wordpressa. Co mogłoby pójść nie tak? Coś poszło, skoro tempo pojawiania się nowych wpisów gwałtownie spadło.

Z wiadomości słodko-gorzkich mamy Miss Kalifornii wyrażającą poparcie dla teorii ewolucji (ogólny wynik wyniósł jednak 49:2 dla ignorancji).

 

Ufff. Za dużo tego. Następna notka będzie o pierdołach, obiecuję.

P.S. Zły Blox dokleił do części linków niewidzialny znak, który uniemożliwiał otworzenia strony. Chyba wszystko poprawiłem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Tagi