from here to reality
niedziela, 29 maja 2011

Odkąd pamiętam, zawsze zazdrościłem ludziom, którzy mieli jakiś talent. Jedni potrafią śpiewać, inni mają naturalny dryg do tańczenia lub sportów bardziej ambitnych niż moje codzienne pedałowanie przez pół Warszawy. Mnie natura obdarzyła sarkazmem, brakiem asertywności i emocjonalnym upośledzeniem. Pani Marysia, astrolożka z Otwocka, ma z kolei nie mniej rzadki talent. Potrafi każdym zdaniem, każdą wypowiedzią, każdym komentarzem i każdą notką sprawić, że gotuje mi się pod kopułą. Kilka zdań i zaciskam pięści aż do krwi, drżę z wściekłości i mam ochotę iść na miasto ze sztachetą. Nie wiem, co dokładnie jest tutaj katalizatorem chwilowej przemiany spokojnego człowieka w zionącego nienawiścią troglodytę. Może wyzierająca z notek bezgraniczna ignorancja? Może stężenie chochołów i argumentów tak błędnych, że jedną soczystą notką Pani Marysi można by obdzielić niejedne zajęcia z logiki i sztuki prowadzenia sporów? Może zdumiewająca, biorąc pod uwagę to wszystko, arogancja? Gdyby były think tank naprawdę miał dostęp do funduszy z firm farmaceutycznych, Astromaria zostałaby zamrożona w karbonicie i wystawiona gdzieś jako wzorzec arrogance of ignorance.

Notka, do której postanowiłem się przychrzanić, nosi wiele mówiący tytuł - "Kto chowa głowę w piasek, ten wypina dupę i może dostać kopniaka" - stanowiący jednocześnie fascynująco głęboką refleksję na temat budowy ludzkiego ciała i jego funkcjonowania. Jak zawsze, kilka słów wstępu, potem następuje to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli cudownie bezkompromisowy zjazd w dół króliczej nory, do krainy, gdzie obowiązują inne prawa fizyki i medycyny, gdzie fundamentem cywilizacji homo sapiens jest działanie wbrew swoim interesom, a słowo maniaka z piwnicy jest warte więcej niż zakumulowany dorobek nauki. Do miejsca, którego gospodyni twierdzi, że Iluminaci okradają ją z czasu, bo jajka trzeba gotować ostatnio dłużej. Pani Marysia co jakiś czas pisze urocze filipiki, w których z pozycji jaśnie oświeconej gromi "psychopatów", racjonalistów, sprzedajnych naukowców, sługusów koncernów farmaceutycznych, dziennikarzy prześladujących Jarosława Kaczyńskiego i, trochę rzadziej, całą resztę ciemnej i ogłupionej ludzkości (np. pacjentów oddziałów onkologicznych i cukrzyków). Ostatni swój rant zaczęła refleksyjnie. 

Zastanawiałam się, dlaczego niektórzy ludzie nie przyjmują do wiadomości oczywistych faktów i absolutnie niezbitych dowodów, dlaczego trwają w zakłamanym światopoglądzie mimo oczywistych dowodów i dlaczego wierzą tylko w to, co mówią media i autorytety? Co ich blokuje i czyni ślepymi na wszelką prawdę?

To są bardzo dobre pytania. My, racjonaliści, też zastanawiamy się czasem, jak to jest, że ludzie potrafią uparcie tkwić w błędzie i zamykać się w kokonie tak szczelnym, że nie jest możliwe przekonanie ich jakimikolwiek dowodami. Jak to jest, że skądinąd inteligentni ludzie wierzą, że świat ma sześć tysięcy lat i został w tydzień powołany do życia przez wszechmocnego i złośliwego czarodzieja? Jak to jest, że goście klepiący tysiące znakow dziennie na komputerach, jeżdżący samochodami i pociągami, uparcie odmawiają ludzkości jednego z jej największych osiągnięć (lądowanie na Księżycu)? Reasumując, nie jesteśmy aż tak od siebie różni.  

Ich racjonalistyczny portal zamieścił niezbity dowód na to, że elity tego świata planują redukcję mieszkańców globu do pół miliarda sztuk ludzkiego bydła

Ci, którzy Pani Marysię znają, wiedzą, że jej standardy dla tego, co uznaje za "niezbity dowód" są bardzo niskie. Jeżeli ktoś się spodziewa, że ten "niezbity dowód" to jakiś zbiór oficjalnych dokumentów, w których światowi przywódcy zobowiązali się do wymordowania 6 miliardów ludzi za pomocą [tu lista od Sasa do Lasa], będzie zawiedziony. To kamienny monument, wzniesiony prawdopodobnie przez lokalnego przedsiębiorcę, gdzie w ośmiu językach zapisano dziesięć postulatów, IMO w większości dość niegroźnych. Nawet ta nieszczęsna DEPOPULACJA musi być umieszczona w określonym kontekście - monument wzniesiono osiem lat po publikacji "Granic wzrostu".

Nie ma ani grama materiału dowodowego, który wskazywałby, że to wielka deklaracja iluminackich psychopatów. Niech mi zreszztą ktoś łaskawie wyjaśni, po co mieliby ujawniać swoje zbrodnicze plany? To tak, jak z lotniskiem w Denver czy grą w Iluminata. Żeby tak niedwuznaczne odkrycie wszystkich kart miało sens, musielibyśmy żyć w świecie radykalnie odmiennym od naszego, jeśli chodzi o logikę, inteligencję zamieszkujących go ludzi i jakąkolwiek elementarną racjonalność. W jakimś Bizarro World organizatorom gigantycznego spisku mającego na celu wymordowanie większej części populacji opłacałoby się ujawnienie szczegółów tego planu. 

Wierzą za to w antyrozumowe bzdury, takie jak „atak terrorystyczny” na WTC, tylko dlatego, że przeczytali to w poczytnej (tzw. „opiniotwórczej”) gazecie lub usłyszeli w głównym wydaniu dziennika.

To, proszę państwa, jest chochoł. To technika argumentacyjna, z której Pani Marysia korzysta chętnie i bez skrępowania. Zobaczymy dzisiaj więcej takich słomianych kukiełek. Tego rodzaju chochołom towarzyszy też non sequitur, że jeśli ktoś zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń, to jest głupi. To jest oczywiście nikczemna brednia, która zasadza się na fundamentalnym niezrozumieniu adwersarza. Czego Astromaria i jej podobni spiskolodzy kompletnienie nie łapią to to, że "my" nie jesteśmy o krok za nimi - my jesteśmy o krok PRZED nimi. Ja nie tłukę spiskologów od 9/11 dlatego, że w CNN powiedzieli, że terroryści. Otóż, ja zapoznałem się z argumentami. Zapoznałem się z tezami, dowodami i argumentacją całego Ruchu Na Rzecz Prawdy o 9/11. I wiecie co, parany? Zważyłem argumenty i wyszło mi, że w tej sprawie się mylicie. Widziałem "Loose Change", "Zeitgeist", "Trzecią wieżę" i co tam jeszcze oferuje YouTube University, przeszedłem całą drogę, aż do hipotez, że dwie wieże zniszczył promień mikrofalowy z satelity. Nie macie bladego pojęcia, kim jesteśmy i na jaki wysiłek intelektualny żeśmy się zdobyli, żeby wasze stosy bredni posegregować i zutylizować. 

Nie ma innego wytłumaczenia dla takiej zatwardziałości umysłu poza lękiem. Taki osobnik trzyma się jak pijany płotu utartych schematów i prostych (co gorsze, nierzadko zupełnie idiotycznych) wyjaśnień, bo gdyby tę sztachetę puścił, musiałby stanąć na własnych nogach. Musiałby się skonfrontować z niekoniecznie przyjemną rzeczywistością i zachować odpowiedzialnie. Ale to wymaga odwagi. Odpowiedzialność jest ostatnią rzeczą, którą byłby gotów wziąć na swoje barki. O wiele lepiej, bezpieczniej i wygodniej jest liczyć na opiekuńcze państwo.

Hej, mam alternatywną wizję. Z mojego punktu widzenia sprawy mają się tak, że ludzie lubią myśleć, że mają kontrolę nad swoim życiem, podczas gdy to, co często im się przytrafia, to iluzja kontroli. To zjawisko, które ONI wykorzystują, gdy rozmieszczają w różnych miejscach przyciski, które nie działają. Jednakże, przy odpowiednich kombinacjach wartości parametrów, dochodzi do samonapędzającej się zapaści i z nieobcej wszystkim ludziom iluzji powstaje czarna dziura, w której wzięcie spraw w swoje ręce i przejęcie kontroli nad całością rzeczywistości staje się króliczkiem, którego warto gonić. A potęga tej iluzji, zwłaszcza jeśli towarzyszą jej inne (np. confirmation bias), jest niezmierzona. 

Dalej Astromaria postanowiła zdemaskować blogera Barta jako nieodpowiedzialnego rodzica: 

Ochrona jego psychiki przed lękiem i „paranoją” jest ważniejsza, niż bezpieczeństwo i zdrowie dziecka. Zamiast chronić własne dziecko przed realnymi zagrożeniami i szukać wiedzy, jak nie dać się zrobić w chuja nieuczciwym producentom żywności i leków oraz kłamiącym zawodowo politykom on woli chronić siebie. Przed lękiem i paranoją.

Zostawmy na chwilę na boku to, że pominęła najważniejszą rzecz - przecież Bart jest SZATANISTĄ - to jest popis czytania ze zrozumieniem. Otóż bloger Bart twierdzi (Ctrl+F "batalia"), że szukał w Internecie porad w ważnych kwestiach i nie znalazł tam tego, czego szukał. Co za nieodpowiedzialność, przecież Internet to takie wolne medium, którego jeszcze nie ocenzurowali, gdzie można znaleźć całą mądrość świata. Albo i nie. Wiecie, ile "prawdziwych przyczyn wszystkich chorób" można tam znaleźć? Całe mnóstwo, a większość sobie nawzajem przeczy. Co nie ma znaczenia, liczy się to, że ONI nie chcą, żebysmy o tych pierdołach wiedzieli. 

Zastrachany „racjonalista” racjonalizuje wszystko, co złe i przerażające, byle tylko nie dopuścić lęku do swojego umysłu: to oczywiste, że ograniczanie naszej wolności osobistej i totalitarne prawa to nie żaden faszyzm, lecz rozwiązania podjęte dla naszego dobra. Bo co by to było, gdyby każdy robił co mu się podoba, zapanowałaby jakaś anarchia. Gdyby nie ostre przepisy terroryści mogliby nas pozabijać, bo przecież widziała paniusia, ten Big Bladen zwalił symbol Ameryki, jest się czego bać!!! Władza (ta demokratycznie wybrana) wiesza kamery na każdej latarni, buduje obozy koncentracyjne z komorami gazowymi, zbroi się po zęby, otrzymuje coraz szersze uprawnienia do obmacywania, prześwietlania, rozbierania, pałowania, taserowania i aresztowania, ale nie mamy się czego obawiać, przecież jest demokracja do cholery! Jeśli władza nas zawiedzie, wyślemy ją do wszystkich diabłów i wybierzemy sobie nową. Jest OK, jest super, popatrz jak ładnie świeci słoneczko… uups, ruch lotniczy nam się trochę zwiększył, więc na niebie wiszą smugi kondensacyjne, ale spoko, zaraz znikną.

Chochoły, wszędzie chochoły. Sugestia, że wrogom Pani Marysi (zakładając, że mowa o realnych osobach, które dostają paskudne gęby) takie rzeczy, jak ograniczanie swobód obywatelskich, wzrost kontroli nad życiem obywateli, nadużycia sił porządkowych czy wygłupy amerykańskiego TSA, w ogóle nie przeszkadzają, jest wyssana z palca. I nie, ruch lotniczy nie wzrósł "trochę". W Polsce uległ potrojeniu w ledwie cztery lata. 

No, przecież mówię, że jest cudownie! Żyjemy w raju! Na tym świecie nigdy nie zdarzyło się nic niepokojącego. Nie było żadnych spisków, nie zabito Cezara, nie było prowokacji gliwickiej ani podpalenia Reichstagu, Hitler został demokratycznie wybrany i przyczynił się do szczęścia i pomyślności ludzkości, nie było I ani II wojny światowej, nie było Pearl Harbor, IG Farben (Bayer, BASF) z główną siedzibą w Auschwitz do dziś troszczy się o nasze zdrowie produkując leki i szczepionki, John Fitzgerald Kennedy zmarł spokojnie w Domu Złotej Jesieni na Florydzie, Monsanto odkryło i wprowadziło na rynek wiele ratujących życie i zdrowie produktów, a nauka i media zawsze dostarczają nam prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Dlatego każdy, kto podejrzewa demokratycznie wybraną władzę, medycynę lub naukę o niecne zamiary cierpi niewątpliwie na schizofrenię bezobjawową i powinien być leczony. W psychuszce.

Nie, nie żyjemy w raju. Tak, wiele rzeczy może niepokoić przeciętnego racjonalistę. Tak, spiski się zdarzają, ale jeszcze częściej się nie udają, prawdopodobieństwo powodzenia jest tym większe, im mniej osób zaangażowano. Z tego, że zabito Cezara, nie wynika, że ogłupiają nas fluorem. Z tego, że prowokacja gliwicka, nie wynika, że rakieta w Pentagon. Wojny światowe to raczej triumf irracjonalizmu. JFK zginął od kuli wystrzelonej przez Lee Harveya Oswalda, nie było drugiego strzelca w osobie Palacza. Monsanto to firma trzepiąca zyski w delikatnym biznesie, coście się tak uparli, że chcą nas wymordować. Naukowcy czasem się mylą, media są do dupy, a politykom trzeba patrzeć na ręce. I tak, jeśli ktoś uważa, że można przez dziesiątki lat organizować konspirację rozpisaną na miliony osób, to chyba faktycznie powinien porozmawiać ze specjalistą. Tym bardziej, jeśli zmianę czasu gotowania jajek wiąże ze skróceniem czasu obrotu Ziemi. Jeszcze jakieś pytania? 

Katolicy wierzą kapłanom (ale ostatnio jakby mniej), a racjonaliści autorytetom naukowym (wciąż bezkrytycznie). Jedni i drudzy wierzą w konsensus. Wiele razy napalony katolik wykrzykiwał mi, że katolicyzm jest najliczniej wyznawaną religią, a więc stanowi to dowód na to, że ta jest religia prawdziwa. Racjonaliści jeszcze nie są najliczniejszą sektą świata, ale za to mają konsensus w sprawie globalnego ocieplenia: ponad 2000 najwybitniejszych uczonych poparło tę ideę (za rok lub dwa poprą ideę zlodowacenia).

Jest najzupełniej naturalne, że osoby formułujące tego rodzaju porównania, nie wiedzą, o czyzm mówią i nie wiedzą nic na temat, który przywołują jako przykład. Pani Marysi chciałoby się powiedzieć, że nie ma bladego pojęcia, co stoi za konsensusem i czym właściwie jest konsensus. Nie wiem nawet, czy Pani Marysia zdaje sobie sprawę z tego, czym jest zlodowacenie i skąd mogłoby się wziąć (podpowiedź: to nie jest tak, że Matka Ziemia wstaje rano z łóżka i otwiera okno, bo jej gorąco). Jest jakaś gigantyczna ironia w tym, że podśmiechujki Astromarii i jej komentatorów na temat globalnego ocieplenia, mają swoje źródła w medialnych konstruktach, których zasadaniczo nienawidzą. Kto pamięta szum wokół Cimategate i kojarzy, jak żałośnie mało z tego wyniknęło, ten wie, o czym mówię.  

Nie ma prawa nazywać siebie racjonalistą osobnik, który wierzy w bajkę, że budynek WTC mógł się zawalić jak stos naleśników od paliwa z baków jednego samolotu pasażerskiego, choćby nawet największego.

Och, bo rzeczywiście tak brzmi oficjalna wersja wydarzeń. TOTALNIE. 

Równie idiotyczna jest wiara w to, że Bin Laden (wciąż żywy czy od 10 lat martwy) bezkarnie i do tego skutecznie podkłada właśnie 10 bomb atomowych na terenie USA, o czym amerykański wywiad doskonale wie (bo wypuszcza takie kontrolowane „przecieki”, jakiś użyteczny idiota je „odkrywa” i pisze o tym książkę), ale mimo pomocy autora książki jednak nie wie, skoro nic nie robi (bo widocznie jest taki do dupy, że do niczego się nie nadaje i powinien popełnić seppuku).

Ogłaszam konkurs. Bez nagród. Zasady są proste, trzeba w komentarzach napisać, o co chodzi w zacytowanym powyżej fragmencie.

Prawdę mówiąc, zamach na WTC był totalną, wręcz kryminalną kompromitacją władz USA.

Szkoda, że tak rzadko się zgadzamy. 

I to by było na tyle. Ledwie kropla w morzu pogardy, jaką żywię wobec osób podobnych do Pani Marysi. Ponieważ jednak jestem kulturalnym człowiekiem, mogę odwołać się znakomitego dzieła kultury z najpiękniejszą wiązanką obelg, jaką widziało kino. I don't want to talk to you no more, you empty headed animal food trough whopper! I fart in your general direction! You mother was a hamster and your father smelt of eldeberries. I tak dalej:

 

Każde słowo, każde takie słowo płynie z głębi mojego wrażliwego serduszka, które wywraca się na lewą stronę za każdym razem, gdy Pani Marysia pisze o leczeniu raka. 

poniedziałek, 23 maja 2011

Z Quirkology Richarda Wisemana: 

In 1975, Lawrence Casler from the State University of New York at Geneseo compiled a list of over 200 academics working in Fields associated with their last names. Casler’s list include an underwater archaeologist named Bass, a relationship counselor named Breedlove, a taxation expert named Due, a medic studying diseases of the vulva called Hyman, and an educational psychologist examining parental pressure called Mumpower. In the later 1990s, New Scientist magazine asked readers to send in similar examples from their own lives. The resulting list included music teachers Mrs Beat and Miss Sharp, members of the British Meteorological office called Flood, Frost, Thundercliffe and Weatherall, a sex counselor named Lust, Peter Atchoo the pneumonia specialist, a firm of lawyers named Lawless and Lynch, private detectives Wyre & Tapping, and the head of a psychiatric hospital named McNutt. My own favorite examples are the authors of the book A Student’s Guide to the Seashore, John and Susan Fish.

Pelham’s work suggests that examples like this may not be entirely the result of chance, but rather of some people being unconsciously drawn to occupations related to their name. As a professor of psychology called Wiseman, I am in no position to be skeptical about this theory.

A przykładów znamy przecież więcej. 

wtorek, 17 maja 2011

Pod wywiadem z Bartem, opublikowanym na stronie Krytyki Politycznej, pojawił się komentator, który podniósł bardzo ważną kwestię. Kwestię, którą – jeśli kiedykolwiek będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć o sobie „ja, sceptyk" – mogę uznać za fundamentalną dla mojej tożsamości. Komentarz leci tak (na czerwono moja zgryźliwość):

Naukowa działalność TTDKN [A cóż to za chochoł?] opiera się na naukowych (to wiemy) źródłach znalezionych za pomocą wujka Google [zakładając elementarną umiejętność oceniania jakości źródła, ciężko czynić z tego zarzut]. Niestety uczestnicy tych dyskusji nie bardzo chcą dyskutować w sposób formalny, uciekając się do anegdotek i szyderstw (co oczywiście jest doceniane przez czytelników). Skoro powołujecie się na autorytet nauki, zapewne sami jesteście nieźle obeznani z jej arkanami [non sequitur]. Chciałem wobec tego nieśmiało zapytać, jakim to wykształceniem dysponuje Główny Autorytet? [Richard Dawkins?] Może się okazać, że dyskusję o tym, czym jest nauka próbuje dyktować absolwent Policealnego Studium Biznesu na podstawie popularnonaukowych czytadeł [dyskusję prowadzoną w gronie luminarzy filozofii nauki, oczywiście].
Na razie tak to wygląda, więc spróbujcie wyprowadzić mnie z błędu. Ale bardzo się postarajcie, bo przy rozważaniach na temat istotności statystycznej jednego z waszych wyznawców wpadłem pod stół(ale już wyszedłem, nie martwcie się) [ja bym nie czynił laikom tak prędko zarzutów, na wyższych uczelniach mają z tym problem, autorzy podręczników miewają z tym problemy, naukowcy się zapominają].

I zacytowany komentarz jest, niezależnie od aroganckiego tonu (być może jest to arogancja z autorytetu, a więc arogancja uzasadniona, tego nie wiem, bo nie wiem, kto stoi za nickiem) i ogólnego walenia w chochoł, fajny, bo zainspirował mnie do napisania czegoś, do czego zbieram się od dawna. 

Pomińmy coś takiego, jak „naukowa działalność TTDKN", pomińmy samo TTDKN. Ludzie, którzy wiedzą, o co chodzi, będą znudzeni, bo już wszystko słyszeli i nie mogę dodać w kwestiach nurtujących kilkanaście osób na całym świecie więcej nic ponad to, co bywało już omawiane na kanapowych rozmowach. Ludzie, którzy nie wiedzą, o co chodzi, najpewniej nie będą zainteresowani. 

Sporo osób, skądinąd zupełnie niezaangażowanych w ten cały internetowy biznes o nazwie blogowanie, wie, że lubię w wolnych chwilach zajmować się mniej więcej tym, o czym traktuje zalinkowany na początku wywiad. Krótko mówiąc, wożę się po różnych odpadach ludzkiej myśli, grzebię w śmietnikach, a czasem nawet staję w okopach (a mówią, że w okopach nie ma ateistów). Nie uważam tego za poważne zajęcie i nie wiążę z tym żadnych konkretnych planów. Może chciałbym kiedyś pojechać na TAM London (jakże zazdroszczę Tomaszowi Witkowskiemu!) i przedstawić się jakiemuś znanemu blogerowi jako sceptyk z Polski, ale to wszystko bujdy i nieważne. Pytanie brzmi, jakie mam kompetencje, żeby pisać sobie o pseudonauce, walczyć o racjonalny świat lub, całkiem trywialnie, wybierać wariatów z Internetu i umieszczać ich w gablotce. Otóż, nie mam do tego absolutnie żadnych formalnych kompetencji. Jestem z wykształcenia ekonometrykiem / ekonomistą i jeżeli na jakiś temat mogę wypowiadać się jako „ekspert", to właśnie na ten. Co nie oznacza, że chcę to robić i mam w mózgoczaszce potrzebny do tego materiał. Dobór tematów na tym blogu najlepiej świadczy, jak lubię swoje wykształcenie i jak bardzo mam ochotę po x godzinach pracy znów gryźć pedeefy i mielić cyferki. 

Pytanie o formalne kompetencje, które zadał komentator z KP, a które za nim zadaję ja, jest jednak częścią szerszego problemu – granicy kompetencji laików w wypowiadaniu się na tematy (około)naukowe. Ten problem jest w zasadzie centralny dla tego amalgamatu, z którym się czasem utożsamiam, jaki nazywa się ruchem sceptycznym, i wychodzi na światło dzienne w niezbyt przyjemnych chwilach (najbardziej bolesny przykład - dwa lata temu Randi zrobił wszystkim takiego psikusa). Co więc może taki żuczek, jak ja? Podzielmy to sobie na tematy[1]

  1. Zagadnienia, co do których istnienie powszechna zgoda w świecie nauki i w ogólnej świadomości społecznej. Powiedzmy, grawitacja. Tutaj w zasadzie nie ma nic do roboty.
  2. Zagadnienia, co do których istnieje powszechna zgoda (konsensus) w świecie nauki, ale nie przebiło się to jeszcze do powszechnej wiedzy. Jeśli ktoś chce, może próbować to popularyzować. Bardzo podoba mi się tutaj idea ResearchBlogging.
  3. Zagadnienia, co do których została wypracowana powszechna zgoda w świecie nauki, ale istnieją opinie dysydenckie, które funkcjonują w powszechnym obiegu informacji jako równoprawne z konsensusem (lub których obecność jest po prostu wyraźna). Dwa najoczywistsze przykłady to ewolucja i globalne ocieplenie. Co robić? Trzymać się konsensusu; mieć świadomość tego, co wiemy i czego nie wiemy; nie przekraczać granic własnych kompetencji.
  4. Zagadnienia, które nie doczekały się rozstrzygnięcia, gdzie jest naukowa kontrowersja, gdzie trwa spór co do podstawowych rzeczy. Pierwszy przykład, jaki mi przyszedł do głowy, to ciemna materia / ciemna energia. Tutaj jedyne, co można zrobić, to trzymać się z daleka i nie brać udziału w dyskusjach. Można też popularyzować, ale z masą zastrzeżeń. 
  5. Pseudonauki i paranauki. Myślę tu o zwyczajowej menażerii, z którą każdy miłośnik rzeczy dziwnych się zetknął: astrologia, homeopatia, UFO, Wielka Stopa, daenikenizm. Ustalamy linię demarkacyjną, sprawdzamy, co na dany temat wiadomo i idziemy na wojnę, co ma być o pokój.

Są też rzeczy, które lubię czasem robić, a które są ortogonalne do podziału zaprezentowanego wyżej, jak np. opisywanie i relacjonowanie. W ogólności, należy absolutnie się zgodzić, że nie jest to działalność naukowa, może to w najlepszym razie być działalność pronaukowa, ale z nauką będzie mieć to tyle wspólnego, co pchanie malucha pod górkę z Rajdem Barbórka. Ja to akceptuję, znam swoje miejsce w szeregu i zawsze jestem gotów zmienić zdanie (w końcu nie jestem niewolnikiem jakiegoś poglądu, tylko Metody).

Nie mam też kłopotów z przyznaniem, że konsekwentne postępowanie wg tych przykazań w najbardziej zapalnych i kluczowych kwestiach zmusi mnie do przywołania argumentu z autorytetu[2]. Jest jasne, że argument z autorytetu nie będzie wszystkim w arsenale, bo każdy z nas ma rozum, logikę, umiejętność ważenia argumentów i konfrontowania ich ze stanem faktycznym. Ba, niektórzy nawet pewnie rozumieją, co to jest istotność statystyczna i dlaczego to jest zasadniczo szkodliwy fetysz. Prędzej czy później ten autorytet się pojawi, ja się go nie boję, 

Zasadniczo, dla tego wszystkiego, co robię na tym blogu i dla gościnnych występów na innych blogach, nie potrzebuję też szczegółowej wiedzy na temat filozofii nauki, nie potrzebuję zajmować konkretnego stanowiska (książeczkę Kołakowskiego o neopozytywizmie przeczytałem jeszcze w liceum, tak nawiasem mówiąc). Nauką jest to, czym zajmują się naukowcy. Pseudonauką jest to, czym zajmują się pseudonaukowcy. Może przesadziłem, ale to - w sensie, problem demarkacji - jest jedna z tych rzeczy, których zawsze jestem ciekaw.

[1] - Przyznaję bez bicia, że ten podział komuś ukradłem. Nie podam źródła, bo nie jestem w stanie go dzisiaj znaleźć. 

[2] – Ten i ów może twierdzić, że argument z konsensusu jest czymś innym niż argument z autorytetu i nie trzeba się samobiczować, żeby wyegzorcyzmować z siebie tego wewnętrznego demona irracjonalizmu. Nie mam zdania w tej kwestii, na koniec dnia i tak zostajemy bez Absolutnego i Niepodważalnego Źródła Prawdziwej Wiedzy. 

środa, 04 maja 2011

Witam wszystkich czytelników w kolejnej (trzeciej już) odsłonie czytelniczych polecanek, w której prezentuje wyciąg z tego wszystkiego, co przeszło przez moje oczy, ale zdążyło zostawić ślad, który utrwaliłem w jakichś notatkach. 

Na początek dwuczęściowa (1, 2 i komentarz od redakcji) historia Jane Doe, będąca całkiem niezłą (i smutną) lekcją na temat opierania się na jednostkowych przypadkach. Dotyka też dość zgranego tematu, jakim są stłamszone wspomnienia. W telegraficznym skrócie: pojawia się podejrzenie molestowania dziewczynki przez matkę, podejrzenie staje się kluczowym argumentem w sporze między rodzicami, matka traci prawa rodzicielskie; mija kilkanaście lat i matka cierpliwie odbudowuje relacje z córką, na scenę wkracza badacz i wyciąga z córki ukryte wspomnienia o molestowaniu; matka na zawsze traci szanse pojednania, reszta świata - szansę poznania prawdy. 

Pamiętacie sprawę psychologa, który w sprytny sposób odkrył prekognicję? Paru badaczy postanowiło powtórzyć jego eksperymenty. Pytanie brzmi, kto ma to opublikować? Czasopismo, w którym opublikowano oryginalny pejper, nie bardzo się do tego kwapi. Bajdełej, jeden z autorów nowego badania to strasznie ciekawy człowiek: były magik, sceptyk, profesor psychologii eksperymentalnej, autor zajebistych książek. Wogle, to mam właśnie jedną w plecaku i jest, you guessed it, zajebista. Takie notki można na jej podstawie klecić! 

W poprzedniej notce, która powstała dość spontanicznie (co nie oznacza, że był chaos), pomędziłem trochę o postrzeganiu katastrof naturalnych przez ludzi i podlinkowałem materiały edukacyjne. Pora zrobić to ponownie w miejscu, w którym i tak miały się znaleźć, a więc jeszcze raz artykuł i wywiad z dr Prothero. 

Dalej, mamy opublikowaną w Nature zapowiedź nowego show pt. "Jak oni programują", czyli kilka słów na temat tego, jak naukowcy radzą sobie z programowaniem, nie będąc programistami per se. Ano, różnie, co wyszło na światło dzienne chociażby przy okazji Climategate. 

I skoro już padło słowo "klimat", to podlinkuję wyłowioną w bezkresnym morzu informacji internetową encyklopedię przyjaznych środowisku technologii. Sporo do poczytania. 

W międzyczasie, J.E. Benedykt Husajn Obama (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać) przeciął trwającą od dawna kontrowersję na temat tego, czy naprawdę urodził się na terytorium Stanów Zjednoczonych, pokazując swój akt urodzenia. Czy podjął właściwą decyzję? Tego nie wiem. Jest jasne, że w ten sposób raczej przekonał przekonanych niż rozbił teorie spiskowe. Bo, powiedzmy sobie szczerze, czy widział kto teorię spiskową, która rozleciałaby się pod wpływem dowodów? Dwa materiały poglądowe. 

Steven Novella, prowadzący znakomite The Skeptics' Guide to the Universe i generalnie strasznie zajęty człowiek, trafił do programu Mehmeta Oza, poświęconego alternatywnej medycynie (roboczy tytuł programu to "Dlaczego lekarze boją się medycyny alternatywnej?"). Co z tego wynikło i jak się siedzi w paszczy lwa, można dowiedzieć się z relacji samego Novelli. 

Prawie na koniec pierdółka, kilkuletni tekst o rządach Busha Juniora i przyświecającej im filozofii. Godny uwagi jest przede wszystkim akapit, w którym po raz pierwszy występuje termin "reality-based community". Fajny termin, czasami go używam w celu samoszufladkowania. 

Z drobiazgów mam też fascynujący artykuł nt. STUXNETu, czyli wirusa, dzięki któremu nie mogłem pozbyć się myśli, że obiecana przyszłość nadeszła. 

Na zakończenie udajemy się do odległej Ameryki i oglądamy trzy pocztówki: o dyskryminacji kobiet na rynku pracy (uwaga, PDF), o wieloletniej stagnacji płac i trzecią, z kilkoma pracującymi więźniami. Na odwrocie tej ostatniej ktoś napisał: "BAD IDEA". 

niedziela, 01 maja 2011

Przez większą część dnia udawało mi się odseparować od beatyfikacji Jana Pawła II. Nie zaglądałem na portale, nie włączałem radia i ignorowałem błagalne wezwania ze strony telewizora. Do czasu. Po obiedzie na Blipa przyszedł ^inzmru i zaczął zachwalać erupcję papizmu na głównej stronie serwisu Wyborcza.pl słowami, których nie zacytuję, bo aż się wstydzę. Kliknąłem (zawsze klikam w linki wtedy, gdy nie powinienem tego robić), zobaczyłem zajawkę reportażu o Pokoleniu JP2 i rozpłynąłem się w morzu niewiarygodnego infantylizmu. A potem przyszły instrukcje, żeby napisać na ten temat notkę.

Wyjaśnienie dla osób, które samego reportażu nie przeczytały i mogą dalej się pogubić - to rozłożona na dziewięć podstron relacja z rozmów z sześcioma osobami, dla których papież był bardzo ważny. Ze względu na rozmiary reportażu i ilość tekstu do ogarnięcia, rozdzielono go pomiędzy troje pióropałkarzy, zaprawionych w wiwisekcji wielopoziomowego bełkotu. Część artykułu przypadła ^astragalizo, część otrzymała ^szprota, resztą tekstu zająłem się ja. Kryteria rozdziału są nieoczywiste. 

No, ale przejdźmy do rzeczy. Na trzeciej stronie Marzenka dzieli się ze światem taką oto refleksją:

Dokąd zmierza świat? Do końca. To już się dzieje, myślę, że skończy się jeszcze za mojego życia. Koniec świata to nie będzie takie wielkie "bum!". Będzie, jak mówi Apokalipsa: pożary, trzęsienia ziemi, zaćmienia słońca. Proroctwo się już spełnia, znaki są widoczne, wystarczy popatrzeć na Japonię czy wulkan na Islandii. Tak jest napisane.

Daty nie znam. Byłoby rewelacyjnie się do tego przygotować, być wyspowiadanym, w stanie łaski uświęcającej.

Rzeczywiście, rewelacyjnie. Ludzie, którzy myślą o końcu świata, nieodmiennie mnie przerażają. Wyczekiwanie końca świata i końca swojego ziemskiego życia jest postawą mi obcą i całkowicie sprzeczną z fundamentami, na których sobie posadziłem światopogląd. Jakimi? Że życie jest krótkie. Że każdy z nas ma tylko jedną szansę, żeby nie być draniem. Że dobrze byłoby na łożu śmierci uśmiechnąć się na myśl o dobrym życiu, które się przeżyło. I takie tam drobiazgi, co do których mam świadomość, że mogą nie wytrzymać konfrontacji z rzeczywistością. A oni co? Marzenka zabobonnie patrzy na świat, w relatywnie małej erupcji wulkanu widząc zapowiedź jego końca. Wciąga beznadziejnie obciążony, nacechowany sensacją i strachem medialny ekstrakt z rzeczywistości i trawi swoje życie na bezsensowne rytuały. Kosmitka, zupełna kosmitka. 

A, żeby było zabawniej, to nie dzieje się przecież nic nadzwyczajnego[1]. Katastrofy naturalne są nieprzewidywalną, chaotyczną normą, ostatecznym przykładem czarnego łabędzia, i stykamy się z nimi od stuleci. Jak ktoś ładnie ujął, civilization exists by geologic consent, subject to change without notice. A my, ludzie, jesteśmy ułomni i kiepsko przychodzi nam postrzeganie takich zdarzeń w odpowiednim kontekście. Nie dość, że rzeczom bieżącym przypisujemy znacznie większą wagę niż przeszłym, to w dodatku żyjemy zbyt krótko i mamy zbyt zawodną pamięć, żeby sensownie ocenić wyjątkowość jednego trzęsienia ziemi lub wulkanu. Jest nawet gorzej, bo skupiamy się na pojedynczych, rzadkich i przemawiających do wyobraźni zdarzeniach, które kojarzą się z mitycznymi apokalipsami, zapominając o tysiącach małych, codziennych apokalips, które pochłaniają o wiele więcej ofiar. Wiecie, burze śnieżne, fale upałów, tornada, wypadki samochodowe. Ponieważ nie jest to dobry moment, żeby taki temat roztrząsać, polecę tylko fajną rozmowę z dr Donaldem Prothero, geologiem. 

Z kolei Justyna pracuje w KAI i ma sporo do powiedzenia na temat papieża:

Jan Paweł II zawsze miał dobry kontakt z młodzieżą. Młodzieży takie rzeczy są niesamowicie potrzebne. Młody człowiek mógł zobaczyć, że nie jest kosmitą, który wierzy w Boga w świecie, w którym jego koledzy nie wierzą, że jest wokół mnóstwo takich ludzi. Bo zdarza się, że w swojej wsi jest w tygodniu w kościele sam ze starszymi osobami.

Mam umiarkowanie dobrą wiadomość dla Justyny – nieobecność młodych ludzi na mszy w dni powszednie nie musi oznaczać, że młode pokolenie uważa wiarę w Boga za obciach. To nie wirus ateizmu, to konsekwencja zmian społecznych i ekonomicznych. Sto lat wcześniej ci sami młodzi ludzie pracowali w miejscu zamieszkania, najczęściej w rolnictwie i prowadzili zupełnie inny tryb życia niż obecne pokolenie. Większość dziś nieobecnych na mszach prawdopodobnie dojeżdża do szkoły / pracy w większych miejscowościach i wycenia swój wolny czas zupełnie inaczej niż przodkowie. Na mszę o 18 trzeba zdążyć i trzeba mieć na nią czas. Czy to wiąże się ze zmianą podejścia do spraw wiary i religii? Oczywiście, byt kształtuje świadomość, a zamożność zmiata tradycję. Tym bardziej doceniamy odwagę i świadectwo wiary Justyny.

Nieco niżej Justyna dzieli się swoim sposobem na zgodne życie rodzinne.

Mój tata dużo pracował, często nie było go w domu i nie chciałabym, żeby tak było u nas. Myślę, że zabrał sobie i nam coś, co już nie wróci. Z Kubą wolimy, by nasze dziecko nie chodziło do najlepszej szkoły albo nie miało jakichś gadżetów, ale żeby miało rodziców. Poza tym codziennie oprócz wspólnej modlitwy wieczorem dziękujemy sobie i przepraszamy się za to, co było źle. To oczyszcza nam relacje. Mamy rozliczony dzień. U ludzi czasem błahostki ciągną się przez lata.

Tylko jedną uwagę mam – w momencie, gdy z oczyszczania relacji robicie codzienny rytuał, to przestaje działać. Serio.

Dalej, na piątej i szóstej stronie wypowiada się dość smutna postać, człowiek najwyraźniej głęboko doświadczony przez życie, który spędził wiele lat w szpitalu (w tym kilka miesięcy na onkologii). Zanim się wykaraskał, widział zapewne więcej ludzkich tragedii niż przeciętny zjadacz chleba. Kilka lat temu odkrył, że jest homoseksualistą, pozostaje w stabilnym związku, ale uważa homoseksualizm za nienaturalny i cierpliwie znosi kolejne upokorzenia. Jakie mogą być konsekwencje takiego dwójmyślenia, mogę tylko spekulować, mam luksus niebycia w takiej sytuacji. I od czasu wyprowadzki do DC ani razu nie przyjąłem księdza, w przeciwieństwie do bohatera reportażu:

W tym roku było tak, że wszedł ksiądz do naszego nowego mieszkania i pyta: a panowie tutaj wynajmują, studiują? Nie, mieszkamy razem. Ale to brat? Nie, to mój partner. Ksiądz nie wiedział, jak się zachować, a ja go poprosiłem, żeby nam poświęcił to nowe mieszkanie, żeby tu było normalnie. To zaczął sobie od niechcenia kropić, ale co najważniejsze - kopertę wziął. Było 200 zł, będzie miał na benzynę. Ksiądz był obojętny, taki zimny.

Nie wiem, co wywołuje u mnie większe zdziwienie. To, że ten człowiek nie ma najmniejszego problemu z tym, że utożsamia się z organizacją, która zasadniczo nie akceptuje tego, kim jest? To, że bezwstydnie przyznaje, że księdzu płaci za wykonanie pewnego rytuału? A może to, że wierzy w skuteczność takiego wymuszonego rytuału? Jeżeli nie wierzy, dlaczego to robi? 

Stąd płynnie przechodzimy do opowieści Aleksandry, przyszłej biolożki, być może największego zaskoczenia tego artykułu. Aleksandra studiuje na UKSW (oceniając na podstawie wieku, powinna być w połowie studiów kończyć już studia) i stan jej umysłu wydaje się kompletnie nie pasować do tego, co możemy sobie wyobrażać na temat przyszłych naukowców.

Ci, dla których zarodek nie jest dzieckiem, żyją według zupełnie innych zasad moralnych. Mam siostrę po pielęgniarstwie. Kiedyś na testach właściwą odpowiedzią na pytanie, kiedy zaczyna się życie dziecka, było, że od poczęcia. Teraz już rezygnują z tych pytań.

Pytanie z kategorii „Kiedy zaczyna się życie dziecka?" jest beznadziejnie niedookreślone i - na poziomie języka - zamglone ideologią. Nie da się na nie sensownie odpowiedzieć na gruncie biologii i medycyny. "Teraz już rezygnują z tych pytań" znaczy tyle, że ktoś naprostował ideolotest. Gorzej, że pewnie potem, jak u Tomasza P. Terlikowskiego, wprowadzą obowiązkową aborcję. I nie będzie ucieczki przed zupełnie innymi zasadami moralnymi.

Przy in vitro z kolei giną inne dzieci. Poza tym dzieci z probówki będą rodziły dzieci z probówki, bo jak wywołują sztuczne jajeczkowanie u kobiety, to ich córki też mogą mieć chore jajeczka. Im bardziej ingerujemy w płodność człowieka, tym bardziej mamy z nią problemy. Na wykładzie mówili też, że u dzieci z in vitro pojawia się bardzo dużo chorób. Nawet jak ktoś jest za zachowaniem gatunku, to powinien być przeciwko in vitro. Zawsze można kogoś adoptować.

Dzieci z probówki będą rodziły dzieci z probówki, które będą rodziły dzieci z probówki. Gdyby jeszcze na dokładkę dorzucić ideę preformacji, to mamy istny horror. Chociaż, może dokładnie o to nam chodzi - o całkowite oddzielenie seksu od prokreacji. Kiedy cywilizacja śmierci spowije Wawel mrocznym całunem, a na krakowskim, królewskim wzgórzu wyrośnie zamek nekromanty, wszyscy ludzie będą z probówki i zapanują zupełnie inne zasady moralne. A tak bardziej serio, to mamy tu cztery wątpliwe tezy:

  1. Przy in vitro giną ludzie. To jest jednak wyznanie wiary i, jakkolwiek dziwne i szkodliwe by się nie wydawało, zasadniczo nie da się z tym dyskutować.
  2. Bezpłodność jest genetyczna i jej propagacja w populacji nie leży w interesie społeczeństwa. Pierwsza część tezy jest prawdą tylko w niektórych, ściśle określonych przypadkach. Druga pachnie eugeniką, pozwolicie państwo, że podziękuję.
  3. Dzieci z probówek są chore. Nie do końca.
  4. Adopcja jest alternatywą dla in vitro. Bo adopcja i in vitro to doskonałe substytuty. Totalnie.

Najbardziej porażający jest jednak absolutny brak krytycyzmu. Biologia to piękna dziedzina wiedzy, informuje nas o tym, skąd przychodzimy i – do pewnego stopnia – kim jesteśmy. Wykastrować tę przygodę, okroić ją do sterty ideologicznie motywowanych sloganów, oto miara prowincjonalności tej uczelni i tego kraju.

Homoseksualizm w większości wypadków to też jest kwestia wyboru, a nie natury. Mój kolega, który wychowywał się bez ojca, powiedział, że o mało nie wpadł w homoseksualizm, ale teraz już nie ma takich myśli.

Rozłóżmy tę wypowiedź na kawałki. Po pierwsze, mamy tu dowód anegdotyczny. Po drugie, jakieś znaczenie dla przypadku tego kolegi miałby mieć fakt, że wychowywał się on bez ojca. W istocie, wychowywanie dziecka bez ojca ma być jednym z „czynników ryzyka homoseksualizmu", o których tak lubią rozprawiać badacze z alternatywnym spojrzeniem na kwestię podłoża tego zjawiska. Czego nie konsensus naukowy raczej nie potwierdza. Po trzecie, kolega Aleksandry najwyraźniej na pewnym etapie swojego życia odczuwał pociąg do przedstawicieli tej samej płci. Gdzie na spektrum rozciągającym się od czystego homoseksualizmu do czystego heteroseksualizmu się znajdował, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Kto wie, może z powodów ideologicznych stłamsił ważną część swojej tożsamości? No, ale teraz już nie ma takich myśli. Porządek panuje w Warszawie.

Prezerwatywy w Afryce wcale nie zabezpieczają przed wirusem HIV, bo on jest tak mały, że może przez nie przejść. Czytałam badania o tym, że jedno państwo w Afryce nie wprowadzało prezerwatyw, a namawiało do wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej. Okazało się, że we wszystkich zachorowalność się zwiększyła, a w tym jednym zmniejszyła.

Tak, to sama prawda. Ten wirus przechodzi przez te pory z łatwością, z jaką Wojciech Cejrowski przez plastikową obręcz w starej tubce, którą źli ludzie usunęli z YT. Jeśli ktoś jednak ma wątpliwości, jak to z tymi porami w prezerwatywach jest, polecam wpis na martwym blogu Januarego.

Przeskakujemy na dziewiątą stronę, gdzie pojawia się Edyta, która lubi koty. Edyta przeżyła toksyczny związek. Zasadniczo, z jej relacji wynika, że mieszkała z mężczyzną przed ślubem i Bóg ukarał ją tułaniem się po świecie i nieudanym małżeństwem. 

Wysłałam do Stanów wiele książek. Był ze mną Wojtyła, "Miłość i odpowiedzialność". Pisał, że seks to mocna sfera, która może dawać złudzenie bliskości. Istnieje ryzyko, że drugi człowiek przestanie być człowiekiem, a zacznie być przede wszystkim elementem naszej przyjemności. Co nam daje próbowanie kogoś? Druga osoba nie jest rzeczą. To jak z junk food. W krajach dobrobytu ludzie cierpią na otyłość i jednocześnie w związku z tym umierają z niedożywienia, bo jedzą pokarm bez składników odżywczych. Czy seks dostarcza tego, czego wszyscy jesteśmy tak głodni?

Nie, ale z pewnością dostarcza to modlitwa. Modlitwa potrafi też zapewne udzielić odpowiedzi, w jaki sposób ktoś może jednocześnie spożywać za dużo kalorii i głodować (posiadanie tasiemca pomijamy). 

Czystość przedmałżeńska... Nigdy nie zdarzało się, żebym spała z kimś, o kim bym nie myślała, że będzie ojcem moich dzieci.

Nie potrafię tego zrozumieć. Literki układają się w słowa, słowa układają się w zdania, zdania nie chcą się w nic ułożyć. Moje tłumaczenie jest takie: „Zachowałam czystość przedmałżeńską, bo tę zasadę łamałam tylko wtedy, gdy sądziłam, że w przyszłości będę mogła sobie to zracjonalizować w ten sposób, że i tak by się to stało, bo przecież ostatecznie wzięliśmy ślub i mamy dzieci", ale to się kupy nie trzyma. Tak czy owak, mózg się lasuje. 

Powody, dla których cały ten reportaż mnie skręcił, są trzy:

  • Po pierwsze, to dość konsekwentnie uprawiany przez gazetę (i zaprzyjaźniony portal) papizm: od specjalnych wkładek opowiadających o cudach papieża, poprzez felietony Jana Turnaua i utworzenie strefy wolnej od myślenia w "Gazecie Świątecznej", aż po próbę rozniecenia w Polakach tej iskry, która tak pięknie płonęła 6 lat temu. 
  • Po drugie, ktoś to zrobił, ktoś pojechał w teren, ktoś napisał ten reportaż i ktoś zaakceptował do druku. Za jakie grzechy? 
  • Po trzecie, jak to się wyraził był mój kolega, "ci ludzie są jacyś dziwni". Obcy, infantylni, bezkrytyczni, miejscami sprawiający wrażenie niedostosowanych do współczesnego świata, krótko mówiąc - wykolejeni. Na pewno nie są próbką reprezentatywną dla tego, co 6 lat temu określano mianem "Pokolenia JP2". Nie wiem, może są reprezentatywni dla tej jego części, która uwierzyła w istnienie Pokolenia JP2? 

Po znanym filmie pt. "Pokolenie JP2 - żenada, która stała się fikcją", czas na sequel: "Pokolenie JP2 - fikcja, która stała się żenadą".

[1] - Nie, nie bagatelizuję tych tragedii. Nie, nie pomniejszam rozmiaru cierpienia, z jakim się wiążą. Mam na myśli wyłącznie to, że makroperspektywy nie dzieje się nic nadzwyczajnego - to nie jest tak, że mamy teraz nadzwyczajnie dużo trzęsień ziemi. W horyzoncie czasowym, w którym warto rozważać takie zjawiska, znajdujemy okresy równie wielkich zaburzeń, chociażby lata 60-te zeszłego wieku. 

Tagi