from here to reality
wtorek, 27 października 2009

"Historia naturalna nonsensu" Bergena Evansa to absolutna klasyka sceptycyzmu, książka wnikliwa, różnorodna i literacko nieskazitelna. Rozpoczyna się od krótkiego opisu sytuacji racjonalisty we współczesnym, wrogim świecie, który to opis może zresztą być znany Czytelnikowi, bo od dawna przewija się przez różne książki, czasopisma i internety:

Until about a hundred years ago rational men lived like spies in an enemy country. They never walked abroad unless disguised in irony or allegory. To have revealed their true selves would have been fatal.

Today their status is more that of guerrillas. They snipe from cover, ambush stragglers, harass retreating rear guards, cut  communications, and now and then execute swift forays against detached units of the enemy. But they dare not yet risk an open engagement with the main force; they would be massacred. Their life is dangerous but exciting and is warmed by a sense of camaraderie not often known among the dull conscripts of orthodoxy.

Słowa te powstały w 1946, a ja nie potrafię pozbyć się wrażenia, że od tamtego czasu niezbyt wiele się zmieniło. Wot, kolejny kamyk do ogródka ideologicznie zbankrutowanych scepów: Grypa666 chwali się milionem odwiedzin w niecałe 4 miesiące. Pora umierać.

środa, 21 października 2009

W poprzedniej notce zająłem się legendami dotyczącymi niezmierzonej potęgi nazistowskiej technologii i nakreśliłem nieco kierunek, w którym zmierzać będzie mój wywód. Tematem kolejnego wpisu będą bowiem tytułowe nazistowskie bazy na Księżycu i złowrogie powiązania między kosmitami, a nazistami. Już na pierwszy rzut oka wygląda to tak śmiesznie, że ciężko wyobrazić sobie człowieka, który w coś takiego wierzy, ale podaż tych bajek jest zaskakująco wysoka. Cóż, przynajmniej mogłem się pośmiać w trakcie pisania.

Najwygodniej jest mi zacząć od strasznie rozwlekłego i niezbyt spójnego artykułu, który w dużej mierze dotyczy powiązań między nazistami, a Jaszczurami. Co zabawniejsze, miejscami powołuje się na stare dobre "Stargate" z Kurtem Russellem i Jamesem Spaderem (cóż, lepsze to niż "Loose Change"). Jest tam typowa paplanina o czwartych i piątych gęstościach, hybrydach Aryjczyków z Jaszczurami i tajnej bazie Dulce, ale jest też to:

Also, if this were not enough, there are still other claims that World War II itself was essentially the outward manifestation of Galactic War III, which was waged between the Sirians [via their British-Masonic representatives on earth] and the Orionites [via their German-Jesuit representatives on earth]. In short, things "may" not always be what they seem...

Terziski w okularachDla chętnych mam też prawdziwą historię nazizmu. Jak więc widać, tematyka poruszana w tej notce nawet nie udaje, że jest w jakikolwiek sposób związana z planetą Ziemia.

Jajcarski filmik wklejony na początku pierwszej części tej notki w swoich pierwszych scenach pokazuje samą istotę dziwacznej legendy o nazistowskiej obecności na Księżycu. Oto Niemcy, zdając sobie sprawę z beznadziejności walki o Tysiącletnią Rzeszę na niegościnnej Antarktydzie, wynieśli się na swoich latających spodkach na Księżyc, który - jak wiadomo każdemu - jest dużo bardziej przyjazny dla kolonistów. Podkreśla się, że nie lecieli w ciemno i przyczółki na Księżycu powstały jeszcze przed 1945 r. W którym roku po raz pierwszy heilowano w kosmosie, ciężko wyczuć. Najczęściej cytowane w intenetsach źródło twiedzi, iż stało się to już w 1942 r. W owym czasie Niemcy w Europie, Afryce Płn. i na Atlantyku trzymali się całkiem nieźle, nie jest tedy zaskoczeniem, że szybko przewieźli tam sporo personelu, "pierwsze roboty" (że co?) i "silniki tachionowe". W przeciągu paru lat wydrążyli sporą bazę pod powierzchnią Księżyca i zbudowali drugą (Neu Schwabenland), toteż kiedy Amerykanie na swoich spodkach wylądowali na Księżycu tuż po wojnie, Niemcy mogli ich przenocować. Tak, oni tak na serio.

Jeśli ktoś szuka jakichkolwiek dowodów na istnienie nazistowskich baz na Księżycu, powinien odwiedzić tego blogaska. Zaczyna się od this will uncover the plot to hide the secret Nazi moonbase that is currently located on the far side of the moon, a potem jest już tylko ciekawiej, bo są zdjęcia, które można zresztą znaleźć w innych zakątkach Internetu, gdzie służą za dowód obecności kosmitów na powierzchi Srebrnego Globu. Enyłej, blogasek blogaskiem i ja wciąż nie mogę się pozbyć wrażenia, że ktoś sobie robi jaja, ale nie czas żałować lasów, kiedy róże płoną (albo jakoś tak). Otóż bodaj najpopularniejszym historykiem nazistowskiego programu kosmicznego wydaje się być niejaki pan Władymir Terziski.

Bliskie spotkania trzeciorzeszowego stopniaTerziski we własnej osobie został uwieczniony na klatce z jakiejś pogadanki o kosmitach i Nowym Porządku Świata. Ten  bułgarski inżynier i ufolog (ta stronka podaje, że Terziski prowadzi nawet gdzieś zajęcia: 101 Ufology!) w latach 80-tych wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Wiedzie mu się tam wcale nieźle, przedstawia się bowiem jako "President, American Academy of Dissident Sciences" (na kasecie widnieje dodatkowo "M.S.E.E.", czyli "Master of Science, Electronics Engineering", jak sądzę). Nie trzeba chyba dodawać, że taki stwór nie istnieje poza kanapą zajmowaną przez paru wytrwałych badaczy. Google podaje, że ową akademię Terziski założył z Alem Bielekiem. Wow. Terziski, oprócz tego, że wie całkiem sporo o nazistowskim programie kosmicznym, wydaje się być ekspertem w sprawie powiązań wszystkiego ze wszystkim. Wyliczmy pokrótce wszystkie straszaki amerykańskiej skrajnej prawicy (satanizm, okultyzm, Iluminaci, komuniści dybiący na złotą amerykańską wolność, wojska ONZ gotowe do przejęcia władzy, kontrola umysłów, inwigilacja prostych obywateli) i dodajmy do nich podręczny zestaw Rąbniętego Ufologa (jaszczury, Szaraki, sekretny program kosmiczny, eksperymenty genetyczne na ludziach, tajny układ rządu z kosmitami), a dostaniemy światopogląd Terziskiego. Enjoy the ride:

If some researchers are correct, Bavarian Intelligence [the Illuminati's Skull & Bones society, the Thule Societies "Nazi" Empire, and the CIA-NSA network that was 'german'ated from within the Bavarian Illuminati and Bavarian Thule societies] are actually working with the 'Greys' in secret. Even if the 'New World Order' declares 'war' on these creatures, as opposed to a grassroots 'human resistance', one can be assured that this war be a farce as have other conflicts in the past. It would very well be like the Korean war conflict wherein SOCIALISTS within the 'United Nations' waged a no-win 'police action' against southeast Asian COMMUNISTS. General George Douglas MaCarthur for one accused the Socialist leadership of the U.N. of intentionally SABOTAGING his forces in Korea by leaking American positions to their Communist allies.

Now in recent years 'Patriot' organizations have been warning of a possible "RED DAWN" takeover of the U.S. by Socialist UNITED NATIONS troops who NOW HAVE AN INCREASING ARMY OF U.N. TROOPS "IN TRAINING" within the borders of the United States. (If such a take-over attempt were to occur, we would suggest that the UNITED NATIONS complex in New York City increase it's security by at least a thousand fold to defend itself from the retaliation that would follow. Let's just say that there is an entire 'Army' of grassroots Patriots waiting-in-the-wings to defend America from such a threat if or when such an invasion is attempted). The Bavarian "National" Socialists who ultimately control the U.N., such as the Trilaterals, are reportedly tied-in with the reptilian gray empire, so it is doubtful that any resistance to the invaders will come through the Trojanhorse United Nazis (er, excuse us... United Nations!). Such a 'war' may be the grand finale of a series of outward Machiavellian 'conflicts' which the Bavarian Empire has allegedly 'arranged' between nations over the centuries for the purpose of simply keeping the human race in the state of disorder, chaos, confusion and fear which is so necessary to ensure the final goal -- an absolute electronic dictatorship in which every human being will be 'tagged' and branded like cattle with an electronic chip implant which will make them the absolute spiritual, mental and physical slaves of the 'New World Order'.

Musiałem zacytować większy kawałek, bo grzechem byłoby odbierać Czytelnikowi przyjemność z obcowania z takim odlotem (#trzymamkredens, #ttdkn). Jak widać, nie muszę nawet pogrubiać co ciekawszych fragmentów, bo AUTOR tekstu (nie mam jednak pewności, czy jest nim sam Terziski) lubi WIELKIMI LITERAMI podkreślać to, co WAŻNE w sprawie ILUMINATÓW i ORGANIZACJI NAZISTÓW ZJEDNOCZONYCH (zomglol). Dalej można przeczytać m.in. o tym, że bojaźliwy rząd amerykański zdecydował się negocjować z paktem nazistów i Szaraków, co stawia go na pozycji zdrajcy ludzkości, a w tej chwili jego agenci wyszukują niezależnych badaczy zajmujących się "tajemnicami elektromagnetyzmu" i usuwają ich z fizycznej rzeczywistości. Komu mało, ten może przeczytać wywiad z Terziskim, po którym nikt nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że ów bułgarski inżynier kompletnym świrem jest. W pewnym momencie zaczyna zastanawiać się, ile dzieci co roku ginie w Brazylii, dochodząc do wniosku, że liczba sięga (sic!) setek tysięcy (całkowicie przemilczanych!!!!11) ofiar. Ani chybi Żydzi w podziemnych bazach przerabiają je na macę dla Szaraków.

Terziski popełnił również materiał na temat programów kosmicznych tajnych stowarzyszeń, co jest kolejnym oryginalnym wkładem tego pana w historię wykolejeń umysłowych. Wprawdzie nie udało mi się dobrać do jego filmu pt. "Space Programs of Secret Societies" (można zamówić ze strony UFOTV za jedyne $39,95), ale na podstawie szczątkowych informacji jestem w stanie powiedzieć coś na temat ukrytej Prawdy. Największym zagrożeniem dla współczesnego świata są tajne stowarzyszenia (Iluminaci, masoni oraz grupy o charakterze okultystycznym), które chcą zaprowadzić Nowy Porządek Świata i wszystko do reszty popsuć. Elementem ich działalności są szeroko zakrojone badania nad antygrawitacją i technologiami kosmicznymi. W ramach tych badań niemieckie stowarzyszenia zdołały jeszcze w latach 20-tych odnaleźć w Tybecie wiedzę i know-how (ci mnisi lewitujący po górskich klasztorach...) niezbędne do skontruowania własnych spodków z silnikami tachionowymi. Potem zaś weszły w skład nazistowskiej maszyny militarno-przemysłowej, która stała się dla nich trampoliną do skoku w kosmos. A potem masoni w spodkach zaaranżowali szopkę z ufokami, żeby odwrócić uwagę mas od budowy Nowego Porządku Świata. Rozumiecie, spiski tworzą spiski, żeby ukryć inne spiski. Nie muszę chyba dodawać, ze Iluminaci są odpowiedzialni za Rewolucję Francuską, Wiosnę Ludów, Marksa, Rewolucję Październikową i nazizm? Cóż, pod tym względem poglądy pana Terziskiego są dość standardowe.

Hermenegilda!W tym oto miejscu moja dwuczęściowa notka zatacza pełne koło, bo oto sprawą nazistowskiej kolonii w kosmosie zainteresował się przemysł filmowy. Wesoła ekipa Finów (kojarzy ktoś "Star Wreck"?) kręci pełnometrażową komedię s-f pt. "Iron Sky", która opowiadać będzie o inwazji nazistów na Ziemię w 2018 r. Więcej o filmie przeczytać można tutaj, ale wszystkich napalonych muszę rozczarować, że to dzieło będzie można obejrzeć dopiero w 2011 r. Póki co, jest zwiastun i promocyjne fotki, spośród których pozwoliłem sobie wybrać najbardziej aryjską i wkleić (z jakiegoś powodu mam silne skojarzenia z "Inglorious Basterds"). Mam nadzieję, że dzięki temu moja notka stanie się atrakcyjna także dla tych czytelników, którzy wchodzą tu przez Gugla i, stwierdziwszy, że to tl;dr, idą sobie na Wolne Media, gdzie jest dużo obrazków.

W związku z powyższym, należy oczekiwać, że odebranie idei nazistowskiego Księżyca popaprańcom i włączenie jej do kultury masowej, odda jej niedźwiedzią przysługę. Bo przecież nie ma to, jak intelektualne getto.

wtorek, 20 października 2009

Osoby zainteresowane wiedzą, że lubię zaglądać sobie pod kołderkę i codziennie o północy wchodzić na Google Analytics celem podejrzenia, z jakich to dziwacznych wyszukiwań ludzie tu przyłażą (i w 99% przypadków nie zostają nawet na kawę). Ponieważ obowiązkową pozycją są od dawna "naziści na Księżycu" w dwóch językach i niezliczonych wariacjach, postanowiłem po raz kolejny wyjść naprzeciw oczekiwaniom szerokich mas i wraz z Czytelnikiem urządzić sobie małą przejażdżkę po krainie teorii spiskowych. Przy okazji odpoczniemy od spraw smutnych i przyziemnych, na chwilę zapominając o tym, że rzeczywistość mambo-dżambo to częstokroć paskudni szarlatani wciskający witaminki chorym na raka i urządzenia, których zasadę działania wyssano z palca.

Generalnie cała historyjka z nazistami na Księżycu należy do najbardziej porąbanych i niedorzecznych legend, na jakie kiedykolwiek trafiłem, i trudno jest sobie wyobrazić, jak ktoś mógł coś takiego spłodzić, ale należy pamiętać, że tego typu teorie nigdy nie powstają w prożni. I tak, jak daenikenizm można wywodzić z młodej fantastyki i teozofii, tak rodziny dla księżycowych nazistów trzeba szukać wśród innych legend o Trzeciej Rzeszy. W Polsce najbardziej znanym poszukiwaczem prawdy jest Igor Witkowski, autor m.in. kilku tomów "Supertajnych broni Hitlera", "Podziemnego królestwa Hitlera" oraz dzieła o wiele mówiącym tytule "Wizyty z nieba: Czy Däniken miał rację?".

Rzeczony Witkowski znany jest z tropienia sekretnych hitlerowskich broni, m.in. dział V3, promieni śmierci, latających spodków i innego ustrojstwa, nad którym Niemcy mieli pracować. Jego książki wypełnione są skanami dokumentów, reprodukcjami planów konstrukcyjnych i opowieściami o naukowcach, których nowatorskie idee zostały docenione dopiero przez hitlerowski reżym. Nic to, że nie ma żadnych dowodów, że takie sprzęty kiedykolwiek wyszły poza fazę projektu, że nic nie wskazuje na to, iż V-7, dyski Vril, spodki Haunebu czy wahadłowiec Sangera to coś więcej niż wesołe malunki na kreślarskich deskach tworzone przez przedstawicieli społeczeństwa cierpiącego na zbiorową psychozę, zarządzanego przez ludzi z manią wielkości, śniących sny o potędze. I nie, mój sceptycyzm nie ma nic wspólnego z faktem, iż jedna z żelaznych pozycji bibliograficznej w tej kategorii nosi tytuł "The Black Sun, Montauk's Nazi - Tibetian Connection". Z niemałą dozą wstydu oddaję głos ufologowi, który wprawdzie ma umysł otwarty (należy więc brać poprawkę na niedostatek sceptycyzmu w innych obszarach) legendy o nazistowskich latających spodkach uznaje za brednie:

The more I looked at the emerging tales of astounding Nazi technical achievement, and compared them with Germany's ignominious and ruinous defeat, the less sense that contradiction made. It isn't - and I know I need to make this clear - that I'm asserting that the Axis had no plans, designs, or hopes for the production of high-performance flying disks. Nazi Germany was good at plans, and designs, and - perhaps fortunately for the rest of the world - wasted much time on speculation, and dreams of achievement and power. But it looks as though no high-performance disc so much as left the ground, and if that proposition is true then the Nazi UFO mythos, now celebrating a half-century of vigorous existence, is the most sustained, widespread, complex and multi-faceted hoax ever contrived in our field. A hoax, strangely enough, in which few of the principal participants even knew each other, but which has attracted hundreds to play their part in its development and many, many more individuals to believe that some or all of its claims are true. Tentative as some of my findings of fact may be as yet, what is published here is what I've established so far.

Krótko mówiąc, wariaci od "Nazi UFO conspiracy, Hare Krishna, hare hare hare" psują opinię rzetelnym badaczom zjawisk paranormalnych. Jeśli ktoś chciałby popatrzeć, jak ufolodzy się biją, zapraszam na stronę autora powyższych słów. Tyle tytułem wprowadzenia. Niesamowitą podróż zaczynamy od znanych już czytelnikowi Ukrytych spraw, gdzie w ogólnym słowotoku wyłowić można taki oto odjechany fragment:

W roku 1943 admirał Doenitz z radością wypowiedział się, że "na Antarktydzie udało się odnaleźć wejście do mitycznej krainy Shangri-La i wybudowano tam 'niezniszczalną fortecę' dla Fuhrera i jego najbliższego otoczenia na wypadek niekorzystnego obrotu działań wojennych". Według m.in. Billy'ego Meiera i Ala Bieleka, naziści w latach 30-tych zorganizowali ekspedycję do Tybetu, skąd wrócili z koncepcją silnika antygrawitacyjnego od lewitujących po górskich klasztorach mnichów

Można się zastanawiać, jaki jest związek między lewitacją w górskich klasztorach, a silnikiem antygrawitacyjnym. Po pierwsze, primo, lewitacja w wykonaniu rzeczonych mnichów mogłaby się opierać na tej samej zasadzie, co działanie silnika. Po drugie, mnisi mogli po prostu od tysiącleci posiadać wszystkie niezbędne plany - wszyscy wiemy, że w starożytnych Indiach były pojazdy kosmiczne, bomby atomowe i xujwiecojeszcze, rajt? Po trzecie, wreszcie, antygrawitację w nazistowskich latających spodkach mogli generować mnisi siedzący w środku niczym niewolnicy na galerach. Tyle możliwości, i wszystkie jednakowo porażające. Ponieważ Ukryte sprawy są serwisem, który dla mnie stanowi esencję "puszczania się poręczy" i z tego względu kocham miłością niespełnioną, pozwolę sobie zacytować jeszcze jeden fragmencik:

Hitler nie eksterminował Żydów przed 1941 r., bo taką miał umowę z "plejadiańskimi terrorystami", którzy udostępniali mu różne technologie i dopiero wtedy wycofali się ze współpracy; wcześniej w imieniu USA ich ofertę odrzucił w roku 1933 prezydent Roosevelt. Do nazistów następnie zgłosili się mali Szarzy, którzy tak samo zaoferowali technologie, w zamian za ludzi na eksperymenty - odpowiedź Adolfa w skrócie brzmiała "żadnych Aryjczyków, ale z obozów możecie mieć, kogo chcecie" - stąd wzięły się niekiedy spore różnice w liczbach osób przybyłych do obozów koncentracyjnych, zagazowanych i wyzwolonych - z tych brakujących wiele przed śmiercią zaliczyło jeszcze podróż prawdziwym latającym spodkiem

Przy okazji udzielono odpowiedzi na wątpliwości różnych tam rewizjonistów - otóż do obozów koncentracyjnych trafiły całe miliony, ale na miejscu zabito tylko część, resztę bowiem porwali Szarzy. Ach, Ukryte sprawy mógłbym czytać, czytować i cytować na okrągło. Anyway, in 1945 peace broke out. Pomimo tego, że naziści dysponowali rzekomo niewyobrażalnymi nowinkami technicznymi, nie byli w stanie poradzić sobie z Aliantami i w końcu zmuszeni byli, wraz ze wszystkimi swoimi latającymi spodkami, blondwłosymi aryjskimi dziewczętami (niecierpliwym obiecuję, że drugiej części będą fotki) i ciężarną Ewą Braun udać się na Antarktydę.

W 1946 alianci postanowili raz na zawsze rozprawić się z obecnością Niemców na Antarktydzie (niezależnie od wartości omawianych tutaj enunacjacji, Niemcy Antarktydę eksplorowali i Nowa Szwabia nie jest nazwą wyjętą tylko spod czapy jakiegoś nawiedzonego badacza zjawisk niewyjaśnionych), toteż w kierunku największej pustyni świata wysłano sporawą ekspedycję (m.in. lotniskowiec, dwa niszczyciele, wodnopłatowiec i kilka lodołamaczy) dowodzoną przez admirała Byrda. Operacja nosiła kryptonim "Highjump" i jestem pewien, że wiele osób o niej słyszało, jest bowiem centralnym punktem całkiem pokaźnej liczby teorii spiskowych, z których ta dotycząca nazistów jest najmniej odjechana[1]. Dalej, legenda głosi, że Amerykanie na miejscu dostali po łapach, stracili sporo samolotów i ostatecznie podpisali rozejm z nazistami. Jakiś Al Bielek czy inny Phil Schneider relacjonuje także:

Admirał rzekomo zdążył też udzielić wywiadu dziennikarzowi, w którym powiedział: "Konieczne jest, aby Stany Zjednoczone przygotowały się do obrony przed nieprzyjacielskimi myśliwcami, które mogą przylecieć z obszarów polarnych" oraz że:"w przypadku wybuchu nowej wojny, nad Stanami Zjednoczonymi będą latać nieprzyjacielskie myśliwce zdolne przemieszczać się z jednego miejsca na drugie z niesamowitą prędkością"

A potem w tajemniczych okolicznościach zmarł na rzekomy zawał, kiedy to faceci w czerni za pomocą mikrofali przebili mu opony w stojącym w garażu samochodzie. Albo jakoś tak. Albo nie umarł, ale otarł o śmierć z rąk niezamaskowanego ninja. Enyłej owe "nieprzyjacielskie myśliwce z obszarów polarnych" to oczywiście latające spodki. I, powiadają, nie jest wcale przypadkiem, że pierwsze obserwacje UFO przypadają na koniec lat 40-tych, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Byliby to azaliż pogrobowcy Hitlera?

Na pytanie, czy głodne kawałki o latających spodkach z czarnym krzyżem i tajnych antarktycznych bazach (śnieg, mróz, lód, pingwiny - to dopiero oddziałuje na wyobraźnię!) znajdują posłuch wśród polskich internautów, należy odpowiedzieć twierdząco. Szybki gugiel wyrzucił wątki na trzech dość zróżnicowanych tematycznie forach: serwisu bankier.pl, portalu miłośników Wolfensteina oraz klubu Polonia Grodzisk Warszawa. To wszystko te same wklejki, ale pokazuje to tylko, jak bardzo goni w piętkę mainstream paranauk[2]. Oryginalną treść udało mi się znaleźć w miejscu, do którego w tej chwili nie mogę się w żaden sposób wklikać. Trudno, zrelacjonuję bez żadnego wsparcia. Jest to opowieść brytyjskiego komandosa, który pod koniec II wojny światowej otrzymał przydział do tajnej jednostki. Jednostkę tą załadowano na statek i wysłano na Antarktydę, gdzie - zgodnie z rozkazami - miała ona za zadanie rozejrzeć się i zbadać aktywność nazistów w tamtym rejonie. Jak to w opowiadankach tego typu bywa, coś poszło nie tak i odkrycia przerosły najśmielsze oczekiwania dowodztwa. Niech sobie Czytelnik wyobrazi, że naziści zbudowali pod lodem fabryki latających spodków zasilane energią geotermalną, których pilnowali hardzi esesmani i zmodyfikowani genetycznie "ludzie śniegu" (serio serio). Opowiadanie kończy się wysadzeniem fabryki w diabły i zamknięciem ust wszystkim uczestnikom feralnej wyprawy.

W następnej części postaram się opowiedzieć o obecności nazistów w kosmosie i przedstawić barwną postać Władymira Terziskiego, badacza "Teh Nazi-UFO connection" i posiadacza wielu niesamowitych fotografii, których jednak nie pokaże.

[1] - Wg innych relacji admirał Byrd miał na Antarktydzie znaleźć wejście do podziemnego świata, w którym żyją Atlantydzi / kosmici / jaszczury. Nie jest zapewne zaskoczeniem dla osoby obeznanej ze spiskologiami, że jest też wersja syntetyczna - Niemcy przez antarktyczną dziurę uciekli do wnętrza Ziemi, gdzie spotkali Atlantydów i wspólnie spiskują.

[2] - Dlatego też tak wielką atencją darzę Tych, Którzy Puszczają Się Poręczy.

środa, 14 października 2009

Niech to szlag. Wyblipalem sobie dziś taki oto głos świętego oburzenia[1] z powodu procesu wytoczonego niejakiemu Janowi Baranowskiemu przez Naczelną Radę Lekarską. W kwestii samego procesu, jeśli Czytelnik pozwoli, chwilowo przyjmę postawę agnostyczną, bo nie chce się mnie guglać, o co dokładnie tam chodzi i jaki jest stan prawny. Skądinąd wiem, że prawo polskie w tej kwestii jest chore. Skoro już sobie wyjaśniliśmy kontekst tej blogonotki, to ja w ramach przedstawienia przed milionami słuchaczy (mambo-dżambiści zamykają oczy, zatykają uszy i krzyczą na zmianę "dogmatyk!", "ślepiec!", "sługus Big Pharma!") powiem, że nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na skuteczność homeopatii, a jej zwolennikom nie udało się przedstawić ani jednego zgodnego ze współczesnym stanem wiedzy mechanizmu, który takową skuteczność by zapewniał. KROPKA. Temat był wałkowany, więc w razie czego - use the Google, Luke. Ja tu przyszedłem się powywnętrzać. Co więc mamy w podlinkowanym na samym poczatku tekście?

Tak, panie Radziwiłł, grubo przekroczył pan granicę śmieszności. I o co będzie pan oskarżał tego biednego doktora? Czy udowodni mu pan, że jest mordercą? Że jego leki trują, okaleczają lub zabijają? Czy ten doktor ma jakąkolwiek szansę w konkursie z dowolnym, a zwłaszcza „wybitnym” onkologiem, w kategorii „roczna średnia zgonów powierzonych mi pacjentów”? Skoro tak się pan pali do karania lekarzy, niech się pan weźmie za diabetologów i onkologów, których działalność już dawno powinna zostać zdelegalizowana z powodu okaleczania i mordowania pacjentów. Wbrew temu, co twierdzi medycyna alopatyczna cukrzyca jest chorobą całkowicie i w krótkim czasie uleczalną. Podobnie jest z nowotworami. Jeśli ktoś umiera na te choroby, to wyłącznie na własne życzenie i z niewiedzy, wynikającej z wiary w autorytet lekarzy.

I oto przed snem przychodzi wkurwienie połączone z bezsilnością. Czy autorka tych słów potrafiłaby wziąć odpowiedzialność za wszystkich, którzy po przeczytaniu takich zaleceń (a to przecież tylko tragikomiczna wisienka na szczycie tortu wmrożonego w wierzchołek góry lodowej) zaczną leczyć się wodą z cukrem? Czy potrafiłaby spojrzeć w twarz komuś, kto po przeczytaniu wesołej porady stracił osobę bliską - ofiarę zaniechań? To już nie jest akademicka dysputa o nanotermitach w WTC, rakietach w Pentagonie i układach gwiazd. To nie są chińskie ziółka na uspokojenie, ufoludki w sypialni dra Pająka czy inna starodawna sztuka tworzenia harmonii w altance. Tu przecież giną ludzie, że przywola najlepszą kwestię z całego AvP2.

Dla tych, którzy spali przez pierwsze pół tekstu, małe podsumowanie. Oto chorym na raka proponuje się porzucenie ciężkiego, długotrwałego i jak najmniej przyjemnego leczenia na rzecz zrytualizowanego placebo[2]. Bo rak jest grzybem albo innym xujwieczym. Swoją drogą, szybki gugiel na hasło "homeopatia rak" lub "homeopatia nowotwór" wyrzuca dość niejednoznaczne wyniki. Z jednej strony, mamy stonowany poradnik, zalecający profilaktykę (konia z rzędem temu, kto powiąże to sensownie z homeopatią sensu stricto) i redukcję ekspozycji na czynniki środowiskowe. Dalej, lekka gadka o terapii uzupełniającej (a guzik). Z drugiej zaś, mamy różne "Alternatywne metody leczenia nowotworów" w kwartalniku Homeopatia Polska i przerażające dyskusje na forach[3].

Takie kwiaty zła poruszają w człowieku jakieś głęboko ukryte nuty, wyzwalają uczucia, które na ogół chce się chować przed światem, bo przecież cywilizacja, niekulturno i warto rozmawiać. A guzik, to jest wojna. Będę klął jak szewc, flejmował gdzie popadnie i rąbał drewno z bezsilności. Niech to szlag, że też taka bezczelność spaceruje sobie po świecie pod sztandarami Prawdy, Wolności, Zdrowia i Mądrości.

O, Wielki Cthulu, który śnisz w przedwiecznym R'lyeh, dlaczego tak nas doświadczasz? Dlaczego pozwalasz wrzucać wypowiedzi Bertranda Russella, Thomasa Paine'a, Artura Schopenhauera i Fryderyka Nietzschego w takie bluźnierczce miejsca?

Aha, bajdełej.

[1] - Członkowie wulgarnej lewacko-ateistycznej loży oczywiście znają autorkę.

[2] - Albo czegoś równie sensownego. Zapewne nie ma większego znaczenia, czy raka leczymy tabletkami z cukrem, ziółkami z Andów czy naftą.

[3] - W ramach uzupełnienia powiem, że komuś się bardziej chciało szukać przykładów alternatywnych terapii antynowotworowych. Chapeau bas.

sobota, 10 października 2009

W weekendowym wydaniu tego blogaska wracamy w pewnym sensie do korzeni. Tematem aktualnej notki będą bowiem sukcesy i porażki w wydaniu naukowym... no, może nie do końca. Dowiemy się, skąd biorą się sukcesy i porażki u człowieka. Otóż, z myślenia. O "The Secret" pierwszy raz usłyszałem dwa-trzy lata temu, gdy zdarzyło mi się na ten temat dyskutować z kolegą na pewnej grupie dyskusyjnej w odległych zakamarkach Internetu. Pomijając już fakt, iż podówczas nie miałem takich skłonności do bycia kloszardem na śmietniku idei, to cała idea wydawała mi się absurdalnie nadęta i zwyczajnie jałowa. Minął tydzień, minęły lata, a ja z niejakim zaskoczeniem odkryłem, że "The Secret" ma licznych fanów i generuje całkiem dorodną stertę pieniążków. O czym więc mówimy? "The Secret" (po naszemu po prostu "Sekret") to film, książka i objazdowy cyrk, których centralną ideę stanowi tzw. Prawo Przyciągania (Law of Attraction). Sam film to, trzeba przyznać, majstersztyk:

Prawo przyciągania zasadniczo sprowadza się do bardzo prostego pomysłu: myśli oddziałują bezpośrednio na rzeczywistość. Oczywiście chodzi tutaj nie o to, że nasz umysł za pośrednictwem naszego ciała może wpływać na otaczajacą nas rzeczywistość, lecz o kreacyjne właściwości ludzkich myśli.

1 Know what you want and ask the universe for it.
2 Feel and behave as if the object of your desire is on its way.
3 Be open to receiving it.

Krótko mówiąc, nasze myśli "przyciągają" zdarzenia (jak magnes). Jeśli ktoś siedzi rano w korku, to wynika to z faktu, iż wcześniej o tym myślał i, wychodząc z domu, zamartwiał się korkami, a nie z tego, że drogi mają ograniczoną przepustowość, a godziny szczytu z definicji polegają na tym, że prawie wszyscy jadą do / z pracy. Jeśli ktoś chce być bogaty, powinien o tym często myśleć, wizualizować sobie pieniądze i w końcu Wszechświat zapewni mu to, czego chce. Jeżeli chcemy dostać awans w pracy, powinniśmy... Sami widzicie, jak to miałoby działać. Ktoś dociekliwy powinien w tym miejscu zadać pytanie: "A co jeśli wizualizowałem sobie nowy samochód i nie dostałem go od Wszechświata?". "Prawo przyciągania działa zawsze i wszędzie, w tym konkretnym przypadku również." - brzmiałaby odpowiedź - "Po prostu nie starałeś się w wystarczającym stopniu". W sytuacji, gdy każdy stan świata jest interpretowany na korzyść prawa przyciągania (które jest, pamiętajmy, "jak grawitacja"), nie można traktować takiej konstrukcji poważnie. To - tak, jak modlitwa ("Bóg zawsze odpowiada na nasze prośby, tylko czasami odpowiedź jest negatywna") - jest całkowicie niefalsyfikowalne, jako iż nie da się a priori zaprojektować eksperymentu, który mógłby zaprzeczyć jego istnieniu.

Załóżmy przez chwilę, że te problemy są nieistotne. Dlaczego "Sekret" miałby działać?

W Sekrecie chodzi o wibracje, które są związane z naszymi myślami a podobne wibracje się przyciągają.(Można porównywać Prawo Przyciągania do magnesu i rozpatrywać to dosłaownie jak, ale to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to , że to działa.} Np jakby ustawić dwa fortepiany w dwóch rogach pokoju i w jednym nacisnąć klawisz z nutą "C" to w drugim struna nuty "C" też będzie drgać-wibrować itp. I to na tym polega.

Każdy z nas również wibruje z pewną częstotliwością, która zależy od naszych myśli. Myśli radosne zwiększają częstotliwość wibracji, a strach ją obniża. Niskie częstotliwości przyciągają sytuacje, które wibrują podobnie. Energia tych sytuacji wchodzi w nasze pole i wpływa na nie. Dlatego osoby smutne i nieszczęśliwe często chorują i mają skłonność do ulegania wypadkom. Jeżeli więc podniesiemy swoje wibracje przez odczuwanie miłości i wdzięczności, będziemy zdrowi.
Fizycy kwantowi dochodzą do wniosku, że prawdziwe są tylko te teorie na temat rzeczywistości, które głoszą, że nic nie jest stałe i absolutne, z wyjątkiem pewnej stałości i konsekwencji w świecie myśli: rzeczywistość jest zawsze taka, jak ją każdy z nas postrzega.

Cóż, widać jasno, że to klasyczne ignotum per ignotum i appeal to quantum physics, krótko mówiąc, dalej nic nie wiadomo. Tu też nie napisali. Załóżmy przez chwilę, że te problemy są nieistotne. Jaki materiał dowodowy zgromadzili fani "Sekretu"? Okazuje się, że dość mizerny. Fora na internetach pełne są świadectw ludzi, którym Sekret odmienił życie, przysłał BMW albo rzucił atrakcyjną koleżankę w ramiona.

Tak z przyjaciółmi też sprawdzałam no niechcący sprawdzałam….kiedyś po prostu myślałam o koledze z dawnych lat ,przejeżdżając koło jego domu..”…mama sama dzieci wyjechały on jedyny w polsce..został..” no i tak z kilka razy …w mieście którym mieszkam obecnie nie daleko od poprzedniego miejsca zamieszkania ok 60km.dosłownie na chodniku wychodząc z usł.ksero prawie sie potknełam o dawnego kolege…nawet nie przypuszczałam ani nie myślałam o spotkaniu

Witam, tez uwazam, ze sekret dziala. nie potrafie tego ogarnac, ale naprawde dostaje to, o czym mysle, ze chce miec. To cudowne, ze mozna czarowac na jawie… jesli chodzi o przyklady, to klasycznie – zmienilam prace na lepsza, zaczelam zarabiac tyle ile pomyslalam ( tu nie przesadzalam, oczywiscie!) i poznalam wspanialego mezczyzne, ktory mnie kocha, choc bylam jeszcze rok temu w zwiazku, ktory byl tak bolesny i toksyczny, ze nie moge byc bardziej wdzieczna za to , co posiadam i gdzie jestem obecnie. I chce wiecej, i marze wiecej, i biore wiecej, jakbym byla w sklepie, w ktorym stac mnie na wszystko.

I tak dalej. Wszystkie tego typu świadectwa to klasyczne przykłady confirmation bias i selection bias. Jest w tym jednakowoż drugie dno. Wszystkie takie świadectwa pochodzą od ludzi, którzy żyją w otwartych społeczeństwach, w których możliwy jest awans spoleczny dla jednostek pracowitych i ambitnych. Jeśli ktoś uwierzy, że może zrobić wiele i zacznie to robić, ma całkiem spore szanse na sukces. Tyle, że to dzieje się dlatego, bo zaczął działać. Myśli same w soboe nie mają żadnych zdolności kreacyjnych, mają ją ludzie. Tak zresztą zbudowano cywilizację, która teraz umożliwia nam zbieranie owoców pozytywnego myślenia. O ile mi wiadomo, nikt nie próbował testować "Sekretu" w laboratoryjnych warunkach. Zresztą, to jest tak mgliste, że nie da się tego zgrokować. Sporo fajnych komciów ilustrujących ten fenomen można znaleźć u Skeptico, który poświęcił "Sekretowi" kilka wpisów, nie mowiąc o czasie spędzonym na dyskusjach z fanami "Secretu".

Ktoś mógłby zacząć pytać, w czym właściwie jest problem, skoro to ludziom pomaga. Bardzo łatwo jest prostaczkowi przerobić "negatywne myśli przyciągają negatywne zdarzenia" na "negatywne zdarzenia biorą się z negatywnych myśli", a to już jest nie tylko głupie, ale wręcz szkodliwe. Bo wtedy pojawiają się takie kwiatki, jak poniżej:

Sądzę że AIDS jest tak zwaną chorobą nieuleczalną, dlatego że wszyscy w to wierzą. Przestanie ona być problemem, kiedy więcej osób zacznie zmieniać świadome przekonania na ten temat. Wszystkim dobrze jest znany efekt placebo, substancji, która nie zawiera leku.

W Stanach Zjednoczonych notowano przeciętnie jeden wypadek śmiertelny rocznie w wyniku zaatakowania przez rekina, żarłacza białego. W rok po wyprodukowaniu filmu Szczęki, który opowiada o rekinie terroryzującym mieszkańców i turystów jednego z amerykańskich miasteczek na wybrzeżu, śmiertelność wzrosła do siedmiu osób rocznie.

Oraz teh daily WTF:

“Prawo Przyciągania nie rejestruje słowa ‘nie” ani jakichkolwiek określeń negacji.
Oto co Prawo Przyciągania odczytuje, kiedy je wypowiadasz:
.
“Nie chcę rozlać tego na ubranie”
Chce rozlać to na ubranie i chcę rozlać jeszcze więcej

“Nie chcę mieć męża alkoholika”
Chce by wszyscy moi partnerzy mieli problem alkoholowy

“Nie chcę być gruba”
Chcę zawsze być gruba, i chcę zawsze móc się zmagać z problemem mojej tuszy

“Nie chcę mieć za żony-jędzy”
Chcę mieć same wredne partnerki

Oczywiście nie ma sensu zastanawiać się, czy można za pomocą Prawa Przyciągania usunąć głód w Afryce. Ideologia "The Secret", jakkolwiek sprytna by nie była, jest skrajnie egocentryczna. W ostatecznym rozrachunku chodzi o myśli jednej konkretnej osoby i jej pragnienia. Jak doradca zawodowy z Warszawy miałby bezpośrednio zetknąć się z głodujacymi dziećmi w Afryce? Last but not least, nie pozostaje mi nic innego, jak poinformować, że obwoźny cyrk pt. "Jak być bogatym dzięki mechanice kwantowej, hare Krishna, hare hare hare" zawita już w tym miesiącu do Polski.

24 października w Warszawie masz okazję usiąść kilka metrów od Joego Vitale, autora takich książek jak “Klucz do sekretu”, “Prawo Przyciągania”, “Zero Limits”, “Zagubiony podręcznik życia” i wielu, wielu innych. To on zdradzi Ci prawdopodobnie największą tajemnicę życia.

Dzięki sekretowi, o którym opowie, z osoby bezdomnej stał się multimilionerem, do dzisiejszego dnia szczery uśmiech nie schodzi z jego twarzy, robi w życiu to, co kocha, bierze od życia to, co chce, a nie to, co aktualnie jest dostępne, a w czasie snu potrafi zarobić nawet 100 tysięcy dolarów.

So, let me tell you how The Secret works for Joe Vitale. Joe Vitale jest ekspertem od marketingu hipnotycznego, adeptem sztuki coś tam coś tam, autorem światowych bestsellerów i posiadaczem dwóch doktoratów, "jednego z marketingu, drugiego z metafizyki". Mój niezawodny nos scepa wyczuwa oczywiście typowego doradcę życiowego i eksperta od marketingu mambo-dżambo, jakich wielu. Sportretował ich pięknie Francis Wheen, więc nie będę tutaj wnikał w szczegóły. Przyjemność obcowania z panem Vitale kosztuje, i to srogo. Miejsca (sic!) VIP w pierwszym rzędzie kosztują jedyne 3470 zł, miejsca zwykłe zaś - 2270 zł. Jeśli ktoś chce udać sie na seminarium do hotelu Mariott, to wolnych miejsc wciąż jest sporo (w chwili obecnej 159/300). Czy warto, ciężko powiedzieć, ale autorzy stronki zapewniają, że "nawet sceptycy wyszli z niego odmienieni". W każdym bądź razie jest całkiem oczywiste, jak sekret działa w przypadku pana JV. Bajdełej, ów dżentelmen doczekał się artykułu o sobie w polskiej Wikipedii, choć w angielskiej już nie, ciekawe.

Po zapoznaniu się z materiałami człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie: dlaczego właściwie ludzie w to wierzą? Dlaczego stateczni obywatele gotowi są rzucić się w przepaść dla szalonej i totalnie nieprawdopodobnej bzdury zrodzonej ze zwykłego truizmu? Wydaje mi się, że kluczem jest władza. Prawo przyciągania daje wierzącemu silne przekonanie, że wszystko, co dzieje się w jego życiu, może podlegać jego kontroli, że wszystko w ostatecznym rozrachunku zależy tylko i wyłącznie od niego samego. Konkretniej, od jego nastawienia. Ten prosty wytrych pozwala z radością powrócić do świata współczesnych bajek. Świat jest generalnie dość przygnębiającym miejscem, pełnym chaosu i niepewności, zmuszającym człowieka do interakcji z nieprzewidywalnymi indywiduami (nie należy też zapominać o roli przypadku). O ileż piękniejszy się wydaje, gdy mamy iluzję kontroli?

Niech Czytelnik nie zrozumie mnie źle. Nie ma nic fundamentalnie złego w pozytywnym myśleniu, nie o tym też jest moja notka. Problem jest z pseudonaukową ideologią fanklubu "The Secret", z nabieraniem ludzi na mambo-dżambo, które jest pomieszaniem nieuprawnionych wniosków z teorii naukowych mających ograniczony zakres stosowalności z dziwaczną filozofią i typowo niuejdżowym bredzeniem o wibracjach, energiach, kreacjach i fraktalach. Dajcie sobie spokój, ludzie.

czwartek, 08 października 2009

Jak wszyscy wiemy, ostatnio poddana międzynarodowej presji i szantażowi, dezinformacji i manipulacjom, mała Irlandia przegrała nierówną walkę z siłami globalizmu i NWO (kursywa to cytaciki z komentarza do bieżących wydarzeń opublikowanego w "Naszym Dzienniku"). Można oczywiście mówić o tym językiem pełnym górnolotnych pierdół, ogłaszać koniec znanego nam dotychczas świata i wydarzenie to powiązać z Mossadem, chemtrailsami i WTC, ale nie zmienia to faktu, że sprawa prosta nie jest i da się o tym racjonalnie dyskutować, powiedzmy, w gronie samozwańczych eurorealistów. Hola hola! Teraz okazuje się, że powtórne referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego zostało sfałszowane! Nie jest to zbyt zaskakująca nowina. Miłośnicy Psychiatryka24 znają zapewne skazaną na klęskę walkę Aspiryny o prawdę w kwestii sfałszowania wyborów parlamentarnych w Polsce w 2007 r. Co mój smakowity link wyróżnia, to interesująca analogia.

Referendum w Irlandii sfałszowano jak amerykańskie prezydenckie w 2000 roku czy słynny już sondaż w sprawie traktatu na stronie PO

Że jak? Kto, do licha, porównuje ze sobą wybory powszechne i jakąś mało znaczącą sondę internetową gdzieś tam? Ano, robi to pan Wojciech Mann, złowieszczo konkludując, że oni chcą jeszcze na domiar złego wprowadzić możliwość głosowania przez Internet. O samym autorze niewiele wiadomo, a szybki gugiel, poza oczywistymi odniesieniami do tego bardziej znanego Wojciecha Manna, wyrzuca tylko wesołe stronki spiskologów. Wiemy jednak, że jego podpis widnieje pod apelem o nowe dochodzenie w sprawie WTC. Apel sam w sobie wydaje się być kompletnie bezpłciowy i, jako taki, sam w sobie nieszkodliwy, jak wszystkie listy otwarte truthersów, którzy w ten sposób zdejmują z siebie oszołomskie etykietki i uwiarygadniają swoje stanowisko, kreując się na "tych bardziej sceptycznych". Jeśli jednak zagłębić się w strony "sceptyków", znajdziemy tam wiecznie te same bzdury.

Enyłej, pora wrócić do samej "Minuty do północy". W jaki sposób z faktu, że partia obraziła się na internautów i skasowała niekorzystny dla siebie wynik sondy (ponieważ chwilowo nie mam zamiaru samodzielnie spradzać, jak to z tą sondą było, zakładam na potrzeby wywodu, że manipulacja, o której Mann pisze, rzeczywiście miała miejsce), ma wynikać niebezpieczeństwo sfałszowania wyborów powszechnych, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Dyskusyjna jest także świadomość opinii publicznej w tej kwestii. Nie podejmuję się rozstrzygać, ile osób o tym słyszało, ale parafialne i usenetowe kółka intelektualnych onanistów z całą pewnością zdążyły przemielić wiadomość i przylepić do wszystkich jako tako kompatybilnych idei. Enyłej, człowiek ów napisał książkę pt. "Minuta do północy", w której szczegółowo opisuje, jak siły NWO manipulują nas za pomocą tzw. terroryzmu. O swojej książce Autor pisze tak:

Nazywam się Wojciech Mann. Prezentuję tutaj fragmenty swojej książki ‘Minuta do Północy. Terror.’, gdzie opisuję bolesną historię terroryzmu. Od Prowokacji Gliwickiej i Reichstagu przez Operację Gladio i Ajax po 9/11 i 7/7. Od Selaus Scots i Abu Nidala, przez Bojinkę i rosyjski wrzesień ’99 po meksykański kongres i Mumbaj.

W części drugiej Minuty do Północy prezentuję najpotężniejszych ludzi tej planety skupionych w takich organizacjach jak Komisja Trójstronna, CFR czy Bohemian Club. Pokazuję również wydarzenia, z którymi są silnie związani. Kryzys, system finansowy i MFW. Szczepionki, przemysł farmaceutyczny i Monsanto. UE, NAU, obozy FEMY, biochipy oraz HAARP. Nieprzyjemna, wstrząsająca historia płynięcia tej planety w kierunku ‘Edenu’ Lema i ‘Roku 1984’ Orwella.

To dość obszerna i ambitna lista, ale bardzo brakuje mi tutaj "Tożsamości Bourne'a", gdzie przecież pojawiło się wiele ciekawych tropów odnośnie do współczesnego terroryzmu. Na szczęście możemy ją czytać we fragmentach na Newworldorder.com.pl, dotyczących w większości WTC. Oryginalnym wkładem (bo o kordycie, agentach usuwających szczątki z trawnika, zbyt małych zniszczeniach, braku zwłok, etc. możemy przeczytać u zagranicznych autorów jest tutaj niewątpliwie analiza nagrań z kamer przemysłowych. Nagrań, które - dodajmy - truthersi mają w zwyczaju ignorować.

W tym miejscu muszę napisać otwartym tekstem, że mam wobec niej mieszane uczucia. Z jednej strony, jestem przeszczęśliwy, że polski ruch sceptyków od WTC doczekał się utalentowanego badacza, który przyćmi wtórność Ensiego i Dziadka Eustachego z pręgierza. Z drugiej jednak, smuci mnie spore opóźnienie, które pan Wojtek zalicza w stosunku do swoich zagranicznych kolegów. Dość łatwo się bowiem przekonać, że Pentagon poszedł jakiś czas temu w odstawkę, ustępując miejsca bliźniaczym wieżom i Tajemniczemu Zawaleniu WTC7. Czy doczekamy się porządnego spiskologa?

Temat WTC, jak sądzę, nie jest wyczerpany, więc zaplanowałem sobie poważniejszą notkę na ten temat, trochę podobną do tej.

poniedziałek, 05 października 2009

Ostatnio strasznie spodobała mi się ta fraza. Zdecydowanie ma w sobie to coś.

maj lajf in rujins

Są nawet tiszerty!

Tagi: emo krótkie
10:41, asmoasmo , Śledzik
Link Komentarze (1) »
Tagi