from here to reality
poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Zajrzałem ostatnio do bebechów bloga i odkryłem, że przyciąga wielu wędrowców, którzy szukają tu odpowiedzi na ważne pytania. Dlatego też postanowiłem udzielić odpowiedzi na kilka najciekawszych. 

czy sekret działa 

Nie.

co to znaczy prawda lezy po srodku 

To nic nie znaczy

cma z czego sie wykluwają 

Z jaj.

co ćwiczyć żeby było widać żyły na rykach

Podcinanie się.

co nowego u patryka geryla 

Buduje bunkry w Afryce.

co planują żydzi i masoneria w 2012 roku?

Depopulację.

co+to+znaczy+by%c4%87+partnerem+w+firmie+konsultingowej%3f 

To znaczy trzepać kupę kasy.

co to jest pendemia

Epidemia długopisów. 

czy bóg wiedział co robi szatan?

Jaki bóg?

czy kosmici zostali osadzeni przez boga 

Nie, otrzymali rozgrzeszenie w zamian za obietnicę ograniczenia żniw gamet na ziemi.

czy mowic psychopacie do widzenia 

Nie, bo zadźga nożem.

czy po biologii na uksw można zostać nauczycielem

Można, ale po co?

dlaczego jedni potrafia śpiewać ?

Bo życie nie jest sprawiedliwe.

dlaczego krzysztof jackowski pomylił się w sprawie wyników wyborów parlamentarnych w 2011 r , a może się nie pomylił 

Pomylił się, bo nie ma żadnego daru i jest zwykłym kuglarzem.

drzwi womitoryjne

Do znalezienia w najbliższym akademiku.

dziennik gajowego maruchy sobowtor pawla vi 

If NotFound(photo) Then Kill.Process

ewa wojciechowska prezes homeopatii na bezsenność

Z tego by wynikało, że Ewa Wojciechowska powoduje senność.

ile waży koń trojański mossakowski 

masa (koń trojański mossakowski) = masa (koń trojański) + masa (mossakowski)

jak rozpoznać oryginalne banknoty antarktyki 

Są całe białe.

jak sie czuli bolek i lolek na ksiezycu

Lekko im było.

kora masonem? 

Pień i Łodyga również

krzysztof rutkowski reptilian

No chyba żartujecie.

masz czasem uczucie że jesteśmy inwigilowani

Nie.

most z filmów taki czerwony

Hahaha, lol.

niędzyu bogiuem a prada 

Jest Peek & Cloppenburg.

po co kosmici porywają 

For reasons they alone can fathom.

podryw sprzedawczyni w sklepie 

"Twój ojciec musiał być piekarzem, skoro upiekł takie ciacho"

rasizm na swiecie wykres

Proszę bardzo

schemat scenki sprzedażowej w banku

- Dzień dobry.

- Dzień dobry. Czy macie odkurzacze? 

- Nie, tylko kredyty.

- To świetnie, wezmę tego Electroluxa.

- Do widzenia.

szaraki niemieckie doswiadczenia na ludziach 

Patrz: szaraki austriackie doswiadczenia na ludziach

w czym przedstawiamy gęstość zaludnienia?

Mapy, wykresy, tabelki.

zabojstwo leppera a echo chrystusakrola 

W 1:13 słychać strzał.

Dziękuję za uwagę, ciągu dalszego nie będzie.

Ktoś może zapytać, dlaczego komentuję artykuł ze stycznia. Otóż wynika to z tego, że notkę zacząłem pisać jeszcze w pierwszej połowie stycznia, ale potem o niej zapomniałem. Enjoy.

Fronda w nowym roku zaatakowała takim oto artykułem obnażającym bezsens kontroli populacji, która jak wiadomo jest czymś z gruntu złym i niemoralnym, a ludzie ją promujący to banda zaczadzonych marksizmem kulturowym degeneratów. I pewnie nawet bym się tym artykułem nie zajął, gdyby nie jego wtórność i intelektualna miałkość. To chyba ta przysłowiowa słomka, która złamała wielbłądowi grzbiet. Sam tekst jest tłumaczeniem artykułu popełnionego przez tego pana, ale żadne to usprawiedliwienie, prawda? Podstawowy argument przeciw kontroli populacji wygląda tak (i jest to jedyny argument, jaki tam zobaczymy): 

Tymczasem, nie ma absolutnie żadnego związku między wysoką liczbą ludności a katastrofami czy ubóstwem. Zwolennicy kontroli urodzeń mogą oczywiście uważać, że ideałem jest Demokratyczna Republika Konga ze swoimi 75-ma mieszkańcami na milę kwadratową, podczas gdy problem stanowi Hong Kong, gdzie na analogiczną milę przypada 6500 ludzi. Tak się jednak składa, że dochód na głowę mieszkańca tego ostatniego wynosi 43 tysiące dolarów rocznie, zaś Demokratyczna Republika Konga jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, z dochodem per capita wynoszącym 300 dolarów. Nie jest to w żadnym wypadku jakaś anomalia, gdyż inne najuboższe kraje są jednocześnie najsłabiej zaludnione.

To jest argument z kategorii "gdyby powodzie były problemem, to Sahara byłaby idealnym miejscem do życia", nie mówiąc już o tym, że to fragment zdania rozpoczynający się od "zwolennicy kontroli urodzeń" to zwyczajny chochoł. Bo czy ktoś na serio twierdzi, że Hong Kong jest przeludniony (akszli)? Pierwsza lampka, jaka zapala się przy czytaniu tego fragmentu dotyczy kontrastu między kategorycznością stawianej tezy ("nie ma absolutnie żadnego związku"), a uzasadnieniem, jakie tej tezie towarzyszy. Autor podaje dwa (słownie: dwa) przykłady, które mają taką tezę ilustrować. Tymczasem praktycznie od razu na myśl przychodzą Stany Zjednoczone, Kanada i Australia - trzy państwa, które bogactwo łączą z niską gęstością zaludnienia[1]. Przykładów gęsto zaludnionych i biednych państw też nie trzeba daleko szukać. Warto jednak zaprezentowaną tezę sprawdzić w sposób bardziej systematyczny. Rozpatrując cały świat i możliwie największą liczbę punktów danych, jaka jest zależność między gęstością zaludnienia, a (powiedzmy) PKB per capita? Sprawdzenie tego zajęło mi jakieś dziesięć minut, wyniki widnieją poniżej. 

density

Okej, jest delikatna pozytywna zależność, która całkiem nieźle wygląda tylko dlatego, że obie osie są w skali logarytmicznej (bez tego nic a nic byśmy nie widzieli). I faktycznie, ceteris paribus, im gęściej zaludniony kraj, tym zamożniejszy, zatem nie rozważamy tutaj tezy, która byłaby jawnie fałszywa. Co nie oznacza, że nie ma z nią innych problemów. Po pierwsze, zależność jest słaba. Po drugie, nie można wykluczyć, że ma ona czysto pozorny charakter, wszak pominięto całą masę czynników, które na bogactwo narodów wpływają (geografia, historia, klimat, ustrój społeczno-gospodarczy, instytucje, dobra lub zła polityka państwa), a o których długo by opowiadać. Dość powiedzieć, że dla każdego poziomu gęstości zaludnienia można znaleźć państwa, które dzieli przepaść. Każdą taką przepaść wyjaśnia splot wspomnianych czynników. Po trzecie, to tylko stopklatka, która nie uwzględnia gigantycznej dynamiki procesów, których kulminacją jest stan obecny[2].

Ale w idei, że gęstość zaludnienia ma znaczenie i sprzyja rozwojowi gospodarczemu, jest trochę prawdy. Przez znakomitą większość historii homo sapiens, wzrost populacji był jedyną oznaką rozwoju i jedyną konsekwencją postępu technologicznego (kłania się Malthus). Ponadto, im większa populacja, tym łatwiej znaleźć tam (na mocy prawa wielkich liczb) jednostki wybitne: wynalazców, odkrywców, naukowców, myślicieli, etc. Wyższa gęstość zaludnienia sprzyja intensywności kontaktów międzyludzkich (pamiętajmy, że liczba możliwych relacji między ludźmi rośnie wraz z kwadratem populacji). Wreszcie, najprawdopodobniej jest tak, że istnieje jakaś minimalna wielkość światowej populacji, która zapewnia wystarczającą podaż jednostek wybitnych i wystarczający popyt na określone dobra i usługi. To minimum już dawno temu przekroczyliśmy. Aby to dostrzec, wystarczy odnotować, że znacząca część populacji świata nie uczestniczy w globalnej wymianie wiedzy i technologii. Z punktu widzenia tego, co dzieje się w awangardzie, istnienie setek milionów wykluczonych biedaków jest nieistotne. 

Przechodząc do bardziej anegdotycznych argumentów, jeden z moich wykładowców zwrócił kiedyś uwagę na to, że utożsamienie "ludny czyli bogaty" miało mnóstwo sensu, np. w Starożytności czy w Średniowieczu. Wielki podział na bogatą Europę Zachodnią i biedną wschodnią był równocześnie podziałem na część charakteryzującą się dużą gęstością zaludnienia i sieci osadniczej i część, której puste przestrzenie opiewali poeci. Nie wnikam tutaj w kierunek przyczynowości, korelacja jest tutaj potężna. Dalej, większość z nas codziennie doświadcza korzystnego wpływu gęstości, mieszkając w miastach. Miasto, jako niemalże synonim cywilizacji, jest pomnikiem gęstości.

Ale wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Tak samo, jak zasadniczo nierelewantne są wyliczenia dotyczące tego, że na świecie ziemi uprawnej jest wystarczająco albo że światowa konsumpcja żywności per capita jest odpowiednia (tylko dystrybucja szwankuje). Przeludnienie, typowo rozumiane jako wielkość populacji uniemożliwiająca zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzkich, nie jest problemem globalnym, tylko lokalnym[3], ale problemem pozostaje. Ujmując to najprościej, jak tylko można, są takie miejsca na Ziemi, których mieszkańcy nie są w stanie się wyżywić. 

Załóżmy, że jest tak, jak zapewnia nas autor i że możemy się wszyscy w każdym momencie wyżywić, jeśli tylko na całym świecie zapanuje kapitalizm przez duże "k". Kapitalizm z przyszłości (bądźmy hojni i załóżmy, że takie prosperity zapanuje w 2030) nie wyżywi ludzi, którzy głodują dzisiaj, nie wyżywi też za pięć lat dzieci, które mogłyby się nie pojawić, gdyby tylko ludzie mieli dostęp do antykoncepcji i wiedzę, jak jej używać. Zresztą, czy naprawdę mamy uwierzyć, że w warunkach komfortu ekonomicznego ludzie będą rozmnażać się w tempie obserwowanym obecnie? Jeżeli historia sytych społeczeństw Zachodu (i nie tylko) nas czegoś uczy, to tego, że przyrost naturalny wyhamowuje. Zjawisko to, dobrze poznane i obserwowane wielokrotnie i w różnych kulturach, nazywamy przejściem demograficznym

Last but not least, w podlinkowanym artykule bawi mnie przede wszystkim to, że cały ten wywód o Hong Kongu i Kongo ma się kompletnie nijak do wypowiedzi na temat przeludnienia zacytowanych przez autora. Tak, jak ja rozumiem problem przeludnienia, nie chodzi w nim o głód albo migracje. To są tylko symptomy, a problemem jest ograniczona pojemność planety i presja ekologiczna jaką stwarza systematyczny wzrost populacji. I te argumenty autor zresztą w pewnym miejscu przytacza, tylko po to, by kompletnie je olać i wypełnić wypowiedź nieistotnym porównaniem Hong Kongu do Antarktydy. Oczywiście, tylko część tej presji jest związana bezpośrednio ze wzrostem populacji, równie ważnym czynnikiem jest wzrost zamożności - wyobraźmy sobie, jak wyglądałyby nasze szanse na powstrzymanie globalnego ocieplenia, gdyby Chińczycy i Hindusi zużywali energię i surowce naturalne oraz emitowali gazy cieplarniane w takich ilościach (licząc per capita), jak Amerykanie. Horror.

Zauważmy jednak, że w takim razie na świecie jest nas tylu, że gdyby wszyscy byli w miarę zamożni i mieli zaspokojone nie tylko niższe, ale też wyższe potrzeby, w taki sposób, w jaki się je zaspokaja w krajach rozwiniętych, to świat byłby miejscem nie do zniesienia, a my bylibyśmy ugotowani. Skoro tak, to myśl, że może nas być za dużo, nie jest całkowicie niedorzeczna. 

A autor artykułu z Frondy? Not sure if dishonest or just stupid. 

[1] Ktoś może odpowiedzieć, że to bez sensu przykłady, bo to wielkie państwa, rozciągające się na całe kontynenty, więc trochę bez sensu porównywać. Ale jaki jest w takim razie - że odbiję zawczasu piłeczkę - odpowiedni poziom terytorialnej dezagregacji, żeby sensownie porównywać gęstość zaludnienia i zamożność? Granice państwowe są arbitralne, ale wyznaczają wspólnoty doświadczeń. Gęstość zaludnienia obydwu Korei jest dość podobna. 

[2] Jeżeli ktoś nie widział, to polecam ten wykład jako ilustrację tego, jak szybko i jak fundamentalnie pewne rzeczy mogą się zmieniać.

[3] Mam na myśli nie to, że tak rozumiane przeludnienie jest wyłącznie sprawą ludzi, których bezpośrednio dotyka. Wręcz przeciwnie. Lokalność oznacza tyle, że dotyka to pewien odsetek ludzkości na ściśle określonym terenie. 

Tagi