from here to reality
poniedziałek, 19 września 2011

Kiedyś, po wypiciu flaszki, zastanawialiśmy się z kolegami, co by się działo, gdyby w telewizji zaczął występować satanista i jak zareagowałaby milcząca i zahukana zazwyczaj większość. Wydaje się, że w ostatnich dniach uzyskałem odpowiedź na to pytanie, bo zatrudnienie Nergala przez TVP wywołało taką erupcję lolkontentu, że nie wiadomo, w co ręce włożyć, o czym pisać, jak pisać i jak żyć. Jeżeli ktoś nie kojarzy, o kogo chodzi, to informuję, że Nergal naprawdę nazywa się Adam Darski, jest byłym chłopakiem Dody i frontmanem blackmetalowej grupy Behemoth. W tej ostatniej roli, jak się zdaje, zrobił więcej dla promocji Polski niż wszyscy polscy uczestnicy Eurowizji, z Mietkiem Szcześniakiem na czele, razem wzięci. Jest to wprawdzie promocja innego rodzaju niż Polandball albo prezydencja Polski w UE, tym niemniej, polski zespół odnosi sukcesy. Tak po prostu. 

Nergalologia

Nie ukrywam, że wpłynięcie (czy może raczej: wypłynięcie) Nergala do mainstreamu to dla mnie, starego metala, powód do satysfakcji. W końcu jestem człowiekiem, który przez prawie całe liceum i początek studiów narzekał, że polską scenę metalową mainstream ma w głębokim poważaniu, podczas gdy w Szwecji, Norwegii i Finlandii z metalu uczyniono koło zamachowe gospodarki (szwedzki metal okazał się szczególnie bezcenny w czasie II wojny światowej). W międzyczasie, Behemoth zaliczał kolejne trasy po świecie, zgarnął parę nagród w kraju, a jego lider został celebrytą. Co więcej, zapewne pierwszym polskim celebrytą - satanistą. No, więc ten człowiek teraz trafił do telewizji i prawica nam eksplodowała. Srsly, do zabrania głosu poczuły się wszystkie tuzy prawego dziennikarstwa, Sakiewicz, Janke, Semka, Kłopotowski czy Ziemkiewicz, a nawet parający się publicystyką upadli politycy, jak Ludwik Dorn. Milczeć nie mogą też biskupi (moar), nie mówiąc już o pacjentach Psych24 i spokrewnionych portali.

Nie wiem, czy Adam Darski jest satanistą. Dostępny materiał dowodowy jest co najwyżej nieprzekonujący, a na pewno bardziej śmieszy niż robi cokolwiek innego. Przykładowo, bliżej mi nieznany autor z korwinistycznej na pierwszy rzut oka witryny przeprowadził dziennikarskie śledztwo i odkrył, że jego tekściarz fascynuje się okultyzmem, sam Darski był na imprezie z kimś tam. Okultyzm, magia, neopogaństwo, satanizm - niektórym najwyraźniej nie robi to różnicy. Z kolei Marcin Meller, który z poczucia winy z racji bycia naczelnym "Playboya" poczuwa się chyba do opowiadania większych głupot niż inni, zauważa, że Nergal po korzystnym dla siebie wyroku sądu powiedział "Heil Satan", co jest ewidentnym odwołaniem się do satanizmu i nazizmu. Obawiam się jednak, że w nurcie akcentującym oś zła Hitler-Lucyfer-Nergal Meller nie ma szans przebić ks. Waldermara Chrostowskiego (cytuję w całości):

To, czego dopuścił się Adam Darski, nasuwa najgorsze i najbardziej mroczne skojarzenia. Chodzi o publiczne bluźnierstwo, którego apogeum stanowiło podarcie Pisma Świętego i rzucenie jego szczątków zebranej gawiedzi z okrzykiem: "Żryjcie to g...". Gdybym nie wiedział, że wydarzyło się to w jakimś podrzędnym gdańskim klubie, myślałbym, że chodzi o pogardliwy okrzykesesmana albo kagebisty wobec bezbronnych i upokorzonych ofiar. Tak zachowywali się oprawcy w Auschwitz i innych obozach śmierci oraz wrogowie Boga i Jego wyznawców w komunistycznych łagrach i katowniach. Tak odbierano godność i pozbawiano nadziei, że życie człowieka ma sens i cel. Kilka tygodni temu oglądałem kościół w Sewastopolu, w którym pod ołtarzem komuniści umieścili miejski szalet.

Uuuuuuuuu... that's a bingo! No, ale antysemitą chyba Darski nie jest... a jednak. Chyba tym panom nie wierzę. Skądinąd wiadomo, że Nergal jest ateistą, a dla niektórych prawicowców to w zasadzie to samo, co satanista. Bo jeśli ktoś nie wierzy w Boga i ze swoją obrzydliwie niemoralną niewiarą się obnosi, to jest satanistą. Ecce homo, ergo elk. Quod error demonstrandum. A nawet jeśli Nergal nie jest we własnym mniemaniu satanistą, to jest nim w rzeczywistości, bo Szatan zwodzi ludzi, posługując się artystami. Oni myślą, że tworzą kreację sceniczną, a tymczasem Szatan hyc hyc, jak zajączek, wchodzi ludziom do głów, każe cudzołożyć i robić sobie in vitro. 

No, bo co z tego, że on robi jakąś tam karierę w USA. Krzysztof Feusette, który żadnej kariery w USA nie zrobił, dobrze wie, że to tylko namiastki kariery, a Lady Gaga zrobiła większą. Dlaczego więc Wroński i Węglarczyk nie wzięli sobie Lady Gagi za patronkę i autorytet? - pyta dramatycznie Feusette, którego lotność i błyskotliwość jest już w niektórych kręgach legendarna - bo podarł Biblię i nazwał ją g... Jeżeli za takie rozumowania dostaje się pracę w "Rzeczpospolitej", to ja już nie wiem, dlaczego Hajdarowicz kupił taką gazetę. Mam taki senny koszmar, jak Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette spotykają się w redakcyjnej stołówce i zaczynają sobie opowiadać dowcipy nad schabowym i rozwodnionymi kartoflami. 

Nergal a sprawa polska

W takich oto okolicznościach publicyści i politycy ścigają się w wariackim konkursie na największą petardę. Oczywiście, jeśli bierze w nim udział Tomasz Terlikowski, wynik jest z góry znany. Enter Terlikowski. Mamy więc wojnę, jakiej nie widział świat. Wojnę, w której przeciwko szataniście z blackmetalowej kapeli i jego wiernemu giermkowi, Człowiekowi-Motylowi, stają zastępy modlitewnej krucjaty, biskupi, publicyści i prości ludzie. Muszą, bo obojętność prawych i pobożnych jest warunkiem dostatecznym triumfu zła. Muszą, bo zatrudnienie Darskiego jest polskim puczem monachijskim, satanistycznym zamachem stanu, policzkiem dla papieża, obrazą dla milionów Polaków, aktem terroryzmu, pierwszą salwą w wojnie, której rezultatem może być albo zmiażdżenie chrześcijaństwa w Polsce, albo jego triumf (w sensie, jeszcze większy niż teraz?). Jakkolwiek kanonadę słychać dopiero teraz, ten konflikt tli się od stuleci, od czasów Chrobrego, który za nieprzestrzeganie postów miał wybijać zęby, i jego wnuka, którego za pogaństwo skazano na zapomnienie.

W ostatnich latach kwestia satanizmu w Polsce nierozerwalnie splotła się z kolei z walką narodowowyzwoleńczą Polaków i próbami wyzwolenia się spod okrągłostołowo-postkomunistyczno-antychrześcijańsko-poprawnejpolitycznie tyranii. Jak bowiem dowodzi Tomasz Sakiewicz w tekście, który z pewnością przejdzie do historii dziennikarstwa śledczego, nie jest więc tu żadnym wypadkiem przy pracy, lecz efektem starannie dobranej koalicji politycznej, na której prezydent oparł się w mediach, a w przyszłości chce też budować rząd i swoją sferę wpływów. To trywialne, Tusk (albo od razu Putin)[1] pociągnął za kilka sznurków i oto mamy Nergala w TVP. Lekko tylko dziwi uwaga, że libertyni z PO i ateiści z SLD razem nic lepszego spłodzić nie mogli, bo przecież Sakiewicz byłbym jednym z pierwszych do tłumaczenia homoseksualistom, niczym Balrogowi w podziemiach Morii, że you shall not pass, właśnie dlatego, bo niczego spłodzić nie mogą. A wcześniej wcale lepiej nie było, bo rok temu „Wyborcza” namówiła prezydenta do usunięcia Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, co zostało wsparte przez SLD i hordy satanistów.  

W ostatnich latach siły zła zinfiltrowały nawet telewizję publiczną, która ślepcom wydawała się bastionem słusznych wartości, i pod płaszczykiem misyjności i propagowania wartości chrześcijańskich, zaczęły wysyłać w eter zgoła przeciwne sygnały, kreując w "Modzie na sukces" na postać pozytywną niejaką Brooke, która sypia z każdym, kto się nawinie. 

Wojna gniewu

W rozpalającej serca Polaków wojnie, Bóg stanie po stronie silniejszych batalionów. W międzyczasie, już w pierwszych tygodniach konfliktu portal Fronda osiągnął zaskoczenie taktyczne i w zaskakującym ruchu połączył siły z Przemysławem Babiarzem, Ryszardem Cebulą i Markiem Jurkiem, by szatana z telewizji przepędzić modlitwą. Do akcji modlitewnej przyłączył się nawet mikrocelebryta Jakub Głuszak, który wcześniej chciał odebrać Terlikowskiemu dzieci. Modlitwa, rozumiecie, ma ze wszystkich dostępnych prawicy broni najlepszy stosunek efektów do kosztów - te ostatnie są równe zeru, te pierwsze - a priori są dowolnie duże. Modlitwa przenosi góry, obala tyranię Michnika, przywraca umarłych do życia.

Do walki z satanistą zaprzęgnięto nowatorską i oryginalnie polską odmianę metody sokratejskiej, która zakłada osiągnięcie samozadowolenia stosującego ją przez wbijanie ostrych jak brzytwa pytań w serca wrogów. A gdyby Nergal zaatakował coś innego niż katolicyzm? A gdyby Nergal podarł Koran albo Torę? A gdyby Nergal znieważył buddyzm? A gdyby do występów w TVP zaproszono nazistę? Albo od razu Hitlera? Czy Paweł Wroński zjadłby kolację z Nergalem? A z Hitlerem? Jeżeli dzisiaj w TVP zobaczymy faceta z włosami w kitkę, to co jutro zobaczą tam nasze dzieci? Czy będą płakać, gdy zajrzą nam przez ramię? 

Ale nie tylko satyrą i piosenką. Nie tylko modlitwą walczyła ludność z okupantem. W arsenale naszych milusińskich jest również bojkot ekonomiczny, do którego wzywa Ludwik Dorn, trzeźwo zauważając, że tą sama ręką, którą wyciągamy portfel, by zapłacić w sklepie, kreślimy na czole, ustach i sercu znak krzyża podczas Liturgii Słowa. Chyba, że ktoś jest oburęczny. Mając na uwadze spustoszenie, jakiego poprzednie tego rodzaju inicjatywy dokonały w szeregach antypolskich mediów, szanse Darskiego wyglądają, oględnie mówiąc, marnie. Ale ostatni akt wypędzenia Nergala zostanie dokonany w innym miejscu, na Krakowskim Przedmieściu, gdzie kiedyś stał Krzyż. Oddajmy ponownie głos Sakiewiczowi: Nie chcecie Nergala w domach Polaków? Wbijcie z powrotem Krzyż w miejsce, z którego go wyrwano. Sądzę, że problem Nergala dałoby się prościej rozwiązać, gdyby Krzyż wbito w serce znienawidzonego satanisty. Przynajmniej będzie pewność, że nie wstanie.

Na kogo może liczyć Adam Darski? Jako artysta, w tej wojnie jest sam. Nie poparł go Grzegorz Markowski, nie poparli Kukiz, Malejonek, Litza i inne tuzy polskiej kultury, wszyscy co do jednego nowo albo staro narodzeni w Chrystusie. Wreszcie, zostawił go zespół Raz-Dwa-Trzy, legenda polskiej sceny metalowej. Powiedzmy sobie szczerze, po swojej stronie Nergal ma jedynie środowisko „Gazety Wyborczej” i rożnego typu cywilizacyjnych dewiantów (dziękuję, redaktorze Sakiewicz, tak mnie jeszcze nikt nigdy nie nazwał). Zaszczuty, ścigany, samotny Nergal ani chybi wpadnie w pułapkę, którą na niego zastawił publicysta Nowego Ekranu:

Mam oczywiście wielką nadzieję, iż Ci wszyscy ludzie tak naprawdę nie są "ludźmi Darskiego" czemu niechybnie i bardzo szybko dadzą publiczne świadectwo i mój znak zapytania w tytule zamieni się na zdanie: ""Nie! Ci wszyscy nie są "ludźmi Darskiego!""

Wtedy nie zostanie mu nikt, zostawi go nawet Paweł Wroński. I kiedy Nergal przegra, kiedy przestanie być użyteczny, upomni się o niego Szatan. Belzebub nie wybaczy Nergalowi uzurpacji, jakiej dokonał, kiedy nazwał się 18 września br., tym od ognia i piekła. Szatan mu tego nie zapomni, rozumiecie, on nienawidzi Nergala z tej racji, że jest człowiekiem. Te i inne rewelacje prezentuje redaktor prasy lokalnej z Płońska, który w cuglach mógłby wygrać konkurs na najbardziej odklejonego od rzeczywistości dziennikarza prasy lokalnej (jeśli ktoś nie widział tej rubryki, niech patrzy, bo urywa dupę). A gdy już Nergal trafi do piekła, będzie do końca świata dręczył Janusza Palikota swoją muzyką, co jak wiadomo, gorsze jest od śmierci. Skąd z kolei Michalkiewicz wie, jak Szatan zapatruje się na muzykoterapię, nie mam pojęcia. Zakładam, że jest to to samo poufne źródło, które Michalkiewiczowi podpowiedziało, kto zorganizował zamach na europejskie warzywa.

Egzorcyzmy Adama Darskiego

Ale i tak wszystkich przebili posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, którzy swoje stanowisko w sprawie Nergala rozpoczęli od konstatacji, że obecna sytuacja stwarza poważne zagrożenie dla ładu demokratycznego w Polsce, a skończyli na wezwaniu do wywalenia Nergala z telewizji. Rozumiecie, jeden facet w roli jurora programu muzycznego stanowi zagrożenie dla demokracji w Polsce, więc w imię demokracji i pluralizmu trzeba go wywalić, żeby telewizja propagowała tylko jedynie słuszne wartości. Wolność to niewola. Nawiasem mówiąc, fakt, że posłowie z głębokim niepokojem przyjmują zatrudnienie satanisty w telewizji i piszą stanowiska, jest smutnym świadectwem tego, w jak ciemnej dupie jesteśmy, jako kraj. Jak bardzo przejebane mamy, skoro tacy tytani myśli tworzą prawo. 

I pozostaje tylko zacisnąć pięści i szczęki, gdy po raz kolejny goni się za jakimś króliczkiem, myśląc że to Królik z Caerbannog. Ludzie, zajmijcie się poważnymi sprawami.

[1] - Alternatywnie, całą aferę sprokurowali i nakręcili sztabowcy PO, żeby spolaryzować społeczeństwo. 

wtorek, 13 września 2011

Witam wszystkich trzech czytelników tego bloga w szóstej części co-[tu wstawić interwał, który stawia mnie jako blogera w pozytywnym świetle] czytelniczych polecanek. Ponieważ poprzednia część pojawiła się z dużym opóźnieniem, nie było sensu odwlekać kolejnej. Plus - materiały z oceanu informacji mogłem sobie wybierać wiadrami. Dziś mamy dwunasty września, dwa dni po dziesiątej rocznicy zamachu na WTC i trzy dni po siedemnastej miesięcznicy polskiego WTC, a ja jestem asmoeth i bloguję od prawie trzech lat. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka 

Jako pierwszy polecę artykuł z nieocenionego You Are Not So Smart, dziś o tym, jak bardzo nie lubimy przykładać do innych takiej samej miary, jak do nas samych. Jak łatwo nam założyć, że o innych wiemy więcej niż oni o nas, a nawet niż oni o sobie samych. Na uwagę zasługuje też długawa opowieść o toczącej się w zasadzie o nic brutalnej rywalizacji dwóch plemion złożonych z dwunastolatków i jedenastolatków. Frapująca i wysadzająca mózg w powietrze lektura. 

Na drugie danie trochę klimatolologicznej strawy. W czasie, gdy w Czarnogórze na zmianę balowałem i drżałem ze strachu o swoje życie, pojawił się nowy Climate Denial Crook of the Week. Zaczyna się ping-pongiem pomiędzy nieprawdopodobnymi wręcz przykładami zaklinania rzeczywistości, a twardą rzeczywistością, a potem jest jeszcze lepiej. W tym samym duchu mamy piękny post Tamino o trendach temperatury. Do sztambucha wszystkim tym, którzy twierdzą, że globalne ocieplenie się zatrzymało. 

Nie zostawiając jeszcze kwestii zmian klimatu i całej reszty powiązanych, wychodzimy ze świata cyferek, symboli, modeli i zdradzieckich komputerów. Na io9 trochę o tym, co pokazał huragan / burza tropikalna Irena i dlaczego ludzie tym razem zdali egzamin z zarządzania kryzysowego. 

Tu i ówdzie można spotkać twierdzenia, jakoby establishment naukowy prześladował małe grupki powstańców (proszę nie wypuszczać psów bez kagańców) dokładnie w taki sam sposób, w jaki prześladowano w XVII wieku Galileusza. W tej analogii establishment naukowy jest Kościołem katolickim, w rolę spalonego na stosie skazanego Galileusza wcielają się zaś kreacjoniści, denialiści dowolnego sortu, ideolodzy alternatywnej medycyny, ufolodzy, miłośnicy placków, przedstawiciele dowolnej innej grupy, która czerpie radość z przekonania o własnej szlachetnej niekonwencjonalności. No więc troszkę o tym napisano w NYT przy okazji wystąpienia jednego z poważniejszych kandydatów do prezydentury ze strony Republikanów. I jeszcze cytat skądinąd, który sobie przypomniałem, autor nieznany:  

Galileo was a man of science oppressed by the irrational and superstitious. Today, he is used by the irrational and the superstitious who say they are being oppressed by science. So 1984.

A w ogóle, to znacie tę opowieść o tym, jak to Amerykanie wydali milion dolarów na długopis piszący w kosmosie, podczas gdy Rosjanie zabrali ołówki na orbitę? Chyba trzeba będzie pożyczyć od Pogromców Mitów pieczątkę z napisem "BUSTED!".  

Ekonomia, gospodarka i Krzysztof Rybiński

Czy zauważyliście, jak często "Granice wzrostu" zawsze pojawiają się w dyskusjach jako przykład alarmizmu, szalonego ekoterroryzmu i wsteczniackiego maltuzjanizmu? Zawsze uważałem, że większa część popularnych krytyk tego raportu jest niesłuszna, niesprawiedliwa i obciążona efektem pewności wstecznej (zajebiste tłumaczenie hindsight bias, nie ma co). Ten pan też tak uważa i nawet chciało mu się o tym napisać, w przeciwieństwie do mnie. 

Pozostając w okolicach ekonomii środowiska i klimatu, przedstawiamy krótki i węzłowaty papier poświęcony wyzwaniom, jakie ekonomistom stawiają zmiany klimatu.

Znalazłem ostatnio świetny blog na temat transportu i jego ekonomiki. Tylko popatrzcie, jakie perełki można tam znaleźć. Weźmy np. wpis od którego zacząłem czytanie. Kapitalna rzecz, z przemawiającym do wyobraźni i bardzo mi pasującym przejściem do narracji o rozproszonych kosztach i skoncentrowanych zyskach. Albo ten o kosztach generowanych przez amerykańską sieć autostrad międzystanowych. 

Pozostając w temacie, krótka opowieść o rozryciu St. Louis przez autostradę. Niby nic nowego i nic odkrywczego, ale miło jest czasem osadzić rzeczy znane w konkretnym kontekście. 

A tymczasem, na znanym i lubianym blogu Mike'a Konczala zapanowało #pięknoidobro, mam tu na myśli przede wszystkim okolicznościową (dlaczego, o tym za chwilę) notkę - a w zasadzie popularnonaukowy esej - o płacy minimalnej. A must read, jeśli nie zadowala kogoś podsumowanie z angielskiej Wikipedii. Okoliczność to powołanie przez Obamę Alana Kruegera, być może największego eksperta w tej dziedzinie na świecie, na stanowisko szefa rady doradców ekonomicznych. 

Wczoraj ukazał się raport końcowy z prac brytyjskiej komisji do spraw reformy bankowości. Z ciekawszych rekomendacji mamy ścisłe rozdzielenie bankowości detalicznej od inwestycyjnej. Ani trochę to nie zaskakuje, c'nie. 

I jeszcze lista sześciu "upadłych mitów ekonomii" z Wyborczej. Ja rozumiem, że taka publicystyka po neoliberalnych pierdołach Witolda Gadomskiego może wydawać się ożywcza, ale Maciej Samcik popełnił spory błąd w założeniach. To nie są mity ekonomii, tylko (przynajmniej częściowo) mity mainstreamowej publicystyki ekonomicznej w Polsce, ew. pobożne życzenia Leszka Balcerowicza. 

Na zakończenie artykuł z The Economist o tym, jak na zapomnianej przez bogów części  Szkocji rozwija się energetyka odnawialna i powiązany z nią przemysł.

Inne pierdoły (polityka)

Ostatnią kategorię otwieramy długaśnym raportem CAP na temat islamofobii w Stanach Zjednoczonych. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jakim sposobem w niektórych stanach władze na serio martwią się możliwością wprowadzenia szariatu w USA, powinien do tego raportu zajrzeć. 

Z okazji rocznicy zamachów z 11 września dwa kawałki. Tradycyjnie już Vanity Fair, tym razem o tym, jak łatwo można było zamachom zapobiec - w 1999 wywiadowi amerykańskiemu zaoferowano dostęp do korespondencji i telefonów Al-Kaidy i afgańskich Talibów. Dlaczego nie wzięli tego z pocałowaniem ręki? No, jakoś tak wyszło. Przewijamy taśmę do 2011 roku i w innych częściach medialnego uniwersum dziennikarz zadaje pytanie "Czy terroryści wygrali?" i odpowiada na nie twierdząco. Warto przeczytać. 

A teraz coś z zupełnie innej beczki - polemika na temat obrazu kobiet w "Grze o tron" (i kolejnych częściach sagi) George R.R. Martina: atak i obrona

A skoro już przy literaturze jesteśmy, to kol. Łukasz popełnił taką recenzję zbioru opowiadań Szczepana Twardocha, że ze śmiechu rozeszły mi się szwy, które mam od czasu, gdy piętnaście lat temu wycięto mi wyrostek robaczkowy. Prawdopodobnie najśmieszniejsza rzecz, jaką miałem przyjemność czytać w tym półroczu.

Dzisiejszą edycję polecanek czytelniczych kończymy mocnym uderzeniem w Partię Republikańską autorstwa weterana waszyngtońskich biur. Ze smaczniejszych fragmentów: 

The GOP cares solely and exclusively about its rich contributors. The party has built a whole catechism on the protection and further enrichment of America's plutocracy. Their caterwauling about deficit and debt is so much eyewash to con the public. Whatever else President Obama has accomplished (and many of his purported accomplishments are highly suspect), his $4-trillion deficit reduction package did perform the useful service of smoking out Republican hypocrisy. The GOP refused, because it could not abide so much as a one-tenth of one percent increase on the tax rates of the Walton family or the Koch brothers, much less a repeal of the carried interest rule that permits billionaire hedge fund managers to pay income tax at a lower effective rate than cops or nurses.

I to by było na tyle, do przeczytania. 

Tagi