from here to reality
sobota, 30 maja 2009

Internety dziwnym miejscem są. Od czasu do czasu społeczność anonimowych chamów, trolli i wioskowych idiotów rzuca się z zapałem na całkiem odczapową ideę i zamienia ją w samobieżny obwoźny cyrk, który przez krótki czas rządzi wyobraźnią internetowych krzykaczy. Hit ostatnich tygodni to podkoszulek z trzema wilkami i księżycem, który prezentuje się następująco:

+10 do samozajebistości

Podkoszulek jak podkoszulek, nieprawdaż? Ależ skąd, to nie jest nawet błędne. To fenomen, który proste żywoty nudnych ludzi odmienia diametralnie, stawiając wszystko na głowie i prostując kręte ścieżki losu. Zobaczmy, co do powiedzenia mają zadowoleni konsumenci.

Unfortunately I already had this exact picture tattooed on my chest, but this shirt is very useful in colder weather.

The Three Wolf Moon T-Shirt gave me a +10 resistance to energy attacks, +8 Strength, and added 30 feet to my normal leap. I cannot list the specific effects involving the opposite sex as I am still discovering these. And they are many. Since owning the Three Wolf Moon T-Shirt, I have successfully solved 7 crimes in my city, including 4 cold case murders. The local police force is currently wishing to retain my services

Niektórych inspiruje do podejmowania odważnych prób poetyckich...

wolves upon my shirt 
howling, i stalk my prey too 
in my mom's basement

... a innych po prostu do rzeczy wielkich...

Last night I was wearing the Wolf shirt and clipping my toenails. Of course I was drinking whiskey because who doesn't love to get drunk and clip their toenails. Halfway through the bottle I couldn't tell if my pinky toe had any nail left, so I just kept clipping and clipping until I saw blood. Then I felt the Wolf; I had to taste the sweet blood. The flavor made me hunger for more as I began gnawing my foot until I was overcome with raw Wolf aggression. The whiskey in my blood only made my flesh taste more delicious, and made me more drunk. I began to get lightheaded and I took a nap. PROS: Awesome Wolf graphic. CONS: Missing foot.

When I put this T-shirt on for the first time, my wife left me! Thank you, Three Wolf Moon T-Shirt!

Są też korzyści dla nerdów:

Then one evening I was eating a Family-Sized bag of Cheetos and watching the Doctor Who episode "Tooth and Claw" when a wondrous thing happened. Just as Queen Victoria was being menaced by the werewolf, the Moon graphic over my heart started to pulsate and the orange Cheeto detritus on my fingers glowed with a brilliant, neon light. I was instantly transported to another plane of existence where fact and fiction, and reality and fantasy are mere words because the lines of distinction between such banal concepts are erased and meaningless. 

I am now a Time Lord. I have regenerated multiple times and the mundane physical features of my body no longer concern me or cause me a moment's consideration. I am able to travel freely in time and space and between alternate realities. I have battled lizard warriors with Captain Kirk, destroyed Death Stars with Han Solo, and, yes, made sweet love to Princess Leia. I am writing to you from the future. BUY THIS SHIRT! 

PROS: No TARDIS required 
CONS: Bad Wolf

Ja w swoim życiu najchętniej przywitałbym takie zmiany, jak poniżej:

This item has wolves on it which makes it intrinsically sweet and worth 5 stars by itself, but once I tried it on, that's when the magic happened. After checking to ensure that the shirt would properly cover my girth, I walked from my trailer to Wal-mart with the shirt on and was immediately approached by women. The women knew from the wolves on my shirt that I, like a wolf, am a mysterious loner who knows how to 'howl at the moon' from time to time (if you catch my drift!). The women that approached me wanted to know if I would be their boyfriend and/or give them money for something they called mehth. I told them no, because they didn't have enough teeth, and frankly a man with a wolf-shirt shouldn't settle for the first thing that comes to him.

I arrived at Wal-mart, mounted my courtesy-scooter (walking is such a drag!) sitting side saddle so that my wolves would show. While I was browsing tube socks, I could hear aroused asthmatic breathing behind me. I turned around to see a slightly sweaty dream in sweatpants and flip-flops standing there. She told me she liked the wolves on my shirt, I told her I wanted to howl at her moon. She offered me a swig from her mountain dew, and I drove my scooter, with her shuffling along side out the door and into the rest of our lives. Thank you wolf shirt.

Ceny zaczynają się od 13 dolarów. Chyba wreszcie wyrobię sobie kartę kredytową dla samego tylko tiszerta z trzema wilkami.

sobota, 23 maja 2009

Uwielbiam od czasu do czasu pogrzebać sobie w śmieciach, to z reguły bardzo pouczające doświadczenie (jak wizyta w gabinecie krzywych luster), nie mniej jednak czasem nachodzą mnie wątpliwości. Po co? Dlaczego czytam "Sukcesy i Porażki"? Dlaczego zaglądam w otchłań? Albo, przykładowo, co ja właściwie robię na pl.pregierz, tej jedynej w swoim rodzaju grupie dyskusyjnej, gdzie w jednym wątku można równolegle śledzić dyskusję taoisty z konfucjanistą i nawalankę o ssaniu autorytetów, gdzie można się dowiedzieć, że Hitler w sumie to miał rację, gdzie zadeklarowani prawicowcy z zacięciem godnym lepszej sprawy ujawniają przerażający spisek Bushitlera[1] dotyczący zamachu na WTC. A, właśnie, skoro już przy tym jesteśmy, to możemy sobie porobić to, co tygrysy kochają najbardziej, czyli popatrzeć w otchłań.

Z różnych powodów (w zakresie tematycznym tej notki nie leży nawet ich wypunktowanie, to wszak nieco bardziej frapująca kwestia) zamachy z 11 września 2001 r. stały się najulubieńszym tematem dla spiskologów. Nie zrozumcie mnie źle, spiskolog jest w stanie na motywach dowolnego wydarzenia ulepić oporną i odporną teorię spiskową. A jeśli wydarzenie jest nieomalże przełomowe, to musimy dostać w rezultacie istną eksplozję nonsensownych pomysłów. Naturalnie, nie wszyscy wyznawcy teorii spiskowych są maniakami o nadzwyczaj otwartych głowach (i w ogóle nie przyszło mi tu do jakiekolwiek skojarzenie zawierające serwis Rotten.com), duża część zapewne spokojnie sobie żyje, zadowalając się przekonaniem o swojej moralnej i epistemicznej wyższości nad zmanipulowanymi masami. No, ale jak któryś pójdzie w lud, to nie ma bata. Dyskusje ze spiskologami zawsze mają w sobie silny pierwiastek masochistyczny. Taka rozmowa w najgorszym razie jest waleniem głową w mur (lub, ekwiwalentnie, otwieraniem politechniki w Opolu Lubelskim), w najlepszym zaś ciekawym doświadczeniem antropologicznym. Trudno bowiem o lepszy przykład Innego. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Oczywiście, testowalność tezy konspiracjonizmu jest zasadniczo zerowa. Fakt potwierdzający jest przyjmowany z otwartymi rękoma, choć z rygorystycznego punktu widzenia narzucanego przez metodologię nauk prawie nic nie znaczy. Z kolei fakt obalający spiskologiczną teorię albo nie istnieje (słusznie i zbawiennie jest zignorować np. zeznania świadków, którzy widzieli samolot uderzający w Pentagon), albo jest sfałszowany. Tak po prostu. Rozmowy pasażerów lotów 93, 77 i pozostałych zostały oczywście spreparowane za pomocą specjalistycznego oprogramowania. Upierdliwcy zauważyliby już, ze extraordinary claims require extraodrinary evidence, ale spiskolog fakty radośnie wyprowadzi z ewentualności. Otóż, widzicie, jest sobie gdzieś tam technologia, która pozwala na podstawie próbek głosu stworzyć dowolne nagranie. Gdzie jest teraz nasz Bóg, drodzy racjonaliści? Bóg siedzi w szczegółach. Jak wiadomo, boty konwersacyjne są coraz lepsze i doskonalsze. Co stoi na przeszkodzie, żeby je zaprogramować tak, aby udawały spiskologów od WTC i siały dezinformację. Jest to możliwe, ergo: ruch 911 Truth to boty.

Dodatkowo, wypada w spiskologicznym świecie wierzyć w metafizyczną słuszność własnego stanowiska. Jak wszystkim wiadomo, Galileusza i innych wizjonerów też kiedyś prześladowal! Twierdzenia o odpowiedzialności Sowietów za Katyń też uważano za teorie spiskowe! A Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa to też przykład udanego spisku! I gadaj tu z takim, przekonaj, że to wszystko jest kompletnie nierelewantne. Jeśli o coś chodzi w spiskologii, to w najmniejszym stopniu o materiał dowodowy.

Z innej beczki: w normalnym świecie brak dowodów jest brakiem dowodów, w przestrzeni typowych błędów brak dowodów jest dowodem braku (np. brak sygnałów od obcych cywilizacji jest jakoby argumentem przemawiającym za ich nieistnieniem), w wyrojonych umysłach spiskologów brak dowodów też jest dowodem. Nie ma dokumentów świadczących o kontaktach rządu USA z kosmitami, ponieważ dokumenty te zostały zniszczone. Nie ma świadków uderzenia rakiety w Pentagon, bo albo zostali zlikwidowani przez smutnych panów, albo zastraszono ich i zmuszono do milczenia. Powiada się, że większość ludzi co noc jest regularnie uprowadzana przez szatańskich ufonautów w ramach cyklicznego programu pobierania gamet. Chyba nie muszę dodawać, o czym świadczy to, że nikt tego nie pamięta. A tak w ogóle, to srsly, ja ciągle nie wiem, czy Jan Pająk jest autentycznym i patentowanym wariatem czy trwającym od niepamiętnych czasów eksperymentem socjologicznym.

Wreszcie, spiskolodzy kochają dramę. W tym superracjonalnym świecie, w którym przypadki się nie zdarzają, a zbiegi okoliczności to w rzeczywistosci wynik zaplanowanych w każdym szczególe celowych działań ukrytych agentów, jest zaskakująco dużo autentycznych emocji. Zaprzeczasz Teorii Kontrolowanego Wyburzenia? Jesteś taki sam, jak ci, co zaprzeczali Katyniowi - ni mniej, ni więcej, komunistą. Uznajesz oficjalne raporty dot. WTC za cenne źrodło informacji? Ach, dajesz się Bushitlerowi... ekhem... w ekhem. Nie jesteś fanem "Loose Change", "Trzeciej wieży" lub kretyńskiego materiału z WP? Żyjesz więc w Matrixie [ i tu refleksja nad potęgą Majestic 12, które nawet inteligentnych ludzi zdołało oszukać ]. If all else fails, spiskolog postara się ściągnąć wszystkich do swojego poziomu:

też dałeś się zahipnotyzować Bushowej administracji? zapomnij na chwilę o wszystkim co wiesz na ten temat i zastanów się przez moment jak kilkunastu Arabów będących rzekomo przeciętnymi pilotami zaopatrzonymi w plastikowe noże mogło dokonać tak bezprecedensowego zamachu terrorystycznego, a przesławne, dysponujące wielomiliardowym budżetem siły zbrojne USA nie kiwnęły nawet palcem aby temu zapobiec. naprawdę, brzytwa Okhama + is fecit cui prodest powinno rozjaśnić mroki Twojej naiwności i ignorancji.

No właśnie, jeśli zapomnimy o wszystkim, co wiemy, jeśli zignorujemy całą naszą wiedzę na temat ludzkich zachowań i technicznych możliwości przygotowania takiego spisku, jeśli przez okno wyrzucimy rozsądek, rozum, oczy i uszy, to może faktycznie nie pozostanie nam nic innego, jak uwierzyć fantastom, którzy wprawdzie w dokumenty nie wierzą, ale byle filmik na YT łykną bez sprzeciwu. Jednym z najpiękniejszych świadectw tego, co się dzieje w zwichrowanych umysłach spiskologów, jest sprawa relacji o zawaleniu WTC7 w BBC. Oto dziennikarka BBC twierdzi, że budynek WTC7 też się zapadł, choć wyraźnie w tle widać, że wciąż stoi i chyba ma się dobrze. O co więc chodzi?

Całkiem naturalnym wytłumaczeniem jest pomyłka. Ktoś w tym całym chaosie (chyba nie trzeba nikomu przypominać, że w tym dniu okoliczności z całą pewnością nie były zwyczajne) mógł pomylić about to collapsehas also collapsed. Tym bardziej, że ten budynek największą sławę zyskał dopiero po zawaleniu, kiedy stał się ulubionym tematem dla spiskologów. Co zwolennik teorii spiskowej zaproponuje w zamian? Pomyłka jest wykluczona, zbiegi okoliczności się nie zdarzają, nie w takim dniu, to zbyt podejrzane. Dziennikarze w tym dniu dostali gotowe skrypty do wiadomości i - trzymani na muszce przez facetów w czerni - realizowali napisany już dużo wcześniej scenariusz. Paradne, nieprawdaż? Spisek wyjaśnia luki w innym spisku. Jest taki skecz MP, w którym detektyw wpada do cudzego domu z zamiarem zbadania morderstwa, a gdy dowiaduje się, że nie było żadnego morderstwa, powiada: No murder? No, it's too simple.

A co, jeśli oni mają rację? To jest piękne ćwiczenie, moi drodzy. Dla mnie całkowicie przekonujące, aż dziw, że nikt z "drugiej strony" lustra nigdy go nie wykonuje. Uwierzyć, że w Pentagon walnęła rakieta, że wieże i WTC7 zostały wysadzone w powietrze, to uwierzyć w spisek obejmujący setki i tysiące osób. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Pomyślmy chociaż o ekipie, która musiała rozrzucić na trawniku przed Pentagonem wszystkie części samolotu i o ich kolegach, którzy pracowicie pod osłoną nocy wycinali stojące na drodze rzekomego samolotu latarnie.

Jeden z moich wykładowców zwykł po wyprowadzeniu prostych wniosków z jakichś strasznie zagmatwanych modeli pytać, dlaczego w ogóle się tym przejmujemy. No właśnie, dlaczego w ogóle przejmuję się idiotami? Fakt jest faktem, że w tym natłoku pseudonauki i teoriospiskowych bredni tylko niektóre twierdzenia są realnie szkodliwe. Od paplania o Złym Rządzie, Który Spreparował WTC nikomu krzywda się nie dzieje, za to namawianie chorych na raka, żeby leczyli się homeopatycznie, jest już zbrodnią i monstrualnym wręcz kurestwem. Gorzej, że nie da się wyznaczyć jednoznacznej granicy oddzielającej nieszkodliwe bzdury od niebezpiecznych ideologii[2]. Zero tolerancji, powiadam, zero tolerancji. Bo jeśli my będziemy milczeć, któż przemówi?

[1] - piękna zbitka. Ktokolwiek to wymyślił, ma u mnie wielkie piwo za umieszczenie w jednym wyrazie nazwisk Busha i Hitlera oraz przeuroczego anglijskiego słowa shit. Klasa.

[2] - jak słusznie zauważył Daniel Pipes, wszyscy wielcy zbrodniarze XX wieku (poza Bushem ;) ) mieli solidnego spiskowego bzika. Psipadek?

piątek, 22 maja 2009

Mam ja głupią mianierę klikania w każdy link, który mi ktoś podeśle lub który wyda mi się choć trochę bardziej interesujący, niż zwykły internetowy szum informacyjny. Tą razą trafiłem na coś takiego:

Wczorajsze zdjęcia ukazujące 31-letnią aktorkę Sylwię Gliwę z 19-letnim kochankiem podzieliły Polskę.

Polsko, czy czujesz się podzielona? Bajdełej, kto to jest Sylwia Gliwa?

poniedziałek, 18 maja 2009

Niejaki Sidney Young w jednym z najśmieszniejszych filmów ostatnich 2-3 lat na wytwornej imprezie dla śmietanki pyta pretensjonalnego reżysera (obowiązkowe ciemne okulary) o to, jaki film można uznać za najwybitniejszy w historii. I, nie czekając na odpowiedź, sam dopowiada, że to "Con Air". Zaskakujące, nie? Najwyraźniej są dobre powody, żeby formułować tak zaskakujące tezy. Co więcej, w tym samym guście ja mam kandydata na najwybitniejszy teledysk w historii. "November Rain"? "One"? "Thriller"? Gdzie tam. Oto zwycięzca:

Ten i ów może pamiętać ten teledysk z czasów swojego dzieciństwa lub nieco bardziej posuniętej w czasie młodości. Dlaczego uważam, że to najlepszy teledysk, jaki kiedykolwiek nakręcono? Cóż, wszystko w nim jest przezarąbiste, od samego początku aż do końca.

  • NANA IS HERE! Nie można nie doceniać tej konwencji, która każe średniej jakości śpiew pięknych pań przeplatać rapowaniem (obowiązkowy Murzyn, najlepiej z nagim torsem)
  • Scena a'la "Terminator 2", gdy nasz Nana w formie półpłynnej wychodzi z pożaru, po czym krystalizuje się i - dokładnie tak, jak Robert Patrick - pewnym krokiem zmierza do celu. A potem jeszcze "Pstryk!", główny bohater zamienia garnitur a'la włoska mafia z lat 90-tych na mundur SWAT.
  • Faceci ze spluwami i w pełnym taktycznym rynsztunku cal po calu zdobywający wrogi teren. Nie wyobrażam sobie czegoś bardziej zarąbistego od żołnierzy sił specjalnych rozprawiających się z wrogiem (w tym wypadku z cieciami i inną obsługą).
  • Piękne panie, naturalnie, w gustownych perukach i przesadnym makijażu.
  • Osiemnastowieczne stroje, "operowe" głosy, cud-wnętrza i kulturalna publiczność, która potrafi docenić rozrywkę na najwyższym poziomie.
  • Jak wiadomo, człowiek potrzebuje dobrego bitu, dlatego lecący w tle "umcyk cyk, umcyk cyk" powinien stwarzać choćby pozory, że nie jest twórczym plagiatem. Tu mamy świetny bit w tle.
  • Owidiański motyw przemiany - tu nic więcej nie napiszę, bo nie użyłem właśnie słowa, które albo nie istnieje, albo istnieje (odkrywcze to było, nie ma co).

QRD, to były fajne czasy. Idę pograć sobie w Settlersów.

niedziela, 17 maja 2009

Ci z czytelników, którzy znają fenomenalny (after all we should remember that a murderer is only an extroverted suicide) skecz Monty Pythona pt. "Pirahna Brothers", pamiętają, że główny bohater był dżentelmenem i co więcej, wiedział, jak należy traktować mężczyznę przebranego za kobietę (przybił mi głowę do podłogi, ale złego słowa o nim nie powiem!). Niestety, nie wszyscy ludzie są tak tolerancyjni, jak Dinsdale. Tak, to będzie opowieść o przebieraniu się w damskie ciuszki prosto z cieplutkiego wydania specjalnego "Z Życia Wzięte". Nawiasem mówiąc, jestem ciut zdziwiony, że tak konserwatywne czasopismo decyduje się przybliżyć czytelnikom mroczny świat fetyszystów.

Poznajmy Andrzeja, trzydziestojednoletniego analityka danych pracującego w dużej firmie, lekko zahukanego i pozostającego przez pewien czas pod ostrzałem współpracowników. Piekło to inni ludzie, dawno temu stwierdził Sartre, co więc naszemu bohaterowi zrobiono? Jakie tortury zastosowano na niczego nie spodziewającym się analityku danych? Trzeba przyznać, że zaiste nieludzkie.

Kiedy przyszedłem tutaj pierwszego dnia, wokół mojego biurka od razu zaroiło się od babek. Zagadywały, przedstawiały się, chichotały i niby niechcący, siadając, podciągały w górę spódnice kostiumów, pokazując uda. Krążyły wokół mnie, niczym przysłowiowe sępy (...) Kiedy wreszcie zorientowały się, że nie jestem zainteresowany ich wdziękami, do akcji wkroczył jeden z kochających inaczej kolegów, a kiedy i jemu się nie powiodło, zacząłem być traktowany jak trędowaty.

Jak powszechnie wiadomo, gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Gdzie z kolei baba nie może, tam geja pośle. A jeśli gej nie może? Cóż, chyba tylko egzorcysta mógłby pomóc... I nie wiadomo, jakie środki nacisku zostałyby w końcu użyte, by złamać ducha Andrzejowego, gdyby te tortury trwały nadal. We firmie pojawiła się jednak piękna brunetka o smutnych oczach, która natychmiast zwróciła uwagę wszystkich innych. Wokół jej biurka zaroiło się od facetów. Zagadywali, przedstawiali się, chichotali i niby niechcący, siadając, podciągali w górę spodnie garniturów, pokazując łydki. Krążyli wokół niej niczym przysłowiowe sę... przepraszam, zagalopowałem się. W każdym bądź razie pozostała równie nieczuła na awanse biurowej kliki romansowej, co nasz Andrzej. Nic dziwnego, że poczuł jakieś powinowactwo do niej (tak jak ja czuję, że mam dużo wspólnego z Januszem Palikotem).

Ale ta nowa, Anna, fascynuje mnie i przyciąga z wielu względów. Czuję, ze podobnie jak ja, ona ma jakąś tajemnicę. Widzę to w jej smutnych oczach, wyczuwam, że ten dystans, który usiłuje zachować, jest tylko obroną przed atakiem.

99% zasuwających w korporacyjnych kieratach marzy o nadejściu weekendu, Andrzej też. Nie myślcie sobie jednak, że chciałby sobie poleżeć na kanapie i poczytać Coehlo.

To sobotnie i niedzielne wieczory pozwalały mi się oderwać od tej szarej, beznadziejnej codzienności, od ludzkiej podłości, zawiści i całego zła. Tylko wtedy mogłem się oddawać mojemu sekretnemu drugiemu życiu, czułem się szczęśliwy. W klubie Landryna, gdzie od pięciu lat śpiewałem, byłem naprawdę sobą. Tak jak dziś, kiedy siedząc w mojej ciasnej garderobie na zapleczu, z zadowoleniem spoglądam w wielkie, rzęsiście oświetlone lustro. A w nim nie ma już łysiejącego, smutnego urzędnika z podkrążonymi oczyma, ale piękna, cudownie uśmiechnięta ruda Lola. Tak, wiem, to wciąż szokuje, ale dwa razy w tygodniu przebieram się za kobietę. Tylko wtedy, gdy moja twarz ma na sobie makijaż, moje nogi opinają pończochy samonośne, a na głowie mam zmysłową rudą perukę, tylko wtedy czuję, że jestem naprawdę sobą.

Zacytowałem aż tak długi fragment, żebyście, Czytelnicy moi, poczuli to, co ja poczułem, gdy pierwszy raz to przeczytałem. Yyyyyyy? Tak, to jedna z tych chwil, gdy człowiek nie jest w stanie wydusić z siebie nic innego. Ach, zobaczyć 2girls1cup i umrzeć... No, ale zawsze zostanie nam Encyclopedia Dramatica. Ten wstrząsający opis przemiany i oczyszczenia, jakiego doznaje Andrzej, jest godny centralnych stron najlepszych powieści i wielu scen psychologizujących horrorów. Bajdełej, wyobrażacie sobie wilkołaka mówiącego spokojnym tonem, że tylko wtedy, gdy jego twarz ma ogromne kły, jego nogi opina futro samonośne, a na głowie ma zmysłowe spiczaste uszy, tylko wtedy czuje, że jest naprawdę sobą?

I akurat którejś nocy w klubie Landryna (co za sztampa) Andrzej-Lola (może raczej LOL-Andrzej) dostrzega swoją tajemniczą znajomą o smutnych oczach, jak trzyma się za rękę z przyjaciółką. No tak, nic dziwnego, że ci faceci odsłaniający przed nią łydki nie zrobili wrażenia. Biurowa Brygado Romansowa, trzeba było wysłać kobiety w minispódniczkach... Enyłej, powinowactwo między LOL-Andrzejem a Anną o smutnych oczach weszło właśnie na całkiem nowy poziom (coś jak Burj Dubai vs. PKiN).

Muszę zdradzić jej swój sekret, inaczej mi nie uwierzy. Doganiam ją, zanim zdążyła wejść do siebie i chwytam za ramię. Rozpaczliwie chcę, żeby mi uwierzyła. - To ja jestem Lolą, stąd ta wczorajsza dedykacja dla blond Anek, pamiętasz? - wyrzucam z siebie jednym tchem. Przez moment w jej oczach widzę błysk nadziei, ciekawości i zainteresowania, ale szybko gaśnie.

Cóż, ognik zainteresowania trzeba umieć rozniecić. Tymczasem kilka godzin później:

Zaintrygowałeś mnie dzisiaj tą historią z Lolą. Jestem jej wielką fanką, chodzę do Landryny od trzech lat i jeszcze mi się nie zdarzyło opuścić występu Loli.

Przypadki chodzą po ludziach, a wykolejony duszom najłatwiej się spotkać w klubach o pretensjonalnych nazwach. Zaiste, to może być początek pięknej przyjaźni. Uśmiechnięci, współobjęci, spróbujemy szukać zgody, choć jesteśmy niepodobni, jak dwie krople morskiej wody. Huh. W ten oto sposób Andrzej znalazł wreszcie przyjaciółkę, z którą wprawdzie nie będzie ten tego - wszak nie z każdej mąki jest chleb, musicie pamiętać - ale przynajmniej będzie szczęśliwy. Ktoś go rozumie. Razem będą robić psikusy nietolerancyjnym kolegom i koleżankom z pracy, razem będą rozmawiać o ubieraniu się u Prady i szminkowych dylematach. Zwykły analityk danych i zwyczajna babka z haeru mogliby nie znaleźć tak łatwo wspólnego języka, nieprawdaż?

Zaprzyjaźnić się z lesbijką, tak, to piękne marzenie. W szkole średniej wszyscy marzyli o tym, żeby spotkać dziewczynę znającą się na komputerach (w Action Magu były taaaakie dysputy), co oczywiście było nonsensownym rojeniem, ale niektórym ten zwichrowany romantyzm zostaje na dłużej. Przyjaźń z lesbijką? Hm, to całkiem sensownie brzmi na pierwszy rzut oka. Z jednej strony odwieczny dylemat dotyczący możliwości przyjaźni damsko-męskiej zostaje zabity z zalążku, bo znika jakiekolwiek ryzyko przekształcenia jej w coś więcej. Z drugiej zaś wciąż pozostaje lekka nadzieja, że może, że da się ją kiedyś przekonać... Mężczyźni w ogóle mają specyficzny stosunek do homoseksualnych zachowań u kobiet, ale to temat na dłuższy risercz i inną notkę.

Nasz kabarecik wciąż leci, bo nic nie sprawia nam z Anną większej radości, niż granie na nosie naszym nietolerancyjnym kolegom.

Huhuhu.

piątek, 15 maja 2009

Nie mam nic przeciwko czarnym, ale ręki to żadnemu nie podam!!! Znacie ten dowcipas, nieprawdaż? Mocno zużyty, ale można go zaliczyć do kategorii Obowiązkowych Dowcipów Sytuacyjnych, czyli takich, które bezwzględnie muszą się pojawić w określonych momentach. Nie mam nic przeciwko Żydom, ale te pejsy to mogliby sobie poucinać!!! Nie dziwota zatem, że miesięcznik z ambicjami, jakim są "Cienie i Blaski", postanowił się z tym dowcipem zabawić i przerobić go na wstrząsającą historię nawrócenia bezrobotnego rasisty-frustrata (w odróżnieniu od spokojnych i wyważonych rasistów-filatelistów).

Nie jestem żadnym rasistą. Nie mam nic przeciwko kolorowym. Wolałbym jednak, żeby trzymali się z daleka od naszych słowiańskich dziewczyn.

Zaczynamy z przytupem, a potem -- gwarantuję! -- będzie tylko ciekawiej. Narratorem w całej tej historii jest jakiś koleś, który chciałby być Kolesiem i mieć cały świat u swoich stóp. Jednakże, jak to zwykle bywa, u stóp ma tylko poszarpaną wycieraczkę, a skrzecząca rzeczywistość nie spełnia jego wygórowanych oczekiwań. Cóż, w takiej sytuacji najprościej zwrócić się przeciwko Innemu.

Brudas cholerny. Czarnuch. Na sam widok mnie skręca. Lezie taki korytarzem, gęby nie widać, bo ciemna, a na klatce schodowej też mrok - jakieś gnojki żarówki kradną. Tylko te białka oczu mu się świecą i wyszczerzone w uśmiechu zębiska.

Skądże znowu, nie jest rasistą.

Nie minęły dwa dni, odkąd tu zamieszkał, a już sprowadził sobie panienkę. Akurat "Teleekspres" oglądałem, jak usłyszałem na korytarzu śmiechy i piski jakieś. Myk do judasza i patrzę, co tam się wyrabia. A tu Bambo blond laseczkę na chatę ciągnie. Buzi, buzi, cmok, cmok i cha, cha (...) potem ciszej się zrobiło. Ciekawość mnie zżera, więc ostrożnie na korytarz wychodzę. Kubeł ze śmieciami targam, że niby akurat wyszedłem je wyrzucić, ale tak naprawdę ucho do drzwi przystawiam. I co słyszę? Sapanie, jęki.

Skądże znowu, nie jest rasistą. Ale że się do polskich dziewczyn przystawiają, to już jest skandal. Ratujcie Polskęęęęę, Murzyni dziewuchy kradnąąąąą! - chciałoby się krzyknąć z rozpaczą i desperacją w głosie, bo cóż innego pozostaje czterdziestoletniemu bezrobotnemu na utrzymaniu matki i siostry? Everyone has had more sex than him, tymczasem on na dokładkę (ja też mam ten problem, ale ja przynajmniej mogę blogować) jeszcze musi patrzeć, jak jakiś obywatel innostraniec wnikliwie studiuje Polskę (która, jak wiadomo, jest kobietą). Oczywiście nasz wybiedzony i zagłuszony dochodzącymi nader często zza ściany jękami narrator nie byłby sobą, gdyby w końcu nie zdobył się na refleksję.

Prawie czterdzieści lat żyję w tym kraju, a mimo to takie dziewczyny, jak ten Mark wyrywa, jakoś się koło mnie nie kręcą. Nie, żebym szpetny był. Może trochę ostatnio przytyłem i włosów mi ubyło, ale jestem jeszcze do rzeczy. Tylko kiedy trzeba do kobiet zagadać, nieśmiały się robię. W oczy popatrzę i od razu się peszę.

No tak, to jest problem. Czy myślałeś, drogi Narratorze, żeby nie patrzeć w oczy? To przydaje się w nawiązywaniu znajomości ale z całą pewnością nie jest warunkiem koniecznym. Inną opcją jest wychodzenie na podryw z gustownym kartonem na głowie. Można też spróbować przez Internet, tutaj nie trzeba ani patrzeć w oczy, ani eksponować swoich nie-włosów. W Internecie nikt nie wie, że jesteś psem czterdziestoletnim rasistą.

No więc jak już pojąłem, że to niesprawiedliwość społeczna i rasowa zarazem, postanowiłem pokazać temu dzikusowi, że przegina (...) Parę razy dałem mu niezłą lekcję. Czekałem, aż się pojawi na korytarzu i wtedy niby przypadkiem wychodziłem. On do mnie znów z tym swoim uśmiechem murzyńskim: - Haj, haj! Hałarju? - i łapę mi chce fundować. Wtedy ja - powaga na twarzy i rączki luźniuteńko. - Witam - rzucam oschle i w te jego gały patrzę z oburzeniem. A jemu, widzę, robi się głupio.

To nadzwyczaj interesujące, że jakiś heban z Afryki bez słów rozumie, że chamstwo sąsiada jest jednocześnie wezwaniem do większej wstrzemięźliwości i zachętą do zmniejszenia liczby przygodnych kontaktów seksualnych. I jakoś tak ten świat jest już ułożony, że zło, które człowiek czyni, żyje sobie i żyje... Rasizm, zazdrość i podsłuchiwanie (to chyba fetysz) nie mogły ujść Narratorowi płazem. Po jakimś czasie Bambo z sąsiedniego mieszkania ustatkował się i zaczął spotykać z jedną, ale za to nadzwyczajnie piękną. I gdy już nasz bohater chciał zadać coup de grace (w dzisiejszych czasach mówi się raczej o Fatality...), doznał porażki i przepiękne ucieleśnienie Archanioła Michała strąciło go w piekielną czeluść na tysiąc lat.

Żegnam i proszę zająć się swoimi problemami! (...) Po tym, co mi powiedziała, do dzisiaj nie mogę dojść do siebie. Dwie noce mnie telepało ze złości. Jakby to był facet, walnąłbym z czółka i ciśnienie by mi zeszło. Ale kobiet nie bije.

Szkoda, może walnąłby od czasu do czasu jakąś z czółka i ciśnienie by mu zeszło.

 

piątek, 08 maja 2009

Ekonomia i dziedziny pokrewne, choć coraz bardziej sformalizowane i coraz silniej bazujące na modelowaniu matematycznym i - w ogólności - ilościowym, nie mogą się obyć bez prostych metod wizualizacji idei tkwiących u ich podstaw lub wniosków dla polityki płynących z badań, analiz i ssania kciuka. Jest to niezbędne chciażby z marketingowego punktu widzenia, ułatwia bowiem sprzedanie swoich racji laikom, półlaikom i ćwierćlaikom.

W chwili obecnej toczy się debata nad działaniami antykryzysowymi podejmowanymi przez rząd polski. Pojawiają się głosy, że odpowiedź rządu na problemy jest niedostateczna i że należy silniej zaangażować się w gospodarkę. Czy jednak każde działanie jest pożądane z punktu widzenia celów przyświecających rządzącym? Dlatego, zainspirowani tzw. Macierzą BCG, proponujemy prostą metodę dwuwymiarowej dychotomicznej klasyfikacji polityk. Po pierwsze, działanie może być antykryzysowe, tzn. polegające na walce z kryzysem, lub prokryzysowe, tutaj mamy na myśli albo polityki pogłębiające załamanie gospodarki, albo zaniechania. Po drugie, działanie może być antypolskie, tzn. na szkodę żywotnych interesów Tysiącletniego Narodu Polskiego, lub propolskie, a więc służące jego wiekuistej chwale i dobrostanowi.

  ProkryzysowaAntykryzysowa 
Propolska   
Antypolska  
 

Proponujemy następujące nazwy dla poszczególnych kombinacji:

  • polityki propolskie i prokryzysowe nazwiemy, przez wzgląd na ich smutną konieczność, Wykrzyknikami.
  • polityki propolskie i antykryzysowe będziemy określać mianem Ryczących Lwów
  • politykom antypolskim i prokryzysowym nadamy imię Zdradliwej Lamy
  • polityki antypolskie i antykryzysowe to po prostu Zdrada Narodowa

Paper submitted to The Internet. All errors are my responsibility.

czwartek, 07 maja 2009

O tym, że "Rzeczpospolita" wielkim dziennikiem jest, nie trzeba nikogo przekonywać. Entuzjastyczne do przesady brandzlowanie się produktami wyobraźni notorycznego fantasty (które potem podchwyciła też zresztą "Wyborcza"), Protokoły Mędrców Gejonu, zakaz mówienia "mama" i "tata" i różne kontrlisty otwarte do listów otwartych autorytetów nie pozwalają zapomnieć, że czwarta władza też wymaga pilnej kontroli. "Sukcesy i Porażki", wbrew temu, co można czasem na tym blogu wyczytać, nie są opiniotwórcze (ergo: konwergencja opiniotwórczego dziennika i dwutygodnika dla gospodyń domowych z Opola Lubelskiego jest niekorzystna przede wszystkim dla tego pierwszergo).

W opisany powyżej nurt pięknie wpisuje się wywiad, którego "Rzeczpospolitej" udzielił Paul Cameron, bohater najnowszej awantury z kategorii "Ratunku, biją mnie Niemcy!". Nie ma sensu opisywać, o co poszło, kto jest kim i dlaczego nie jest to takie znowu proste. Dość powiedzieć, że swój program poświęcił tej sprawie Jan Pospieszalski, bo sugeruje, że będzie i ciekawie, i pouczająco, i śmiesznie. Cameron twierdzi na ten przykład, że 30% osób o orientacji homoseksualnej molestuje dzieci (co prostaczek może w głowie łatwo przerobić na "30% molestujących dzieci to homo"). Ma Cameron na poparcie swoich tez badania.

Może za bardzo chce pan szokować. Dowodzi pan, że homoseksualiści to kryminaliści i dewianci. Ponoć popełniają więcej przestępstw niż heteroseksualiści, trzy razy częściej molestują dzieci. Częściej niż inni biorą narkotyki...
To prawda, pokazują to wyniki badań. Nie tylko moich, ale też amerykańskiego rządu oraz instytucji kanadyjskich i brytyjskich.

Jaka jest jakość badań człowieka, przed którym klękają dziennikarze "Rzeczpospolitej", którego zaprasza się na państwowy uniwersystet w nie tak znowu zadupiastym kraju europejskim, można poczytać tutaj. To już bardziej wiarygodne są sondy na Onecie i idę o zakład, że anonimowe badania anonimowych instytucji kanadyjskich i amerykańskich albo nie istnieją, albo mówią coś zgoła innego. Z drugiej strony, podlinkowana krytyka pochodzi ze strony mającej "rainbow" w adresie, więc na pewno nie jest obiektywna i atakuje poszukiwaczy Prawdy z punktu widzenia, którego stosowalność do delikatnych kwestii moralności publicznej jest zerowa. Przestępców się zamyka, a co się robi z homoseksualistami? Podobno kiedyś Cameron chciał homoseksualistów eksterminować:

Rzeczywiście, tak mówiłem w latach 80. Ale zmieniłem zdanie. Dziś uważam, że powinniśmy myśleć raczej o kwarantannie. Wprowadza się ją przecież przy chorobach zakaźnych, tak jak teraz w przypadku świńskiej grypy.

Cóż, czasy się zmieniły, a klimat jest jakby tak samo nieprzychylny dla podobnych pomysłów. Zawsze to jednak trudniej, gdy się proponuje usunięcie znajomego z fizycznej rzeczywistości. Czy Cameron zna kogoś, kto o odmiennej orientacji seksualnej?

Znam wielu gejów, są miłymi ludźmi. Przychodzą do mnie jako do psychologa. 
Bardzo mi ich szkoda i próbuję skierować ich na dobrą drogę. Liczę na ich ocalenie.
Rozmawiamy, mówią, że mają problemy z kobietami, są nieśmiali, chcieliby odejść od homoseksualizmu. Uczę ich, jak mają się zachowywać wobec kobiet. Przecież mężczyzna potrzebuje kobiety. W niektórych przypadkach mi się udało.

Z jakiegoś powodu większość podobnych świrów w przedziwny sposób łączy graniczącą z nienawiścią pogardę i współczucie, obydwa uczucia odnoszące się w zasadzie do tej samej grupy. Być może anonimowa horda czyhająca u bram Rzymu jest tak bliska platońskiem ideałowi Innego, jak to tylko możliwe, a zwykły człowiek chadzający codziennie do pracy nie budzi sprzeciwu, ja jednak mam inną hipotezę. Wszystko wskazuje na to, że owych znajomych homoseksualistów prześladowany badacz wziął sobie, jak na porządnego naukowca, z sufitu. Schemat łzawego pitu-pitu jest jednak na tyle pocieszny, że z chęcią zastosuję go do innej sytuacji...

Znam wielu ateistów, są miłymi ludźmi. Przychodzą do mnie jak do księdza.
Bardzo mi ich szkoda i próbuję skierować ich na dobrą drogę. Liczę na ich ocalenie
Rozmawiamy, mówią, że mają problemy z Bogiem, są nieśmiali, chcieliby odejść od ateizmu. Uczę ich, jak mają się modlić i rozmawiać z Bogiem. Przecież człowiek potrzebuje Pana Boga. W niektórych przypadkach mi się udało.

Nie była to zbyt udana próba, bo podobne wypowiedzi dotyczące ateistów wcale nie są rzadkością. Gdyby jednak Cameron był moim zaangażowanym w hip-hop kolegą z liceum, na pewno w taki oto sposób obgadywałby swoich znajomych słuchających niewłaściwej muzyki:

Znam wielu metali, są miłymi ludźmi. Przychodzą do mnie jak do melomana.
Bardzo mi ich szkoda i próbuję skierować ich na dobrą drogę. Liczę na ich ocalenie.
Rozmawiamy, mówią, że mają problemy z fristajowaniem, są nieśmiali, chcieliby przestać słuchać metalu. Uczę ich, jak miksować i sekwensować. Przecież człowiek potrzebuje dobrego bitu. W niektórych przypadkach mi się udało.

Albo z mojego poletka (częściowo):

Znam wielu zwolenników austriackiej szkoły ekonomii, są miłymi ludźmi. Przychodzą do mnie jak do profesora.
Bardzo mi ich szkoda i próbuję skierować ich na dobrą drogę. Liczę na ich ocalenie.
Rozmawiamy, mówią, że mają problemy z ekonometrią i statystyką, są nieśmiali, chcieliby estymować, kalibrować, symulować i aproksymować. Przecież człowiek potrzebuje ekonomii matematycznej. W niektórych przypadkach mi się udało.

Homoseksualiści, których Cameron zna, są miłymi ludźmi, ale najwyraźniej nie można po prostu pozwolić im żyć tak, jak sobie chcą.

Ależ nie tak działa świat. Są takie jednostki, które pracują jak pszczoły i takie, które żerują na innych – tak jak homoseksualiści. Oni są naprawdę niebezpieczni. Powinno się ich tępić.

Chyba jednak myśl o eksterminacji wciąż tli się w głowie. W międzyczasie pojawia się też legendarna milcząca większość:

Jestem przekonany, że większość Amerykanów się ze mną zgadza. Tylko boją się głośno o tym mówić, podobnie jak politycy.

Zapowiadałem, że będzie śmiesznie. Oto jest:

Oni też robią dobre rzeczy. Homoseksualista ocalił przed zamachem prezydenta Geralda Forda. Ale dla niego i dla społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby wyrzekł się swojej orientacji.

Homoseksualiści są źli, bo robią złe rzeczy, a nawet jeśli nie robią złych rzeczy, to i tak są źli, bo są homoseksualistami. Hm... brzmi jak sensowna argumentacja. Nie byłby Cameron dobrym badaczem, gdyby w jego wypowiedziach nie znalazły się dorodne policy imlications.

Statystycznie Polka rodzi średnio 1,3 dziecka. Musicie to zmienić, bo w przeciwnym razie za 45 lat będzie o połowę mniej Polaków niż teraz. Potrzebujecie stabilnego społeczeństwa opartego na rodzinie. Takiego, w którym rodzina powinna mieć większe wpływy. Przede wszystkim rodziny wychowujące dzieci nie powinny płacić podatków, a jeśli już – to tylko minimalne. Każdy, kto ma dzieci, powinien otrzymać dodatkowy głos w wyborach. Wreszcie, Polska powinna utworzyć internetową listę obrońców przyszłości Polski. Powinny się na niej znaleźć wszystkie małżeństwa, które mają dzieci. W przypadku rozwodu rodzic zostanie z listy usunięty. Raz w tygodniu można wylosować trzy rodziny, które zostaną zaprezentowane w mediach. Na takiej liście oczywiście nie mogliby się znaleźć homoseksualiści, którzy nie mają dzieci.

Oczywiście, że za 45 lat nie będzie nas o połowę mniej, niż teraz (wystarczy prześledzić projekcje demograficzne ONZ, żeby przekonać się, że liczba jest wyssana z brudnego palucha), ale nie jest to najistotniejsze w wypowiedzi Camerona. Pewnie da się w ogóle znieść podatek dochodowy, nie jest to pomysł leżący całkiem poza głównym nurtem czegokolwiek, zostaje jednak kwestia karania za brak dzieci (co z bezpłodnymi?) i -- TADAM! -- lista. Ach, lista internetowa! Z pogwałceniem prawa i rozsądku opublikujemy dane osobowe (nazwiska przecież nie wystarczą, jeśli ma ona być wiarygodna), dla pokrzepienia serc opisując pokrótce pożycie rodzinne tych osób. W Polsce mamy ok. 13 milionów gospodarstw domowych, z których część oczywiście nie spełnia surowych wymagań stawianych przez Miszcza, ale to i tak całkiem łakomy kąsek dla oszustów, złodziei, pedofilów, spamerów, agentów ubezpieczeniowych, konsultantek Avon i wszystkich tych, którym się to przyda. Chyba, że najpierw przymkniemy homoseksualistów, bo zapewne pan Cameron przeprowadził już arcywiarygodne badanie, z którego wynika, że 90% z nich to spamerzy i hackerzy.

W wywiadzie jest oczywiście wiecej takich uroczych kwiatuszków. Jeśli ktoś z czytających łapał się za głowę przy czytaniu tego wywiadu, to rozjaśniam jedną rzecz. Prowadzących swoje życie intelektualne w dziedzinie urojonej jest więcej. Są ludzie wierzący w to, że Barack Obama jest dwumetrowym jaszczurem z nadajnikiem emitującym pole maskujące na pasku. Są tacy, co uważają, że w komory gazowe zainstalowali komuniści. Są wreszcie tacy, co myślą, że Pan Bóg podłożył kości dinozaurów dla przetestowania wiary. Jakieś gazety publikują z nimi wywiady. Jakieś.

niedziela, 03 maja 2009

Poprzednia notka poświęcona kinu klasy B dotyczyła tzw. Christian film. Ten gatunek spodobał mi się na tyle, że filmidła do niego zaliczane odtąd będą często gościć w mojej filmotece (czytaj: na zewnętrznym dysku twardym Seagate) i na tym oto blogasku. Dlaczego, nie jest trudno zgadnąć. Mają one w sobie zarówno wystarczający ładunek badziewia oraz wzorcowej ideolo propagandy, jak i ukochany przeze mnie schemat fabularny pt. wielka historia przez pryzmat małych ludzi. Nawet przeciętna gospodyni domowa z Opola Lubelskiego doceni prostotę i ponadczasowość Prawdy. W dzisiejszym odcinku: "Countdown: Jerusalem". Jak to zwykle bywa, nie ma sensu roztrząsać, kto w tym filmie gra, kto jest reżyserem i kto, do jasnej ciasnej, odpowiada za wypuszczenie pantery z zoo.

Na świecie dzieje się źle. Niby nie trzeba nikogo o tym przekonywać, a jednak autorzy na początek postanowili uraczyć widzów sekwencją scen wyjętych z archiwalnych materiałów: od Hitlera po globalne ocieplenie, od krachu na giełdach (tak tak, jest to jeden z pierwszych filmów katastroficznych nakręconych w czasie szalejącej recesji) do morderczego tajfunu i od 9/11 (N3V4R F04G3T) po plagę szarańczy. Krótko mówiąc, żadnego wspólnego mianownika, ale sprawny montaż to częściowo ukrywa. Uch. W środku tego wszystkiego, w słonecznej Kalifornii, gdzie mieszczą się także siedziby chrześcijańskich wytwórni, żyje sobie blond dziennikarka z blond córeczką. Szczęściem cieszyć się będą do czasu, albowiem w dalekiej Europie, gdzie żyją smoki i homokomuszki, pojawił się energiczny przywódca nawołujący do pokoju. Pan Romano, bo tak się nazywa, chce, ażeby Unia Europejska objęła cały glob i na początek doprowadził do zawarcia pokoju na Bliskim Wschodzie. Swoją drogą, obsadzanie Unii Europejskiej w charakterze Wielkiego Szatana ma długą tradycję w amerykańskiej kinematografii i nie jest trudno wyobrazić sobie, dlaczego. Wróćmy jednak do zajmującego nas filmidła. Cud, cud, cud - krzyczą mandaryni w Brukseli i skorumpowane elity na Wschodnim Wybrzeżu... czy aby na pewno? Poeta pisał:

chociaż rola wędruje bruzdami wzdłuż
od horyzontu do horyzontu
od zórz do zórz
nie ma spokoju

Nie ma spokoju, bo blond córeczka blond dziennikarki gdzieś znika. Gdyby jeszcze to zniknięcie wyglądało wiarygodnie! Ale nie, do wszystkiego dochodzi w publicznej toalecie po trzęsieniu ziemi czy innym kataklizmie (ta planeta umiera, mówi jeden z bohaterów). Wygląda to tak, jakby dziewczynkę coś wciągnęło do kanalizacji... a nie, to nie ten film, przepraszam, tu potworów nie ma. Córkę porwał pracujący w CIA mąż. Dlaczego to zrobił, tego się już nie dowiemy. Co robią porywacze w czasach niespokojnych? Ano, lecą do Izraela, który w millenarystycznej geopolityce pełni rolę szczególną, mianowicie jest samym okiem cyklonu, a jego bliscy i dalecy sąsiedzi mają dość prostą wizję multilateralnych stosunków, którą można skwitować tak: Huzia na Józia!. Gdzieś tam w tym pomieszaniu z poplątaniem jest tajne bractwo Prawdziwych Wierzących, którzy w przywódcy UE dostrzegli Antychrysta, a w implozji sektora finansowego - zapowiedź Apokalipsy. Co poza tym robią, ciężko wydedukować. Generalnie ciężko cokolwiek wydedukować w tej perełce niezależnego kina.

O jakości poszczególnych składowych ciężko się sensownie wypowiedzieć, bo cały film jest jednym wielkim desperackim wołaniem o sens i spójność. Nikt tu nawet nie udaje, że fabuła ma sens. Jest kierunek (koniec świata, ofkorz), ale trudno mówić o czymś więcej. Bohaterów reżyser co rusz wyjmuje z kapelusza i rzuca nimi w ścianę w nadziei, że któryś się przyklei (works for spaghetti) i będzie koniem pociągowym dla tego dziełka. Daremne żale, próżny trud. Nawet efekty specjalne, które potrafią kiepski film zamienić w małe arcydzieło (niechaj "Dzień Niepodległości" będzie tu przykładem) są tu na poziomie pierwszej części "Age of Empires". Na szczęście dźwięk jest przyzwoicie zmontowany z resztą i zapewne z tego względu na IMDB ten film ma więcej, niż trzy gwiazdki. Więcej plusów nie pamiętam. Kolejna ciekawostka - bodaj wszyscy pojawiający się w filmie cudzoziemcy, którzy mają coś do powiedzenia głównej bohaterce, najpierw walą teksty w ojczystym języku, a dopiero potem przechodzą na angielski. Niezależnie od miejsca i okoliczności wygląda to zawsze tak samo. Interesujące, jak mawia dr House.

Reasumując, jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądałyby "Dziewiąte Wrota" w reżyserii dziewięciolatka z religijnym bzikiem, to powinien obejrzeć "Dziewiąte Wrota". Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądałby "Dzień Niepodległości" w reżyserii dziewięciolatka z /b/, zapraszam do wytwórni Asylum (TADAM!). Jeśli chcecie... właściwie, to nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ktoś w ogóle mógłby chcieć obejrzeć "Countdown: Jerusalem". Może for teh lulz.

Tagi