from here to reality
sobota, 25 sierpnia 2012

W polskim Internecie krąży plotka, jakoby na budowie II linii warszawskiego metra znajdywano setki zwłok (codziennie nowe), a następnie pakowano je na ciężarówki i wywożono na wysypiska śmieci bądź do utylizacji. Wszystko w głębokiej tajemnicy, bez informowania mediów, zgłaszania znalezisk odpowiednim służbom czy też wzywania archeologów (co jest standardową procedurą w takich sytuacjach). Krótko mówiąc, skandal, zezwierzęcenie, zbrodnia przeciwko ludzkości i czyste zło. Bloger Herbu Grabie aferę opisuje tak: 

Podczas budowy warszawskiego metra robotnicy codziennie odkrywają ludzkie szkielety i ludzkie szczątki w różnych fazach rozkładu. Ilość zwłok można szacować w setkach, nikt nie prowadzi dokładnej statystyki. Informacje te potwierdza pracownik nadzoru budowy pragnący zachować anonimowość. O znaleziskach tych nie są powiadamiane służby archeologiczne, a kości i czaszki ładowane są wprost na ciężarówki i wywożone na składowisko śmieci. Robotnikom nakazano całą sprawę utrzymywać w tajemnicy pod rygorem zwolnienia dyscyplinarnego. Np. bardzo płytko zaledwie pod warstwą asfaltu znaleziono kilka doskonale zachowanych zwłok, których wygląd świadczył na pochodzenie znacznie późniejsze niż druga wojna światowa.

I tyle, zero dowodów, zdjęć czy jakichkolwiek konkretów, które mogłyby przekonać czytelnika, że autor wie, o czym w ogóle pisze. Pozory sensowności ma temu nadać wzmianka o pragnącym zachować anonimowość pracowniku nadzoru budowy. Zastanówmy się, czy coś takiego jest w ogóle możliwe.

Po pierwsze, przy budowie metra wykonuje się dwa podstawowe rodzaje prac: drążenie tuneli i budowę stacji, wentylatorni i innych obiektów. Ta druga kategoria prac wiąże się na ogół również z przekładaniem wszelkiego rodzaju instalacji: kabli, kanałów, rur, kolektorów, węzłów i komór, co nieco powiększa obszar, na którym można znaleźć coś niespodziewanego. Przy drążeniu tuneli nie ma szans na napotkanie masowych grobów, bo drążenie wykonuje się na dużej głębokości, w utworach polodowcowych liczących wiele tysięcy lat, gdzie co najwyżej można trafić na szkielet mamuta. Warszawa to nie Ateny czy Rzym, które mają za sobą tysiące lat nieprzerwanego osadnictwa, a każda budowa to manewry w ruinach. Ponadto, tarcza mieli wszystko na swej drodze, miesza z chemikaliami i przenosi na taśmociąg, który przenosi urobek na zewnątrz. Przeoczenie szkieletu, nawet gdyby się jakiś pojawił, jest prawdopodobne. 

Jeżeli więc zwłoki są znajdywane, to na budowie stacji, tu bowiem można znaleźć największe powierzchniowo wykopy. Problem w tym jednak, że trudno również w taki scenariusz uwierzyć. Wszystkie stacje budowanego obecnie odcinka II linii powstają pod głównymi ulicami miasta lub pod ważnymi skrzyżowaniami centrum Warszawy, miejsca te praktycznie nie zmieniły się od czasu powojennej odbudowy Warszawy. Przed II wojną światową również były tam ulice, ewentualnie gęsta zabudowa. W czasie wojny ofiary grzebano, pamiętajmy, raczej w piwnicach, podwórkach czy skwerach, a nie pod ulicami. Jeżeli znajdowały się tam masowe groby powstańców, prawdopodobnie zostałyby znalezione w czasie powojennej odbudowy. Wszak szczątki, które po wojnie odnaleziono, zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarze. Jeżeli - jak twierdzi bloger - są to również ciała "w różnym stanie rozkładu" i znajdywane są ofiary zbrodni późniejszych niż wojenne, to trzeba sobie zadać pytanie, jak tam trafiły, dlaczego nikt nie zauważył i dlaczego właściwie państwo dysponujące suwerenną władzą nad tysiącami kilometrów kwadratowych lasów i pól zdecydowało się swoje ofiary pochować w centrum największego miasta, gdzie byle remont drogi może je odsłonić. 

Dalej, trzeba wziąć pod uwagę technologię, w jakiej wykonywane są stacje. Otóż, wygląda to co do zasady tak, że najpierw przekłada się wszystkie kolidujące instalacje, następnie robi mniej więcej dwumetrowej głębokości dziurę (tzw. wykop wstępny), a potem przystępuje do właściwych prac. Wielkie dźwigi na gąsienicach pracowicie spuszczają dziesięciometrowej długości gryzarki pionowo w ziemię. W tak powstałe szczeliny wprowadza się zbrojenie i zalewa betonem - oto ściany szczelinowe, z grubsza tożsame z bocznymi ścianami stacji i ich fundamentami. Następnie skuwa się część betonu z tychże ścian, łączy ze zbrojeniem stropu, zalewa betonem i dostaje strop. Na strop wjeżdżają koparki i wywrotki, pod strop wchodzą ekipy z młotami pneumatycznymi, spawarkami, spychaczami i minikoparkami. I wybierają ziemię z ogromnej komory stacji, co jakiś czas budując stropy kolejnych podziemnych kondygnacji, a na dnie - grubą płytę fundamentową.

Znalezisko z czasów najnowszych ma szansę pojawić się na samym początku, przy pierwszych wykopkach - tak, jak miało to miejsce na budowie stacji Rondo Daszyńskiego, kiedy to pod zerwaną jezdnią odkryto fundamenty przedwojennej fabryki. W innych miejscach trafiały się fundamenty przedwojennych kamienic, stare kanały, piwnice, nie mówiąc o niewybuchach z czasu wojny. Nikt z tego nie robił tajemnicy, wszystkie takie przypadki nieuchronnie czeka rozgłos. Szczątki z okresu wojny obecnie znajdywane są bardzo rzadko, ale nawet wtedy nie ma mowy o tym, co budowniczym metra się przypisuje. To jednak miało miejsce miesiące temu. Poszczególne stacje (za wyjątkiem Nowego Światu i części Świętokrzyskiej) są już na tyle zaawansowane, że etap, kiedy można było znaleźć coś, co pod ziemią znalazło się kilkadziesiąt lat temu (lub później), mamy już dawno za sobą. Kilkanaście metrów pod ziemią naprawdę nie ma masowych grobów. 

Wreszcie, desperackie machanie rękami nie unieważni faktu, że taki spisek wymaga zaangażowania kilkudziesięciu osób z różnych podmiotów (konsorcjum AGP, podwykonawcy, nadzór budowlany, być może nawet Metro Warszawskie i Urząd Miasta St. Warszawy). Dlaczego właściwie wszyscy mieliby milczeć, nie wiadomo. Groźba utraty pracy jest silnym motywatorem, ale trudno oczekiwać, że w każdym przypadku przeważy nad wyrzutami sumienia, wątpliwościami i zwykłymi ludzkimi uczuciami, jakie mogą mieć uczestnicy spisku. Dlaczego ktoś miałby to w ogóle zorganizować i ryzykować gigantyczną wpadkę, troskę prokuratora, łaskę sędziego i horrendalne kary, również nie wiadomo. Uniknięcie opóźnień jest pewnie jakimś wyjaśnieniem, ale bądźmy realistami. 

Reasumując, mamy wysoce nieprawdopodobną plotkę, którą nie poparto żadnym materiałem dowodowym. Myślę, że z czystym sumieniem można wsadzić to między legendę o czarnej wołdze, a bajania o zamachu w Smoleńsku. 

Last but not least, pozwólcie, że przedstawię Wam jednego z autorów plotki w pełnej krasie: 



Jeżeli nazwa użytkownika, który to tam wgrał, coś Wam mówi, to bardzo słusznie. Podlasie XXI wieku to oczywiście niezależny komitet wyborczy stojący za Krzysztofem Kononowiczem, a przemawiający na polowej konferencji prasowej jegomość to jego założyciel. To powinno powiedzieć Wam wszystko na temat wiarygodności autorów.

Zresztą, nawet Gazeta Polska Codziennie stanęła w tej sprawie po stronie rozumu. 

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czasem wystarczy jeden niedzielny spacer, by wybudzić blogera z letargu. Traf (a może to Przeznaczenie?) chciał, że zaszedłem przedwczoraj do jednej z księgarń z tanimi książkami - tymi, za które w regularnych księgarniach nikt nie chciał zapłacić regularnych cen. Wyszedłem z pełnym plecakiem, co zdarza mi się regularnie, jestem człowiekiem słabej woli. W plecaku znalazła się książka, która ostatecznie zainspirowała mnie do napisania niniejszej notki. O wydawnictwie Amber wspominałem przy okazji nostalgicznej notki o ukąszeniu daenikenowskim. Jest to wydawnictwo, które od dawna utrzymuje swoisty wydział książek dziwnych, jest bowiem w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet, od „Tajemnicy pustej Ziemi" po „Planeta Wenus dziełem bogów – kosmitów?". Mój niedzielny łup to „Powrót smoków. W poszukiwaniu ostatnich żyjących dinozaurów". Autorem jest niejaki Hartwig Hausdorf, „światowej sławy niemiecki badacz tajemniczych zjawisk porównywany z Daenikenem". Aha, takie buty.

Motywem przewodnim dzisiejszej notki są dinozaury w wersji alternatywnej, w pseudonaukowych teoriach dotyczących ich pochodzenia, wyginięcia, życia w ukryciu i okazjonalnych objawień, które porównać można w najlepszym wypadku do lizania lodów przez szybę. Uwaga ogólna - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że technicznie rzecz biorąc, dinozaury przetrwały do dziś i nazywamy je ptakami. Na potrzeby tej notki przyjmuję bardziej tradycyjną taksonomię.

Name that logical fallacy, Hartwig Hausdorf edition

„Powrót smoków" to niezbyt długa (ok. 120 stron) książeczka z masą zdjęć, krótkimi rozdziałami, pozbawiona sensownej struktury logicznej i napisana na zasadzie zrandomizowanego katalogu osobliwości. Wywód jest dość klarowny, ale do bólu zębów najeżony błędami logicznymi i poznawczymi. Teza, którą autor stawia, w zasadzie opiera się tylko na dwóch bardzo kruchych fundamentach:

  • Argument z niewiedzy (nie wiemy, co się kryje w dżungli, więc dinozaury mogą istnieć) w kryptozoologii znany w dwóch wersjach i w obydwu tu występujący: argument z okapi (skoro czasem wciąż odkrywa się duże zwierzęta, to można odkryć zauropoda) i argument z latimerii (skoro uznana za wymarłą 300 mln lat temu ryba przetrwała w niezmienionej formie, to dinozaury też mogą).
  • Plural of „anecdote" is not „data". Książka Hausdorfa jest jednym wielkim zbiorem anegdot, począwszy od uroczej historyjki profesora, który w świeżo odsłoniętych utworach kredowych znalazł żywe prehistoryczne salamandry, poprzez niezliczone relacje naocznych świadków pojawienia się Nessie, mokele-mbembe, węży morskich, etc., a skończywszy na wyjętej żywcem z kiepskiego horroru sceny walki z czterdziestometrową anakondą.

Powrót smoków okładkaDla autora dinozaury współcześnie występują praktycznie wszędzie, można mówić przynajmniej o kilkudziesięciu gatunkach, ale jest ich na tyle mało, że nie zdołano znaleźć choćby jednego wiarygodnego, namacalnego dowodu ich istnienia, a książkę poświęconą ich istnieniu trzeba dopychać nie-dinozaurami. Dinozaury i nie-dinozaury, jak przytacza autor, widziano w gęsto zaludnionej Europie, na niegościnnych pustkowiach Alaski, na pustyniach Teksasu i Mongolii, w Amazonii i Kongo, na Kilimandżaro i w górach Papuy Nowej Gwinei, w Wietnamie i w Kalifornii, na Pacyfiku i w polodowcowych jeziorach Szkocji i Kanady, w Australii i Austrii, w głębinach i na mieliznach. Do czasów współczesnych mieliby przetrwać przedstawiciele zauropodów, pterozaurów, plezjozaurów i teropodów, a w książce traktującej rzekomo o dinozaurach najwyraźniej celowe jest wspominanie o gigantycznych wężach i jaszczurkach, ptakach o ośmiometrowej rozpiętości skrzydeł, Tatzelwurmie, morskich koniach i wężach, gigantycznych kałamarnicach i ośmiornicach oraz o meduzach roztrzaskujących się na autostradach i mylonych chyba ze wszystkim zwłokach rekinów i wielorybów.

Po drodze dostajemy przystępną powtórkę ze wszystkich złych argumentów i żadnego dobrego. Ludzie musieli zetknąć się z dinozaurami, po podobizny dinozaurów można znaleźć na kamieniach, głowach paru rzeźb i w kilku jaskiniach, gdzie wśród kromaniońskich bohomazów dumnie pręży pierś coś, co ma być pterodaktylem. Pareidolia pierwszej klasy, aż żal, że w "Prometeuszu" nie zrobili czegoś ładniejszego.

Jak to wszystko mieści się w ramach wyznaczonych przez ustaloną wiedzę o przeszłości życia na Ziemi, ciężko powiedzieć. Autor wydaje się na bardzo podstawowym poziomie rozumieć ten problem, bo sygnalizuje chęć uzupełniania dziur kosmitami:

W dwóch poprzednich książkach postawiłem pytanie: czy przypadkiem „ktoś z zewnątrz" – ktoś taki jak dzisiejsi genetycy – nie przeprowadził kiedyś eksperymentów na naszej planecie?

Moim zdaniem ta teoria jest bardzo prawdopodobna. Choćby ze względu na wiele dziwnych stworzeń, jakie pojawiały się w ciągu dziejów Ziemi, a wyglądały tak, jakby wyszły z laboratorium szalonych genetyków-eksperymentatorów, którzy majstrowali przy machinie przyrody. Tym, dla których brzmi to zbyt fantastycznie, chciałbym zadać pytanie: czy nasi genetycy nie stoją już u progu zrealizowania porównywalnych potworności? Tuż przed Bożym Narodzeniem 2000 roku aktywiści organizacji ekologicznej Greenpeace demonstrowali przed europejskim urzędem patentowym w Monachium. Co zaniepokoiło tych zawziętych obrońców środowiska?

Czytelniku, głos w Twojej głowie, który czyta Ci ten tekst, właśnie zamilkł, żebyś mógł w skupieniu docenić piękno logiki autora, który nie rozumie, więc albo kosmici, albo dinozaury. A najlepiej jedno i drugie

Polski wkład w kryptozoologię

Kryptozoologia uwielbia mity, to niewyczerpalne źródło inspiracji i rezerwuar kiepskich uzasadnień i słabych dowodów. Mityczne zwierzęta, których poszukiwano w niedostępnej głuszy, trudno zliczyć, podobnie jak mity (a często raczej ich popkulturową wersję), które sprzęgnięto z postulowanymi kryptydami. Polski wkład w to błędne koło dotyczy gryfów (wg mojej najlepszej wiedzy ta konkretna hipoteza na temat pochodzenia tych mitycznych stworzeń jest oryginalnie polska), legendarnych pół-ptaków, pół-lwów.

Oto na scenę wkracza Tadeusz Oszubski, pisarz i publicysta („Nieznany świat", „Gwiazdy mówią", „Czwarty wymiar" – wyłania się z tego pewien wzorzec). Jego postulat? Gryfy to przekręcona przez głuchy telefon międzykulturowej i międzyokresowej wymiany informacji reliktowa populacja welocyraptorów żyjących na stepach Azji Środkowej. Dodajmy, jeszcze w Starożytności. Na poparcie swej tezy autor ma dość skąpe argumenty – podobieństwo anatomiczne, miejsce w mitologii ludów wywodzących się z Azji Środkowej i sposób ich przedstawiania w sztuce. Scytowie przedstawiali bowiem gryfy jako część ekosystemu, niebezpiecznych drapieżników polujących np. na konie i antylopy. Ponadto, pół-lew, pół-orzeł przypomina upierzonego welocyraptora (lub jakiegoś jego kuzyna). Wreszcie, żywe skamieniałości się zdarzają, nie można więc wykluczyć, że dowolne zwierzę z Mezozoiku przetrwało do naszych czasów.  

Hindenburgus Rex

W każdym z tych przypadków centralna teza jest całkowicie nieprawdopodobna i sprzeczna ze wszystkim, co wiemy o życiu, jego historii i ewolucji. Nie ma najmniejszego śladu istnienia dinozaurów i wielu innych wielkich gadów Mezozoiku w okresie, który nastąpił po ich wyginięciu. Aby twierdzenia zwolenników tez o współczesnych dinozaurach były prawdziwe, kataklizm K/T musiałaby przetrwać jakaś populacja dinozaurów, dostatecznie duża by przeżyć i przechować dostatecznie dużą różnorodność genetyczną, ale zbyt mała, żeby zapobiec wielkiej karierze, którą właśnie rozpoczynały ssaki. Ta populacja trwałaby w zmieniającym się środowisku, niezmienna niczym stada latimerii w głębinach, nie zostawiając żadnych śladów przez tysiąclecia, bardzo wygodnie pozostając na samej granicy wykrywalności, gdzie nie sposób odróżnić szumu od sygnału. Tak, że na materialne dowody koegzystencji dinozaurów i ludzi (nie będące fałszerstwem) wciąż czekamy. 

flight of dragons coverA jeśli dinozaury przetrwały, ale ewoluowały w taki sposób, że faworyzowane były cechy, które w ostatecznym rozrachunku uczyniły je całkowicie niewykrywalnymi w zapisie kopalnym? A jeśli zmieniły się w taki sposób, że nawet gdybyśmy na ich ślady natrafili, nie bylibyśmy w stanie ich rozpoznać? A jeśli potomkowie tych dinozaurów towarzyszyli naszym przodkom i ta współegzystencja dała życie mitom, które są prawdziwe w bardzo dosłownym sensie? Peter Dickinson, angielski pisarz, w 1976 zaproponował całkiem pomysłowe wyjaśnienie genezy mitów o smokach. Otóż smoki to duże latające gady, które wyewoluowały z drapieżnych dinozaurów, a których mityczne cechy (ogień, krew jak kwas, skrzydła) są konsekwencją umiejętności latania, którą posiadły w toku ewolucji. Byłby to oryginalny sposób na latanie, nie mający nic wspólnego z machaniem skrzydłami czy lotem ślizgowym. Smoki, twierdził Dickinson, to naturalne sterowce. Zwierzę rozmiarów dużego mięsożernego dinozaura z wielu powodów nie miałoby szans na latanie konwencjonalnym sposobem, gdyby jednak mogło zmniejszyć swój ciężar, lot stałby się prosty. I tak właśnie miało się stać, lot smokom zapewniałyby duże ilości wodoru w jamach ciała, stale uzupełnianego przez reakcje kwasu solnego w żołądku z szybko rosnącymi kośćmi. Żebra, zbędne już jako sztywna struktura chroniąca i utrzymująca zawartość klatki piersiowej w miejscu, stały się odpowiednikiem płetw, z rozpostartą na nich skórą przypominały skrzydła, ale nie byłyby nimi (skrzydła u latających kręgowców to przekształcone przednie kończyny).

Wodór, jak wiadomo przynajmniej od katastrofy „Hindenburga", jest gazem wysoce łatwopalnym, stąd zionięcie ogniem. Silne zakwaszenie krwi dałoby początek mitom o magicznych właściwościach krwi. Wreszcie, kwas we krwi i w żołądku wyjaśniałby, dlaczego tak niewiele (zero, żeby być ścisłym) z nich zostało. Po śmierci kwas rozpuszcza wszystko, nie istniały więc żadne zwłoki, które mogłyby ulec fosylizacji dla potrzeb badań przyszłych pokoleń paleontologów. Dickinson sporo miejsca poświęca też szczegółom anatomii, zachowania i rozmnażania się smoków, jak również możliwościom, jakie stały przed zabójcami smoków, ale nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Nie jest to wizja, którą warto brać serio, aczkolwiek redaktor czasopisma „Faktor X" odpowiedzialny za rubrykę, z której dowiedziałem się o tej teorii, wydawał się całkiem przekonany o jej prawdziwości. Widać była to truthiness, a nie truth.

Chcę wierzyć?

Znalezienie żywego dinozaura byłoby absolutnie sensacyjnym odkryciem, być może najbardziej niesamowitym znaleziskiem w historii ludzkości. Żywa skamieniałość tego kalibru zapewne powiedziałaby nam więcej o gadach, które kiedyś władały planetą, niż tona skamieniałych kości, a potencjalny strumień nowych danych zapewniłby pracę kilkudziesięciu badaczom. Takie odkrycie byłoby też wielkim triumfem kryptozoologii, której dotychczasowe osiągnięcia pozwalają ją z czystym sumieniem odkładać na półkę z naukami patologicznymi. Gdy gromadzi się dowody nie mocniejsze niż kępki niezidentyfikowanej sierści, ludowe opowieści, niewyraźne fotografie i całe katalogi fałszerstw (tzw. surgeon's photo, film Pattersona), nie można oczekiwać więcej. Teraz jednak wzniosłaby się ponad analizę szumu. 

W następnym odcinku odpłyniemy do triasu i zobaczymy, co by było, gdyby Louis Wain rysował też dinozaury. 

Tagi