from here to reality
poniedziałek, 29 sierpnia 2011

A oto i trzecia część relacji z podróży do Czarnogóry i okolic. Pierwsza to głównie różne impresje z podróży, rozważania na temat infrastruktury i jej niebezpieczeństw oraz niezbyt miłe uwagi na temat wielkomiejskości Podgoricy. W drugiej podrzuciłem kilka luźnych obserwacji poczynionych na miejscu i w trakcie wypadów w różne, mniej lub bardziej zakazane okolice. Czytelnik, jak na razie, widzi we mnie zapewne malkontenta, który z perspektywy obywatela trochę bogatszego kraju ocenia, krytykuje i zrzędzi, a przy tym jest podejrzanie skłonny do zapewniania wszystkich dookoła, że tak naprawdę podobało mu się tam. Dzisiaj nie zrobię zbyt wiele, żeby ten obraz zmienić.

Plaża plaży nierówna

Ulcinj ma kilka plaż: kilka kamienistych, ze stromymi brzegami, jaskiniami, wykutymi w skale schodami i nagłymi zmianami głębokości, co najmniej dwie piaszczyste. O plażach kamienistych mogę powiedzieć tyle, że większość z nich ma taki spartański urok, który sprawiał, że pobyt tam kojarzył mi się z Szymonem Słupnikiem. Plus: jak się człowiek rozłożył na zboczu, to miał darmową lekcję z fizyki i mógł nawet spróbować szacować, jakie ułożenie ciała na ręczniku równoważy grawitację i tarcie (niepowodzenie eksperymentu to zjazd do wody, czego nikomu nie polecam). Plaże piaszczyste odwiedzone przeze mnie są dwie: mała jest w centrum miasta i posłużyła mi w poprzedniej notce za kamień węgielny rozważań na temat bałkańskiej kultury czystości, wielka nazywa się Wielką Plażą i jest za miastem. 

Do Wielkiej Plaży można popłynąć łajbą za 3 euro w obie strony, ew. pojechać taksówką, wynajętym samochodem albo busem. W pierwszym przypadku trafia się na najnudniejszy fragment plaży z zamuloną wodą, w zamian zyskując tylko możliwość płynięcia na dziobie rdzewiejącej łajby i odtwarzania sceny z "Titanica", sami wiecie której. Transport drogowy zapewnia większą elastyczność i pozwala wylądować w dowolnym punkcie kilkunastokilometrowej plaży, gdzie tłok jest mniejszy, woda czystsza, infrastruktury generalnie brak, a bryza od morza działa jak nawiew w piekarniku. To tam właśnie widzieliśmy Spider-Mana z osłem. Little did I know, w tych pięknych wodach czyhały na mnie rozmaite niebezpieczeństwa.

Na morzu nikt nie usłyszy twojego krzyku

Wielka Plaża, pierwsza wizyta. Na lewo piach, na prawo piach, za nami toaleta klasy LUX, krzaki i bieda-las sosnowy. Z nieba leje się żar, piasek parzy w stopy, cudownie niebieskie morze kusi, więc wchodzimy. Woda jest ciepła, choć jej przejrzystość pozostawia wiele do życzenia. Jest płytko, naprawdę płytko - do tego stopnia, że w okolic łańcucha boi ostrzegawczych woda sięga do pasa. Mało tego, za bojami w tym miejscu plaży zaczynała się pokaźna mielizna i w pewnym miejscu, całkiem daleko od brzegu, chętni mogli sobie posiedzieć na dnie. Ludzie ekstrapolują trendy, więc wydawało się, że takie płycizny będą się jeszcze ciągnąć, a choćby i do samego Bari, po drugiej stronie Adriatyku. Poszedłem więc trochę dalej i w prawo, gdzie wody było do ramion, może ciut mniej. Co się może stać, nieprawdaż? Podpłynął skuter, więc się odsunąłem, lekko odbiłem od dna i odkryłem, że jestem w miejscu, gdzie nie czuję dna. Czy wspominałem już, że nie umiem pływać? Nie umiem pływać i bez twardego gruntu pod nogami wpadłem w panikę. Zacząłem desperacko machać rękami i nogami, co chwila się wynurzać i zanurzać, połykać wodę i wzywać pomocy. Podpłynęła jedna osoba, potem druga, i jeszcze kilka. Utrzymali na powierzchni, doholowali bezwładny i spanikowany kawał mięsa na płytsze wody. Za to jestem im dozgonnie wdzięczny. Za to, że na morzu jednak ktoś słyszy twój krzyk, również.

Mogło zdarzyć się więc tak, że ostatnią notką na tym blogu byłaby ta o truciu Polaków przez Olgacom.

Wiecie, w moim przypadku to nie było tak, że będąc w sytuacji granicznej nagle zacząłem myśleć o przeszłości. Całe moje życie nie przeleciało mi przed oczami, nie zobaczyłem dzieciństwa, nie zacząłem w przyspieszonym tempie żałować tego, że w wieku 6 lat dałem się uwieść wnuczce sąsiadów i zabiłem dla niej kurę. Nie zobaczyłem przyszłości, nie wpadła mi do głowy refleksja nad tymi wszystkimi szansami, które za chwilę stracę, nad tym PKB, które mógłbym tak pracowicie zmniejszać. Nie miałem nawet tak oczywistej myśli, jak ta, że umrę jako prawiczek samotnie w raju. Jedyne, co istniało, to teraźniejszość. Gdy tonąłem, myślałem o tym, że tonę, że mam dwa litry słonej wody w żołądku i że coś mnie wyrwało z kokonu bezpieczeństwa, który przez lata sobie pracowicie budowałem.

Doktor Haus na plaży

Za drugim razem, kiedy czarnogórskie morze chciało mnie zabić, też byłem na Wielkiej Plaży, parę kilometrów dalej. Same shit, different day. Szedłem po dnie w wodzie, kilkanaście metrów od brzegu, równolegle do niego. Chyba chciałem obejrzeć miejscową linię pływających boi, bo akurat w miejscu, w którym do wody wszedłem, ich nie było - tam podpływały łajby wycieczkowe. I kiedy tak sobie brnąłem przez ciepłą wodę, nucąc „ciepła woda brzegi rwie", poczułem ukłucie, coś zagrzebanego w piaszczystym dnie mnie użądliło. Ból był nie do zniesienia, więc wycofałem się na brzeg. Przystanek na obejrzenie stopy – była mała ranka – i już jestem na swoim leżaku (dwa leżaki i parasol za 6 euro za dzień, niezły deal). Bogiem a prawdą, było nas dwóch, ja i ból w mojej stopie. Kiedy tak sobie leżeliśmy, miałem dużo czasu na przemyślenia, bo choć ból zajął całkiem sporą część mojego umysłu, wciąż zostało mi tam niemało miejsca na idiotyczne pytania, które sobie zadawałem.

Widzicie, zabawiłem się w lekarza i zacząłem robić wywiad sam ze sobą w absurdalnie (w stosunku do okoliczności) systematyczny sposób.

Po pierwsze, ból. Czy ból się nasila? Nie, przez kilkanaście minut był jednakowo przeszywający i rozdzierający. Czy ból promieniuje na okolice miejsca ugryzienia i dalej? Nie, ograniczył się do kółka o średnicy ok. pięciu centymetrów.

Po drugie, czucie w nodze i paraliż. Nie wiedziałem, co mnie ugryzło i z mojego paranoidalnego punktu widzenia tajemnicze stworzenie równie dobrze mogło mi wstrzyknąć zabójczą neurotoksynę. Ruszałem więc nogą, ruszałem stopą, ruszałem palcami, wsadzałem stopę do gorącego piasku i chłodnej wody, szczypałem się w różnych miejscach na nodze. Nic, wsio w pariatkę.

Po trzecie, oddychanie i akcja serca. Pieczołowicie monitorowałem swój oddech i akcję serca. Były miarowe, regularne, nie było przeszkód i problemów. Nie dusiłem się.

Po czwarte, objawy neurologiczne. Rozglądałem się i mówiłem do siebie, a w myślach wykonywałem rożne obliczenia i wycieczki po ogrodzie pamięci. Zero podejrzanych objawów, chociaż strategicznie rzecz biorąc, popełniłem gigantyczny błąd, bo najpierw powinienem był sprawdzić, czy mogę ufać swojemu umysłowi, a dopiero potem oceniać resztę.

Kolejne godziny były spokojniejsze i upłynęły mi na oglądaniu miejsca ugryzienia. Rozumiecie, brak neurotoksyny nie oznaczał jeszcze, że będę żył. Przecież miejsce ugryzienia mogło zacząć gnić, mogłem nabawić się zakażenia, zakażenia krwi albo czegoś, o czym nawet nie słyszałem. Miejsce użądlenia lekko się zaczerwieniło, jak to miejsca użądlenia mają w zwyczaju. I nic. 

Szczęśliwie, następnego razu może już nie być. Mogę nauczyć się pływać, mogę pójść do specjalisty. 

niedziela, 28 sierpnia 2011

Witam czytelników tego bloga (wszystkich pięciu) w kolejnej odsłonie czytelniczych polecanek. Mamy ostatni weekend tegorocznych wakacji, składających się z dwóch smutnych miesięcy (lipcopada i sierpdziernika), które swoją brzydotą i ogólną niefajnością rozorały serca Polaków. Ja na szczęście w tym czasie ewakuowałem się do słonecznej Czarnogóry, o czym napisałem już dwie notki. Tenże wyjazd jest zresztą główną przyczyną, dla której poniższy materiał, gromadzony przez cały lipiec i kilka dni czerwca, wrzucam dopiero teraz. Jak zwykle mamy trzy kategorie tematyczne linków: nauka i sceptycyzm, ekonomia oraz inne pierdoły. 

Sceptycyzm / racjonalizm / nauka

Zaczynamy od dwóch całkowicie odmiennych krytyk idei technologicznej osobliwości. Autorem pierwszej jest Charles Stross, facet który - o ironio - swoją twórczością zrobił całkiem sporo, żeby w ludziach rozbudzić marzenia o rapture of the nerds. Drugą wyhaczyliśmy na Overcoming Bias - ta ma ciut więcej z filozofowania niż z filozofii. 

Zapewne spora część czytelników kojarzy serię wpadek Dawkinsa i to, co w kręgach sceptyczno-racjonalistyczno-ateistycznych nazwano elevatorgate. Ponieważ sprawa jest już mocno przebrzmiała, a ja przegapiłem właściwy moment na notkę pt. "OMG, Dawkins jest uprzywilejowanym bucem [NA ŻYWO]", będzie tylko podsumowanie podsumowań. Są trzy bardzo dobre relacje z całej afery: Phila Plaita, Jennifer Ouellette i samej Rebecci Watson, od której wszystko się zaczęło. BTW, czy w sierpniu coś się zdarzyło w tej sprawie?

Dużo, dużo wypowiedzi różnych ateistów na temat przyczyn ich niewiary (pytał "New Statesman"). Warto przeczytać. 

Magazyn "Wired" o siedmiu eksperymentach, które zapewniłyby nam bezcenny wgląd w ludzką naturę. Raczej ich nie przeprowadzimy, bo są skrajnie nieetyczne. 

Mocny cios w tzw. klimatycznych sceptyków. Kontekst - topnienie arktycznej pokrywy lodowej, o której niektórzy uparcie twierdzą, że wcale się nie topi. To chyba kwestia przyzwoitości i uczciwości intelektualnej. 

Ponieważ dobrze jest znać jak najwięcej błędów w rozumowaniu, aby się ich wystrzegać, przedstawiamy błąd wyróżniania (fallacy of difference), czyli tendencję do postrzegania osób, grup społecznych lub rzeczy przez pryzmat ich specyficznych cech. Przykładowo, skądinąd wiadomo, że Adolf Hitler miał jedno jądro. Błędem będzie wyjaśnianie jego dyktatury jako próby kompensowania sobie braku jednego jądra. 

Na koniec pierwsze przymiarki do psychohistorii. Żyjemy w przyszłości, wiecie? 

Ekonomia

Dział ekonomiczny dzisiejszych polecanek czytelniczych ma dwa główne wątki i kilka pobocznych. Na początek kwestie polityki transportowej w Stanach Zjednoczonych, które pod tym względem, mówiąc eufemistycznie, nieco różnią się od innych wysoko rozwiniętych państw Zachodu.

Zaczynamy od szalenie ciekawej rozmowy z Edwardem Glaeserem, ekonomistą z Harvardu, na temat planowania przestrzennego i polityki transportowej. Dużo przykładów decyzji w obszarze różnych polityk, które faworyzują transport samochodowy i stymulują urban sprawl, z pozostawieniem kosztów zewnętrznych transportu samym sobie. Nieco po sąsiedzku NYT otwarcie pisze o prześladowaniu kierowców w Europie jako o domyślnym i preferowanym kierunku polityki. Jeśli jednak prześladujemy kierowców, to powinniśmy dać ludziom coś w zamian (i nie mam tu na myśli pseudoumowy społecznej w rodzaju "zgodzimy się na płatny wjazd do centrum, jeśli będą cztery linie metra i trzy pierścienie obwodnic"). W Stanach ta droga jest dość wyboista, jak wskazuje ten wpis. 

Kolejna kwestia to kryzys budżetowy w Stanach, zawieszony (tak, dokładnie tak) miesiąc temu przez porozumienie między administracją Obamy, a Republikanami. Porozumienie, jak czytelnicy zapewne sobie przypominają, to wypracowany w pocie czoła kompromis, który przewiduje, że redukcja deficytu i długu odbędzie się w stu procentach poprzez cięcia wydatków. Read my lips, no new taxes - powiedzieli przedstawiciele opozycji - co oznacza np. pozostawienie ulg dla firm na służbowe samoloty. Chyba, żeby (w imię równości) dowalić podatki tym, którzy są w tej chwili zbyt biedni, żeby płacić. 

W tym kontekście warto przypomnieć artykuł Josepha Stiglitza z maja b.r. na temat nierówności dochodowych w Stanach. Mocna rzecz, zaczyna się od takiego oto policzka: 

Americans have been watching protests against oppressive regimes that concentrate massive wealth in the hands of an elite few. Yet in our own democracy, 1 percent of the people take nearly a quarter of the nation’s income—an inequality even the wealthy will come to regret.

Z cyklu "pogromcy mitów" przedstawiamy papier na temat natury i przyczyn wysokiej dzietności we Francji. Z ciekawszych rzeczy - dlaczego mówienie o tym, że to zasługa "rozmnażających się jak króliki" imigrantów to bałamutne pieprzenie. 

Z obszarów bliski sercom i umysłom powoli przesuwamy się w miejsca bardziej ezoteryczne. W pewnym momencie znalazł mi się blog, a tam - szalenie interesujący wpis na temat hipotetycznego świata, w którym podstawą gospodarki jest własność intelektualna. Idea stojąca za tym eksperymentem myślowym jest prosta - wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie, w którym obecność replikatorów materii i praktycznie darmowych źródeł energii (tak, jak w "Star Treku") uczyniła rzadkość zasobów i dóbr pieśnią odległej przeszłości. W taki sam sposób, w jaki pełzająca rewolucja neolityczna zmieniła styl życia kromanionczyków i neandertalczyków w prymitywną ramotkę. Jak w takim świecie może istnieć gospodarka "klasyczna", podobna do naszej, z podziałem pracy, zyskiem i pieniądzem? 

Równie ezoteryczna wydaje się debata na temat odklejenia ekonomii akademickiej od tego, co w sektorze prywatnym i publicznym robią ekonomiści i różni tam praktycy. A w debacie - dużo fajnych głosów, na czele z Krugmanem i Summersem, który zresztą polecił jeden ze swoich starych papierów. Tytuł ("The Scientific Illusion in Empirical Macroeconomics") pyszny, a treść - z różnych prywatnych powodów - jeszcze pyszniejsza. 

I żeby nie było, że zamykam kawał tekstu smętnymi pierdołami w pedeefie, podrzucam taką oto wizualizację migracji w skali świata. Fajne.

Inne pierdoły... 

... czyli wszystkiego po trochu. Na pierwszy ogień dziwny odprysk postów na temat Osobliwości, czyli artykuł z Wikipedii na temat experience machine Nozicka. Kiedyś, w czasach gdy nie potrafiłem adekwatnie ocenić poziomu swojej niekompetencji, chciałem być filozofem.

Sylwetka Michelle Bachmann z "Rolling Stone" czyli rany boskie, jakie grzechy popełniliśmy, że bogowie karzą nas takimi kandydatami na stanowisko najpotężniejszej osoby na świecie? 

Vanity Fair o saudyjskim tropie w zamachach z 11 września. Frapująca lektura

Na koniec, dwa materiały dla rowerzystów (i nie tylko) - infografika na temat niedawnych zmian w prawie oraz obszerna dyskusja dotycząca wpływu kasków rowerowych na obrażenia głowy i ich skuteczności. 

Dozo. Chyba powinienem te notki pisać na bieżąco, zamiast wklejać na szybko linki i wracać do nich po miesiącu. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Z wpisu na blogu Washington Post:

The population of the United States is more than 300 million and it includes some of the best and brightest that the human species has to offer, probably more so than any other country in the world. There is surely something wrong with a system for choosing a leader when, given a pool of such talent and a process that occupies more than a year and consumes billions of dollars, what rises to the top of the heap is George W Bush. Or when the likes of Rick Perry or Michelle Bachmann or Sarah Palin can be mentioned as even remote possibilities.

(...)

The simplicity of Darwin’s idea, then, is a virtue for three reasons. First, and most important, it is the signature of its immense power as a theory, when compared with the mass of disparate facts that it explains - everything about life including our own existence. Second, it makes it easy for children to understand (in addition to the obvious virtue of being true!), which means that it could be taught in the early years of school. And finally, it makes it extremely beautiful, one of the most beautiful ideas anyone ever had as well as arguably the most powerful. To die in ignorance of its elegance, and power to explain our own existence, is a tragic loss, comparable to dying without ever having experienced great music, great literature, or a beautiful sunset.

Touché, panie Dawkins.

środa, 24 sierpnia 2011

Kontynuujemy relację z podróży do Czarnogóry i przyległości. Dziś kilka impresji, które nabyłem już na miejscu. 

Czisto je dobro

Kolega z wyjazdu, zapytany o to, jak ocenia Czarnogórę i jakie wrażenie na nim zrobiła, stwierdził, że "mają tam pierdolnik". Zapewne nie byłbym w stanie wymyślić słowa, które lepiej opisywałoby stan przestrzeni publicznej w tym kraju. Mam wrażenie, że jest wyraźnie gorzej niż w Polsce, choć polską riwierę ostatnio odwiedziłem chyba z 10 lat temu, w zupełnie innych czasach, w zupełnie innym życiu. 

Wyobraźcie sobie, że idziecie na plażę. Plaża jest stosunkowo niewielka i z oddali sprawia wrażenie niewiarygodnie zatłoczonej. Duża liczba parasoli i leżaków jednak nieco oszukuje wzrok obserwatora - w rzeczywistości jest gdzie rozłożyć koce i ręczniki, nie przeszkadzając nikomu. Można posmażyć się w słońcu, popluskać w ciepłym morzu, kupić butelkę wody w pobliskim markecie. Na plażę wchodzicie przed piętnastą, kiedy tłum jest największy, słońce grzeje w najlepsze, a słabiutka bryza daje tyle wytchnienia, co wentylator w saunie. Plaża jest zamykana o dziewiętnastej, więc w okolicach 18:30 większość plażowiczów udaje się do swoich hoteli, pensjonatów, apartamentów i przyczep kempingowych. I kiedy otwieracie oczy po tym exodusie, cała plaża jest zaścielona butelkami, reklamówkami, papierkami i innymi nieokreślonymi kawałkami plastiku. To nie jest tak, że komuś butelka wypadła z plecaka - tak wygląda miejsce, w którym przed chwilą była horda barbarzyńców nie znających idei kosza na śmieci. O dziewiętnastej na plażę wchodzi ekipa sprzątająca, zbiera wszystko do worków i wyrównuje piaseczek. 

A to dopiero pierwszy dzień i plaża przy reprezentacyjnym deptaku miasta Ulcinj (dawniej Dulcino). 

W tych stronach obowiązuje zasada 10 metrów - ta sama, która zdaniem Toma Clancy'ego obowiązuje w Chinach, mianowicie, że tutaj wszystko wygląda świetnie, chyba że spojrzy się z bliska. Moim zdaniem ta zasada obowiązuje na całym świecie i jest odzwierciedleniem ograniczeń naszego aparatu poznawczego, ale na potrzeby tego wywodu pozwolę sobie przyjąć, że w Polsce tak nie jest. To wcale nie tak, że mój blok z daleka wygląda fajnie, a jak się stanie blisko niego, można dostać w mordę. W Czarnogórze jest chyba dość bezpiecznie, ani przez moment nie czułem, że może mi tam coś grozić ze strony miejscowych, ale w twarz dostaje się za to widokami rozrzuconych śmieci, tańczących na wietrze torebek, porzuconych butelek, poutykanych w zaułkach palet i stert desek, wystawionych na próg worków ze śmieciami, do których w nocy coś się dobrało. Tragikomicznie wyglądają tonące w morzu śmieci kontenery z naklejką "Czisto je dobro", promującą zachowania kulturalne i, hm, europejskie. 

Miasta w budowie

Czarnogóra sprawia wrażenie państwa niedokończonego - pięć lat temu nie istniała jako samodzielne państwo, przez najbliższe pięć lat też sporo się zmieni, jak sądzę. W stromych zboczach wykuwane są działki pod zabudowę, w których tymczasowo znajdują się parkingi i wszechobecne myjnie samochodowe. Miasta zaludniają rozgrzebane budowy, od gołych fundamentów, poprzez nieotynkowane szkielety i budynki w stanie półsurowym (co nie przeszkadza mieszkańcom), aż po doskonale funkcjonujące hotele i pensjonaty, z dachów których wystają słupy i pręty zbrojeniowe. Jakiej części budynków dotyczy ten problem, ciężko powiedzieć, mam wrażenie, że w niektórych miejscach nawet 5-10%. 

Są ponoć dwa powody, dla których w miastach, miasteczkach i wsiach co rusz straszą rdzewiejące druty zbrojeniowe. Po pierwsze, inne niż w Polsce jest to, co można nazwać kulturą budowania domów. W Polsce, choćby miał nadejść Potop, finansowe tsunami albo Euro 2012, stawia się dom w docelowym kształcie, nawet jeśli oznacza to, że pozostanie w stanie surowym na długie lata. Tam budowy się etapuje, stawia dwa piętra, zostawia sterczące druty jako zaczątki kolejnych pięter i dobudowuje kolejne w miarę zapotrzebowania i dostępności środków finansowych. Dach może być płaski, na takim łatwiej postawić beczkę, w której słońce będzie grzać wodę (bogatsi mają kolektory słoneczne). Po drugie, rozgrzebanie budowy jest, jak mi powiedziano, korzystne finansowo, bo za nieruchomość w budowie nie płaci się podatków. Część domów nie będzie nigdy skończona, a druty pozostaną widomym znakiem niesprawności tamtejszych państw - w Albanii kultura rozgrzebywania budów jest jeszcze bardziej rozpowszechniona niż w południowej Czarnogórze. 

Spiderman i jego wierny osioł

Były też momenty, kiedy zastanawialiśmy się, czy jesteśmy jeszcze na planecie Ziemia czy już w Bizarro World. W Czarnogórze, na ten przykład, bardzo popularny jest Spiderman. Spośród wszystkich bohaterów komiksów, z całej barwnej menażerii zaludniające komiksy Marvela, DC i inne, tamtejsi ludzie interesu najbardziej ukochali sobie człowieka - pająka. Na ulicy można zrobić sobie zdjęcie z facetem przebranym za Spidermana, ten nieco tandetnie wyglądający obrońca ludzkości pojawia się też na plaży i spaceruje (jak gdyby nigdy nic) w niemożliwym, trzydziestoparostopniowym upale. Zaprawdę powiadam Wam, musi być superbohaterem, nie ma innego wytłumaczenia niż jad radioaktywnego pająka. Pierwszy raz spotkaliśmy go gdzieś na Wielkiej Plaży, kilkunastokilometrowym kawałku piaszczystego wybrzeża ciągnącego się aż do granicy albańskiej. A było to tak, że wycieńczonym, rozsmarowanym przez upał i gorący północny wiatr, na wpół pijanym z odwodnienia plażowiczom ukazało się osobliwy kwartet: Spiderman w pełnym rynsztunku, osioł w spodniach i kamizelce, facet w pluszowym kostiumie tygrysa i mała małpka w dżinsowej kurtce. Przedefilowali może dziesięć metrów ode mnie i spokojnie poszli na południe. Do dziś zastanawiam się, czy naprawdę to widziałem. 

Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę mi się te wakacje podobały. 

Wróciłem. 

Jak niektórzy czytelnicy tego bloga wiedzą, pojechałem na wakacje i ostatnie dwa tygodnie spędziłem zagranico, a konkretniej - w Czarnogórze i w drodze do i z tego pięknego kraju. Dzięki temu przez najbliższe miesiące (w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu) lato będzie mi się kojarzyć nie ze skręcaniem mebli z Ikei, wnoszeniem pudeł na trzecie piętro i ustawianiem książek w porządku tematyczno-alfabetycznym, a raczej z piekielnym słońcem, urywającymi łeb widokami i paranoicznym strachem o własne życie. Niekoniecznie w tej kolejności. Mam też materiał na kilka notek i mogę zgrywać podróżnika, który swoje banalne i nikogo nie obchodzące przeżycia poda tak pretensjonalnie, że Paweł T. Felis zainteresowałby się ich wierną ekranizacją. 

Czarnogóra jest pięknym krajem, składającym się w większości z pięknych miejsc, ale niestety nie jest pod Warszawą i trzeba tam jakoś dotrzeć (w ogóle transport jest przykrą koniecznością). No, więc nasza grupa czterech osób, razem z grupą czterdziestuparu innych osób, czyli razem pięćdziesiąt osób, została ulokowana w wynajętym autokarze i wysłana w podróż na trasie Warszawa - Kraków - Budapeszt (9-10 godzin przerwy) - Belgrad - Podgorica - Ulcinj. 1500 kilometrów i dziesięć stopni szerokości geograficznej nie wygląda nawet tak źle na mapie o dużej skali, ale w rzeczywistości to jest w cholerę daleko, jeśli wziąć pod uwagę kategorię, która ma tu największe znaczenie, czyli czas. Plany w rodzaju "gaz do dechy, sto na godzinę i dwa postoje po pół godziny, bo nie takie rzeczy ze szwagrem się robiło" można odłożyć do jednej szufladki z Biblią i "Mitologią" Parandowskiego. Kilka liczb - trasę z Warszawy do Budapesztu pokonaliśmy w standardowe 13 godzin, a resztę drogi - w jakieś 20 godzin. W drodze powrotnej tłukliśmy się na Węgry przez 23 godziny, a z Węgier do Polski - przez 17 godzin (z czego jedną spędziliśmy w Raszynie). W najlepszym razie 33 godziny w autokarze, w najgorszym - 40. 

Przyczyna tej mordęgi jest prozaiczna - proste drogi na dobre kończą się w Belgradzie, za którym zaczyna się plątanina mniej lub bardziej malowniczych serpentyn, miejscami przecinających skały w tunelach i półtunelach. O autostradzie nie ma co marzyć, na drodze przez południową Serbię i Czarnogórę szczytem szału jest okazjonalny pas do wyprzedzania, poza tym mamy jednojezdniową drogę z ogólnym zakazem wyprzedzania. I jakkolwiek malowniczo nie prezentowałaby się ta trasa (słowa nie są w stanie opisać tego, jak bardzo niektóre widoki urywają dupę) i jak fajnie kołysanie autokaru na zakrętach nie utulałoby pasażerów do snu, droga dłuży się niemiłosiernie. Z drugiej strony, wszechogarniające uczucie zniecierpliwienia ustępuje, kiedy pierwszy raz widzi się morze. Wiecie, takie niebieskie i błyszczące. W drugą stronę to niestety nie działa, bo gdy pierwszy raz widzi się Polskę, jest już tylko pogodzenie z losem i żarcik pilota, że w Polsce obowiązującą walutą są złotówki. 

Czy wspominałem już, że jechaliśmy autobusem? Dodam też, dla porządku, że nienawidzę autokarów nienawiścią świeżą i rozlewającą się po wszystkich zakamarkach mojego umysłu. Nasz był ponoć klasy Lux, ale niech nikogo ta nazwa nie zwiedzie, komfort podróży był gdzieś pomiędzy tylnym siedzeniem Daewoo Tico, a autobusem linii 190. Wali mnie to, na następne wakacje lecę samolotem, a zaoszczędzony czas mogę nawet spędzić na zebraniu spółdzielni.

W takiej podróży czas można mierzyć w godzinach i minutach, ale można też mierzyć odwiedzonymi stacjami benzynowymi albo obejrzanymi w jej trakcie filmami (autokar klasy Lux, leszcze). Tych ostatnich było sporo, bo obejrzeliśmy np. "Testosteron", "Śniadanie do łóżka", "Skrzydlate świnie", "Body of Lies", "Incepcję", "Due Date" i "Ile waży koń trojański?". Co było ciekawym doświadczeniem, bo w innych okolicznościach nie zdobyłbym się pewnie na zapoznanie z jakąkolwiek polską komedią nakręconą po "Chłopaki nie płaczą". Wnioski są takie, że "Testosteron" to najbardziej bucerski, seksistowski i żenująco nieśmieszny kawał celuloidowego łajna, jaki widziałem w ostatnich latach. Gdy sobie pomyślę, że są ludzie, którzy ten film uważają za kultowy, a ja wchodzę z nimi w interakcje społeczne nie wiedząc o tym, robi mi się zimno. O "Śniadaniu do łóżka" mogę powiedzieć tyle, że grał tam Tomasz Karolak, a w filmie chodzi o potęgę Miłości, tak samo jak w "Skrzydlatych świniach" (rozczar). Z kolei "Ile waży koń trojański?" nie jest nawet nudny.  Na pewno w którymś obcym języku jest ładne słowo albo wyrażenie, które idealnie opisuje ten rodzaj nijakości. Mnie np. scenki z Donaldem Tuskiem i Robertem Kubicą kojarzą się z kołkami, które w "Narrenturmie" strugał Samson Miodek. 

Podróż pomagają także ustrukturyzować niespodziewane wydarzenia. Na granicy czarnogórsko-serbskiej musieliśmy zawrócić i dymać na około, bo gdzieś tam coś tam zamknęli. Za Podgoricą epicko zabłądziliśmy. W ogóle Podgorica jest chyba najmniej imponującą ze wszystkich europejskich stolic: nie ma ani fajnej architektury, ani aury wielkomiejskości, ani jakichkolwiek atrakcji, które kazałyby grupom zagranicznych turystów zatrzymywać się dłużej niż na siusiu, papierosa i wizytę na stacji benzynowej. Miasto to ma mniej więcej tyle wdzięku, co Radom albo Sieradz i bardzo się cieszę, że byliśmy tam tylko przejazdem. Czy można się zgubić w Radomiu? Mnie się nie zdarzyło, ale wyobrażam sobie, że tak. Czy można się zgubić w Podgoricy? Trzeba się postarać. Ile razy można się zgubić w Podgoricy? My zgubiliśmy się dwa razy, pomimo dwóch GPSów, trzech map, dwóch kierowców i pilotki. Za pierwszym razem skręciliśmy w lewo, zamiast pojechać prosto. Udało się zawrócić elegancko i po angielsku, większość pasażerów nie zauważyła nawet, że się zgubiliśmy. Za drugim razem - już na innym skrzyżowaniu - pojechaliśmy prosto, zamiast skręcić w lewo i wyjechać na E-cośtamcośtam. Tu też zaskakująco długo fakt zgubienia drogi nie był wiadomy wszystkim pasażerom, choć niektórzy (i nie mam tu na myśli wyłącznie siebie) szybko zorientowali się, że coś jest nie tak. Podejrzanie ciasne zakręty, braki w oznakowaniu, gęsto rozmieszczone wjazdy do posesji, okazjonalny traktor, facet w gumofilcach próbujący złapać stopa... można sobie wybrać, mnie najsilniej otrzeźwił ten ostatni widok. 

Nic to, autokar opuścił Podgoricę (i kilka sąsiadujących z nią wsi) i zaczął wspinać się pod górę. W miarę, jak widoki robiły się coraz bardziej imponujące, różne elementy otoczenia - i to już nie były jakieś tam drobiazgi - zaczynały coraz wyraźniej układać się w literki, a te w wyrazy MENE, TEKEL i FARES. Może to absolutny brak samochodów z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi, może to to brak stacji benzynowych i generalnie jakiejkolwiek infrastruktury dla podróżnych, a może monstrualna luka w oznakowaniu rozpaliły we mnie niepokój? A może fakt, że droga, przytulona do zboczy wzgórz i gór, pozbawiona była barier energochłonnych, betonowych słupków, roślinności i w ogóle czegokolwiek, co osłaniałoby jadące nią pojazdy przed zionącą poniżej przepaścią? A może - wreszcie - ostre zakręty i ogólna ciasnota tej drogi? Autokar rzęził, dławił się i każdy podjazd pokonywał z potężnym rykiem, a ja czułem, jak krew zamarza mi w żyłach, a żołądek migruje gdzieś, gdzie nie powinno go być. Zgodnie z mapą, była to droga drugiej kategorii, odpowiednik drogi wojewódzkiej w Polsce. 

Po paru kilometrach z kakofonii głosów w głowie wyłoniła się paniczna myśl, że chyba nie wrócę już do Polski, że umrę młodo i bez sensu. Że nikt nie usłyszy naszego krzyku. Widziałem już te relacje w mediach i nagłówki krzyczące o wypadku polskiego autokaru w Czarnogórze, zdjęcia z helikopterów i rozważania ekspertów. Pięćdziesiąt osób spadło w przepaść, bo kierowca źle skręcił, co za idiotyczna śmierć. W takiej wesołej atmosferze minęło nam chyba ze trzydzieści minut. Szczęśliwym trafem, w wiosce o nazwie Medun udało się zawrócić i przemierzyć jeszcze raz tę samą drogę (gorzej, że w większości po zewnętrznej stronie...). Swoją drogą, wiecie, jak się poczułem, gdy zobaczyłem wyłaniające się zza pasma górskiego białe kowadło? Pokonywać takie serpentyny w deszczu, na trzeźwo, to prawdopodobnie żadna przyjemność. Potem już dobrze skręciliśmy, a ja na pierwszym postoju poszedłem do sklepu, kupiłem butelkę wina i wypiłem duszkiem. Chyba byłem jedynym, który się tak tym przejął. I nie wiem, co jest bardziej przerażające - to, że mogliśmy wtedy stoczyć się w przepaść czy to, że najwyraźniej nikogo to nie poruszyło. Cóż, każdy na swój sposób przeżywa konfrontację z własną śmiertelnością. U mnie popsuła się maszynka do liczenia prawdopodobieństw. 

W następnych odcinkach - jak rozpoznawać Polaka z dużej odległości, jak prawie utonąłem i co ludziom wystaje z dachów. 

Tagi