from here to reality
środa, 30 czerwca 2010

Pozostając w tradycji blogonotek krótkich i opartych na copypaście, postanowiłem Czytelnikowi przedstawić ulotkę stworzoną i kolportowaną we wczesnych latach dziewięćdziesiątych przez Amerykańską Niezależną Partię (Independent American Party). O partii można mówić wiele, ale moim zdaniem wystarczy jedno słowo, paleokonserwatyzm, resztę każdy może sobie sam dopowiedzieć. Sama ulotka wypłynęła ostatnio przy okazji wyborów do Senatu, w których z ramienia partii republikańskiej startuje była członkini wspomnianej partyjki, ale to akurat jest mniej ważne. Ważne są treści rozpowszechniane w tej ulotce.

Czego tam nie ma! Są oczywiście badania Paula Camerona, są zachwyty nad mądrością przodków, którzy w celu ochrony społeczeństwa przed sodomią wprowadzali drakońskie prawa, są Protokoły Mędrców Gejonu i opis stanowiska samego Waszyngtona w sprawie homoseksualistów w armii. Szczególnie polecam artykuł pt. "Can the HIV Virus Survive in Water?" na stronie trzynastej, zapewnia niezłą porcję rozrywki w upalne dni.

A oto i rzeczony materiał:

1994 IAP 16 Page Newspaper Insert

Nie, to nie jest śmieszne.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Na pl.misc.meteorologia pd pisze tak fajnie, że warto to wyprowadzić poza ciasną i staroświecką przestrzeń Usenetu:

Jestem we wrednym humorze obecnie, więc zapytam, co wyznajesz. Bo że jesteś jakimś wyznawcą panie "oświecony", nie ulega po powyższym zdaniu wątpliwości. Więc wybieraj,  żeby było zabawnie, przyznam, że część z tych twierdzeń jest produkcji Tobie podobnym:

a) Nie ociepla się

b) Ociepla się
c) Ociepla się, ale to wzrost temperatury powoduje wzrost CO2 (jako rzecze guru Jaworowski - lag wynosi 5 lat (musi tak mówić, bo inaczej mądre wykresy by mu się rozpieprzyły - ha ha :) )
d) CO2 rośnie, ale to wulkany (Pan Białek wyjaśni ci wpływ wulkanu Ejjachujawamdampolatac).
d) Nic nie rośnie, wszyscy kłamią
e) Rośnie, ale Panie, za wikingów było zajebiście ciepło. Eryk Rudy po Grenlandii w podkoszulku chodził (i nic mnie nie obchodzą tłumaczenia historyków, że Eryk wymyślił z tą Grenlandią najlepsza propagandę do czasów Goebbelsa i konkursów sms-owych na TVP)
f) W zasadzie to jest zimno, widziałem za oknem. A jak u mnie za oknem jest zimno to wszędzie jest zimno, bo moje okno jest zajebiste i najlepsze na świecie (vide - super bohater anty-GO - Pan Ziemkiewicz).
g) Wyznaję religię H. Svensmarka (co z tego, że oszukał, wszak zrobił to w słusznej - anty-GO - sprawie)
h) Wszyscy klimatolodzy kłamią, mam na to dowód, ale nie chce mi się iść do prokuratora, bo mnie noga bolą. A Nobel mnie nie interesuje.
i) Al Gore śmierdzi
j) Pan Korwin, najlepszy polityk wszech czasów, specjalista od ekonomii i klimatologii udowodnił, że GO to bzdura za pomocą szklanki i kostek lodu (ale też nie chce Nobla, za to chciałby wygrać wybory, zostać królem i dać wszystkim trawkę)
k) A co to jest efekt Suessa? Suess kłamie, a izotopy nie istnieją.
l) Masaj
m) Termometry są źle skonstruowane. Na pewno pokazują ocieplenie, bo nie maluje sie klatek meteorologicznych. Kiedyś robili to lepiej - wieszali je na ścianie i nie trzeba było nic malować.
n) To, że się robi cieplej, nie znaczy, że się ociepla.
n) Uwielbiam "The great warming swindle". Szczególnie wersję pierwszą, zanim mój guru Durkin musiał go pociąć, by nie robić z siebie idioty
o) Arrhenius kłamał na rzecz handlu emisjami CO2.
p) Temperatura rośnie, ale spada
r) N ulicach Warszawy jest 1000 razy większe stężenie CO2, niż 50 lat temu, a przechodnie się nie gotują.
s) Za dinozaurów było cieplej.
t) I love CO2 i uwielbiam nim oddychać

Pozostaje tylko wyrazić rozczarowanie z powodu niewykorzystania wszystkich liter alfabetu przez autora.

niedziela, 27 czerwca 2010

Nie idzie mi ostatnio blogowanie. Kilka notek rozgrzebałem na różnych etapach pisania, piękna w zamyśle notka o portalach organicznych, zainspirowana znakomitym "Ślepowidzeniem" Wattsa, kurzy się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Ja zaś gapię się tępo, zjadając but w sosie (wciąż kultywuję zgoła studenckie zwyczaje) i patrzę na dramat w kosmosie (w końcu jest mundial). Szczęśliwie, oświecenie nadeszło podczas dzisiejszej wizyty w Empiku. Przecież mogę kupić jakieś śmieszne czasopismo i je tu zreferować! Trafiło na "Polonia Christiana", krzyczące do mnie coś o odczytywaniu smoleńskich znaków i prawdziwych przyczynach kryzysu w Kościele. Mądrość ludowa głosi, że za dobry kontent trzeba płacić, dlatego też postanowiłem tych dwunastu złotych nie szanować i wydać je na lśniący czystością i pachnący nowością majowo-czerwcowy numer tegoż czasopisma. Numer poświęcony w dużej mierze, a jakże, smoleńskiej tragedii. Zaczynajmy więc podróż do krainy Ciasnych, najpierw o dwóch postawach wobec tragedii:

Pierwszą z tych postaw można określić mianem relatywistycznej, drugą zaś - autentycznie katolickiej. Postawę relatywistyczną, której niestety hołduje też wielu katolików, cechuje unikanie odpowiedzi na rodzące się pytania poprzez wzywanie do narodowego pojednania ponad podziałami w obliczu tragedii. (...)

Druga postawa, przeciwnie, zmierza do zrozumienia i odkrycia głębszej wymowy tych tragicznych wydarzeń w świetle wyznawanej wiary.

I, zgodnie z prawidłami sztuki, pan Sławomir Olejniczak przystępuje do tłuczenia relatywistów i chwalenia autentycznych katolików. Na początek dowiadujemy się, że:

jednym z następstw katastrofy w Smoleńsku była publiczna manifestacja katolickości naszego narodu, która zachwiała dyktaturą relatywizmu w Polsce. Z tego też powodu środowiska będące filarami tej dyktatury, od lewa do prawa, nie wyłączając niektórych duchownych, zaczęły mówić o potrzebie pojednania ponad podziałami.

Dziwnym nie jest, że osoba obserwująca te wydarzenia z perspektywy autentycznie katolickiej, mogła nie dostrzec oczywistości: zapalanie zniczy nie świadczy jeszcze o byciu katolikiem. Innych przejawów ludzkich uczuć też nie ma sensu w ten sposób interpretować. to byłoby jednak niewygodne i nie pasowałoby do obrazu nędzy i desperacji, jaki ma niby przedstawiać sobą obóz relatywistów. Jest to bowiem postawa, ucieleśniona okrągłostołową zdradą, która zdążyła już wydać fałszywe owoce:

Plagi społeczne w rodzaju pornografii, konkubinatów, środków antykoncepcyjnych i poronnych, promocji homoseksualizmu i aborcji są wyraźnym wskaźnikiem tego, co dzieje się w naszym narodzie.

Skoro po owocach poznaliśmy już relatywistów, to jaką odpowiedź daje nam autentyczny katolicyzm? Autentyczny katolicyzm nie unika głupich trudnych pytań.

Zwracano uwagę na zbieżność dat i miejsc. W siedemdziesiątą rocznicę dokonania przez komunistycznych zbrodniarzy masowego mordu na przedstawicielach polskiej elity wojskowej i cywilnej, w odległości kilkunastu kilometrów od miejsca zbrodni rozbił się samolot z przedstawicielami polskiej elity politycznej i wojskowej. (...) Bezsensowne zrządzenie losu czy jednak znak czasu?

Dla człowieka kierującego się rozumem oświeconym przez wiarę zawsze będzie to znak i dlatego będzie on sobie stawiał pytania o jego znaczenie i historyczny sens.

Dla katolika wszystkie wydarzenia w historii mają swoją logikę i sens, gdyż to Bóg jest Panem dziejów i Jego Opatrzność nimi kieruje.

Somehow, it makes perfect sense. Ten sam Bóg, jak pamiętamy, swego czasu za pomocą kilometrów sześciennych wody zamienił ludzkość w pył. To też miało sens. Następnie jednak, wracamy do sprawy pedałów i wszechobecnej aborcji na polskich ulicach:

Tragiczne wydarzenia w historii często mają charakter napomnienia dla narodu. Napomnienie zaś płynie z Ojcowskiego miłosierdzia Boga i ma przypominać ludziom, aby unikali tego, co złe i skierowali się ku temu, co dobre.

Ludzie często zadają sobie pytania o to, jak wszechmocny i wszechdobry Bóg mógł pozwolić na Holocaust, jak mógł pozwolić na tsunami i jak tragiczna śmierć setki osób wpisuje się w jego dobroć. Dla wielu z nas jest to początek przewartościowania wszystkich wartości i uznania, że w istocie rzeczy te tragedie nie mają sensu, bo sensu mieć nie mogą. Inni podążają w dół króliczej nory i trafiają do "Polonia Christiana". Zostawmy te rozważania jednak na boku, bowiem pan Olejniczak na zakończenie odpala bombę:

Te bolesne wydarzenia z naszej historii - upadek II Rzeczpospolitej, mord katyński i katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem - przypominają nam, że ostatecznym celem człowieka jest zbawienie duszy i życie z Bogiem w wieczności, a nie przemijające życie ziemskie i nietrwałe ludzkie struktury. Nabierają one wartości i znaczenia o tyle, o ile są nakierowane na wieczność, na osiągnięcie przez człowieka celu ostatecznego.

Ludzie to kosmici. Ludzie są obcy, dają się na ogół w ograniczony sposób - na tyle, na ile sami pozwalają na to innym. W bardzo wielu przypadkach można to jednak z łatwością przeskoczyć, porozumienie jest możliwe. Czym innym są nieszkodliwi wariaci obserwujący niebo i skrzętnie zapisujący do kajecików liczbę smug chemicznych, kolor samolotów je rozpryskujących i własne objawy wywołane przez opryski. Na własną odpowiedzialność tracą czas, trudno. Inaczej podchodzi się do zwichrowanych analityków w rodzaju El Ohido Siluro. Jeszcze inaczej wygląda sprawa z ludźmi pokroju Sławomira Olejniczaka czy Wojciecha Wencla. Skoro już wspominamy tego ostatniego pana, nie mogę się powstrzymać, żeby nie zacytować fragmentu jego wypowiedzi:

Od ponad dwóch miesięcy jesteśmy uczestnikami wielkiego, eschatologicznego spektaklu, którego pierwszą odsłoną była katastrofa smoleńska, drugą – dotkliwa egzystencjalnie, ale i oczyszczająca duchowo (co wyjdzie na jaw za jakiś czas) powódź.

Czytając Wencla, "Czterdzieści i Cztery" czy "Polonia Christiana", czuję, że żyję na zupełnie innej planecie. Na mojej planecie samoloty się rozbijają wskutek ludzkich błędów, fatalnych warunków atmosferycznych czy też celowego działania (przypomnijmy chociażby Lockerbie). Rzeki wylewają, gdy spadnie duży deszcz, tak w telegraficznym skrócie. Wulkany wybuchają, gdy zgromadzona pod ziemią magma nie może znaleźć innego ujścia. Ofiary wypadków samochodowych zwykliśmy liczyć w tysiącach, a w każdym przypadku przecież wyjaśnienia tych zdarzeń są do bólu materialne.

Tymczasem, nad tą drugą planetą czuwa wszechmogący i wszechdobry Stwórca, który co rusz pociąga za wajchę, sprowadzając na swoje ukochane dzieci różne klęski. Dzieci zaś klęski te mają przyjąć na kolanach, zrozumieć i uświadomić sobie tę oczywistą prawdę, którą tak dobitnie wyraził pan Olejniczak, że całe życie doczesne jest tylko rodzajem próby, przerażającym teatrem, krwawym widowiskiem, wielkimi igrzyskami. Oczywiście, wszystko w imię większego dobra, którego pojęcie jest poza zrozumieniem zwykłego człowieka. Zwykły człowiek będzie ratował swój dobytek, opłakiwał swoich bliskich i starał się żyć dalej, nie zastanawiając się nad tym, czy przed powodzią nie pojawiło się w mieście jakieś gniazdo złowrogich gejów. Nie jestem fanem argumentacji, którą za chwilę zaprezentuję, jest ona bowiem niepoprawna i niemerytoryczna, ale w tym konkretnym przypadku daje mi ona autentyczną przyjemność. Otóż, nie każdy może sobie pozwolić na to, żeby być "autentycznym katolikiem". Żeby oderwać się od rzeczywistości, trzeba mieć pewną niezależność wynikającą ze statusu społecznego, majątkowego, klasowego. Dżentelmen siedzący przy mahoniowym biurku, opisujący na nowym laptopie eschatologiczny wymiar powodzi stulecia, z całą pewnością nie jest rolnikiem z Wilkowa albo facetem, który ganiałby do roboty w hucie szkła w Sandomierzu.

piątek, 11 czerwca 2010

Jest sobie taki in-joke w mojej fabryce, który polega na tym, że do znanych powszechnie faktów dodaje się formułkę "w moim ujęciu". Zaczęło się od prof. Gomułki z Londynu, który w jakiejś wypolerowanej monografii poświęconej wzrostowi gospodarczemu wprowadził "fakty stylizowane w moim ujęciu", przeciwstawiane faktom stylizowanym w ogólności, czyli pewnemu bardzo ogólnemu podsumowaniu naszej wiedzy na temat zjawiska. Użycie frazy "w moim ujęciu" ma sugerować, że żartowniś zaraz celowo palnie jakąś bzdurę, zacznie ironizować, etc.

Nic to. Dzisiaj wpadł mi w ręce skierowany do słuchaczy studiów doktoranckich skrypt z historii myśli ekonomicznej (niestety nie ma go w Internecie, więc nie podlinkuję). Zacny jest to materiał i można z niego brać pełnym garściami, dopóki nie człowiek nie dojrzeje do refleksji, że to jednak trochę smutne, jeśli stek bzdur tego kalibru jest wykorzystywany w nauczaniu doktorantów. I nie, nie odbywa się to w, nie przymierzając, Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu (gdyby ta miała prawo nadawania stopnia doktora nauk ekonomicznych...). Ja jednak pominę hermetyczne dowcipy, mało kogo będą śmieszyć tragicznie pomylone interpretacje teorii dochodu permanentnego albo modelu Solowa (temu poświęcę osobną notkę, jeśli ów materiał znów wpadnie mi w ręce), i skupię się na punkcie, w którym autor skryptu (prof. zw. dr hab. n. ekon. Ryszard Bartkowiak) wykracza poza zakres swoich nominalnych kompetencji (trzeba uczciwie zauważyć, że zakres jego realnych kompetencji jest trudny do odróżnienia od zdegenerowanego). Oto więc schematy zatytułowany "Przebieg efektu cieplarnianego", który można znaleźć wśród rozważań o przyszłości ekonomii:

Efekt cieplarniany w ujęciu ekonomisty

Zdjęcie jest niewyraźne, robione w warunkach polowych (skaner akurat zostawiłem w innej parze spodni), więc pokrótce opiszę, co tam jest. Wzrost temperatury powietrza powoduje topnienie lądolodu. Topnienie lądolodu ma z kolei dwojakie skutki. Po pierwsze, powoduje zalewanie mangrowii, co z kolei prowadzi do spadku pochłaniania dwutlenku węgla i dalszego wzrostu temperatury powietrza. Z drugiej strony, topnienie lądolodu spadek zasolenia oceanów, co ma powodować ochłodzenie mórz i ochłodzenie powietrza. W tym ostatnim miejscu pojawia się, deus ex machina, mała epoka lodowcowa, która działa na rzecz ochładzania się powietrza. Summa summarum, na świntego Hieronima byndzie dysc, albo go ni ma. A w ogóle to, ciągnie autor, człowiek wpływa na klimat i rewolucja przemysłowa uratowała świat przed nową epoką lodowcową (wait, what?), chwalmy się gospodarkę. Potem jest jeszcze schemat pt. "Skutki ekonomiczne efektu cieplarnianego", ale nic szczególnie zabawnego tam nie ma, więc też nie będę się na ten temat rozwodził. Ot, jeszcze więcej bredzenia, ale z tym czytelnik rzeczonego skryptu raczej będzie zaznajomiony.

To jest gorsze niż astrologia giełdowa. To jest gorsze niż rozgniewany Paul Krugman odprawiający jakieś wudu nad grobiem Johna Maynarda Keynesa. To jest gorsze niż "Ekonomia niepodległości" Adama Glapińskiego. Zdaję sobie sprawę z tego, że jakość kadr na polskich uczelniach często jest żenująca i że, w konsekwencji, jakość studiów, nawet tych najwyższego stopnia, też nie odpowiada elementarnym standardom. Tak bywa, ale ja miałem sen. Śniło mi się, że dobrze opłacani nauczyciele akademiccy przekazują studentom wiedzę zgodną z aktualnymi ustaleniami nauki.

poniedziałek, 07 czerwca 2010

Mam ostatnio skłonności do recyclingu naprawdę starych materiałów. Najpierw wchłonął mnie opublikowany w Internecie z dziesięcioletnim poślizgiem przegląd doskonale kompromisowych podręczników do wychowania seksualnego, teraz ktoś w komentarzach pod tym wpisem wyciągnął małe cudeńko, które kiedyś popełnił Paweł Krawczyk. Paweł Krawczyk, stary znajomy tetedekaenu (w portfolio ma m.in. obalanie globalnego ocieplenia na podstawie osobistego oglądu stoiska z winem w biedronce), tako rzecze w komciach na swoim blogasku:

Większość rodzin, zwłaszcza inteligenckich, przechodzi ten sam proces. Na poczatku próbują wdrażać "model partnerski" według tego co wyczytały w Cosmopolitan i Wysokich Obcasach. Ale to jest w większości nieweryfikowalny w realnym życiu bełkot, więc potem im przechodzi. Jeśli nie przechodzi to zwykle z powodu ambicji żony, która spala się w ciągłym dysonansie poznawczym - z jednej strony media wtłaczają jej że bycie kobietą jest złe, a z drugiej codzienna praktyka życiowa naturalnie ciąży w kierunku normalnego podziału zadań. I to nawet pomimo najlepszych starań postępowego męża. Jest to jeden z powodów dla których nie ożeniłem się w Polsce tylko na Kaukazie. Polki, zwłaszcza z kręgów inteligenckich (czyli głównie środowisko w którym się obracałem)) potrafią być nieznośne, co same potem przypłacają frustracjami w związakch lub staropanieństwem. Gorsze są chyba tylko Francuzki. Moja żona, z dwoma doktoratami, na początku też przebąkiwała o konieczności znalezienia pracy w Polsce i samorealizacji. Ustaliliśmy że "zobaczymy". W chwili obecnej, z dziećmi, nie porusza tego tematu i nie wyobrażam sobie co by się musiało stać żeby porzuciła teraz dzieci, oddała je do jakiegoś zakładu i zaczęła się "samorealizować". Czy to jest "partnerstwo"? Nie wiem, mam to gdzieś, grunt że żyjemy dobrze i się kochamy.

Wait, what?

Samorealizacja = Szatan

Tagi: copypasta
00:15, asmoasmo , Śledzik
Link Komentarze (4) »
Tagi