from here to reality
niedziela, 28 czerwca 2009

Geeez. Zawsze, gdy myślę sobie, że redaktorzy pisemek z Historiami, Które Napisało Samo Życie niczym mnie już nie zaskoczą, pojawia się tam kwiatek, który moje wcześniejsze przekonania stawia pod ścianą i zamienia w krwawy gulasz. Dziś lipcowe "Uczucia i Tęsknoty". Nawiasem mówiąc, ta notka mogłaby nigdy nie powstać, gdybym zamiast "Uczuć i Tęsknot" kupił najnowsze "Z Życia Wzięte", gdzie z kolei jest historia byłego analityka z banku, który został żigolakiem. Mnie to nie grozi, choć wykształcenie mam odpowiednie, bo do tej roboty nadaję się mniej więcej tak, jak Seth Rogen do występów w filmach porno... eee... No, dobra.

Dziś swoją opowieść snuje Bożena, dwudziestotrzyletnia kasjerka w teatrze i matka siedmioletniej Paulinki, która jest szczęściem i sensem życia swojej mamy. Niestety, sama Bożena nie jest już szczęściem i sensem życia swoich rodziców. Można się tego domyślić np. wykonując proste odejmowanie (23 - 7 = 16) lub czytając całą historyjkę... już wiecie, czemu te gazetki czytują specyficzni ludzie, hm? Bożena wychowała się w dobrym domu, jej rodzice - lekarze zapewnili jej możliwie najlepszy start w dorosłe życie, ona jednak już od najmłodszych lat okazywała daleko idącą niewdzięczność. Raz jeden Bożenka zapragnęła być Siostrą Bożenką:

Moja córka nie będzie podsuwała kaczek i spełniała zachcianek pana ordynatora! - wykrzycał mi pewnego razu, choć ja byłam za mała, by w ogóle ozumieć, co to jest zachcianka czy ordynator - Ty będzeisz lekarzem, najlepiej chirurgiem! Ale bez pracy nie ma kołaczy, siadaj do książki!

Moja córka będzie lekarką, nie jakąś rzępolącą panienką!!! Lekarką, rozumiesz?!

Druga z tych wypowiedzi padła nieco później, gdy Bożenka odkryła w sobie pasję i talent muzyczny.

Od kiedy zaczęłam grać, nauczyłam się także uciekać w muzykę. Ojciec nie mógł już mnie dotknąć. Przez dwie godziny po powrocie ze szkoły codziennie kułam, posłusznie, tak, jak tego ode mnie wymagano, a potem zamykałam się w pokoju i grałam, grałam, grałam...

Grała, grała i grała, a lata mijały i trzeba było spełnić wygórowane oczekiwania rodziców. Poszła więc Bożenka do dobrego liceum i powoli zapominała o muzyce. Ta radosna, acz w nowych okolicznościach raczej bolesna przeszłość powoli odchodziła w niebyt. Lekcja muzyki została przerwana, co stało się świetną metaforą jej późniejszych losów, wypełnionych przerywaniem różnych lekcji... Któregoś pięknego dnia okazało się jednak, że Bożenka nie zdołała od przeszłości uciec.

Słyszałam, że grasz trochę na pianinie? Brakuje nam akompaniamentu, może zgodziłabyś się zagrać?

Któż mógłby przypuszczać, że to będzie początek jej końca? Któż mógłby przypuszczać, że jeden występ ostatecznie wytrąci ją z obranego z pełną świadomością kursu i skieruje jej życie na całkiem inne tory? Kto wiedział podówczas, że godzina grania, w opinii samej Bożenki - niezbyt wysokiej jakości, wstrząśnie samymi podstawami jej egzystencji i wyrwie ją z korzeniami z dusznego środowiska klasy wyższej średniej? Powiadają, że to właśnie ludzie z klasy wyższej średniej w największym stopniu są zainteresowani dawaniem otoczeniu sygnałów o swojej pozycji, że to ich własnie najbardziej obchodzi dziedziczenie statusu. Cóż, wydawać by sie mogło, że nie ma miejsca na miłość w ciasnej przestrzeni (kopyrajt baj MRW) obsesji klasy wyższej średniej.

Chodzę od kilku lat do szkoły muzycznej, ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak grał. Masz niezwykły talent! Może mogłabyś do mnie przyjść po lekcjach i dać mi kilka wskazówek? I tak poznałam pierwszego w życiu kolegę, później przyjaciela, a z czasem ukochanego chłopaka.

Normalnie chłopcy nucą, że lubią farbowane pejsy rzęsy. Ten jednak jegomość zafascynował się wirtuozerią młodej pianistki, znaczy się, artysta! Uduchowiony! I też syn lekarzy! Czy Bożenka mogła trafić lepiej? Przy odrobinie szczęścia w jednym pokoju i na skromnej uroczystości mogliby zgromadzić lekarzy sześciu różnych specjalizacji. Niestety, burza hormonów nie dała się kontrolować...

W sklepie samoobsługowym, chowając głowę w kaptur ze wstydu, żeby ktoś mnie nie rozpoznał, kupiłam test ciążowy. Wynik, dwie małe różowe kreseczki, sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Z przerażenia i z rozpaczy. "Jak ja powiem o tym rodzicom?! Oni mnie zabiją!" - bałam się.

Teraz już wiem, o co chodziło pajacowi w "D jak Dekiel", gdy martwił się, że jego brat bliźniak zostanie rozpoznany w kiosku, gdy pójdzie kupić tam środek antykoncepcyjny. Czym jednak jest środek antykoncepcyjny wobec testu ciążowego? Bogiem a prawdą, ciężko nastolatkom utrzymywać, że "to dla mamy" czy coś w ten deseń.

Ubieraj się, idziemy do lekarza. Posprzątam za ciebie ten bałagan! Mama oglądała wtedy w drugim pokoju telenowelę. Nie wyszła nawet, a przecież musiała wiedzieć, dokąd i po co wiezie mnie ojciec!

A wiózł ją do jednej z fabryk śmierci, w których dokonuje się największy Holocaust w historii ludzkości. Czy ja wspominałem wcześniej o przerywaniu?

W pewnej chwili lekarz się odwrócił, a mnie się udało spojrzeć na ekran USG. Zobaczyłam tam małą, bezbronną fasolkę. Pływała we mnie jak kijanka. Jak kropka, która obiecuje, że w przyszłości zamieni się w kogoś bardzo fajnego. Jeszcze nie przeczuwałam, jak bardzo, ale w tej jednej chwili coś się we mnie odmieniło. Jakbym dostała nowej siły. Już wiedziałam, co powiem, kiedy ojciec i lekarz spojrzą na mnie. I powiedziałam to. Może ciszej, niż bym chciała, może bez mocy, ale powiedziałam: Ja chcę urodzić to dziecko.

I wtedy fasolka pomachała do swojej nastoletniej mamusi, a mamusia odmachała jej prosto w ekran USG. Tak właśnie narodziła się cudowna więź między matką, a dzieckiem, które "obiecuje, że w przyszłości zamieni się w kogoś bardzo fajnego". Fajnego?! Trzeba przyznać, że tylko nastolatka mogłaby uważać dziecko za coś bardzo fajnego. Dziecko nie jest do zabawy (powinienem dostać jakąś nagrodę za łatwość wymyślania takich truizmów).

Enyłej, to wyjątkowo udany przykład propagandy wtłoczonej w czasopismo dla fetyszystów takich, jak ja gospodyń domowych z Opola Lubelskiego. Patos, jak w filmach Rolanda Emmericha (słowo daję, nie mogę się doczekać "2012"), napięcie jak w Nowych i Starych Przygodach Jacka Bauera... Gdybym jednak miał wymienić jedną rzecz, która jest - jak to raczył kiedyś powiedzieć Jarosław Kaczyński - symptomatyczna, to jest nią ten specyficzny język, za który wszyscy kochamy ruch pro-life. Dzieci nienarodzone (tak trzeba mówić, bo te wszystkie embriony, zarodki i zygoty to lewackie mydlenie oczu i tworzenie fałszywych usprawiedliwień) są malutkie, bezbronne i absolutnie niewinne. Trzeba te maciupkie okruszyny otoczyć miłością i pozwolić im wzrastać w szczęściu i cieple. A jak napiszemy tekścik o aborcji, to koniecznie trzeba go zilustrować zdjęciami małych kotków i płodów po aborcji, bo to przecież istotne argumenty. Last but not least, ci, co krzydzą te malutkie dzieciątka, będą smażyć się za życia i w piekle po wieki wieków. Kiedy wrócimy do łzawej historii nastolatki, przekonamy się, że jej odważny gest nie spotkał się z akceptacją bliskich. Cóż, takie rzeczy się zdarzają.

Jeszcze tego wieczora nie miałam gdzie mieszkać. Ojciec, przy milczącej aprobacie mamy, zamknął mi drzwi przed nosem wykrzykując: - Chciałaś być dorosła, o jesteś! Tu już domu nie masz!

W sumie, trzeba jednak przyznać, że Historie, Które Napisało Samo Życie nie mają jednoznacznego odchyłu ideologicznego. Raz prześladowany transwestyta, raz zła aborcja. Raz wredny gej, raz rozwód ratujący życie. Phi. Dziś siedzi Bożenka w Poznaniu, wspomina dawne dni // Napisała do rodziców bardzo długi list // Świąteczną wysłała kartkę do samego prezydenta // Nikt o niej już nie mówi, nikt o niej nie pamięta.

A w następnym odcinku "Mega Shark vs. Giant Octopus".

piątek, 26 czerwca 2009

Jeżeli kiedykolwiek żałowałem, że blog powinien być tylko dla dorosłych, to dziś jestem najbliżej tej myśli. Nie, żebym uważał porażającą opowieść notorycznego erotomana z "Marzeń i Smażeń" za coś, czego nie powinny oglądać nastolatki. Nie nie, ja wiem wystarczająco dużo o młodszym pokoleniu, żeby nie mieć złudzeń co do jego niewinności. Tli się we mnie po prostu myśl, że może formalności spełnić trzeba i coś tam coś tam. Enyłej, wyznania erotomana rozpoczynają się od dramatycznego apelu skierowanego do wszystkich nas i każdego z osobna (uwielbiam takie pretensjonalne zbitki, które udają, że coś znaczą).

Chcę ostrzec wszystkich, a zwłaszcza młodych ludzi. Pornografia jest bardzo niebezpieczna. Zniszczyła mi życie...!

Innymi słowy, dziś będą rzeczy poważne, przerażające i za serce chwytające. Wstrząsająca historia intymna w dziale "POWIEM TO TYLKO TOBIE" w wydaniu specjalnym miesięcznika o stutysięcznym nakładzie. Witamy w wesołym świecie Historii, Które Napisało Samo Życie. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.

Zacznijmy jednak od początku i rozpocznijmy akapit konstrukcją, za którą pani w liceum dotkliwie by nas skarciła. A, zaraz, my już to zrobiliśmy (pokocham podróże w czasie)! Erotomania naszego bohatera (w przeciwieństwie do tej) nie narodziła się wskutek nagłego impulsu, natchnienia, iluminacji, oświecenia. Nasz biedak stał się erotomanem mniej więcej wtedy, gdy jego ciało zaczęło odkrywać, że jest tylko wygodnym i wielofunkcyjnym wehikułem służącym do transportu genów. Innymi słowy, gdy w głowie zaszumiało, a broda pokryła się pierwszą bladą szczeciną, narrator otworzył puszkę z Pandorą.

Całe to bagno zaczęło się, gdy miałem 14 lat. Byłem na wakacjach u rodziny na wsi. W pokoju, w którym nocowałem, był telewizor, więc mogłem oglądać filmy bez ograniczeń. (...) Tamtego lata po raz pierwszy zobaczyłem film "z momentami". Niby nic wielkiego, ale mnie to wtedy zaciekawiło.

A dlaczego ci państwo są nadzy? Z czasów dzieciństwa utkwił mi w pamięci taki oto film quasi-familijny: dwie dziewczynki (czyżby bliźniaczki Olsen?) wracają do domu i odkrywają porozrzucane w różnych miejscach ubrania, które jednak tworzą wyraźny ślad. Jak łatwo się domyślić, na końcu i za bramką numer trzy znajdowali się rodzice tych panienek, którzy akurat... ekhem. Jednakowoż, przed uchyleniem drzwi sypialni jedna z rezolutnych dziewczynek zauważa, że to wszystko wygląda na ślady walki. Czy ci państwo ze sobą walczą? Czy ja też będę musiał walczyć? Czy bocian przynosi dzieci wtedy, gdy przyszli rodzice są zajęci walką? Czyżby więc postęp powstawał tylko w ogniu walki?

W prasie młodzieżowej po raz pierwszy przeczytałem o masturbacji, że to normalne, a nawet potrzebne dorastającym chłopcom, że rozładowuje napięcia, pomaga poznać swoje ciało. No i wciągneło mnie jeszcze bardziej.

Podczas gdy prawdą jest coś innego. Wszyscy sobie od czasu do czasu żartujemy o ślepocie, włosach wyrastających między palcami i płynie mózgowo-rdzeniowym wyciekającym sobie tylko znanymi kanałami... khem khem. Niektórzy z nas wiedzą też, co się dzieje z małymi kotkami.

Zbierałem gazety pornograficzne i nimi karmiłem swoją wyobraźnię. Miałem erotyczne sny, budziłem się zmęczony i niewyspany. Brakowało mi sił na naukę, na zajęcia sportowe, zresztą nie miałem innych zainteresowań poza tymi już opisanymi.

Wiadomo, doba ma z grubsza 24 godziny, a przeciętny czytelnik "Twojego Weekendu" nie doświadcza żadnych istotnych zmian tego parametru, nie mniej jednak, jak się wydaje, anonimową autorkę tego duszoszczypatielnego nieco poniosła wyobraźnia. Dlaczego sny erotyczne miałyby być bardziej męczące niż, powiedzmy, sny o Kaczorze Donaldzie. Oczywiście a priori wykluczam istnienie snów erotycznych z udziałem Kaczora Donalda, chociaż mam wciąż w pamięci quasi-erotyczny sen mojego kolegi, w którym zabawę z dziewczyną przerwało mu przybycie mojej skromnej osoby (a trzeba Wam wiedzieć, że podówczas byłem bardziej... docieplony, dzięki czemu bliżej mi było do Kaczora Donalda, niż do Psa Pluto).

Zaczynała się era Internetu. Odtąd miałem nieograniczony dostęp do stron erotycznych. Przesiadywałem przed komputerem całe noce.

Now we're talkin'. Jak dowodziłem w jednym z poprzednich wpisów, the Internet is for porn.

Kumple nazywali mnie erotomanem, a większość koleżanek zaczęła unikać. To wszystko skłoniło mnie wreszcie do wizyty u psychologa. Niestety miałem pecha, bo trafiłem na niekompetentnego głupka. Stwierdził, że jestem mężczyzną z dużym temperamentem i że faceci w moim wieku "tak mają". Poradził też, abym znalazł sobie dziewczynę, która też ma duże potrzeby, wtedy problem sam się rozwiąże.

Krótko mówiąc, młodość najwyraźniej musi się wyszumieć. Główny bohater posłuchał jednak porady psychologa - partacza i znalazł sobie dziewuchę, dziką i nieokiełznaną, dzięki której przegapił powolny upadek ongiś sławnego serwisu xlaski.pl i triumfalny pochód technologii flash przez wypełnioną jędrnymi pagórkami krainę pornografii.

Terapia była dla mnie torturą. Trzy razy się poddawałem. Warunkiem powodzenia była kilkuletnia abstynencja seksualna. To wszystko jest bardzo trudne. Alkoholik wyrzuca z domu wódkę i unika zakrapianych imprez, narkomana odtruwają, a seksoholik? Całe otoczenie, programy w telewizji, billboardy są pełne treści o podtekstach erotycznych. Latem dziewyczyny spacerują po mieście w szortach i skąpych bluzkach.

A teraz - copypasta time!

Akurat pornosy i lafiryndy w "Nadziejach i Marzeniach" to tylko ozdobniki (coś jak w tezie, że "Sukcesy i Porażki" są tylko o miłości) i wcale tego nie ma tam aż tak dużo - w "Sekretach Serca" lecą w erotykę dużo ostrzej. Dużo ciekawsza jest krańcowo wyprana ze złudzeń, zajebiście naturalistyczna wizja egzystencji erotomana i ładnie uchwycone mechanizmy zostania śliniącym się świrem. Co mi w tym tekście pasi najbardziej, to brak jakiegokolwiek kajania się, tłumaczenia swoich wyborów za pomocą jakiś teoryjek i wymysłów, tylko pisanie byłem zbokiem, bo tak było po prostu wygodniej a jak komuś to nie pasuje, to wypad do Giertycha. I już choćby za to lubię ten numer, bo serio nie trafiłem nigdzie w polskich czasopismach podobnego podejścia - że w dupie mamy matki, żony i kochanki, wolimy stać z boku i rypać filmiki z Redtube'a, bo jesteśmy na tyle dobrze ustawieni, ze możemy mieć całą policję i Aster w dupie (jak się okazało - do czasu). Plus, opowieść naprawdę potrafi wkręcić stylem i się ją po prostu dobrze czyta - choć jak widać nie każdemu. Nie chcę na chama wpierać tezy o sporej oryginalności tej prozy, bo żaden ze mnie Jerzy Pilch, ale warto "Nadziejom i Marzeniom" tych parę chwil poświęcić.

I na zakończenie klasyk. Nie muszę chyba pisać, jakie mam skojarzenia w kontekście polskim?

 

wtorek, 23 czerwca 2009

Czasem nie ma o czym pisać, czasem proza życia skutecznie podcina skrzydła nieopierzonemu blogerowi. a szczęście z pomocą przychodzi nieoceniony Salon24. Za info dziękuję jednemu z komentatorów u Barta. Notka jak notka. Autorka była świadkiem żwawego połączenia imprezy szkolnej (zakończenie roku i rozdanie świadectw) z imprezą o charakterze stricte religijnym. Abstrahując od mojej oceny całego wydarzenia, jednoznacznie negatywnej - nawiasem mówiąc, trzeba zauważyć, że tak po prostu wygląda prowincjonalna Polska. W niektórych szkołach dzieci dostają prikazy i idą karnie na msze, w innych z uśmiechem na ustach śpiewają czołobitny hymn szkoły (dziwnym trafem w całości o Janie Pawle II), w jeszcze innych sporządza się listy uczniów, którzy nie uczęszczają na religię. Na najbardziej podstawowym poziomie oglądu rzeczywistości wypada powiedzieć tylko: taki lajf, bejbe. Jednakowoż diabeł, jak zawsze, tkwi na Racjonaliście w komentarzach. Komentarze to sól blogowiej ziemi, zwłaszcza w Kołchozie24. Co zrobić z kobietą, którą rozdawanie świadectw pod ołtarzem oburza?

Można zamknąć uszy, zatkać oczy i całkowicie poważnie twierdzić, że "takie zwierzę istnieć nie może"...

Autor jest tak niewiarygodną osobą, że jest to niemal na 100 % fałszywka. Poczytajcie temat o Jedwabnem, to zrozumiecie

Udała się Pani prowokacja, czy jeszcze nie? Lipą jedzie na kilometr. Gdyby rzeczywiście był taki skandal, jak Pani opisuje, już dawno materiał by był w "Faktach i Mitach", "Nie", "Polsacie" i TVN równocześnie :))

... ale lepiej podjąć dyskusję, zawczasu zagwarantowawszy sobie zwycięstwo przez odwrócenie kota ogonem.

Autorka najpierw sama powinna dowiedzieć się co to jest tolerancja nie wciskać synowi bzdury. Tolerancja działa w obie strony i mniejszość powinna zaakceptować fakt że większość dzieci to katolicy i chcą podziękować Bogu za dobre osiągnięcia w szkole. Na wsi jest jeszcze normalność ale normalność jak widać dziwi oswojonych z nienormalnością ludzi.

W przypadku mszy na zakończenie roku szkolnego w Polsce, innowiercy lub niewierzący rodzice mogą zakazać swoim dzieciom uczestniczenia w obrządku i rozdaniu świadectw w kościele. Będzie to zgodne z ich niezbywalnym prawem do ksenofobii wobec zwyczajów większości, prawem do stawiania swoich partykularnych interesów ponad potrzebę cywilizowanych zachowań i prawem do narzucania własnych niechęci i uprzedzeń swoim dzieciom.

Prawda, że fajne? W pierwszej wersji mniejszość jest nietolerancyjna, ponieważ nie toleruje uniwersalistycznych skłonności otaczającej jej większości. Gdyby ktoś chciał ten argument zobaczyć w wersji zakamuflowanej, polecam uwadze wszystkie wypowiedzi sugerujące, że rozdział Kościoła i państwa godzi w wolność wyznania katolików, ponieważ odbiera im prawo do łączenia świąt kościelnych z państwowymi (albo coś równie karkołomnego, powiedzmy, nietolerancyjny jest ten, kto nie toleruje nietolerancji). Autorem drugiej z zacytowanych wypowiedzi jest dobrze znany wszystkim badaczom Salonu24 Jacek Michał (blogasek tego mieszkańca Antypodów jego nazywa się, jakże trafnie, "Do góry nogami"), który jeszcze w złotych czasach imprez u Krzysztofa Leskiego ustawiał się przy ścianie, a dziś, komentując jakiś sondaż, informacje o tysiącu respondentów zbywa zwykłym ilość nie przechodzi w jakość. Ponadto, wspiera zapewne różne niepoprawne serwisy. No, ale dość plotkowania, czasem mądrość przemawia sama za siebie.

Wielkim błędęm będzie pominięcie obowiązkowych odwołań do komunizmu.

Jak całą podstawówkę odbierałem świadectwo po mszy na zakończenie roku, w kościele. Było to za PRL, w kościele byli partyjniacy i jakoś nie byli umęczeni "brakiem tolerancji" i nawet nikt donosów nie pisał do PZPR czy kuratorium
Dopiero teraz za drugiej komuny do kościołów wkracza postęp, tolerancja i kapusie.

Jerzy Urban byłby z pani dumny :))

Zawsze jest tak samo na Psychiatryku czy innym pręgierzu. W miarę upływu czasu, prawdopodobieństwo, że w dyskusji na temat ateizmu, obyczajowości lub religii i jej roli w życiu publicznym ktoś kogoś porówna do komunistów, zbliża się do jedności. Tego po prostu nie da się uniknąć i trudno sobie wyobrazić krajobraz polskiego Internetu bez naszej wersji Prawa Godwina. W wersji Web 2.0 wypada dodatkowo wspomnieć coś o totalitarnych zapędach biurokratów z Brukseli, którzy coś tam coś tam zniszczyć chcą maryjny lud.

Jednakowoż, jeźdźcy hardkoru idą w nieco inną stronę i, operując sztuką niedopowiedzeń, wciskają Żyda do dyskusji. Taki zabieg nazwiemy roboczo Ostatecznym Argumentem z Synagogą (w skrócie OAS):

ciekaw jestem jednak,czy obużenie byłoby takich samych rozmiarów,jakby dajmy na to połączono rozdawanie swiadectw z wizytą w Synagodze,a wszystko pod szyldem ,,Polacy szukają swej tożsamości,,?

Pominąwszy prawicową interpunkcję (zniknięte spacje) i ortografię ("obużenie") - a może ktoś po prostu jaja sobie robi? - warto pochylić się współczująco nad tą argumentacją, bo jej rdzeń jest nader często spotykany. Trzeba po prostu wyrwać całą sytuację z jakiegokolwiek kontekstu kulturowo-geograficznego, dodać tryb przypuszczający i powiązać z judaizmem. Działa bezbłędnie, a przy odrobinie szczęście "Rzepa" wydrukuje. Aha, czasem Żydów zastępują muzułmanie (spróbuj tylko pojechać do Iranu i powiedzieć, że Allacha nie ma, to by ci cztery litery przetrzepali!), ale tutaj już ciężej załapać się do prasy i wybić ponad poziom przeciętnego czytelnika Stanisława Michalkiewicza.

I gdyby komuś Urbanowskiej nieomalże ksenofobii było mało, to pojawia się równia pochyła.

Przeciez takim jak ty, fanatykom negatywizmu poznawczego nie wystarczy rozdział Państwa od Koscioła. To tylko takie hasło mobvilizujące do żadania kolejnych rozdziałów, a mianowicie wiernych od Joscioła, a później rozdziału wiernych od wiary.

Ustąpić fanatykom na krok, od razu przygotują łagry dla wierzących i znaki Bestii dla całej reszty. Co się potem stanie? Cóż, odpowiedzi na to trudne pytanie dostarczy paluszek, z którego w Internecie na ogół wysysana jest eschatologia.

Nie spoczniecie, bo taki jest mechanizm dziejów i logika buntu Antychrysta przeciw Bogu.
Bunt ten jest realizowany w doczesnym swiecie poprzez tych, którzy służą Bogu oraz tych, którzy służą Jego wrogowi. 
Czas Apokalipsy nie jest okreslony, on sie dzieje cały czas, jego nasilenie będzie świadczyć o końcu dziejóew rodzaju ludzkiego. A czy to potrwa jeszcze dwiescie lat, czy dwa tysiace, nie my o tym zdecydujemy.
Wierni Bogu majas za zadanie tylko świadczyć , ze pozostali wierni Jego Słowu.Bez wzgledu na konsekwencje w swiecie doczesnym.
Jesteś na to zbyt cienkim bolkiem, aby to pojąć i to przyjąć do wiadomosci.

Porada od wujka Asmo - ten chwyt warto zostawić sobie na sam koniec, kiedy ogólna konsternacja nie może zaszkodzić dynamice flejma.

niedziela, 14 czerwca 2009

Od czasu do czasu lubię sobie pozrzędzić, taka już moja polska natura. Dlatego też w poniższej notce Czytelnik nie znajdzie nic o sukubach, jaszczuroludziach, mismatchu na rynku matrymonialnym i platonicznej miłości czytelniczki "Sukcesów i Porażek" do jej kwiatków. Będzie womitoryjne w swej istocie ględzenie, daremne żale, próżny trud narzekań. Nie polecam.

O, nieśmiertelne Daily!

Bogowie, jak ja nienawidzę wiosny. Z czysto teoretycznego punktu widzenia nic nie powinno mnie bardziej cieszyć, niż nadejście wiosny. Wiecie, rozumiecie, przyroda budzi się do życia, spod śniegu na światło dzienne wybijają się łaknące Słońca zielone pędy, ptaszki ćwierkają, koty się marcują, rośnie liczba samobójstw... Niestety, odwilż odsłania też cały wachlarz ludzkich zachowań, których istnienie jest bolesne dla człowieka aspirującego do bycia "sztuczną inteligencją, która podpięła się do Internetu i czerpie informacje o ludziach tylko z Googla" ( (c) - WO). Uśmiechnięci ludzie spacerują brudnymi ulicami, wdychając krystalicznie czyste miejskie powietrze. Dlaczegóż właściwie się uśmiechają? Nie pojmuję, przecież szczęście jest egzogeniczne, a jaki jest ten świat, wszyscy widzimy. Roześmiane i rozpromienione pary lekko tanecznym krokiem mijają niepełnosprawnych uczuciowo blogerów, za nic mając ich pretensje do świata. Zadzwoniła wczoraj do mnie mama i całkiem przypadkiem wydobyła ze mnie cenną myśl. Otóż, pomyślcie sobie, dlaczego właściwie ludzie oczekują od innych dobrego humoru? Dlaczego bezwiednie zakładają, że stanem podstawowym jest szczęście, a nie - bądźmy tutaj hojni ponad miarę - obojętność?

Wydaje się, że - parafrazując sławne stwierdzenie H.L. Menckena - ja po prostu jestem panicznie przerażony możliwością, że ktoś gdzieś może być szczęśliwy. No, bo jak tu z takimi rozmawiać? A to się uśmiechają sami z siebie, a to zadają dziwne pytania o samopoczucie (czy ja wyglądam na wesołka, do jasnej ciasnej?), a to komplementują aktualny wzór na masce koszulce. Bogowie, jak ja nienawidzę wiosny. Latem przynajmniej ludzie są przytłoczeni upałem i jakoś tak łatwiej im przychodzi zrzędzenie. Jesień jest dekadencka i jesienią wszyscy jesteśmy cierpiącymi młodymi Werterami. Zima zmraża świat i przywraca mu prostotę. Zamiast podsumowania będzie wyjątkowo krótka jednoaktówka o niemożności porozumienia wyalienowanych jednostek w chaotycznej rzeczywistości. Moje życie z grubsza tak wygląda. No, prawie.

- Cześć

- Cześć

- Dokąd idziesz?

- Do biblioteki.

- A po co?

- Żeby wypożyczyć książkę.

- A jaką?

- "Quo Vadis"

- A co to znaczy?

- Dokąd idziesz?

- Do biblioteki

- A po co?

- Żeby wypożyczyć książkę.

- A jaką?

- "Quo Vadis"

- A co to znaczy?

- Dokąd idziesz?

- Do biblioteki

- A po co?

- Żeby wypożyczyć książkę.

- A jaką?

- "Quo Vadis"

- A co to znaczy?

- Dokąd idziesz?

- Do biblioteki

- A po co?

- Żeby wypożyczyć książkę.

- A jaką?

- "Quo Vadis"

- A co to znaczy?

...

A w pseudokodzie będzie to tak wyglądać:

write(-"Cześć")
write(-"Cześć")
for i=1 to N do write("
- Dokąd idziesz?
- Do biblioteki.
- A po co?
- Żeby wypożyczyć książkę.
- A jaką?
- "Quo Vadis"
- A co to znaczy?")
end 

I tym optymistycznym akcentem żegnam czytelników (wszystkich trzech).

niedziela, 07 czerwca 2009

W ekonomii pracy relatywnie długą tradycję ma postrzeganie rynku pracy w kategoriach wzajemnych poszukiwań wykonywanych przez pracodawców i pracobiorców, (Mortensen, Pissarides 1994). Co stałoby się jednak, gdyby zastosować ten frejmłork do rynku matrymonialnego? W oczywisty sposób z grubsza dychotomiczny charakter podziału podmiotów na nim działających, istnienie - jeśli nie racjonalnych procedur, to chociażby sensownych heurystyk - metod wzajemnego doboru, ograniczenia czasowe i majątkowe oraz inne właściwości sprawiają, że jego ujęcie w ramach modeli poszukiwań wydaje się sensowne.

Analizowana społeczność składa się z continuum maksymalizujących użyteczność agentów dwojga płci. Bez straty ogólności pomijamy wszystkie genderowe i queerowe wynalazki, przyjmując dychotomiczny podział agentów na dwie płcie. Tak czy owak, chwilowo zakładamy pełną symetrię pomiędzy płciami, co ułatwia przeprowadzenie tego wywodu, ale w żadnym wypadku nie jest założeniem koniecznym. Gra rozgrywana jest w czasie dyskretnym i ma nieskończony horyzont czasowy. Wzorem wszystkich rozsądnych ekonomistów uwzględniamy istnienie preferencji czasowej mierzonej parametrem β, w tym konkretnym przypadku wynikającej ze splotu różnych czynników, m.in. ze zmniejszania się płodności i potencjalnych zdolności reprodukcyjnych w czasie.

Każdy z agentów może pozostawać w jednym z dwóch stanów: w stanie wolnym lub w związku[1] o charakterze uczuciowym. W obydwu przypadkach agent otrzymuje pewne korzyści, które bezpośrednio przekładają się na jego użyteczność. Strumień korzyści otrzymywanych dzięki związkowi oznaczać będziemy przez w, zalety wolności zaś - przez b. Agent - singiel w każdym z okresów uzyskaje użyteczność U(b), agent w związku - W(w). Każdy z nich w każdym momencie ma niezerowe szanse na przejście do drugiego stanu (nieco wbrew empirii zakładamy natychmiastowość takiego przejścia).

Agent - singiel w każdym okresie otrzymuje ofertę związku, której wartość losowana jest z pewnego rozkładu prawdopodobieństwa F(w). Wydaje się, że na rynku matrymonialnym trudno utrzymać założenie o kompletności posiadanych przez agentów informacji, innymi słowy, otrzymana wartość oferty adekwatnie opisuje przyszły strumień korzyści z prawdopodobieństwem ζ, pochodzącym z pewnego niezdegenerowanego rozkładu. Oferta może zostać przez agenta przyjęta lub odrzucona, w pierwszym przypadku w następnym okresie otrzymuje on już korzyść w, w drugim - napływa kolejna oferta, względem której musi zostać podjęta decyzja. Agent przyjmie tylko taką ofertę, która da mu większą użyteczność, niż pozostawanie w stanie wolnym, należy więc oczekiwać, że decyzja zależeć będzie przede wszystkim od wartości oferty, w. Ponieważ na użyteczności nakładamy wszystkie grzeczne założenia, istnieje jedna unikalna wartość oferty, wr, przy której agentowi jest obojętne, czy wejdzie w związek czy dalej będzie się cieszył byciem singlem. Wartość ta może zostać wyznaczone explicite.

Istnieją również duże przepływy w drugą stronę - ze związków do samotności. Najprościej jest przyjąć, że za przepływy te odpowiadają czynniki egzogeniczne, których działanie w każdym momencie uosabia prawdopodobieństwo rozpadu związku, λ. Z empirii wiemy jednak, że w rzeczywistości decyzje o zerwaniu często mają charakter endogeniczny i zależą np. od zmian strumienia korzyści w czasie - jeśli związek daje coraz mniej szczęścia, jesteśmy bardziej skłonni go zerwać, licząc na to, że w następnym okresie napłynie korzystniejsza oferta. Odrębny kierunek analizy wynika z założenia, że oferty związku napływają również wtedy, gdy agent nie jest singlem. Zezwolenie na on the relationship search otwiera cały wachlarz możliwości. Prosty wniosek z nawału skomplikowanej matmy: jeśli tylko oferty napływają częściej w trakcie pozostawania w związku, niż poza nim, agent będzie skłonny zaakceptować ofertę dającą mu mniejszą użyteczność, niż samotność. Innymi słowy, może opłacać nam się chodzenie z brzydką dziewczyną, jeśli tylko ma ona bogate życie społeczne, bo jest duża szansa, że jej koleżanki będą już znacznie fajniejsze, a gdybyśmy byli singlami, nie mielibyśmy okazji do ich poznania.

Powyższe enuncjacje (w trakcie pisania uświadomiłem sobie, że się prześlizgnąłem po powierzchni zjawiska) są oczywiście zwykłym pitoleniem znudzonego życiem singla, który za wszelką cenę szuka usprawiedliwienia dla swojej nieudolności, ale pomysł z zastosowaniem modeli poszukiwań do relacji damsko-męskich jest na tyle oczywisty, że wpadło na niego wystarczająco dużo osób, żeby wyszukiwanie "marriage market search models" wyrzucało w Google mnóstwo sensownych rezultatów. Najwyraźniej łączenie biologii ewolucyjnej z ekonomią nie jest tak zupełnie od czapy, jak mogłoby się wydawać. Szaleństwo jest jak grawitacja, ale ekonomia nie - nie każdy automatycznie wpada w bezdenną studnię mainstreamowej makroekonomii. Dobry przegląd literatury pozwoli zapewne zebrać dużo ciekawych pozycji, ja pozostanę przy paru, prawie przypadkowych.

Matt Ridley - Czerwona Królowa

Eugenio Giolito - A Search Model of Marriage with Differential Fecundity

Tracy Corlenius - A Search Model of Marriage

[1] - ze względu na stosunkowo niewielką skalę przepływów z i do tego stanu, pomijamy zniechęcenie, pamiętając jednak przy tym, że w rzeczywistości agent może dobrowolnie wyłączyć się z rynku matrymonialnego, zgodnie ze sławnymi słowami Biblii: "są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa pozostali bezżennymi".

wtorek, 02 czerwca 2009

Kolega doświadczył był ostatnio typowego przykładu zjawiska powrotu do średniej - po dobrym dniu nastąpił dzień gorszy. A na angielskiej wikipedii tak o tym piszą:

Misunderstandings of the principle (known as "regression fallacies") have repeatedly led to mistaken claims in the scientific literature. An extreme example is Horace Secrist's 1933 book The Triumph of Mediocrity in Business, in which the statistics professor collected mountains of data to prove that the profit rates of competitive businesses tend toward the average over time. In fact, there is no such effect; the variability of profit rates is almost constant over time. Secrist had only described the common regression toward the mean. One exasperated reviewer, Harold Hotelling, likened the book to "proving the multiplication table by arranging elephants in rows and columns, and then doing the same for numerous other kinds of animals".

Piękne.

Tagi