from here to reality
sobota, 25 lipca 2009

From: asmoeth
Newsgroups: pl.pregierz
Subject: Ostatnie tango w KDT
Date: Wed, 22 Jul 2009 11:16:42 +0200

b$ za interesujący artykuł

(...) Należy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście - jak twierdzi Roman Polko - wczorajsza akcja była źle przygotowana i wykonana. Twierdzę, że Roman Polko źle odczytał cele przyświecające autorom wczorajszej rozróby i nie docenił politycznego wymiaru całej sprawy. Tymczasem, coraz więcej informacji jasno wskazuje na to, że wczorajsza egzekucja została od początku do końca wyreżyserowana twardą ręką godną Józefa Stalina. Nie chodziło o egzekucję prawa czy też oczyszczenie terenu pod budowę - to można było zrobić innymi środkami lub pomyśleć o pewnych kwestiach odpowiednio wcześnie. Chodził o pokazanie światu, że obecny rząd bezpardonowo walczy z bezprawiem, że jest nieugięty i posiada determinację niezbędną do przeprowadzania reform. Jakich reform? Cóż, był to kolejny zabieg PR. Szkoda tylko, że ucierpiały na tym polskie dzieci.

Istnieją silne przesłanki, aby sądzić, że wczoraj pod KDT działały *dwie* bojówki kiboli wynajęte przez PO: "ochrona" wdzierająca się po trupach do środka hali, depcząca ludzką godność i gazująca kobiety i małe dzieci oraz "kibice Legii", których zadaniem było sianie zamętu na zewnątrz i postawienie kupców z KDT w jawnie złym świetle (o, zobaczcie, jakich oni mają sojuszników, jak można w ogóle być po ich stronie?!). Wydaje się, że byli to *ci* *sami* bojówkarze, którzy na debacie Tuska i dr Jarosława Kaczyńskiego tupali, buczeli i gwizdali, łamiąc jakiekolwiek zasady. Że wczoraj rzucali kamieniami i płytami chodnikowymi, nie jest w ogóle zaskoczeniem. Mój przyjaciel po całym zajściu rozmawiał z jednym z "kibiców Legii", usłyszał wstrząsającą opowieść o przygotowaniach do ustawki, w których brali udział "jacyś krawaciarze". Czy mogli to być urzędnicy warszawskiego ratusza? To bardzo prawdopodobne, choć trudne do uwierzenia.

W tej orgii zniszczenia zdrowie straciło kilkadziesiąt osób, lecz skutki będą dalekosiężne. Jeśli ktokolwiek przyzwoity ufał władzy, wczoraj stracił jakiekolwiek złudzenia. W oparach gazu łzawiącego i trujących wyziewów Donalda Tuska rozwiał się mit miękkiej i nieinwazyjnej władzy PO. W rezultacie brutalnej akcji policyjnej i ataków paramilitarnych bojówek z centrum stolicy wyrzucona została ostatnia ostoja polskiego handlu, co daje jasny sygnał, że obecna władza chce miasta szklanych domów dla wybranych elit, dla kosmopolitów bez właściwości, którym obojętne jest, czy na ich gładkiej koszuli zarobił Polak czy Anglik lub Wietnamczyk.

Więcej http://toxicity.salon24.pl/125689,ostatnie-tango-w-kdt

Tak, drogie dzieci, trolluje się w Usenecie. Z mojego autorskiego punktu widzenia w tekście jest wystarczająco dużo wskazówek, że mamy do czynienia z prowokacją i bezczelnym wkręcaniem pręgierzan. Począwszy od stylizacji a'la mkarwan, poprzez pompatyczny styl i bzdurne wtręty w rodzaju "trujących wyziewów Donalda Tuska", a skończywszy na wyssanym z czapy linku, sporo rzeczy jest tutaj nie na miejscu. Czy aby na pewno? Pfffff... successful troll is successful.

Hello? Police? I think I just got; internet

 

poniedziałek, 20 lipca 2009

Powiedzmy to sobie otwarcie, temat bunkrów musiał kiedyś wrócić. Od chwili, gdy po raz ostatni zagłębiłem się w mroczny świat Forum Orion 2012, mój umysł co rusz nawiedzały myśli o Patryku Gerylu i przygotowaniach do 2012. I kiedy przed seansem "Terminator: Salvation" (6.5/10) zobaczyłem zwiastun "2012" Emmericha z bombastycznym Mayans knew it. Science has proven it, od razu wiedziałem, że ktoś tu od kogoś ostro zrzynał. Pytanie tylko, kto od kogo? Swoją drogą, zapowiada się jesienią jeszcze większa rozwałka, niż w "Independence Day" z jeszcze bardziej nadętym akcentem pt. "AMERICA! FUCK YEAH!". Drugim, równie ważnym powodem, dla którego postanowiłem powrócić do tematu bunkrów na rok 2012 jest fakt, iż ten temat generuje chyba z 50% ruchu na moim blogasku. Przychodzi tutaj mnóstwo osób zadających Wujkowi Guglowi pytania w stylu "bunkry w okolicach Łodzi", "bunkry na rok 2012" i "co nowego u Patryka Geryla?", jakże miałbym robić coś na przekór pragnieniom szerokich mas?

No właśnie, co nowego u Patryka Geryla? Generalnie, na moim ulubionym forum kicha. Zaroiło się tam od sceptyków, niedowiarków i defetystów, którzy nie wierzą w to całe przebiegunowanie i chcą żyć tak, jak gdyby 2013 miał być kolejnym rokiem. Wiecie, handel i kopulacja, a nie jakieś jachty pełnomorskie, bunkry i regularne wpłaty na konto Ojca Dyrektora Patryka Geryla. Mimo tych wszystkich przeciwności i niekorzystnej atmosfery wciąż są ludzie, którzy przygotowują się do nadchodzącej Apokalipsy.

Witam. Powiem tylko tyle że nie należę do tych którzy gadają i nic nie robią,
tylko do tych co mniej gadają a więcej robią.. Otóż jestem w posiadaniu umocnionego schronu opl . Stworzyłem już plan obiektu , wnętrze zostało w dużym stopniu oczyszczone w najbliższych miesiącach będzie doprowadzony tam prąd i zmodernizowane wnętrze. W zimę planuję wstawienie konstrukcji łóżek, doprowadzenie wody, przygotowanie magazynu, zbiorników na wodę i ogóle "zagospodarowanie" . Oczywiście większość rzeczy mam w planach które wciąż "udoskonalam" aby były w miarę przystępne i bezawaryjne.

Cóż, jedni w wolnym czasie jeżdżą sobie na rowerze (Tak, jak ja, w minioną samotnie zdobyłem Górę Kalwarię! Nie mając mapy!), drudzy majsterkują, a inni zasuwają do modnych klubów, gdzie wyrywają ostre laski po technikum kosmetycznym w Opolu Lubelskim. Każdemu według potrzeb. Są najwyraźniej tacy, którzy w czasie wolnym budują bunkry i gromadzą niezbędne zapasy. To mile, ze w narodzie wciąż żywy jest duch Tony Stark was able to build this in a cave! Pytanie tylko, gdzież jest ten pieroński bunkier?

Jak na razie nie mogę powiedzieć gdzie znajduje się bunkier, ale spokojnie wszystko w swoim czasie...

Nie chcielibyśmy przecież najazdu tysięcy amatorów darmowego przetrwania w cudzymy bunkrze. Bisajds, konstruktor bunkra z całą pewnością preferowałby spędzić dwa lata pod wodą w towarzystwie swojej ukochanej lub ulubionego psa, niż jakichś niewyżytych dzieciaków z Internetów. Przy okazji dowiedzieliśmy się, dlaczego skeptics must GTFO.

forum jest o osobach które zdają sobie sprawę z możliwości zaistnienia czego niespodziewanego w 2012

Trzeba przyznać, że to dość ogólna charakterystyka. Mówiąc szczerze, wielu z nas, twardogłowych scepów, bez krzty zażenowania również określiłoby się mianem "zdających sobie sprawę z możliwości zaistnienia czegoś niespodziewanego w 2012". Mało tego, ja zdaję sobie sprawę z tego, że coś niespodziewanego zdarzy się w 2010 i w 2011, i w 2013... Dziś na ten przykład telefonicznie pokłóciłem się z rodzicami (ale to temat na zupełnie inną notkę), było to zupełnie niespodziewane, taki leniwy i nudny dzień. Coś jednak mi mówi, że "coś niespodziewanego w 2012" ma większy kaliber, niż spotkanie miłości swojego życia w sklepie mięsnym. Speaking of which, po Apokalipsie trzeba będzie coś jeść i niektórzy są przygotowani.

[kupiłem - dop. asmoasmo] książki o roślinach jadalnych europy (praktykowałem "wycieczki" bez jedzenia w towarzystwie osoby, którą wybrałem na partnerkę)

Wybrał na partnerkę. I poznał Kain żonę swą.

U jednych przygotowania idą pełną parą, u innych najwyraźniej się ślimaczą:

Ja rozpocząłem prace nad budową wywiertu, jednak piwnica jest....za wysoko. Totalnie nie wiem co robić. Koniec sie zbliza. Ja nie wiem co robić. Koniec za 3 lata.

Drogie Bravo, nadchodzi koniec świata. Co mam robić? Nie mam piwnicy, a najbliższy schron zajęli hiphopowcy. Czy powinienem się martwić? Jeden z forumowiczów dostał właśnie odpowiedź od redakcji "Bravo" i postanowił wytłumaczyć się braciom w wierze ze swojej epifanii:

Przyznam się że pomału zaczynam wierzyć w te kataklizmy w 2012 roku może nie od razu zupełnie tak jak uważa Geryl. Jak na razie zastanawiam się jak to właściwie będzie wyglądać: zachodnia Europa zostanie zalana aż do Polski i pewnie też kawałek Afryka, okropne trzęsienia nawiedzą Azję ale Azja mnie mniej interesuje] impuls elektromagnetyczny zniszczy urządzenia elektroniczne, telewizja, transport, media, internet czy co tam jeszcze przychodzi na myśl[nie wiem czy dobrze myślę z tym impulsem elektromagnetycznym]
Ziemia zacznie się kręcić w drugą stronę, a kontynenty się przesuną [z tymi kontynentami coś trudno jest mi w wierzyć ] Jeszcze jakieś promieniowanie.

Trzeba przyznać, że w kwestii zasięgu i rozkładu zniszczeń w wyniku przebiegunowania panują duże rozbieżności wśród naszych domorosłych proroków. Wprawdzie sam Patryk Geryl sugeruje, że bezpiecznie będzie tylko w Afryce i tam buduje bunkry dla siebie i garstki zwolenników, ale Polacy na ogół nie są co do tego przekonani, bowiem całkowite zniszczenie Polski jest kompletnie nie do zaakceptowania. Co więcej, stoi to w jawnej sprzeczności z przepowiednią ojca Klimuszki. O czym mówi ta przepowiednia? Chwila pracy z Google (swoją drogą, w mojej normalnej pracy to też nader użyteczne narzędzie) wyrzuca taki wynik (swoją drogą, świetny katalog uroczo wieloznacznych rojeń):

Ojciec Klimuszko wielokrotnie mówił o tym, że Polskę czeka przebiegunowanie i totalna zmiana klimatu. Radził, żeby nie wyjeżdżać z naszego kraju. Uważał, że Polska ma wspaniałe położenie i jest jednym z nielicznych miejsc, w których ludzie podczas zbliżających się zmian klimatycznych i wojen ucierpią najmniej.

- Przyjdzie taki czas, że w Polsce będzie ciepło jak na równiku, a za waszymi oknami będą rosły owoce południowe.

Ojciec Klimuszko wskazywał także Polskę jako kraj, od którego wyjdzie sygnał, który zmieni cały świat. Nie precyzował tego, ale wspominał, że Polska to wyjątkowo ważny kraj, z którego będą pochodzili ludzie, którzy zmienią świat. Mówił także o tym, że myśl z Polski będzie promieniowała na cały glob ziemski. Radził, żeby być optymistą i w ogóle nie brać pod uwagę, że będzie koniec świata.

Sygnał, który zmieni cały świat... aaa, krucjata modlitewna przeciwko koncertowi kabalistki Madonny! Wiedziałem, że ta specyficzna zbitka słowna coś mi mówi! Przy okazji, pomińmy lepiej fakt, że klimat na równiku z całą pewnością nie jest fajny, o czym każdy czytelnik książek podróżniczych Wojciecha Cejrowskiego doskonale wiedzieć powinien. Zostawmy to, że cała ta przepowiednia to jedno wielkie na świntego Hieronima byndzie dysc, albo go ni ma. Swoją drogą współczesny mesjanizm polski zdecydowanie zasługuje na jaką monografię (coś w stylu: Od "Metanoi" do "Manifestu neomesjanistycznego"), która doceniłaby w końcu prace Stanisława Krajskiego.

Enyłej, nie jest to moje ostatnie słowo w temacie bunkrów. Do następnego razu, pamiętajcie, że Cthulhu ftaghn.

 

niedziela, 12 lipca 2009

Co działo się w folderze ze spamem od czasu, gdy ostatnio tam zaglądaliśmy? W sumie, to niewiele. Uczelniana poczta dorobiła się w miarę sensownych filtrów antyspamowych i próżno już szukać tam ciekawych wiadomości każdego dnia. W związku z tym wyznania spamonurka wkrótce znikną z tego blogaska, o ile nie uda mi się przedsięwziąć radykalnych środków, np. zostawiania swojego maila gdzie popadnie, z nadzieją, że jakiś zmyślny spamer go znajdzie i zacznie pisać do mnie o zegarkach, tabletkach, kredytach, dziewczynach... Tą razą jednak napisali do mnie aż z USA.

Need a diploma? Call us!

Najwyraźniej zamknięcie Stadionu X-lecia spowodowało poważne przetasowania na rynku fałszywych dokumentów. Swoją drogą, temat w sam raz dla Levitta i Dubnera. Czy stadionowi sprzedawcy em gie er pozwijali swoje biznesy? Jaki ich odsetek przeniósł działalność do Internetu? Czy ktoś z nich rozpoczął ekspansję międzynarodową? Enyłej, dyplom dostarczą bardzo szybko i już na stałe.

deliver permanent results

How nice of you. Maybe a cookie?

Cheap designer watches to show your social status

Temat zegarków powraca. I pomyśleć, że parę lat temu spamerów odmierzanie czasu w ogóle nie interesowało. Czyżby wszyscy zainteresowani już sobie powiększyli ego? Hm...

Your body will resist any other watch than the Submariner

Jeszcze więcej "hm". W momencie, gdy spamer wspomina o "body", w mojej głowie zapala się ostrzegawcza dioda. A nuż rozmowa zejdzie na powiększanie i pigułki w kolorze ocean blue...

more inches in your pants - more attention from your female friends

Bo wszyscy wiemy, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą nie jest możliwa. Niektórzy muszą tę oczywistą oczywistość usłyszeć od spamobota z Ameryki. A kiedy już otrzymamy atenszyn, trzeba mieć pałera.

Lion power in bedroom

Mrrrrraaaauuuu!

środa, 08 lipca 2009

Mam wrażenie, że dotychczas zbyt mało uwagi poświęcałem niemerytorycznym częściom pisemek z Historiami, Które Napisało Samo Życie. Wprawdzie cytowałem od czasu do czasu jakieś tam listy od czytelniczek o kwiatkach, które pozwalają radzić sobie z samotnością, ale nigdy nie wgłębiałem się w teksty z poradami, przepisami kulinarnymi, cytatami od czapy i dowcipami. Czas nadrobić zaległości i zobaczyć, co też można znaleźć na trzeciej stronie "Sukcesów i Porażek".

Na pierwszy ogień idzie rubryka z sukcesami i porażkami. Nie, nie żartuję. W "Sukcesach i Porażkach" można znaleźć przykłady sukcesów i porażek. Sukcesy to na przykład:

  • Kupić okulary przeciwsłoneczne u optyka, a nie na ulicznym straganie. Takie okulary zazwyczaj nie mają filtra i, zamiast pomóc, mogą tylko zaszkodzić.
  • Wyjeżdżając na wakacje, cieszyć się urlopem, a nie szukać dziury w całym.
  • Zastąpić słodkie przekąski świeżymi lub suszonymi owocami.

Z kolei porażki to:

  • Spacerować z psem po plaży, zakopywać w piasku papierki czy niedopałki papierosów
  • Kosić trawę o szóstej rano, nie zważając na to, że sąsiedzi mogą jeszcze spać.
  • Nie odnosić po sobie naczyń i nie wyrzucać pustych opakować po jedzeniu w samoobsługowych barach.

Zaprawdę powiadam Wam, na ciężkim kacu wymyśliłbym coś sensowniejszego. Teraz z rozpędu mógłbym dorzucić np. zbyt głośne chrapanie w nocy i dłubanie w nosie w trakcie służbowego spotkania. Porażki? Porażki! Oczywiście gospodyni domowa z Opola Lubelskiego nie ma szans doświadczyć żadnej z tych klęsk, ale samo ich uniknięcie też jest powodem do dumy. Ja na ten przykład, choć nie jestem gospodynią domową z Opola Lubelskiego, szczycę się tym, że jeszcze nigdy nie miałem problemu z oblodzeniem śmigieł. Pod tą rewelacyjną rybryką ciekawski czytelnik znajdzie przepis na gazpacho ("smacznie i zdrowo") i głupi dowcip o mężu i żonie. Na samym dole - moda damska.

Od jakiegoś czasu bardzo modne są tuniki. Warto je mieć w swojej szafie, bo nie tylko ładnie wyglądają, ale pomogą też ukryć mankamenty urody. Dzięki tunice odcinanej pod biustem łatwo schowasz wystający brzuszek.

I zapewne na pocieszenie dla gospodyń domowych, którym nawet tunika nie pomoże, cytat z Immanuela Kanta ("filozof niemiecki", jak przedstawia go redaktor prowadzący).

Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen i śmiech.

Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen, śmiech i "Sukcesy i Porażki"... Grrrr... Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi cztery rzeczy... Wchodzimy jeszcze raz.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zainteresował Czytelnika pewną czytelniczką. Huhuhu.

Kochani, skończyłam trzydzieści trzy lata i do tej pory nie poznałam faceta, z którym chciałabym się związać na stałe. Prawdę mówiąc, byłam nawet dumna z siebie, że jestem singielką i tak dobrze radzę sobie w życiu. Jednak od kilku miesięcy spokoju nie daje mi potrzeba... wyjścia za mąż. Gdzieś w głębi serca marzę o znalezieniu fajnego mężczyzny, który nadaje się na towarzysza życia. Obawiam się tylko, że w moim wieku coraz trudniej będzie mi znaleźć kogoś sensownego. Podobno kobieta po trzydziestce ma większe szanse na wpadnięcie pod samochód niż na poznanie faceta. Dlatego chciałam prosić czytelniczki, które ułożyły sobie życie po trzydziestce, o podzielenie się swoimi doświadczeniami. Czy mam szanse na szczęście?

I jak na zawołanie, parę stron wcześniej mamy list innej czytelniczki, która męża już znalazła.

Wyszłam za mąż bardziej z rozsądku niż z miłości. Między mną a mężem nie było nigdy jakiegoś szalonego pożądania i w łóżku też nam się nie układało za bardzo. Ostatnio jednak zaczęłam sobie wyobrażać różne rzeczy i wtedy seks sprawia mi znacznie większą przyjemność. Czy ja jestem zboczona?

Tym frapującym pytaniem kończymy dzisiejszy odcinek "SiP Watch".

Poprzednią notkę zakończyłem obietnicą rychłego zrecenzowania jednego z najnowszych produktów nieocenionej wytwórni The Asylum, filmidła o wielce poruszającym tytule: "Mega Shark vs. Giant Octopus". Czego się spodziewać po The Asylum, wszyscy fani złego kina mniej więcej wiedzą. Beznadziejne efekty specjalne, nieudolna reżyseria, drewniana obsada, scenariusze pisane przez niezbyt rozgarniętych dwunastolatków (...i wtedy ten wielki rekin zaatakuje ogromną ośmiornicę! Hahaha!) i znani niegdyś aktorzy w doprawdy brzydkich okolicznościach przyrody (Bruce, jak mogłeś mi to zrobić po 4 wspaniałych sezonach B5?!). "Mega Shark vs. Giant Octopus" pod tym względem niczym się nie różni i nawet tak śmiałe rozpychanie się łokciami w specyficznym gatunku Potwór vs. Potwór niczego nie zmienia. Recenzowany dziś przeze mnie film stał się sławny również nie dlatego, bo pozwolił Lorenzo Lamasowi odpocząć od wyczerpującej intelektualnie roli w "Modzie na Sukces". Sławę zawdzięcza TEJ scenie:

Srsly, kto wymyślił taką brednię? Nie jestem pewien, czy potrafię bez przygotowania wymienić wszystkie aspekty śmieszności tej sceny. Hm... No, dobrze. Skoro już się wspólnie pośmialiśmy, to Czytelnicy na pewno zechcieliby dowiedzieć się, jak właściwie doszło do tej straszliwej tragedii. Twórcy każdego filmu, w którym coś wielkiego i paskudnego morduje ludzi, muszą sobie na samym początku odpowiedzieć na jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: skąd to coś się w ogóle wzięło? Pierwsza oczywista odpowiedź to "kosmos" i z tego biorą się wszystkie alieny, począwszy od poczciwego Predatora, a skończywszy na autentycznym i certyfikowanym żigolaku. Druga to "tajemnicza wyspa" - stąd pochodzą wszystkie węże, jaszczurki, dinozaury i takie tam gadziny. Wreszcie, domostwem potwora można uczynić Wszechocean, jest tam przecież wystarczająco dużo miejsca dla czegoś dużego i wrednego. Z drugiej strony, w każdym z opisanych przypadków monstrum jest w oczywisty sposób brane prosto z przysłowiowej czapy.

Rekin zjadający samoloty na śniadanie i równie duża ośmiornica (która z kolei preferuje platformy wiertnicze) nie mogły wypaść sroce spod ogona. W niewielkim jednak błędzie pozostanie ten, komu się tak będzie wydawało. Otóż dwa potworki wypadną z lodowca. Przestrzeń jedna raczy wiedzieć, co właściwie tam robiły i w jaki sposób zdołały przeżyć ujemne temperatury panujące we wnętrzu lodowego jęzora. Okoliczności samego wypadnięcia są mało istotne. Jakieś badania topniejącej Arktyki, wiecie, rozumiecie, troska o środowisko, jakieś eksperymenty twardogłowych wojskowych, jakieś łubu dubu i wsztsząsypodwodą. Zresztą, ktoś może natychmiast zapytać, czy to jest w ogóle ważne? To jest film o naparzających się potworach, fabuła nie musi mieć sensu (per analogiam, w filmie o naparzających się robotach fabuła również nie musi mieć sensu i, faktycznie, nie ma).

Soł, enyłej. Rekin płynie na wschód, w kierunku cywilizacyjnego centrum, zaś ośmiornica na zachód, do Japonii. Nie sposób nie zauważyć, że taki rozwój wypadków jest całkowicie zgodny z powszechnie panującym przekonaniem dotyczącym Japonii i Japończyków. Mianowicie, sądzi się, że Japończycy są dziwni. E tam. I w czasie, gdy my poznajemy bohaterów i ze współczuciem obserwujemy walkę pewnej pani doktor (blond!!!) z biurokracją i politykierstwem, ośmiornica zjada dżapońską platformę wiertniczą, a rekin pół wieloryba (co, nawiasem mówiąc, nie jest specjalnie oryginalne, wystarczy sobie przypomnieć rozwój akcji w klasycznych "Szczękach"). Jak by na to nie patrzeć, pół wieloryba ma dużo mniej kalorii, niż cała platforma wiertnicza, toteż nasz rekinek musi jeszcze coś przekąsić. Jak widać na załączonym obrazku, nasza głodna rybka wyskakuje z wody i z dziecinną łatwością strąca Jumbo Jeta w mokrego przestwór oceanu. Jeden samolot i czterystu pasażerów starcza ledwie na drugie śniadanie, toteż rybka pożera też polujący na nią amerykański pancernik. Nim dojdzie do ponownego spotkania rekina i ośmiornicy, ucierpi kilka łodzi podwodnych, most Golden Gate w San Francisco i jakieś bliżej nieznane budynki w Tokio.

DELICIOUS CAKE MUST EAT IT

Cóż można powiedzieć o tym poronionym płodzie wyobraźni pijanego ćwierćinteligenta? Jest to bez wątpienia jeden z najgorszych, najbardziej niechlujnie zrobionych i najsilniej womitoryjnych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Dear God, what a load of crap. Mój mózg eksplodował po raz pierwszy (Legendarną Scenę z Samolotem widziałem już wcześniej), gdy okręt wojenny ostrzeliwał swój cel znajdujący się przed dziobem, podczas gdy sam krwio- i żelazożerczy rekin zbliżał się do pancernika od burty. Dodajmy, że pancernik w konsekwencji odpłynął do krainy wiecznych łowów. Takie wołające o pomstę do nieba partactwo twórców spotykamy praktycznie bez przerwy. Kiedy tylko pozwalają na to warunki, obserwujemy typową filmową copypastę. Rekin podpływa do okrętów za każdym razem tak samo. Walka z ośmiornicą to po prostu kilka sekwencji puszczanych w kółko... skoro już przy tym jesteśmy, to jest ona zupełnie rozczarowująca. Widz odnosi wrażenie, że cała para poszła w gwizdek (czyli w relacje międzyludzkie, podczas gdy od monster movie wymaga się przede wszystkim akcji i prawdziwych emocji) i zabrakło sensownych pomysłów na zakończenie. Wydawać by się mogło, że Megarekin i Gigantyczna Ośmiornica tkwią w jakimś pradawnym, nierozwiązywalnym konflikcie, że są skazane na toczenie krwawych bojów pod powierzchnią oceanu, z dala od ciekawskich kamer i naprowadzanych sonarem torped. Jak Batman i Joker, jak alieny i Predator, jak Superman i Lex Luthor, jak żona i jej teściowa... Cóż, niestety w filmie ten konflikt jest rozwiązany doprawdy żałośnie...

OH NOM NOM NOM

Jako rzekłem, w filmie zaakcentowane są relacje międzyludzkie i obyczajowy aspekt badań naukowych (ocieramy się niemalże o socjologię wiedzy!), nie sposób jednak pozbyć się myśli, że znacznie lepiej byłoby pokazać to wszystko na kukiełkach. Być może wtedy nie raziłyby te wszystkie sztampowe typy: naukowiec - idealista, wrażliwy cudzoziemiec, arogaccy wojskowi, mądry i odważny mentor, krwiożercza ryba... Z drugiej strony, dętych pouczeń nt. ekologii wtedy zupełnie nie dałoby się znieść. Trzeba też wspomnieć o fenomenalnym przedstawieniu nauki i naukowców. Zero realizmu, sto procent "no, to zmieszajmy zielone z czerwonym i żółte z niebieskim". Tak, jak na załączonym obrazku.

... i wtedy wlewamy zielone do czerwonego...

Enyłej, stanowczo nie polecam tego filmu. To 90 straconych minut, podczas których nie da się nawet układać pasjansa. Wszelako, mam nadzieję, że moje poświęcenie nie było na darmo. Dzięki temu, że ja obejrzałem "Mega Shark vs. Giant Octopus", inni nie muszą się męczyć i mogą z czystym sumieniem zainteresować się irańskimi dramatami obyczajowymi.

Tagi