from here to reality
poniedziałek, 12 lipca 2010

Ze wszystkich pseudoargumentów, z którymi przychodzi zetknąć się młodemu sceptykowi, ten jest zapewne najbardziej rozpowszechniony i najczęściej powielany. Jego krewnymi są: ten o kontrowersji i ten o równowadze w przedstawianiu racji obydwu stron. Jak podejrzewam, większość z czytelników zetknęła się ze stwierdzeniem, że "prawda (na ogół) leży pośrodku", nawet w rodzinnym domu. Dlatego też, warto poświęcić kilka chwil temu argumentowi, wskazać jego ogólną miałkość i obnażyć racjonalne jądro, o którym nietrudno jest przecież zapomnieć.

Stwierdzenie, że "prawda (na ogół) leży pośrodku", odtąd nazywane #PLP, funkcjonuje w języku i ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów. Po pierwsze, bywa argumentem szczegółowym, pojawiającym się w konkretnych okolicznościach jako podsumowanie konkretnego sporu. Po drugie, zdarza się i tak, że stanowi ono rodzaj mądrości życiowej, powiedzonka powielanego czasem zupełnie nieświadomie. Po trzecie wreszcie, niektórzy z #PLP czynią sobie program poznawczy i metodologiczny, ogólne zalecenie co do tego, jak podchodzić do tematów, w których brakuje wiedzy specjalistycznej lub wręcz do wszystkich możliwych. Jak to w praktyce wygląda, każdy pewnie pamięta. #PLP jest nader często argumentem ostatniej szansy, wyciąganym z arsenału dopiero wtedy, gdy zawiodą wszystkie inne. "Tak, masz sporo racji w tym, że masowe opryski z samolotów są wysoce nieprawdopodobne i twoje argumenty brzmią rozsądnie, ale moim zdaniem prawda leży pośrodku. Coś musi być na rzeczy, bo inaczej rządy nie milczałyby na ten temat" - w luźnym tłumaczeniu - "kombajn odpowiedział ogniem rakietowym i oddalił się w kierunku Moskwy". Gdy #PLP jest deklaracją programową, jest w istocie rzeczy przejawem skrajnego pesymizmu poznawczego, niewiary w możliwość wypracowania jakiegokolwiek kawałka wiedzy w oparciu o dostępne metody.

Tymczasem, z tymi kosmitami to, o panocku, dyć prawda leży pośrodku. Zauważmy, że wypowiadający te słowa z reguły nie stwierdzi, że Ziemia jest półkulą, a Księżyc zrobiony jest w połowie z zielonego sera. Daleki jestem od sugestii, że w każdej kwestii odpowiedzi na sensowne pytania są równie oczywiste, ale a priori nie ma żadnego powodu, żeby #PLP przypisywać jakąś szczególną wartość. Pewna Dziennikarka Gazety Polskiej stwierdziła w jakiejś blogonotce, że skoro katastrofa smoleńska może być wynikiem zamachu lub też nie, to mamy aż 50% szans, że Lech Kaczyński i reszta zginęli rzeczywiście w zamachu. Cóż za odkrycie! Problem polega na tym, że w rzeczywistości nie ma równouprawnienia pomiędzy różnymi możliwościami, odpowiedziami, hipotezami. Przypisujemy im różne prawdopodobieństwa, bo jednak coś wiemy.

Warto też zauważyć, że nieco inaczej oceniamy stosowanie #PLP w odniesieniu do nagich faktów (lub ich dostatecznie dobrych substytutów), a zupełnie inaczej - w odniesieniu do samych tylko opinii, jeśli są one w jednakowym stopniu poparte materiałem dowodowym. Przykładowo, jeżeli Ziutek oskarży Franka o kradzież kury, a Franek Ziutka o otrucie kota, i będzie to sprawa z gatunku "słowo Ziutka kontra słowo Franka", to stwierdzenie "prawda leży pośrodku" i zachowanie dystansu w stosunku do obydwu stron sporu może być nawet racjonalne. Jeśli bowiem wejdziemy w przyjaźń ze złodziejem, możemy sami stać się jego ofiarą.

I tu właśnie powoli dochodzimy do racjonalnego jądra #PLP, bo - jakkolwiek błędny by nam się teraz nie wydawał - ma pewien sens. Załóżmy, że ktoś przed nami stawia kwestię, na temat której nie wiemy absolutnie nic i nie mamy pod ręką Pubmedu, Google'a i wszystkich tych cudownych narzędzi, dzięki którym z miejsca możemy ustalić, jaki jest stan wiedzy. Powiedzmy, że jest rok 30 n.e i pewien młody mężczyzna twierdzi, że jego kolega właśnie powiedział, że należy nadstawiać drugi policzek... "Prawda leży pośrodku" jest najprostszym i nasuwającym się w sposób naturalny założeniem dotyczącym stanu faktycznego. Albowiem, nawet jeśli nie mamy za grosz pewności, musimy żyć, działać i podejmować decyzje. Różnym możliwościom musimy przypisywać subiektywne prawdopobieństwa. #PLP to idealny prior, odpowiadający jednostajnemu rozkładowi prawdopodobieństwa określanemu na zbiorze wszystkich możliwości. Jeśli nie mamy żadnej wiedzy na temat tego, gdzie leży prawda, przyjmujemy właśnie, że leży pośrodku, bo (1) tak jest wygodniej, (2) jakiś prior trzeba wybrać. Nie będzie tu ścisłego i niezawodnego uzasadnienia dla PLP, bo to jedna z wielu heurystyk, które pozwalały nam przetrwać na sawannie (wink wink nudge nudge). Co więcej, w pewnych okolicznościach może to nawet być strategia globalnie wygrywająca, tzn. wybór #PLP może summa summarum doprowadzić do tego, że będziemy się w najmniejszym stopniu mylić.

Problem w tym jednak, że jesteśmy w nieco lepszej sytuacji, bo nie musimy polegać tylko na naszym priorze. Wiedza tego rodzaju ma wyłącznie charakter wstępny i w normalnym procesie poznania ulega stałemu uaktualnianiu, w miarę gdy napływają kolejne informacje "z zewnątrz" (jakkolwiek byśmy tego zewnętrza nie definiowali). Gdy słyszymy od adwersarza, że prawda leży jednak pośrodku, to z reguły coś jednak wiemy. Są fakty i obserwacje, dowody i teorie naukowe, argumenty i sofizmaty, a także rozproszona w różnych sieciach wiedza, którą często chłoniemy bezwiednie. Nie ma żadnego powodu, żeby zakładać, że to, co dostaniemy na wyjściu, będzie tożsame z naszym pierwotnym założeniem. W rzeczy samej, na tym polega nauka, na ciągłym konfrontowaniu bieżącego stanu wiedzy z rzeczywistością i uaktualnianiu jej o nowe informacje. I jeśli w marzeniach redaktorów "Racjonalisty" o światopoglądzie naukowym jest coś godnego naszej uwagi i wartego kontynuowania, to jest nim przekonanie o silnych związkach metody naukowej z życiem codziennym.

czwartek, 01 lipca 2010

Generalnie nie poruszam na tym blogu tematów stricte politycznych, bo mnie zwyczajnie nudzą. Tym razem jednak zrobię drobny wyjątek, bo temat sam wpadł mi w ręce, a od dłuższego czasu i tak miałem ochotę zabawić się w dziennikarza obywatelskiego, przerwać milczenie i ujawnić szokujące fakty, o których milczą media. Jak głosi konwencjonalna mądrość analityków sceny politycznej, młodzi, dynamiczni mieszkańcy wielkich miast pojechali sobie na Open'era albo na inne urlopy i nie zagłosują na Bronisława Komorowskiego. Tymczasem, w sztabie PiS praca wre i ludzie listy piszą. Jeden z nich paru znajomych znalazło w swoich uczelnianych skrzynkach pocztowych.

Jego autorem jest profesor ekonomii, pracownik naukowy i rektor jednej z prywatnych uczelni. Ze względu na ogólną niezborność tekstu, który się tam znalazł, liczne literówki, błędy stylistyczne i niejasności, jak również z uwagi na nagromadzenie kolokwializmów i zwrotów właściwych dla języka wulgarnej politycznej nawalanki, czytanie całości jest zajęciem bolesnym i frustrującym. Część wywodów pomijam, a obszerne fragmenty tejże agitki zamieszczam poniżej:

NIżej i w załącznikach uzasadnienie dlaczego Bronisław Komorowski nie powinien byc wybrany na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, kierowane do wszystkich do ktorych zdoła dotrzeć przed gdodziną 24.00 w piątek, a przede wszystkim do środowiska akademickiego i prawniczego Polski.

Komorowski podkreślając, że mówi o KOMERCJALIZACJI a nie prywatyzacji szpitali albo "rżnie głupa" albo naprawdę nie wie , że zmiana ustroju przedsiębiorstwa państwowego na spółkę prawa handlowego (tu akurat szpitali) - a więc KOMERCJALIZACJA - oznacza zmianę struktury dominacji w takim przedsiębiorstwie. Realna władza, a lepiej powiedzieć -podmiotowość - odbierana jest pracownikom, którzy przez swoje Rady mają wpływ na wybór "managmentu" i jego kontroli a przekazywana jest ciałom zewnętrznym : Radzie Nadzorczej powoływanej przez "właściciela" oraz managmentowi powoływanemu przez taką Radę. Z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy mówimy o szpitalach, czy szkołach i czy właścicielem jest "samorząd lokalny", czy prywatny przedsiębiorca czy jakaś inna osoba prawna - w każdym takim przypadku dochodzi do wyzucia pracowników z "praw własności" - wyrażanych właśnie zdolnością wpływu na obsadzenia władz firmy oraz de facto konwersja ich ze statusu wolnego zawodu na status "zwykłego najemnika".

(...)

5. Obłuda , OBŁUDA powtarzam, troski o obecność naszych uczonych na łamach światowych czasopism - gdy nasi uczeni by z głodu nie zejść, przy coraz niżej obniżanym pułapie nakładów na naukę i kształcenie (np. na bibliotekę SGH największej uczelni ekonomicznej w regionie mamy w 2010r - 300 tys. zł. tyle ile 4/5 miesięcznej płacy Krzysztofa Bieleckiego, gdy był prezesem Pekao i nie wypłacał mi odsetków od moich pieniędzy, ale dał Profumo 2,5 mld na jego potrzeby) - muszą udzielać się dydaktycznie, zamiast pisać wymagające dodatkowego nakładu czasu artykuły na poziomie światowym.

(...)

To tyle 
Reszta zależy od nas - od opowiedzenia się za Polską solidarną, podmiotową, czy Polską roboli zarządzanych odgórnie przez "menadżerów z platformerskiego konkursu" , czy to sektorze kształcenia czy ochronie zdrowia.

(...)

Wybranie B. Komorowskiego otworzy drogę dla środowiska p. poseł Sawickiej (które wyżej umownie i niezobowiązująco nazwałem "esbecją platformerską" z celem przez nią wskazanym jako "kręcenie lodów" w ochronie zdrowia. W istocie środowisko to patrzy na sektory oparte na wiedzy jako na "miliardowe rynki do przejęcia". OBŁUDA, albo niewiedza Komorowskiego polega na tym, że twierdząc, że leczenie będzie bezpłatne dla pacjentów również w systemie skomercjalizowanym, przemilcza fakt, że wówczas środki przelewane z funduszy społecznych do przysłowiowych szpitali muszą wystarczyć nie tylko na ich koszty związane z procesem głównym , ale również na zyski "spółki prawa handlowego" i wynagrodzenia jej będącego poza kontrolą managmentu, który może nie mieć zielonego pojęcia o medycynie, wszak nie stawia się nigdzie merytorycznych barier wejścia do sektora. W obecnym systemie wydajemy na służbę zdrowia 4-6% PKB - w USA z ich prywatnym systemem wydaje sie rocznie ponad 15%! PKB. I w końcu tego i oni nie wytrzymali. Owa różnica między 15 a 4% PKB - to są owe lody, które środowisko platformerskie chce ukręcić - NIC ZE SWEJ STRONY NIE WNOSZĄC.

Wygrana Komorowskiego i jego wejście na drogę wytyczaną przez pp. Sawicką, Kopacz, Kudrycką to wejście na drogę NIEZGODY, która jątrzy, rozwija napięcia społeczne i rujnuje - i nie wiem czy Komorowski nie widzi tego czy tylko "rżnie głupa".

(...)

Gdy idzie o praworządność myślimy nie tyle występkach obywateli, co raczej o czystości i rzetelności zachowań "władzy", której wierność zasadom prawa (i moralności) daje legitymację do egzekwowania prawa wobec występnych obywateli. Dlatego przykładem siły państwa prawa była działalność CBA pod kierunkiem Mariusza Kamińskiego mająca na celu eliminację zachowań niegodnych przy tworzeniu prawa (bo ich wyniku może powstać tylko prawo niegodne). Przykładem demolowania już nie tylko, że "państwa prawa" , ale idei państwa w ogóle, jest zachowanie Donalda Tuska, który doniósł "kombinatorom" na swojego "policjanta". Kiedyś któryś z polityków posłużył się pojęciem "felonii" w sensie zdrady popełnionej przez wodza wobec swoich rycerzy. (W encyklopedii "Bertelsmana" którą mam pod ręką definicja felonii nie jest tak jednoznaczna). Gdyby się trzymać tego sensu, to mamy pytanie czy Donald Tusk dopuścił sie felonii wobec aparatu państwa? Tak czy nie? Wydaje się, że dla dobra państwa prawa i państwa w ogóle, struktury stanowiące jego filary - a więc sądownictwo i prokuratura - powinny już nie to, że dla ochrony swojego honoru, ale w ogóle obrony i uzasadnienia sensu swojego istnienia - odpowiedzieć zdecydowanymi sygnałami wskazującymi Donaldowi Tuskowi, że w swojej postawie jest izolowany. Otóż wydaje się, że takie sygnały padły - pierwszy to umorzenie postępowania w Płocku przeciw Zbigniewowi Ziobrze i drugi to "bezapelacyjne" zwycięstwo Kamińskiego w sporze z J. Piterą. Ale niedobrze by było, gdyby to dopiero grzech felonii premiera budził aparat ścigania i aparat sprawiedliwości z letargu.

(...)

Podane w tekście wyżej i w załączonych pismach i dokumentach przykłady "juz nie tylko naruszania idei państwa prawa, ale sensu idei państwa w ogóle" doprowadza nas do kwestii propozycji zmian w Konstytucji wniesionych "ni z gruszki ni z pietruszki" przez Donalda Tuska . Otóż w świetle przytoczonych przykładów nonszalancji prawnej i braków etyki administracji państwowej formowanej z oczywistego partyjnego nadania partii zwycięskiej w wyborach, nie bez wpływu obcych, choć polskojęzycznych, mediów konieczne wydaje sie nie osłabianie, ale właśnie wzmacnianie władzy prezydenckiej, łącznie z przywróceniem decydującej roli w powoływaniu na stanowiska w resortach "siłowych" i związanych z zagraniczną reprezentacją Państwa.

(...)

Rzecz w tym, że wobec pustoty wyborczych obiecanek, propagandowo-promocyjnej roli "Czwartej władzy" wykrzywiającej proporcje i wprowadzającej w błąd, wyborcy de facto głosują za grą pozorów , a nie za rzeczywistością. Potem jednak nadchodzi okres "reform" proponowanych faktycznie przez zwycięską partię , które mogą się mieć nijak do wyborczych obietnic i miraży (miraży roztopionych w łzach p. Sawickiej, której nie pozwolono kręcić lodów). Wtedy MUSI istnieć OSTATECZNY urząd odwoławczy i takim ma być prezydent zaopatrzony w prawo veta i prawo kierowania ustaw pod ocenę Trybunału Konstytucyjnego, a Premiera pod ocenę Trybunału Stanu (nie wiem jak to jest obecnie rozwiązane w Polsce, jakie prerogatywy ma tu prezydent). Jest też kwestia zdolności rozwiązania parlamentu, jeśli aktualny, w sposób rażący "drwi" sobie z obietnic wyborczych, a dzięki nim został przecież uformowany w takim składzie w jakim został.

(...)

Pozdrawiam wszystkich 
dr hab S. Ryszard Domański prof. SGH
Przewodniczący Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego przy SGH

On będzie głosować 4 lipca.

A ty, Czytelniku?

Tagi