from here to reality
wtorek, 04 sierpnia 2009

Od czasu do czasu całkiem przypadkiem trafia człowiek w takie miejsca w Internecie, że oczy dęba stają, włosy nie dowierzają, a po opuszczeniu danej strony kilka następnych godzin wypełniają refleksje. Dlaczego właściwie kliknąłem? Co mnie podkusiło, żeby tam wejść i zobaczyć, co inni ludzie mają do przekazania światu? Po kiego grzyba spędziłem tam kilkanaście minut, wchłaniając jakieś niemożebne brednie? Tym razem prosto z posta spamera na pl.misc.paranauki przekierowało mnie na Ukryte sprawy. Pierwsza myśl była dość konwencjonalna - oto kolejny klon sławnego Ministerstwa Budowy Jaskiń, przeładowana linkami, zdjęciami i krzykliwymi nagłówkami strona w beznadziejnej kolorystyce, napisana w HTML 0.001 - znaczy się, wszystko wskazuja na to, że treść będzie odpowiadała formie. Muszę jednak przyznać, że mile się rozczarowałem, bo takiego odjazdu, jak na załączonym obrazku, nie widziałem w polskich Internetach od czasu, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Pająka Jana.

Czy Pająk Jan jest patentowanym świrem czy eksperymentem socjologicznym na szeroko zakrojoną skalę, nikt nie jest pewien. Tutaj, jak wskazują wszystkie możliwe poszlaki, mamy do czynienia z kompletnym wariatem (lub, jeśli ktoś preferuje takie wyjaśnienia, wyjątkowo perfidnym dowcipnisiem), który w dodatku z sobie tylko znanych powodów -- być może na skutek fascynacji twórczością Jamesa Joyce'a -- postanowił swoją stronę zapisywać w formie permanentnego strumienia świadomości. Jak to dokladnie wygląda, jeszcze się przekonamy, to akurat mogę zagwarantować. Ale - ad rem!

W pisarstwie ufologicznym idea wrogiego rządu jest prawie tak popularna, jak którykolwiek z naczelnych motywów (NOLe, katastrofy, uprowadzenia, okaleczenia zwierząt, itp.). Można zaryzykować stwierdzenie, że w pogoni za kosmitami często chodzi bardziej o znalezienie ostatecznego haka na przebrzydłego Lewiatana, aniżeli o zdobycie ostatecznych dowodów na istnienie zorganizowanej seksturystyki na Ziemi, organizowanej przez mieszkańców Syriusza. Ufologiczne teorie spiskowe mieszczą się w głównym nurcie spiskologii aż za dobrze, a jeden pomysł wesołków słyszał chyba każdy, kto kiedyś zbierał Faktor X albo oglądał błazenadę red. Macieja Trojanowskiego w TVN. Otóż my, prości ludzie, zostaliśmy kilkadziesiąt lat temu oszukani przez możnych tego świata. Te paskudne globalistyczne elity za naszymi plecami zawarły tajny pakt z kosmitami i w zamian za technologię nie z tego świata od półwiecza przymykają oczy na wycinanie krowich genitaliów i pobieranie gamet od obywateli USA. Srsly, motyw seksualny jest nader częsty w opowieściach uprowadzonych, a poziom odjazdu bywa wręcz nieprzyzwoity. Autor omawianej tutaj strony dokonuje jednak reinterpretacji pewnych faktów z historii najnowszej...

Kubański kryzys rakietowy był tak naprawdę o to, że sowieci czuli się (i słusznie) oszukiwani przez Amerykanów w kwestii udostępniania technologii pochodzących z wymiany z obcymi - wcześniej Jankesi obiecali im, że będą się uczciwie dzielić (kiedy ZSRR zagroził podpisaniem własnego traktatu), ale w praktyce wyszło inaczej: mikroprocesory, diody LED, laser, kevlar, teflon, hologram, światłowody, poszycia niewidzialne dla radarów - wszystko jakoś "wynaleziono" w USA, chociaż Rosjanie chyba cały czas mieli lepszych naukowców, skoro przodowali w dziedzinie broni pogodowych, zjawisk paranormalnych, kontroli umysłów, konstrukcji myśliwców i łodzi podwodnych, o czołgach i śmigłowcach nie wspominając. W dodatku wszystko to pojawiło się w przedziale ok. 20 lat: 1950 - 1970 r.; dla porównania tempo opracowywania innych wynalazków według współczesnej nauki: koło - 500 tys. lat, młotek - 500 tys. lat...

Szczerze mówiąc, mnie też zawsze zastanawiało, jak to możliwe, że oni ten laser w parę lat wynaleźli, a nasi przodkowie, którzy przecież nie byli głupsi, potrzebowali na to tysięcy i milionów lat (można domniemywać, że pierwsze prace nad kołem zaczęły się jeszcze w czasach australopiteków). Wprowadzenie egzogenicznej technologii znacząco poprawia nasz model. Używając języka współczesnej beletrystyki ekonomicznej, można powiedzieć, że nad wyspą przeleciał latający spodek i zrzucił pierwszy komputer. Tak czy owak, paradne.

Osoby zaznajomione z teoriami spiskowymi i dysponujące pewną wiedzą z poziomu "meta" na temat typologii i taksonomii teorii spiskowych na pewno pamiętają, że w spiskologii nic nie jest takie, jakie się wydaje obserwatorom. Podmioty ze sobą współpracujące w rzeczywistości są zaciekłymi wrogami (jak np. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone), rywalizacja jest zaś zasłoną dymną, za którą toczy się szeroko zakrojona współpraca... w tej drugiej kategorii spiskolog-ufolog postrzega czasy zimnej wojny. Wprawdzie były dwa obozy, tu kapitalizm i wolność, tam komunizm i gułagi, ale istotniejsza była kwestia nawiedzających nas w nocy Szaraków. I tak, jak w bardzo fajnym serialu pt. "Dark Skies" pracujący dla tajnej agencji rządu amerykańskiego główny bohater od pewnego momentu miział się ze swoją odpowiedniczką z sowieckiego sojuza, tak w rzeczywistości dwa mocarstwa tkwiły w czułym uścisku, Szarakom i Gadom na pohybel.

Generalnie przez całą zimną wojnę na szczytach władzy funkcjonowała nie najgorsza komunikacja pomiędzy USA, Wlk. Brytanią i ZSRR - na powierzchni trwało napięcie i konfrontacja, patriotyczny wysiłek po obydwu stronach oceanu, a w kosmosie dzięki tej całej produkcji mogła rozwijać się współpraca i postępować ekspansja. W latach 60-tych powstała międzynarodowa baza na Marsie, na Księżycu funkcjonowała już w momencie "pierwszego lądowania". To dzieje się jakby pod egidą ONZ, np. w słynnej (i jedynej takiej, o której wiadomo) strzelaninie z Szarymi w bazie pod miejscowością Dulce w stanie Nowy Meksyk w 1979 r. zginęło 66 komandosów również z takich krajów, jak Norwegia czy Izrael. Drugi raz polityka ukrywania wszystkiego przed ludźmi okazała się mieć swoje dobre strony, kiedy w roku 1993 baza na Marsie przestała nadawać - było tam wtedy 300 000 ludzi (info: Phil Schneider). Według Alexa Colliera z wywiadu z 1994 r. bazę przejęły Gadoidy, sporo ludzi zjadły, a dla reszty nie mogliśmy nic zrobić, przynajmniej wtedy.

To milo, że mamy kolonie na Marsie. Mniej fajnie, że jaszczuroludzie już wszystkich zjedli.

kolonie na Marsie powstały pod koniec lat 60-tych i szybko w atmosferze pojawił się tlen, a na równiku panuje odpowiednia dla ludzi temperatura, można uprawiać jogging; w podziemiach działała jeszcze maszyneria i udało się zapalić światło, ludzie z Marsa najwyraźniej wymarli dopiero 10-12 tys. lat temu, a sądząc po rysunkach na ścianach, byli to przodkowie amerykańskich Indian - tyle że dwukrotnie więksi

Ooops, ktoś chyba wziął na poważnie "Pamięć absolutną" i "Dark Colony". Zostawmy jednak te nieszczęsne kolonie, i tak jaszczury wszystkich zjadły. Są poważniejsze kwestie do omówienia.

Model pustej Ziemi z niewielkim sztucznym słońcem w środku nie jest też bezbronny na polu naukowym w starciu z lansowaną przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne hipotezą o jądrze, które nie ostygło przez 3.5 miliarda lat: dużo prościej wyjaśnia fenomeny obecności wyłącznie słodkiej wody w górach lodowych, zorzy polarnej, wariowania kompasów w okolicach podbiegunowych (w tej teorii to nie jest żadne wariowanie, tylko tak ma być)

Gdybym tego tekstu nie zobaczył na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył, że można coś takiego twierdzić. Dopóki nie zacząłem korzystać z Internetu... Bajdełej, w jakiż to sposób model pustej Ziemi wyjaśnia obecność słodkiej wody w górach lodowych, tego autor już nam nie mówi. Swoją drogą, takie teksty są memetycznie gęste, w nich się aż roi od zgranych konceptów, wytartych schematów, zasłyszanych plotek i wielkich stert opadków ze śmietnika idei. W cytowanym monologu autor zdołał wrzucić - i powiem to na jednym wydechu - m.in. teorię starożytnych astronautów, Atlantydę, Mu, Lemurię, szejpszifting reptilians, teorię pustej Ziemi, gigantów, cały kanon ufologicznej spiskologii, Moon hoax, Freudem podszyte bajania o krzyżowaniu ludzi ze zwierzętami (jeszcze je zobaczymy), legendę o wyprawie admirała Byrda, hitlerowców na Księżycu (pozdrawiam wszystkich guglających!) i czanellingi. Ufff... na rozluźnienie proponuję porady inwestycyjne:

W razie czego podobno najlepiej kupować srebro - ma zastosowanie w przemyśle, a wydobycie jest stałe - bo np. pieniądze są bezwartościowe już od jakiegoś czasu (info: Stewart Swerdlow), a z Księżyca przywieźli tony złota (źródło: John Lear) o niespotykanej na Ziemi liczbie karatów, czy jakoś tak, ale pracują nad tym. Według Colliera kosmiczne Gady dbają o ekosystem naszej planety i przetrwanie naszej populacji - dla nich to coś jak kurnik dla babuszki ze wsi, one by tu chciały jeszcze tysiące lat żywić się naszymi ciałami i/lub emocjami, jak to prawdopodobnie czynią już od wieków, a może od zarania pamiętanych dziejów - kto udowodnił, że to całe zło pomiędzy nami, ludźmi, bierze się tak naprawdę spomiędzy nas..?

Tak, z całą pewnością na Księżycu można znaleźć 30-karatowe złoto. I różowe jednorożce. I śnieg. Przy okazji, w wypowiedzi wielce rąbniętego autora pojawiła się znajoma nuta. Otóż bodaj wszyscy hardkorowi fani Pająka Jana z uporem godnym lepszej sprawy upierają się przy tym, że całe zło na świecie jest winą "szatańskich ufonautów". Z jakiegoś powodu zdjęcie wszystkich możliwych win z ludzkości (jako żywo przypominające wyjaśnienia niektórych świrów, którym Jezus, Lucyfer albo głosy kazały zaszlachtować sąsiada) jest bardzo atrakcyjne. Uniewinniając ludzkość, uniewinniamy siebie, nieprawdaż? Pamiętacie monolog Rorschacha? There is nothing else. Existence is random. Has no pattern save what we imagine after staring at it for too long. No meaning save what we choose to impose. This rudderless world is not shaped by vague metaphysical forces. It is not God who kills the children. Not fate that butchers them or destiny that feeds them to the dogs. It’s us. Only us. Czy wspominałem już wcześniej, że niektórym S-F miesza się z rzeczywistością? Popatrzta na to:

Z kolei syn płk. Corso, Philip Corso Junior, utrzymuje że według jego informacji żyjemy właśnie w zmodyfikowanej linii czasu - w oryginalnej Niemcy wygrali II wojnę, ale amerykańscy naukowcy z lat 60-tych cofnęli się w czasie do lat 40-tych i dostarczyli projekty uzbrojenia, amunicji itp. rozpisane w taki sposób, żeby można je było realizować przy użyciu części dostępnych w latach 40-tych; potem z kolei ZSRR wygrał zimną wojnę i tu już potrzebne było Roswell - ziemski pojazd z androidami na pokładzie (według tego źródła ludzie nie mogą podróżować w kosmosie) przysłany z okolic roku 2112, dzięki któremu Amerykanie od lat 50-tych mogli cieszyć się światłowodami, laserami, mikroprocesorami oraz innymi technologiami wymienionymi już poprzednio; w tej wersji powodem ukrywania przez władze obecności ufo jest przede wszystkim technologia podróży w czasie, dostępna po niewielkiej modyfikacji ich napędu; jeżeli w owym roku 2112 nie skonstruujemy tego spodka i nie wyślemy go w przeszłość, żeby się "'rozbił" pod Roswell, powróci oryginalna linia czasu

Dzwoni, ale nie wiemy, w którym kościele? No więc na rozkaz przerośniętego komputera szachowego cyborg-zabójca o twarzy gubernatora Kalifornii cofa się w czasie do 1984, żeby zabić matkę przywódcy ruchu oporu przed jego narodzeniem, wraz z nim cofa się bojownik ruchu oporu, który ma Sarę Connor chronić. Ponieważ w czasie może podróżować tylko żywa tkanka, obaj lądują tutaj nago, przez co Chekov nie może zabrać zdjęcia pani burmistrz Dante's Peak (Łiktor Łiktor Tu). Tajmlajn jest bez zmian i 10 lat później w czasie cofa się zastępca Muldera i próbuje zabić Connora, ale nie udaje mu się. Po drodze główni bohaterowie zapobiegają Zagładzie, więc 10 lat później komputer wysyła Bloodrayne w przeszłość, żeby zabiła Bena Hawkinsa, gwiazdę Yvaine i innych sprzedawców hamburgerów. W odbydwu sequelach gliniarz z przedszkola jest po stronie Światła i MacDonald'sów. 15 lat później Bruce Wayne... Geeez, wprost uwielbiam takie bezproduktywne zabawy z popkulturą.

I ta końcówka niczym z Asimova! Ponadto, na podstawie zacytowanego wyżej fragmentu każdy może sobie wyrobić zdanie na temat wiarygodności autorytetów przywoływanych w tekście. Ja na sam koniec zostawiłem sobie taki oto smaczek:

Jedną z niewielu nie związanych z ufo osób, z jakimi przeprowadził wywiad Project Camelot, jest Benjamin Fulford, kanadyjski dziennikarz i pisarz, który w młodości m.in. pomieszkiwał z dzikimi w amazońskiej dżungli jako członek pierwotnego plemienia, a na stałe osiedlił się w Japonii, gdzie zaskarbił sobie wśród miejscowych taki szacunek, że pewnego razu w hotelu niezamaskowany ninja proponował mu nawet tekę ministra finansów Japonii

Łaskawie pominiemy dziwnie krótki przeskok między zaskarbianiem sobie sympatii u dzikich i zdobywaniem uznania w Japonii, to taka maniera autora, że lubi skladać zdania z różnokolorowych klocków. Wytluszczony fragment jest znacznie bardziej interesujący. Kosmici i podróże w czasie jeszcze ujdą, ale w co, jak w co, w niezamaskowanych ninja składających świrom propozycje pracy w rządzie ja na pewno nie uwierzę! Ponieważ już się ściemnia, to na zakończenie podrzucę obiecany fragment nt. hybryd. FTW!

Atlantydzi sami również bynajmniej nie byli aniołkami i nie chcielibyśmy mieć ich za sąsiadów: krzyżowali ludzi, z czym tylko się dało, m.in. z insektami, delfinami - porobili np. syreny, sasquatche i yeti; autyzm to pamiątka w genach po poważnych krzyżówkach z delfinami, to prawie coś jak delfin w ciele człowieka.

Yyyyy... and then I was like... yyy... Jenny MacCarthy się chowa.

C.D.N.

Tagi