from here to reality
sobota, 21 sierpnia 2010

Dziś będzie o pewnym popularnym w niektórych częściach Otchłani nieporozumieniu i fundamentach (w sensie ideolo), na których jest ono zbudowane. Twierdzi się czasem, że antysemityzmu w Polsce nie ma. Być może nie istnieje jako ideologia mająca imprimatur mainstreamu, ale pod pokrywką kipi, o czym można się przekonać, taksując internetowe fora i guglając za pewnymi ideami, zaskakująco żywymi. Żydokomuna to chyba wcale niezły przykład. Jest sobie też tradycja przypisywania Żydom pochodzenia chazarskiego, co ma ich zapewne dehumanizować albo chociaż być elementem głoszenia niepoprawnej politycznie prawdy (uwielbiam te umysłowe koleiny, na które człowiek natyka się nawet w poważnych gazetach).

A zaczęło się, jak to często bywa, od jednego demaskatorskiego komentarza. Jeden z komentatorów u Trystero rzecze tak:

Co do pojęcia antysemityzm to chyba chciałeś powiedzieć “antychazaryzm”? Bo semici to zarówno Egipcjanie jak i Palestyńcycy?

Jest to zgrabny i dość symptomatyczny cytat, za którym jednak kryje się atrakcyjne, choć całkowicie bzdurne rozumowanie. Rozumowanie, któremu nie można jednak odmówić popularności, zwłaszcza wśród komentatorów o prawicowych poglądach, którzy lubią demaskować fałsz lewicowych iluzji. Nieświętej pamięci Dariusz Ratajczak, któremu skrajna prawica zdążyła już wystawić laurkę, w jednym z tekstów zadaje podobne pytanie, sprytnie wiążąc je z bieżącą polityką:

A tak przy okazji: ciekawe, co by napisali publicyści „Gazety Wyborczej” gdyby okazało się, że rzekomi polscy antysemici są w istocie nieszkodliwymi anty-Chazarami?!

Komentator u Gajowego Maruchy dodaje:

Uni muszą teraz do kodeksu karnego dorzucić nowy paragraf : „kłamstwo chazarskie”. Kara – nie mniej niż 10 lat pudła.
„Kłamstwo chazarskie” będzie tak samo ścigane jak „kłamstwo oświęcimskie”, kolportowane przez antysemitów i antysyjonis… sorry, antychazarów.
Kurdi…Cały czas myślałem, że jestem porządnym antysyjonistą. A tutaj okazało się, że jestem antychazarem. Kto by coś takiego pomyślał?

To są fajne pytania i frapujące zagadnienia. Doskonale wpisują się w długą tradycję zadawania pytań kompletnie od czapy przez niektórych publicystów (np. "Czy GAZETA WYBORCZA prostestowałaby, gdyby obwodnicę przyszedł poświęcić RABIN?", "A gdyby pobity rabin nie był ŻYDEM?"). Co jest w nim nie tak, już tłumaczę. Można zapewne argumentować, że "antysemityzm" to niezbyt precyzyjna nazwa, bo jakiemuś Ziutkowi z Pułtuska może sugerować, że antysemitą jest ten, kto ma uprzedzenia wobec przedstawicieli dowolnego podzbioru zbioru ludów semickich, a nie tylko wobec jednego z ludów. Dodatkowo, wyłączenie tego ludu z grona Semitów jeszcze bardziej psuje pojęcie antysemityzmu. Nic podobnego, kiepska etykieta nie oznacza jeszcze, że kryjące się pod nią zjawisko nie istnieje - widać tu niezrozumiałą dla mnie wiarę w magiczną i sprawczą moc języka. Zasada Susan wciąż obowiązuje - zjawisko znane dzisiaj jako antysemityzm równie dobrze mogłoby nazywać się Zuzia i w warstwie realnej niczego by to nie zmieniło. No, być może Gajowy Marucha i Leszek Bubel poczuliby sie dziwnie i niekomfortowo, gdyby ktoś z miejsca nazwał ich Zuzią (czyż nie o to m.in. nam chodzi?). Zresztą, niech się nazywają antyjudaistami, antysyjonistami, antychazarami czy jakkolwiek inaczej. Znaczenie takiej żonglerki jest niewielkie, buc pozostaje bucem.

Zadajmy sobie więc proste pytanie: czy Żydzi rzeczywiście są potomkami Chazarów? Należy zacząć od tego, że Żydzi stanowią dość ciekawy obiekt badań genetycznych - specyficzna grupa etniczna charakteryzująca się wyraźna odrębnością kulturową, przez prawie dwa tysiące lat funkcjonująca głównie w postaci diaspory rozsianej po całej Europie (i nie tylko). Na ile skomplikowane losy tego narodu znajdują odzwierciedlenie w genach? Czy etnos na przestrzeni wieków zawsze szedł w parze z genami? Jak wyglądały migracje członków tej społeczności? Literatura przedmiotu jest spora i chętni mogą sobie poguglać i poczytać w oryginale badania, które pochodzeniu Żydów poświęcono (ostatnio mamy to). Wyniki istotne w kontekście niniejszej notki są jednak dość jednoznaczne - wkład wschodnioeuropejski i chazarski do puli genetycznej Żydów (aszkenazyjskich) jest niewielki, zarówno w liniach męskich i żeńskich. Oznacza to tyle, że z genetycznego punktu widzenia Żydzi nie są Chazarami i cała ta hipoteza najprawdopodobniej nadaje się do wyrzucenia do kosza.

Z drugiej strony, jak warto zauważyć, w nauce stuprocentowej pewności nie ma nigdy. Być może wszystkie z tych badań, co jest jednak bardzo mało prawdopodobne, operowały na jednakowo kiepskich i niereprezentatywnych próbkach. Być może chazarokomuna dziedziczy się kulturowo, a nie przez geny. Być może, wreszcie, badania sfałszowano i zmanipulowano na polecenie chazarskich władców międzynarodowego żydostwa. Pierwszą z tych wątpliwości rozwiać mogą chyba tylko dalsze badania, przesuwające nam p value w obszar liczb astronomicznie (a może ekonomicznie) małych. Drugiej i trzeciej wątpliwości nie da się w mojej opinii przetestować empirycznie, jest to bowiem teza tego samego kalibru, co "Bóg działał w przyrodzie poprzez ewolucję, losując mutacje". Załóżmy więc przez moment, że w istocie rzeczy współcześni Żydzi wywodzą się od Chazarów (jakkolwiek tego pochodzenia byśmy nie definiowali). Jakie konsekwencje możemy zasadnie wyciągać z tego faktu? Wydaje się, że znaczenie takiego faktu jest mniejsze niż wydaje się to naszym rodzimym demaskatorom.

Po pierwsze, w żaden sposób nie rzutuje to na historię antysemityzmu, którego ostrze skierowane zawsze było przeciw Żydom realnie istniejącym. Motłoch urządzający pogromy Żydów w średniowiecznej Europie nie był zainteresowany szczegółami pochodzenia radośnie wyrzynanych obcych. Koncepcja fetor judaicus, plotki o zatruwaniu studni i obsesje na punkcje krwi (polecam fantastyczne omówienie, którego autorem jest nameste: 1, 2, 3) nie bawiły się w roztrząsanie skomplikowanej historii narodu żydowskiego. Pisarze pracowicie układający, już w nowożytnych czasach, w swoich piwnicach wydumane teorie spiskowe też pewnie nie rozdzielali włosa na czworo. To wszystko są oczywistości, ale warto chyba podkreślić, że mowa o przemocy, której ofiarami w każdym punkcie czasoprzestrzeni byli ludzie żyjący tu i teraz. Czy dla kogoś dziś może mieć znaczenie, jakie dokładnie pochodzenie mieli Żydzi masowo mordowani w czasie chłopskich rozruchów w Europie Wschodniej?

Po drugie, pozostaje kwestia tożsamości narodu żydowskiego. Łatwo przytoczyć obrabianą tutaj hipotezę jako argument potwierdzający ogólną tezę stawianą przez Szlomo Sanda w kontrowersyjnym "Wymyśleniu narodu żydowskiego". Zresztą, być może pojawia się on w tej książce explicite (przyznaję do nieznajomości przytoczonego dzieła, znam je tylko z omówień i fragmentów). Tylko, co z tego? Narody w nowożytnym znaczeniu tego słowa są niczym innym, jak konstruktami, które w pewnym momencie wymyślono. Uświadomienie sobie faktu, że polską tożsamość narodową obejmującą wszystkich użytkowników języka polskiego można datować w najlepszym razie na XIX wiek, nie jest chyba nikogo końcem świata. My też mamy własne mity i też jesteśmy genetyczną mozaiką. Kogo to martwi? A co się tyczy implikacji politycznych (pozwolę sobie umieścić tu mały disclaimer), które z książką Sanda się wiążą, to są one kompletnie nieistotne w kontekście, który czytelnikom tu zarysowują.

Po trzecie, na marginesach krąży sobie teza, że chazarskie pochodzenie Żydów miałoby rzutować na procesy asymilacji. Konkretniej, jeśli Żydzi rezydujący przez stulecia w Europie nie są potomkami starożytnych mieszkańców Palestyny, a Jezus nie był ich kuzynem, to ich prawo do asymilacji i emancypacji było mniejsze. Well, być może sto lat temu asymilacja i emancypacja Żydów kogoś ruszała. Trochę nam się czasy zmieniły, a Żydzi pozmieniali nazwiska i zajęli strategiczne pozycje w społeczeństwie, jak chcą nas przekonać twórcy rozmaitych "list Żydów ze zmienionymi nazwiskami".

Wreszcie, można twierdzić, że chazarskie pochodzenie Żydów aszkenazyjskich unieważnia prawa do ziemi w Palestynie, które ci mieliby, gdyby byli potomkami starożytnych mieszkańców Izraela. Dodaje się przy tym często, że faktycznymi potomkami biblijnych Izraelczyków są współcześni Palestyńczycy i - w ogólności - arabscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu. Tym samym, państwo Izrael powstało w wyniku, jak raczył wypowiedzieć się na zupełnie inny temat Jarosław Kaczyński, "pewnego nieporozumienia", a może nawet wskutek grabieży. Cóż, prywatnie bardzo sceptycznie patrzę na wszelkie próby przyznawania narodom praw analogicznych do praw, które mają jednostki. Rozważanie, kto (jaki naród, jaka społeczność) ma "genetyczne" lub "dziedziczne" prawo do terenów, niekoniecznie swoich, jest jałowe i prowadzi do absurdów (piastowski Szczecin, anyone?). Zdaję sobie przy tym sprawę, że podaję tę tezę bez uzasadnienia - trudno. Jednakże, nawet jeśli uznamy, że możemy Palestyńczykom lub Izraelczykom przyznawać wyłącznie prawo do dziedzictwa biblijnych przodków, pozostanie uzasadnienie, dlaczego akurat geny mają decydować i dlaczego nie etnos. Takowego możemy się nie doczekać, bo mamy do czynienia z genizmem przeniesionym na płaszczyznę mas ludzkich. A z tego pociągu wysiadam.

I tak sobie myślę, że rozgryzłem tych wytrwałych tropicieli Chazarii. Nietrudno bowiem wskazać prosty psychologiczny mechanizm, który czyni tę ideę tak atrakcyjną dla antysemitów. To znana nam już skądinąd dehumanizacja. Tajemniczy Chazar, trącący na kilometr Azją Centralną (czy innym Bajkałem), jest dużo lepszym kandydatem na Obcego niż Żyd wywodzący swój ród z Palestyny. Żyd, którego przodek miał może sposobność spotkać Pana Naszego Jezusa Chrystusa. To nie jest już "starszy brat w wierze", tylko "straszny brat w wierze", o ile ktoś w ogóle ma ochotę przyznawać się do powinowactwa z paskudnym przedstawicielem Cywilizacji ŻydowskiejTM. W ten sposób ginie spoiwo, bez którego nie istniałaby zbitka "judeochrześcijański", giną skojarzenia (Adam, Abraham, Mojżesz, Jezus, Szaweł), które ów wróg mógłby wzbudzać. Druga motywacja jest mniej złowroga - to jakże popularne w Otchłani pragnienie bycia niepoprawnym politycznie, dążenie do głoszenia za wszelką cenę poglądów niezgodnych z mainstreamem, ochota na tropienie OBŁUDY, HIPOKRYZJI i FAŁSZU. Co nader często kończy się demaskatorstwem i poparciem dla wariackich koncepcji, których jedyną zaletą jest oryginalność i sprzeczność z zastaną wiedzą.

PS. Okazuje się też, że Chazaria wciąż żyje w planach plutokratów tego świata. Blogasek poświęcony Chazarii donosił parę lat temu o tajnym planie Putina - Szarona, mającym na celu stworzenie żydowskiego państwa na terenie dawnej Chazarii. Podobieństwo do kolportowanej wciąż plotki o Judeopolonii odbiera mi resztki wiary w realność tych planów.

PPS. I tylko dla porządku przytaczam dość paskudny tekst znaleziony na witrynie pewnego polonijnego radia. Po prostu go tutaj zostawię.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Poznajcie Toma Clancy'ego. To wcale niezły amerykański pisarz, który ma na koncie trochę autentycznego chłamu (wszystkie książki, które pisał z kimś, to - bez pudła - badziew, którego nie da się nawet w toalecie kartkować), ale też kilka naprawdę niezłych powieści sensacyjnych. Mógłbym pewnie na szybko skrobnąć ze dwa akapity na temat jego twórczości, ale nie o tym chciałem dziś. Największe zainteresowanie powieściami Clancy'ego przypada u mnie na czasy licealne, kiedy byłem młody, głupi, naiwny i zarozumiały. Ile razy w myślach osiągałem wszystko, udawało mi się tylko nie być korwinistą. Cthulhu mi jednak świadkiem, że blisko było, o czym dobitnie świadczy ten tekst, opublikowany w Action Magu. Ta faza w moim życiu charakteryzowała się też tym, że bez mrugnięcia okiem ignorowałem ideolo, które różni autorzy przemycali do czytanych przeze mnie książek. Tom Clancy nie jest oczywiście wyjątkiem, bo swoje ideolo miał, a ja je radośnie ignorowałem.

Ostatnio jednak przypomniałem sobie kilka jego książek i szczególną uwagę zwróciła ostatnia z powieści z Jackiem Ryanem, "Niedźwiedź i smok". W telegraficznym skrócie: aborcja, chińscy barbarzyńcy, pseudoekolodzy, Ameryka broni świata. Na dowód dwa soczyste fragmenty, poświęcone - a jakże! - aborcji. Dodam, że 7 lat temu zupełnie mnie to nie raziło.

Usiadł na stołku, z którego położnicy korzystali zarówno do przyjmowania porodów, jak i do przeprowadzania późnych aborcji. Procedura, którą stosowano w Ameryce, była trochę przyjemniejsza. Po prostu należało się wkłuć w główkę dziecka, odessać mózg, zgnieść czaszkę i wyciągnąć to wszystko; było z tym o wiele mniej kłopotów niż z donoszonym płodem i kobieta cierpiała o wiele mniej. Zastanawiał się, jak to było z tą tutaj, ale uznał, że nie ma sensu się dowiadywać. Po co, skoro i tak niczego nie mógł zmienić?

I dalej:

Obaj zginęli jak mężczyźni, panie C – powiedział w Moskwie Chavez. – Żałuję, że mnie tam nie było z bronią w ręku. – Ding odczuł to szczególnie dotkliwie. Od kiedy został ojcem, zaczął inaczej patrzeć na wiele spraw, a ta była jedną z nich. W jego systemie wartości moralno-etycznych życie dziecka stało się najwyższa świętością i w obronie dziecka był gotów zabijać bez wahania. A w świecie realnym bardzo często nosił broń i potrafił się nią skutecznie posługiwać.

Mr Clancy, I see what you did there!

niedziela, 15 sierpnia 2010

Jak większość czytelników tego bloga zapewne kojarzy, w tym roku dokonał się w Polsce krwawy zamach stanu. Współdziałanie polskich zdrajców spod znaku PO i kagiebowskich łotrów Putina doprowadziło do śmierci Prezydenta RP. Jego samolot został wysadzony w powietrze za pomocą ładunku termobarycznego, a jego szczątki sprofanowano cichym helikopterem, któremu znaki z ziemi dawała postać w bieli udająca śmigło. Potem sfałszowano wybory prezydenckie i zaczęto usuwać krzyże z przestrzeni publicznej. Nic więc dziwnego, że ryby płynące pod prąd czują się zagrożone i słusznie podejrzewają, że sam sprzeciw wobec terroru politycznej poprawności nie zapewni im zwycięstwa. Uzbrojeni w wielowiekowe tradycje konspiracji i patriotyczno-rewolucyjnego czynu, od Konfederacji Barskiej po "Solidarność", zaczynają więc działać i tworzą Organizację. Kulisy tworzenia jednej z takich organizacji przybliżę w dzisiejszym wpisie.

Poznajmy blogerkę circ. Blogerka circ przedstawia się tak:

Jestem blogerką portali BlogMedia i Niepoprawni o nicku circ.
Wspólnie z blogerami z innych forow i portali stworzyliśmy sieć kontaktów na skrzynkach o strukturze piramidy o nazwie "Legion".
Wymieniamy się w dziesiątkach adresami meilowymi i wybieramy lidera, 10-ciu liderów wybiera setnika,...itd.
Celem struktury jest szybka komunikacja pomiędzy ludźmi dobrej woli, by natychmiast reagować w całej sieci w odwecie na grzechy władzy.

Kiedy to przeczytałem, zapaliło mi się w głowie światełko. "Prawicowa inicjatywa" - pomyślałem sobie - "będzie przepysznie!". Nie pomyliłem się, naprawdę jest przepysznie. Zaczęło się od tego, że circ dostała bana na Salonie24 (a Renata Rudecka-Kalinowska nie) i przed wyborami prezydenckimi poczuła się bezsilna.

Widziałam, że do tego w końcu przyjdzie, widzę też różne apele rożnych ludzi, ktore mijają bez echa. Jesteśmy bezsilni, jako naród i ciagle rozbijani. I pomyślałam, że zorganizujmy się jak legiony rzymskie, na skrzynkach. (...) Wyobrażcie sobie, że skrzykujemy się na skrzynkach i nie wchodzimy 3 dni na Salon, a jest nas np. tysiąc. Chyba by się admini trochę przerazili?

Z początku chodziło więc o stworzenie instrumentu nacisku na administrację Salon24. Dlaczego piramida o nazwie "Legion" miałaby być skuteczniejsza niż, powiedzmy, ogłoszenie na Blogmediach404 i wszystkich pozostałych odpryskach Księżyca Psychiatryka, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Z całą pewnością ma w sobie znacznie więcej romantyzmu (as in "Roman, tyś mnie wykorzystał!")[1]. W toku dyskusji uświadomiono sobie, jak wielki potencjał ma ten pomysł.

Wyobraźmy sobie, że władza zaatakuje Blogmedia (nie jest to takie nieprawdopodobne wobec ciągłych prób pacyfikowania internetu), wówczas mając Legion szybko skrzykujemy się w obronie Blogmediów.

I piszemy LIST OTWARTY blogerów do PREMIERA, żeby przywrócił BLOGMEDIA, bo stanowią one fragment WOLNEJ POLSKI, a nie jakiejś tam POlski. Przemierzamy, przypominam, meandry nie-logiki ludzi, którzy są autentycznie przekonani, że ich nieskładna pisanina to walka o Polskę. Zero zdziwień, zero złudzeń, jak napisała kiedyś Kataryna. W dalszych komentarzach pomysłodawczyni wyjaśnia, na czym polega inicjatywa i dlaczego należy jej zaufać (eksponaty A, B, C). I byłby to, nie licząc podsumowania, koniec tej opowieści, gdyby nie pojawiły się pomysły rozszerzenia idei na dwie grupy społeczne: polityków PiS oraz dzieci i patriotyczną młodzież. Co się tyczy tej pierwszej grupy, to problemem jest roziew pomiędzy pragnieniami szerokich mas, a interesami partyjnej wierchuszki, nawet tak koszernej, jak ta w PiS. Autorka koncepcji Legionu ujmuje to tak:

W pewnym momencie naród może chcieć swego, a lider partii czegoś innego, co wynika nie ze złych chęci, ale różnej wiedzy o możliwościach w realnej polityce, zobowiązaniach międzynarodowych i wobec różnych lobby, które łożyły na partię i mają różne interesy i cele.

Zastanawiam się, czy da się scalić te działania.
Jaki jest cel obecnej władzy, widzimy po szczegółach i banach na Salonie. Celem gabinetów jest globalny rząd dusz. U jego podstaw stoi jakiś nieznany bóg, na pewno nie Ten, którego znamy.

PIS i jej lider ma tu trudną sytuację, bo musi często wybierać pomiędzy narodem, a Globalną władzą, która ma wszystko, przede wszystkim rakiety, media i wszystkie narzędzia władzy.

Paradygmatem Legionu jest Prawda i Dobro, czyli służba wszystkim, bo co dobre dla wszystkich, dobre też dla Polaków. Chrystus przyszedł na cały świat.

Jeden z moich profesorów stwierdził, doprowadzając przy okazji salę do wesołości, że w nauce chodzi o Prawdę, Dobro i Piękno. Takie połączenie wydaje mi się szczególnie udane, dlaczego chciałbym zapytać dziesiętnika, który przyjdzie zabrać mnie na Powszechny Sąd nad Zdrajcami Narodu, gdzie podziało się Piękno w omawianej koncepcji. Mam oczywiście kilka hipotez, ale...

Zamierzam niedługo swoje dzieci( młodzież) zapędzić do budowy legionu wśród rówieśników, jak będę miała trochę czasu. Byłby to Legion Testamentariuszy ( spadkobierców majątku)-może ktoś ma lepszą nazwę, która dotrze do młodzieży.

I już wiemy, dlaczego pomysł raczej nie wypali. Szczególnie, że ważną rolę w tym procesie ma odegrać rozsyłany drogą mailową apel, który... który... a, zresztą, sami podziwiajcie:

My, Wasi rodzice zrzeszamy się na meilach w Legionie, który ma za zadanie bronić naszego kraju, jego odwiecznych wartości, historycznej Prawdy, którą w tej chwili fałszują nam media i komisje podręcznikowe, majątku Polski o który walczyli nasi przodkowie w Powstaniu Warszawskim i wszystkich wojnach.
Jeśli nie zbudujemy mostu międzypokoleniowego, nie przekażemy Wam tego dziedzictwa, które jest Waszym spadkiem, okupionym krwią i ofiarą Waszych rodziców i dziadków, a wy staniecie się bezwolną masą lemingów bez tożsamości, zapędzonych do niewolniczej pracy, łupioną najwyższymi w świecie podatkami. Majątek Polski jest rozkradany przez kolejne rządy, które okłamują naród co do stanu państwa i wysokości długu Polski, który wy będziecie musieli spłacać w podatkach i cenie produktów.
Niszczona jest prawda krzyża, który jest znakiem nie tylko miłości, ale sprzeciwu wobec kłamstwa i zła. Kiedy my odejdziemy, nikt już nie będzie mógł Was bronić.

Największą wadą tej inicjatywy nie jest oczywiście to, że jest realizowana przez ludzi dość luźno traktujących takie pojęcia, jak "rzeczywistość", "fakty", "rozsądek" i "krytyczne myślenie". Nie jest też związana z fundamentalnym nieporozumieniem, na którym zbudowano tę inicjatywę, mianowicie, że Tusk chce otruć wszystkich blogerów. Sprawa jest banalnie prosta. Zaproponowana struktura organizacji jest dobra dla armii, a nie dla czegoś, co bardzo chce być konspiracją. Strukturę hierarchiczną łatwo zinfiltrować i zneutralizować, chociażby obsadzając najwyższe szczeble własnymi ludźmi.

A wystarczyło pamiętać, że "Luna to surowa pani".

[1] - Historyczny moment, Czytelniku. To prawdopodobnie najgorszy dowciop, jaki kiedykolwiek udało mi się wpleść do swojej blogonotki.

piątek, 13 sierpnia 2010

Portal wita nas dziś takim oto nagłówkiem:

Zaraz tam pojade!

Ja, jako wzorcowy przedstawiciel biurowej klasy średniej, cierpiącej na wieczny niedobór środków finansowych i przerost aspiracji klasowych, postanowiłem oczywiście kliknąć, żeby się przekonać, czym jeszcze Niemce mogą nas kusić. Tu jednak zaczyna się coś nie zgadzać, bo czytamy przecież w artykule:

Znaczące różnice są wciąż w wysokości zarobków - z badań wynika, że średnia polska płaca to 40 proc. tego, ile zarabia statystyczny Niemiec.

Ach, więc to tak. Średnio rozgarnięty licealista powinien być w stanie przeliczyć sobie w głowie, że w takim razie przeciętne wynagrodzenie w Niemczech jest o 150% większe niż w Polsce. Łopatologicznie rzecz ujmując, tak żeby pracownik portalu zrozumiał, do 40% musimy dołożyć drugie 40% i jeszcze połowę, żeby było 100%. Bez straty ogólności można sobie przyjąć, że pensja w Polsce to 4 ojro, a pensja w Niemczech to 10 ojro. Łatwe? Łatwe. No, ale można też bez sensu coś odjąć, i tak nikt nie zauważy.

A teraz idę pisać jakąś poważniejszą notkę (tak, wróciłem, chyba).

Za temat podziękowania należą się koledze kkw.

Tagi