from here to reality
poniedziałek, 31 października 2011

No więc zaczęło się od tego, że kolega na fejsie w akcie protestu przeciw wzrostom cen paliw wymyślił jeszcze jedną akcję bojkotu stacji benzynowych, coby pokazać tym wszystkim urzędasom i krwiopijcom z Orlenu, BP i PO, że Transport jest Krwiobiegiem Gospodarki. Takie łańcuszki pojawiają się zresztą w Internecie przynajmniej raz w roku, nie tylko w jego polskojęzycznej części, i nic z nich nie wynika (jak zwykle). Niniejsza notka jest obszernym rozwinięciem kilkuakapitowego komentarza skreślonego na potrzeby tamtej dyskusji, który nie powinien był się zmarnować. Bojkoty stacji benzynowych i podobne akcje uważam za kiepski pomysł, opierający się na nietrafnych założeniach, niezrozumieniu idei akcyzy i bałamutnej tezie, jakoby kierowcom wszystko było wolno, bo Transport Jest Krwiobiegiem Gospodarki. 

Zanim przejdziemy do nadzienia, małe interludium. Ażeby bojkot (lub jakaś podobna akcja) miał sens, kilka warunków musi być spełnionych. Trzeba zebrać odpowiednią liczbę uczestników. Bojkot musi mieć zauważalny wpływ na przychody stacji benzynowych, koncernów paliwowych czy też państwa. Państwo musi zechcieć obniżyć akcyzę. Obniżka akcyzy powinna zbić ceny paliw na stacjach benzynowych. Przejście do każdego z tych kroków jest nieoczywiste.

Ów mój kolega twierdził, że sytuacja rewolucyjna przy dystrybutorach dojrzała już do tego, żeby ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. Ceny paliwa, rozumiecie, idą w górę (o, tu mam wykres) i są już na poziomie europejskim, podczas gdy zarobkom do tego daleko. W związku z tym należy zaprotestować, forma protestu - powstrzymanie się od tankowania w wybranym dniu każdego miesiąca. Jeśli wystarczająco dużo osób zechce wziąć udział w akcji, stacje benzynowe będą mieć problemy. To zaś automagicznie zmotywuje rząd do obniżenia akcyzy i w ten sposób wszystkim nam będzie lżej. 

#prześladowaniekierowców, part deux

Po pierwsze, są dobra, których ceny nie są proporcjonalne do pensji. Jest ich całe mnóstwo, więc wymienię tylko kilka: książki, płyty, samochody, komputery, bilety lotnicze, złoto. Należy do nich również ropa naftowa, na którą się zawiera kontrakty na międzynarodowych giełdach (a tam nie dają upustów ze względu na wysokość pensji). To, że paliwo jest tak drogie w stosunku do naszych zarobków, nie wynika z tego, że za dużo kosztuje, tylko z tego, że my za mało zarabiamy. Po prostu. Nie jesteśmy Iranem albo inną Wenezuelą, żeby mieć tanie paliwo z własnych źródeł, do którego państwo by nam dopłacało (co nie oznacza, że podobnych, choć bardziej subtelnych rzeczy nie robią kraje wysoko rozwinięte - robią). Czy ktoś domaga się dopłat do samochodów, bo ich ceny są na europejskim poziomie? Serio? A do iPodów też? 

Po drugie, ropa jest droga. Mam w innym okienku otwarty plik z podstawowymi indeksami cen surowców, który ściągnąłem sobie ze stron MFW (wy też możecie), więc mogę zaprezentować w zarysie historię zmian cen ropy. Wygląda to tak, że ropa systematycznie taniała przez cale lata 80-te, włącznie z tąpnięciem, które dorżnęło Związek Radziecki. W latach 90-tych ceny były stabilne i dopiero w 2003 ropa poszła w górę. Szła w górę coraz szybciej i latem 2008 r. miała nawet wylecieć w kosmos, ale bańka na rynkach surowcowych pękła i przez moment świat cieszył się z ropy w cenach sprzed paru lat. A potem znów zaczęło rosnąć. Nie mam ochoty, ani kompetencji, żeby rozłożyć ten wzrost na czynniki pierwsze. Ale też nie muszę. Dla nas nie ma znaczenia, czy za wysokie ceny trzeba winić wojny i rewolucje na Bliskim Wschodzie, Chińczyków, terrorystów, fundamentalne ograniczenia podażowe czy spekulantów. To bez znaczenia, i tak jesteśmy biorcami cen. Chcę jeszcze tylko zwrócić uwagę, że ropa nie jest denominowana w złotówkach, więc na zmiany cen ropy nakładają się zmiany kursu dolara. Przez pewien czas ładnie amortyzowały one nam wahania cen ropy. Teraz tej poduszki zabrakło, uważny czytelnik zobaczy na tym wykresie, że laba skończyła się na przełomie 2009 i 2010. Od tego czasu kurs dolara jest praktycznie stały, a ropa drożeje... 

Co więcej, ropa prawdopodobnie będzie droga, bo zaczyna się kończyć, a już na pewno wyczerpują się zasoby taniej i łatwo dostępnej ropy. Po raz kolejny uniknę wchodzenia w niepotrzebne szczegóły i powiem, że kwestia peak oil jest całkowicie drugorzędna dla tego rozumowania. Ropy jest skończona ilość i w pewnym momencie będzie surowcem na tyle rzadkim, że nie będzie się go opłacało wydobywać nawet na krem dla rąbniętych miliarderów. Nie, żebym jakoś szczególnie nie lubił ropy naftowej. Nie zrozumcie mnie źle, to jest piękny surowiec, ale robimy z niego po prostu zbyt wiele fajnych i użytecznych rzeczy (np. farmaceutyki), żeby tak zwyczajnie i bez sensu go spalać.

Po trzecie, udział podatków w cenie paliwa jest w PL na poziomie europejskim. Po co w ogóle obciążać paliwo podatkami, ktoś mógłby zapytać, więc od razu mówię. Paliwo jest obciążone akcyzą z dokładnie tego samego powodu, dla którego akcyzę nakłada się na papierosy i alkohol. To wszystko są rzeczy, które robią nam dobrze, ale ich użycie wiąże się z masą negatywnych konsekwencji i w interesie społecznym leży zbicie popytu przez dodanie narzutu na ich ceny. Od alkoholu ludzie umierają (nie wspominając o morzu innych tragedii, które co roku można przypisać alkoholowi) i rodzą się niechciane dzieci. Papierosy powołują raka płuc i inne schorzenia. Spalanie benzyny jest głośne i wiąże się z uwalnianiem całej masy świństw do atmosfery, na czele z dwutlenkiem węgla (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam pomysłodawców akcji Stop Akcyzie). Mam nadzieję, że widać pewien wzorzec? 

Bojkot na bezdrożach logiki

Przez moment załóżmy, że sprawa, o którą chcemy walczyć, jest sprawą, o którą warto walczyć. Jak wcześniej zauważono, żeby proponowana przez mojego kolegę akcja odniosła sukces, musi w sposób istotny wpłynąć na sytuację ekonomiczną stacji benzynowych. Krótko mówiąc, akcja musi mieć wystarczająco dużo zdeterminowanych uczestników. Akcje internetowe oszałamiają zarówno tym, jak i skalą produkcji tekstu pisanego, ale jakże często są kompletnie jałowe. Pomnikiem potęgi Internetu w Polsce na długie lata pozostanie protest przeciw podwyżce VATu, jaki zorganizowali ludzie z Wykopu. Litość, trwoga, płacz i zgrzytanie zębów. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, koszt krańcowy podpisania petycji jest przyzerowy, koszt krańcowy wyjścia na ulicę lub sięgnięcia po portfel - zdecydowanie niezerowy, chyba że ktoś kompletnie nie potrafi wyceniać swojego czasu. 

Gdybym był niepoprawnym optymistą, zaryzykowałbym stwierdzenie, że planem minimum dla jakiejkolwiek Akcji pod Dystrybutorem powinno być zebranie takiej liczby uczestników, że konsekwencje ich decyzji o nietankowaniu nie zginą w ogólnym szumie informacyjnym. Wiecie, wielkość sprzedaży na jednej stacji benzynowej lub w ramach jednej sieci zapewne zmienia się z dnia na dzień o kilkanaście, może kilkadziesiąt procent. Ludzie pewnie mniej tankują w święta i w weekendy, a więcej w dni powszednie. Kiedy jest dobra pogoda, obroty rosną, a w grę ani chybi wchodzą jeszcze bardziej subtelne efekty, o których nie mam pojęcia. Trzeba się wybić ponad ten szum. Ilu uczestników to wymaga, miliona? Dwóch milionów? Tyle tylko, że jest jeszcze gorzej. Akcja, którą zaproponował mój kolega, polega na przesunięciu zakupu paliwa w czasie, a nie na ich ograniczaniu, więc raczej nie uszczupli portfeli właścicieli stacji. Pod tym względem lepszy jest bojkot jednej sieci, tu przynajmniej jest szansa uderzenie kogoś po kieszeni. 

Załóżmy jednak, że stacje benzynowe faktycznie odczują gniew setek tysięcy kierowców. Że rozproszona inteligencja tysięcy stacji benzynowych poskłada do kupy wszystkie fakty i zrozumie, dlaczego traci pieniądze. Dlaczego miałoby to wpłynąć na ministra finansów? Nikt w rządzie nie ma gorącej linii z pięcioma czy dziesięcioma tysiącami stacji benzynowych. Wbrew wyobrażeniom, które niektórzy wydają się pielęgnować, rząd (a zwłaszcza rząd Polski) nie jest wszechmocny i wszechwiedzący. Nie jest też tak, że przedsiębiorcy z natury rzeczy są płaczliwi i w odpowiedzi na spadek sprzedaży biegną z płaczem do ministra finansów z prośbą o obniżenie podatków. Przynajmniej nie tych, które można przerzucić na konsumentów. 

Niech jednak będzie - załóżmy, że istnieje bezpośrednia linia telefoniczna z biurka dyrektora sieci stacji Bliska na biurko Ministra Finansów. Pozostaje nam pytanie, czy i w jakim stopniu zmiana akcyzy przełoży się na zmianę cen detalicznych paliwa. Wbrew pozorom, sprawa jest nietrywialna, bo wymaga określenia, na ile przedsiębiorcy są w stanie przerzucić wzrost / spadek akcyzy na konsumenta. A priori można wyobrazić sobie sytuację, gdy popyt na paliwo jest na tyle elastyczny, że przedsiębiorcom bardziej opłaca się zacisnąć zęby i nie podnosić cen niż ryzykować utratę klientów. Może więc być tak, że cena się nie zmieni, a różnicę w cenach zainkasują właściciele stacji benzynowych. Jak jest w rzeczywistości? W 2000 r., w odpowiedzi na wzrost cen ropy, w stanach Illinois i Indiana na kilka miesięcy całkowicie zniesiono akcyzę na benzynę, a potem ją przywrócono. Kilka lat później w Journal of Public Economics pojawiło się badanie efektów tych zmian. Wyniki? Obniżka podatku o 5% to spadek cen na stacjach benzynowych o 3%, przywrócenie oryginalnej stawki to wzrost cen o 4%. Ogólnie rzecz biorąc, przynajmniej 2/3 zmiany podatku od benzyny można przerzucić na konsumenta. Ufff... przynajmniej tutaj są jakieś szanse na sukces. 

Tyle w krótkim okresie. Wyłania się z tego następująca wizja polityki podatkowej: kiedy ropa idzie w górę, zmniejszamy akcyzę; kiedy ropa idzie w dół, przywracamy pierwotne stawki. Konsekwencja i elastyczność w ruszaniu suwakiem od akcyzy powinny w długim okresie zapewnić stabilizację cen. Wyważamy jednak otwarte drzwi, bo podobnych posunięć próbowano w ostatnich latach w kilku krajach, m.in. we Włoszech i we Francji. Niestety, taki elastyczny system opodatkowania nigdy nie zdał egzaminu, bo nie przyniósł stabilizacji cen paliw, a znacząco obniżył dochody budżetowe. Zwracam uwagę, że obniżenie dochodów budżetu jest w chwili obecnej ostatnią rzeczą, której w PL potrzebujemy. W sensie, po to podwyższono VAT w celu wyciągnięcia nam pięciu miliardów z kieszeni, żeby to teraz oddać przez obniżkę akcyzy na paliwo. Serio? Na paliwo? Nie lepiej na autostrady? Oh, wait

Bodziec was wyzwoli

Najpoważniejszy zarzut, jaki jednak można wytoczyć przeciw akcjom tego rodzaju jest taki, że są one całkowicie zbędne. My, ekonomiści (to nie ja) i ludzie, których inni uważają za ekonomistów (to ja), lubimy od czasu do czasu podkreślać, że ludzie reagują na bodźce. Bojkot bojkotem, akcje akcjami, ale wysokie ceny paliwa powinny wpływać na zachowania konsumentów i przedsiębiorców. Może nie w krótkim okresie, bo jednak jeździć trzeba, ale dłuższej perspektywie - jak najbardziej. Mniejsze i oszczędniejsze samochody, upowszechnianie oszczędnego stylu jazdy, zmiany przyzwyczajeń, alternatywne źródła energii, alternatywne środki transportu, carpooling, przeprowadzka w miejsce, gdzie zależność od samochodu jest mniejsza. 

Wobec tego wszystkiego, rozmaite Akcje pod Dystrybutorem, organizowanie bojkotów w Internecie, pisanie listów do sułtana lub wręcz domaganie się specjalnego traktowania, sprawiają wrażenie dziecinady. To ostentacyjne robienie fochów, które niczego realnie nie zmienią, ale sprawią, że poczujemy się lepiej. Bo coś zrobiliśmy. Bo inni zobaczyli, że coś zrobiliśmy. To jest jednak łatwe rozwiązanie. Zdjęcie nogi z gazu czy wyciągnięcie roweru z garażu, żeby dla odmiany tak pojechać po bułki, bywa dla niektórych trudniejsze. Akcja pod Dystrybutorem jest też bałamutna bo odwraca uwagę od właściwego źródła problemów (podpowiem, to nie rząd) i rozwiązań (poprzedni akapit).

PS. Po napisaniu tego tekstu uświadomiłem sobie, że w tej wyliczance zgubiłem jedno ważne ogniwo - handel hurtowy paliwem. Kwestia struktury i patologii rynku hurtowego jest zresztą zbieżna z wnioskami z cytowanego włoskiego badania (zamiast ruszania akcyzą, rozbijać trusty i demonopolizować). W jakimś sensie jeszcze bardziej pogarsza szanse powodzenia wszystkich inicjatyw, o których tu piszę. Zawsze to kolejny level do przejścia. Stawia je też w gorszym świetle, bo jaka to przyjemność i zasługa, bić po kieszeni Pana Ziutka, którego Orlen i tak regularnie wyżyma z pieniędzy jak gąbkę. Ewidentnie nie jestem ekspertem od rynku paliwowego. W sumie, to chyba nie znam się na żadnym rynku. 

sobota, 29 października 2011

Monitorpolski, oprócz przodowania w rankingach najpopularniejszych blogów na Wordpressie, jest jedną z największych składnic lolkontentu w polskim Internecie. To istny Bizarro World, w którym narodowo-katolicki radykalizm miesza się ze wszystkimi możliwymi teoriami spiskowymi i pseudonaukowymi rojeniami. Tam wszyscy wszystko rozumieją na opak i są z tego dumni. Uczestnictwo w podziemiu informacyjnym walczącym z Nowym Porządkiem Świata to w końcu nie przelewki. Na blogasku praktycznie codziennie mamy nowy wpis, a pod każdym wpisem - kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset komentarzy, w których trollfest miesza się z autentycznymi wypowiedziami obywateli zatroskanych tym, że rząd rozpyla aluminium za pomocą samolotów pasażerskich, żeby lepiej podsłuchiwać ich z satelitów. I'm not making this shit up. Zatem dziś rano wziąłem jeden z ostatnich wpisów i przebiłem się przez wszystkie 390 komentarzy. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało, więc kosztowało mnie to trochę zdrowia. A oto i dramatis personae tej tragifarsy:

  • Monitorpolski, właściciel bloga, który niestrudzenie walczy z NWO z pozycji narodowo-katolickich;
  • Zenobiusz, którego poznaliśmy w zeszłym roku, a który naprawdę ładnie nam się rozwinął;
  • Ktoś, wyrocznia w kwestii żydowskiej, poszukuje własnej drogi do Boga;
  • Peryskop, ekspert od HAARPa, młot na sługusów Big Pharmy, wielkiego kapitału i Rotszyldów;
  • Inne zbłąkane owieczki.

Pierwszą petardę odpala Zenobiusz, komentując niedawne trzęsienie ziemi w Turcji:

Kiedyś Haarp, złowrogi pomylił Fuji z Fiji ,więc mógł i teraz,

Czysta poezja. O północy na rozstajne drogi przyszedł HAARP złowrogi i pomylił Fuji z Fiji, więc miał z makiem figi. I panowie by sobie radośnie dyskutowali o tym, na jakież to jeszcze bezeceństwa pozwalają sobie nasi władcy, gdyby nie przyszedł mąciciel i nie zaczął jątrzyć pytać, dlaczego elementem Nowego Porządku Świata nie jest Watykan. Na takie dictum właściciel bloga odpowiada zdecydowanie (choć, trzeba przyznać, Monitor Polski pozostaje głosem wolnym, wolność ubezpieczającym i nie wycina):

To czytaj, nikt ci nie przeszkadza wchodzić na satanistyczne fora, których jedynym zadaniem jest zniszczenie od środka jedności katolickiej. Jeszcze raz przypomnę – wszyscy ci, którzy się stosują do satanistycznych Protokołów Mędrców Syjonu są wrogami ludzkości. Nie chcę mieć wrogów ludzkości na tym blogu.

W postanowieniu niebanowania dzielnie Monitora wspierają inni komentujący (pisownia i interpunkcja nie zostały przeze mnie zmienione):

..nie banować AA… ..A studiować… tak działa zamiana naturalnych witamin na sztuczne… fluor oraz aspartam… szczepienia… zapewne także i krótka historia zamieszkiwania aglomeracji ma wpływ…

Dalej sam Monitorpolski wyraża zniecierpliwienie: 

Prosiłem wiele razy – nie realizować postulatów Protokołów Mędrców Syjonu na tym blogu. 

Ci ludzie powinni mieć na blogach banerki „Strefa wolna od Protokołów Mędrców Syjonu”. Wreszcie, na krnąbrnego komentatora zostaje zastawiona sprytna pułapka.

Głównym celem satanistów jest obalenie Kościoła, wszelkimi metodami, głównie podstępem. Czy chcesz, żebyśmy zaczęli sądzić, że pracujesz dla satanistów?

Czy przestał pan bić swoją żonę? Dlaczego ukrywa pan fakt, że wszyscy Polacy to kłamcy i złodzieje? Ponoć zadawanie pytań jest ważnym warunkiem dotarcia do prawdy, oświecenia i zrozumienia. Jeśli tak, to ścieżka, którą kroczą nasi milusińscy, musi prowadzić do jakiegoś przeciwświata, bo nic sensownego z takich pytań urodzić się nie może.

Czy wiesz, że głównym celem nazistów było zniszczenie chrześcijaństwa?

Myślicie że powódź w 2010 roku na południu Polski była zemstą planety?

Przecież jakby prawdziwy Jezus był istotnie żydem to całe zydowstwo powinno być murem za uhonorowaniem swojego krewniaka a nie przeciw. Nieprawdaż?

Za tym ostatnim pytaniem stoi żelazna logika. W ogóle na blogu Monitorapolskiego częstym tematem są Żydzi i syjoniści, Czytelnik niech zobaczy sam.

Harry Potter to fikcja, a „Protokoły” to rzeczywistść. Chociaż pewnie globalistyczna agentura najchętniej by wszystkich tych, którzy mieli Protokoły w rękach wymordowała… Stalin zresztą próbował. Znakomity historyk, br Dariusz Ratajczak przypłacił życiem swoją odwagę w publikacjach m.in. na ten temat

Bo o tym, że Układ go zamordował, to chyba słyszeliście? Ja chciałem też powiedzieć, że miałem w rękach "Protokoły..." i żadna globalistyczna agentura nawet nie kiwnęła macką, żeby mnie ukatrupić. Może to mieć związek z tym, że jestem płatnym pachołkiem kompleksu naukowo-medyczno-przemysłowego. O czym świadczy, jak twierdzi sara10, to że, podobnie jak adresat poniższej wypowiedzi, podpisuję się imieniem demona. 

Zwróć uwagę na swój nick! Nikt o zdrowych zmysłach (intencjach) nie podpisuje się imieniem: diabeł!

Zdrowe intencje, hm. To brzmi jak tytuł dla filmu z Glen Close. W tym nurcie mamy też urocze rozważania o dniach tygodnia: 

Święto prawdziwego BOGA było w niedziele. Szatan nie mógł tego ścierpieć wiec kazał stworzyć sobie swoje święto. W poniedziałek – w dniu po niedzieli nie mógł gdyż by był hołubiony po PRAWDZIWYM BOGU. Wiec kazał się bałwochwalczo czcić w SOBOTĘ – DZIEŃ PRZED.

W tasiemcowo-rozbryzgowych wątkach, takich jak omawiany, pojawiają się czasem naprawdę zaskakujące postaci. Enter Kent Hovind. 

[Kent Hovind] Tk na prawde to siedzi za wiare, za to ze glosno protestowal przeciw NWO, oszustwom w podrecznikach o wprowadzeniu ewolucji- odziwo nauka ta weszla w raz z rowojem komunizmu i bolszewizmu. 

Prawdopodobnie najśmieszniejszym momentem w wątku jest dyskusja na temat tego, co naprawdę potrafi HAARP. Jak się okazuje, eksperci nie są zgodni co do tego, której straszliwej broni należy przypisać daną katastrofę naturalną albo inny wypadek.

Zacinasz się w ignorancji, gdybyś trochę poczytał, to wiedziałbyś, ze nie chem-sy powodują trzęsienia, tylko co najwyżej HAARP, natomiast te są potrzebne do zwiekszenia przewodności czy własności „odbijających” atmosfery…

Oczywiście, nie znaczy to, że ma rację mówiąc, że te wszystkie trzęsienia są spowodowane HAARP-em. Zamach na WTC zburzony bombami atomowymi, jest dziełem Mossadu, amerykańska armia już o tym wie i będą przykre konsekwencje dla Izraela, o tym napiszę kiedy indziej.

Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie wywiad z Łysiakiem sprzed paru lat, w którym zapowiadał, że ujawni ostateczne dowody na udział wolnomularzy w obaleniu Napoleona I. To też mi się skojarzyło. Absolutną gwiazdą wątku jest jednak komcionauta peryskop, który radośnie wystawił peryskop ponad pianę bitą przez współkomentujących i z wyżyn, na które wzniosła go ekspercka wiedza, jął ciskać torpedy (SWIDT?) w wątpiących.

HAARP wywołuje REZONANS, a w tych warunkach obowiązują inne wzory fizyczne.

A wierzysz, że najwyższy na świecie maszt (ponad 646 metrów wysokości) radiostacji w Gąbinie, który świetnie się nadawał także do badań nad emisją fal ULF, „zawalił się sam” po odłączeniu lin odciągowych podczas prac konserwacyjnych w 1991 roku?

Czy słyszałeś o niewyjaśnionej śmierci w wypadku w 1978 roku generała dywizji prof. Sylwestra Kaliskiego, który prowadził badania nad maserami, graserami oraz mikrosyntezą termojądrową za pomocą lasera? 

Ale jak słusznie zauważył red. Ziemkiewicz – Polacy są nie do zaje.ania! I także w tym tkwi problem NWO.

Always in error, never in doubt. Przechodniu, który odwiedzasz klub Progresja na ul. Kaliskiego w Warszawie, pomyśl o jego niewyjaśnionej śmierci i badaniach nad maserami i graserami. Wycieczkę w Otchłań kończymy akcentami numerologicznymi: 

Przepraszam, że znów piszę nie na temat, ale nie wiem czy zwróciliście na to uwagę. Mianowicie do kin wchodzi niedługo horror pod tytułem „11-11-11″. Nie będę przytaczać całego opisu. Powiem tylko że główny bohater po serii dziwnych zdarzeń zaczyna mieć obsesję na punkcie liczby 11, aż wreszcie odkrywa że 11-11-11 to data apokaliptyczna. Znając fioła iluminatów na punkcie liczb, a szczególnie tej 11 – tki to bardzo mnie to niepokoi. Jak myślicie,czy oni mogą coś planować czy ja zaczynam popadać w paranoję? 

UWAGA! Podajemy wyniki losowania LOTTO. Iluminaci mają w tym miesiącu fioła na punkcie następujących liczb: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13…

środa, 26 października 2011

W zeszłym tygodniu skończyłem czytać "Merchants of Doubt", o której to książce wspominałem w poprzednim wpisie. Książka jest świetna i nawet dla kogoś, kto nie jest w temacie denializmu świeżynką, jej lektura nie wiąże się z odhaczaniem kolejnych punktów z przygotowanej uprzednio listy. Mnóstwo faktów, mnóstwo powiązań, kawał najnowszej historii nauki. I nie zdradzę nikomu zbyt wiele, jeśli powiem, że o samym globalnym ociepleniu, które teraz jest "na topie" (pozwolę sobie na tak prostacką obserwację) jest akurat najmniej. Opowieść snuta przez Oreskes i Conwaya na dobrą sprawę kończy się w połowie lat 90-tych, a denializm poznajemy w kontekście szkodliwości palenia czynnego i biernego, kwaśnych deszczy, dziury ozonowej i problemów z DDT.

Na czym książka tylko zyskuje. Rozpatrzmy kwestię kwaśnych deszczy, ten rozdział to istny róg obfitości. Mamy w tej sprawie wszystko: powolne budowanie konsensu aż do punktu uzasadniającego podjęcie interwencji, pierwsze przymiarki do interwencji, rząd ze specyficzną agendą, interesy pewnego sektora gospodarki (zgadnijcie, którego), überprofesjonalne nakręcanie kontrowersji w mediach, ataki personalne, nieczyste zagrania i opóźnienie w podjęciu działań przez rząd.

A ostatni rozdział zaczyna się tak: 

Imagine a gigantic banquet. Hundreds of millions of people come to eat. They eat and dring to their hearts' content - eating food that is better and more abundant than at the finest tables in ancient Athens or Rome, or even in the palaces of medieval Europe. Then, one day, a man arrives, wearing a white dinner jacket. He says he is holding the bill. Not surprisingly, the diners are in shock. Some begins to deny that this is their bill. Others deny that there even is a bill. Still others deny that they partook of the meal. One diner suggests that the man is not really a waiter, but is only trying to get attention for himself or to raise money for his own projects. Finally, the group concludes that if they simply ignore the waiter, he will go away. 

This is where we stand today on the subject of global warming. For the past 150 years, industrial civilization has been dining on the energy stored in fossil fuels, and the bill has come due. Yet, we have sat around the dinner table denying that it is our bill, and doubting the credibility of the man who delivered it. Economists often noted that "there is no such thing as a free lunch." They are right. We have experiened prosperity unmatched in human history. We have feasted to our hearts' content. But the lunch was not free. 

It's not suprising that many of us are in denial. After all, we didn't know it was a banquet, and we didn't know that there would be a bill. Now we do know. 

Do roboty. 

sobota, 15 października 2011

Wszystkich czytelników witam w kolejnej, siódmej już, odsłonie czytelniczych polecanek. Od poprzedniego wydania minął z grubsza miesiąc i wydaje mi się, że wpadłem w jako taki rytm, przynajmniej jeśli chodzi o tę kategorię wpisów. Na coś lepszego i konkretniejszego jak zwykle zabrakło mi czasu, weny, Woli, Ochoty, Bródna i Włoch. Dzisiejsze wydanie sponsorują: garnek chili con carne, zespół Disillusion i piwo Rześkie. Kategorie takie, jak zawsze. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka

Zaczynamy od ciekawego eseju o żydokomunie. 

Ostatnimi czasy kanał History Channel wyemitował kompletnie bezwartościowy dokument o starożytnych astronautach, pełen dawno obalonych argumentów i rzekomych zagadek historii, których konwencjonalna nauka nie potrafi wyjaśnić. Oczywiście, nic z tego nie ma oparcia w rzeczywistości i po przyłożeniu szkiełka i oka zostaje tylko smutek (a może jednak radość?) z powodu tego, że pod wpływem tego dokumentu niejeden młody człowiek przeżyje ukąszenie daenikenowskie. Temat, nawiasem mówiąc, nie okazał się całkiem jałowy poznawczo. Czy wiedzieliście bowiem, że starohinduski traktat o latających maszynach, na który powołuje się Daeniken i wszyscy jemu podobni, to najprawdopodobniej dwudziestowieczna fałszywka? 

Skoro już padło słowo "najprawdopodobniej", to mogę od razu polecić nieco przydługi artykuł o naturze losowości z Rationally Speaking. 

Dla tej części czytelników, którzy są słuchaczami Skeptics' Guide to the Universe postać Perry'ego DeAngelisa nie jest nieznana. Dla tych, którzy nie wiedzą, kto zacz, oto historia w telegraficznym skócie - DeAngelis był jednym z głównych animatorów tego przedsięwzięcia, zmarł latem 2007 r. po długiej chorobie, jest pamiętany. Przypadkiem wygrzebałem jego art nt. sekt. Staroć, ale świetnie się czytało.  

Pamiętacie elevatorgate? Tej smutnej sprawie poświęciłem akapit w jednej z poprzednich edycji czytelniczych polecanek. Zastanawiałem się wtedy nad tym, czy afera wciąż jest żywa i co z niej wyniknęło, ale niespecjalnie chciało mi się szukać. A teraz mamy ciąg dalszy elevatorgate, w podróż po radosnym świecie nerd-seksizmu zaprasza sama Rebecca Watson, od której wystąpienia cała sprawa się zaczęła. W skrócie - o ja cię kręcę, to wygląda tak, jakby ktoś przeciął największy wrzód świata.

W innych częściach internetu słychać aplauz i pisk podekscytowanych sceptyków, albowiem January wrócił! Niby tylko, jak sam twierdzi, okolicznościowo, ale nadzieja umiera ostatnia.

Końcówka tej porcji linków będzie radośnie multimedialna. Na początek mamy wywiad z Naomi Oreskes, amerykańską historyczką idei i współautorką "Merchants of Doubt". Jestem w trakcie lektury tej książki i uważam, że to pozycja obowiązkowa dla osób chcących przeciąć sobie w głowie węzeł gordyjski, jakim się stała kwestia zmian klimatu i walki z nimi. Zgromadzonych tam materiał poraża i frustruje. A wywiad, będący w zasadzie streszczeniem książki, jest tutaj: 



Jeśli komuś nie chce się czytać książek i ma dosyć tubek, to Darryl Cunningham zrobił komiks o denializmie. 

Ekonomia / gospodarka / Krzysztof Rybiński

Działu ekonomicznego nie mogę nie zacząć od felietonu Paula Krugmana sprzed paru dni, którego głos okazał się być tym razem na tyle donośny, że omówienia i tłumaczenia rzeczonego felietonu publikowały nawet portale w dalekiej Polsce. I słusznie, bo Krugman odpalił niezłą petardę. 

Na drugie danie mamy krótką notatkę ze stron Międzynarodowego Funduszu Walutowego, poświęconą efektom zaciskania pasa, na które gremialnie zdecydowały się państwa rozwinięte. I popełniły błąd, bo korzyści z cięć będą raczej symboliczne. 

Nad światem krąży znów widmo recesji, a nad głowami redaktorów mediów tradycyjnych i nowoczesnych krążą durne frazeologizmy. Na potwierdzenie tego przedstawiamy zaskakujący wskaźnik: otóż, liczba wzmianek słowa "recesja" w prasie znów rośnie. WHAT DOES IT MEAN?

Pozostajemy w tematyce kryzysowej, i przenosimy się w czasie o 80 lat do poprzedniego kryzysu. W WSJ ukazał się nader interesujący artykuł na temat wychodzenia z Wielkiego Kryzysu i chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem, że autorzy przedstawiają dość niekonwencjonalną i nieortodoksyjną wizję tych zdarzeń. Teza jest taka, że ożywienie w USA w latach trzydziestych nie wynikało z popytu rozpalonego na nowo przez ekspansję fiskalną, tylko ze wzrostu produktywności.

Chwilowo nie wiem, co o tym myśleć. Autorzy skupiają się w zasadzie na jednym wskaźniku, nakładach pracy mierzonych czasem pracy, co może być bałamutne. Prowadzi to jednak do ciekawych wniosków. Bo jeśli w czasie ożywienia zatrudnienie (w osobach) gwałtownie rosło, choć w skali gospodarki nie przepracowano istotnie więcej, to można podejrzewać, że każdy pracował trochę mniej, a z nowo zatrudnianymi pracą dzielili się ci, którzy wcześniej pracowali (chyba namotałem). Co nie musi być złe, bo zmniejszanie masowego bezrobocia samo w sobie jest dobre. Swoją drogą, to fascynujące, że 80 lat później ludzie wciąż spierają się o kwestie dość podstawowe, w tym przypadku - o naturę ożywienia gospodarczego. Czasem zastanawiam się, czy cokolwiek w tej ekonomii wiadomo. 

Artykuł z WSJ pojawia się zresztą jako kolejny głos w dyskusji nad tym, jaką rolę ma państwo do odegrania w kierowaniu gospodarki na ścieżkę wyjścia z kryzysu. W Stanach mieliśmy już jedną rundę w postaci pakietu stymulacyjnego (ktoś może kojarzyć absolutnie powalający nagłówek prasowy, "Republicans turned off by the size of Obama's package", to z tego okresu) Czy pakiet zadziałał? Oto krótki przegląd papierów. 

Decyzja o interwencji jest jednak wtórna wobec odpowiedzi na pytanie, dlaczego ożywienie w Stanach jest tak rachityczne, skoro kryzys mamy za sobą. Odpowiedzi jest całe multum, a jedną z nich jest "niepewność regulacyjna", czyli teza, że przedsiębiorcy nie zatrudniają, nie inwestują i nie zwiększają produkcji, bo boją się, że socjalistyczny Antychryst przykręci im śrubę. Werdykt: BUSTED.

Powoli żegnamy się z tematem kryzysu i na pożegnanie podrzucam staroć, czyli zbiór argumentów przeciw ideolo "too big to fail" i temu, co z niego wynika. 

Ze styku ekonomii i ekologii mam tym razem niewiele fajnych materiałów, bo jedynie dwa. Po pierwsze, oświecający (choć niezbyt zaskakujący) raport o kosztach energetyki słonecznej. Po drugie, świeżutki papier w American Economic Review (zaprawdę powiadam Wam, to jedno z trzech najlepszych i najbardziej poważanych na świecie czasopism naukowych w dziedzinie ekonomii) dotyczący prawdziwych kosztów działalności wysokoemisyjnej i jego omówienie w Skeptical Science. Wnioski? Spalanie węgla nie powinno się w ogóle opłacać. 

A teraz coś z zupełnie innej beczki - papier badający makroekonomiczne efekty synchronizacji kalendarzy wyborczych w strefie euro.  

Ponieważ dzisiejsza edycja jest multimedialna, to polecam niemal proroczy wykład Elizabeth Warren (na tę panią trzeba zwracać uwagę) o wiele mówiącym tytule: "The coming collapse of the middle class". 



Na zakończenie przedstawiamy transkrypcję rozmowy Paula Krugmana i Charlesa Strossa z 2009 r. Ekonomista i topowy pisarz s-f, czy coś mogłoby pójść nie tak? Świetny zestaw nawiasem mówiąc, zważywszy w szczególności na fakt, że Krugman napisał kiedyś artykuł o wiele mówiącym tytule - "The Theory of Interstellar Trade". 

Inne pierdoły 

Peter Watts, the master of mindfuckery, był w Polsce i napisał z tego relację.

Po raz wtóry o 9/11 - tym razem świetny artykuł w Wired. 

Na koniec, zamiast tubki, komiksu albo innych śmichów-chichów, mocna rzecz, czyli papier poświęcony konsekwencjom zmiany filozofii więziennictwa w Stanach, jaka się dokonała w latach 60-tych. 

22:42, asmoasmo
Link Komentarze (2) »
Tagi