from here to reality
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Z problemem niechcianych wiadomości zetknął się chyba każdy internauta, który wystarczająco dlugo korzystał z dobrodziejstw poczty elektronicznej. Mało kto jednak podjął trud zrozumienia swojego rozmówcy. Mało kto zechciał zastanowić się, co właściwie chcą nam powiedzieć w obcych językach ci wszyscy ludzie (i skąd znają mój adres, przecież ja nigdy żadnych pigułek nie zamawiałem...). Czy mają marzenia? Czy spamerzy śnią o elektrycznych listach? Czy w spambiznesie jest miejsce na czynnik ludzi? Czy treść przynajmniej niektórych wiadomości jest układana przez ludzi z doktoratami? Czy mógłbym zostać spamerem po skończeniu studiów? I skąd tu takie pytania o naturę bytu, jak tu poniżej.

OMG, what are you thinking

No właśnie, co ja sobie myślę? Przyznam, że zbereźnik ze mnie. Spam kojarzy mi się z viagrą, przedłużaniem sami_wiecie_czego i kiepskim marketingiem. Dziś jednak spamerzy postanowili przekonać mnie, że patrzenie na nich przez pryzmat stereotypów jest nieracjonalne i krzywdzące.

Tattoos and shaved hheads oout for China judges

Ale już dawno po olimpiadzie, dlaczego wyjeżdżacie mi tu z politagitkami? Wierzę w możliwość wyzwolenia jednostki z okowów konfuncjańskiego kolektywizmu, ale to przedsięwzięcie długoterminowe. Tak za 500 lat, chyba że oni wpierw nas.

Stop self-destroying and become better day by day

Nie martwcie się. Kiedy Pan Bóg zadzwoni, odbiorę telefon. Od jutra będę lepszą osobą, zamienię negatywne wibracje na pozytywne i stanę się Miłością, a wtedy wszystkie moje problemy znikną, gdyż ich przyczyną jest brak Miłości w moim życiu. Muszę porzucić bezduszną filozofię Ery Ryb, która prowadzi całą planetę do zniszczenia... i gdy już poziom ekscytacji osiągnął punkt krytyczny, pojawia się taki kwiatek:

Werewolf learned

Ale że niby panowie do kogo? Szeeejp sziiiift, nołz tu de łind!

We are so excited

Wyjątkowo nie podoba mi się kierunek, w który zmierza ta rozmowa. Może ciasteczko?

Don't play with your fortune, keep your blue-colored tabs with you

No tak, prędzej czy później musiały się pojawić niebieskie pigułki. Coś mi się zdaje, że ciasteczka niet. I kiedy już te tabletki dostaniemy, możemy zachcieć czegoś więcej, niż szara codzienność i skrzecząca przeciętność.

One wife is not enough

Tylko, co z tego, kiedy ja nawet tej jednej nie mam. Może to dlatego, że najpierw zamówiłem niebieskie pigułki, a dopiero potem zacząłem szukać żony? To trochę dziwne, gdy idziesz na randkę trzymając pod pachą sporawy pakunek z wielkim niebieskim rombem wymalowanym w widocznych miejscach.

If the nature was't generous to you - we are

No tak, to chyba będzie coś... hm...

Find a golden happiness inside your golden watch

Chyba jednak się myliłem, tu chodzi o zegarki. Chcą powiększyć mój zegarek. MÓJ zegarek, nikogo innego.

Women will be standing in line just to touch your watch

Zaczynam mieć powazne wątpliwości, czy rzeczywiście chodzi o zegarki.

You'll need time to digest the fact that you've become so blessed

W dalszym ciągu jestem pełen wątpliwości. Wprawdzie złoty zegarek jest niewątpliwie błogosławieństwem, także dla złodzieja, ale kobiety nie będą stawać w rządkach, żeby go dotykać. Takie rzeczy, to tylko w Kalifornii. Ale... o czym to ja? A gdy zabraknie amunicji, znów najlepszą pociechą będą słowa wieszcza:

Achieve a bigger member and give her a night to remember

Jak mawiają na forach dowcipni ludzie, "he he he".

c.d.n.

niedziela, 26 kwietnia 2009
Kiedy zaczynałem swoją przygotę z filmami beznadziejnymi, mniej więcej wiedziałem, na co się decyduję. Spodziewałem się, że będą żałosne efekty specjalne, aktorzy z drewna, bezsensowna fabuła, kretyńskie pomysły scenarzystów i wszystkie inne wyróżniki kina "alternatywnego", które sprawiają, że wykształceni i kulturalni ludzie trzymają się od tego rodzaju badziewia z daleka. To wszystko było przecież wliczone w koszta. Nie sądziłem jednak, że kiedykolwiek oglądanie jakiegoś poronionego płodu fantazji niezbyt utalentowanych twórców będzie się wiązało z wszechogarniającym poczuciem zażenowania. A jednak! Witajcie w tzw. "kinie chrześcijańskim".

Czasem, gdy jest posucha na fajne historie, człowiek musi się skupić na tej treści, która z "Sukcesów i Porażek" czyni taki fantastyczny kombajn, z którego w trakcie prasowania typowa gospodyni domowa z Opola Lubelskiego dowiedzieć się może wszystkiego o życiu i przy tym nie zmęczyć się specjalnie. Na początek zadbamy o zdrowie:

Chrypka przewaznie nie wzbudza naszego niepokoju. Występuje zazwyczaj w związku z przeziębieniem lub alergią i chyba właśnie z tego powodu ją lekceważymy. Najczęściej chrypka jest rzeczywiście skutkiem ubocznym infekcji dróg oddechowych, lecz zdarza się, że sygnalizuje jakieś poważniejsze schorzenia.

Zidentyfikowawszy zagrożenia dla dobrostanu naszego ciała, możemy przystąpić do działań poprawiających ten dobrostan, może nie do końca w obszarze strun głosowych i układu oddechowego, ale nie można wykluczyć, że w magiczny sposób zadziała tutaj nasz własny organizm, gdy tylko poczuje się lepiej.

Zmiksować kiwi, pomarańcze, pomidor i ogórek (wraz ze skórkami). Powstałą mieszaninę wmasować w skórę całego ciała. Po pięciu minutach spłukać letnią wodą. Peeling wygładza skórę i przywraca jej zdrowy koloryt.

Zdrowy koloryt zdrowym kolorytem, ale zapach pomarańczy niewątpliwie może przykuć uwagę płci przeciwnej w tramwaju lub w biurze. Dwie strony dalej wróżka AGNES WOLSKI układa dla nas horoskop po to, abyśmy wiedzieli, co czeka nas w nadchodzącym tygodniu:

WODNIK. Czujesz się nieszczęśliwa i nie wiesz, dlaczego. Może powinnaś odpowiedzieć sobie na pytanie, czego pragniesz od życia. Wtedy dowiesz się, co da Ci szczęście.

A może powinnaś spędzać więcej czasu na dworze? Oczywiście, jeśli jesteś z Małopolski i masz dom na polu, to może więcej czasu powinnaś spędzać na polu? Nie wiadomo, czy to da ci szczęście, ale na pewno poznasz w ten sposób nowych ludzi (sprawdzić, czy nie ksiądz). Czasem jednak na drodze do szczęścia stają obiektywne okoliczności, których usunąć nie sposób, a które tak naprawdę znane są nam wszystkim. Wszyscy jesteśmy czytelniczkami "Sukcesów i Porażek".

Mam dwadzieścia lat i jestem studentką. Mój chłopak mieszka w tym samym akademiku. Nasi współlokatorzy rzadko wyjeżdżają na weekendy, więc właściwie nie mamy się gdzie kochać. Ale nawet jak mamy taką możliwość, to seks nie sprawia nam przyjemności, bo ciągle się stresuję, że ktoś wejdzie. Zaczęłam unikać seksu, ale mojemu chłopakowi to nie odpowiada. Co mogę zrobić w takiej sytuacji?

Drogie Brawo, co mam robić? Drogie Brawo odpowiada:

Może powinni państwo pomyśleć o wspólnym wynajęciu mieszkania lub pokoju. Jeśli bowiem opisane przez panią sytuacje będą się powtarzać, może się pani nabawić anorgazmii. A później, żeby sobie z tym poradzić, potrzebna będzie pomoc seksuologa.

Oczy dęba stają, włosy nie dowierzają. Takie słowa? W moich "Sukcesach i Porażkach"? 90% czytelniczek nie ma przecież w domach Słownika Wyrazów Obcych PWN, a dysguglia jest zapewne silnie z tym skorelowana... Na zakończenie list do redakcji "Sukcesów i Porażek", po przeczytaniu którego Wasze żałosne ziemskie żywoty już nigdy nie będą takie same.

Droga Redakcjo,
przez wiele lat kupowałam "Sukcesy i Porażki". Jednak pewnego dnia stanęłam przed wyborem - leki albo przyjeności. Musiałam zrezygnować z kupowania prasy. Na szczęście pokonałam chorobę i znów sięgnęłam po moje ulubione "Sukcesy i Porażki". Jestem mile askoczona zmianami, jakie zaszły w czasopośmie - jest teraz dużo ciekawsze! I podoba mi się pomysł dzielenia się z innymi Czytelniczkami swoimi przemyśleniami, bo jestem osobą samotną. Nie interesują mnie osiedlowe plotki i pewnie dlatego "uciekłam" w świat roślin. Mam ich bardzo dużo w swoim maleńkim mieszkanku i traktuję je jak przyjaciół. A one odwdzięczają mi się i przez cały rok cudownie kwitną. Przy nich wolniej się starzeję!

Cóż mogę powiedzieć? Okazuje się, że - i tutaj pojadę przyszłą klasyką kina - whatever doesn't kill you, makes you simply... stranger.

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Niejaki Nowak tako rzecze na grupie pl.misc.paranauki:

No właśnie... problem z "racjonalistami" jest taki, że oni zakładają, że każda rzecz na tym najwspanialszym ze światów musi być "naukowo weryfikowalna". To jest niestety wymóg wydumany (wyrosły na podstawie tzw "naukowego światopoglądu") i niestety (a może stety ?) - nie przystaje on do rzeczywistości. Wielokrotnie przytaczam w takim przypadku przykład : a co, jeśli jakieś "paranaukowe" zjawisko zachodzi np. w pierwszą niedzielę po nowiu, w obecności 2 łysych, z których jeden to musi być pan Henryk ? Rzecz się nie powtórzy w innym naukowym "zestawie" - zatem - jest to dowód na "nieistnienie" zjawiska ?
Czy jest jakiekolwiek "prawo" zabraniające takiego układu rzeczy ? Nie - można jedynie próbować przypisywać mu jakieś "prawdopodobieństwo" - ale to jest pułapka - bo na jakiej podstawie określimy to prawdopodobieństwo - na podstawie własnego doświadczenia ? Lub braku takiego doświadczenia ?
Jedna z pierwszych rzeczy, o których (niestety) trzeba zapomnieć przy zrozumieniu takich tematów, to to - że one NIE są zjawiskami materialnymi, związanymi z materialną strukturą świata - i jako takie - nie muszą być tak samo"uniwersalne" jak prawo wyporu cieczy. Zatem co nimi "zarządza" ? Otóż to, czego dotyczą - "duchowa" część otaczającej nas rzeczywistości. Dlatego ZAWSZE są one nieodłącznie związane z LUDZMI których dotyczą. A ponieważ każdy z nas jest inny, i każdy ma inną życiową ścieżkę - dlatego niestety trzeba się pogodzić z brakiem możliwości "naukowej" - w sensie nauki klasycznej - interpretacji. Po prostu - trzeba się pogodzić z tym, że "jednemu to zadziała - innemu nie".
Oczywiście jest to sprzeczne z pomysłem, że skoro jednemu coś się przydarza, to powinno też i drugiemu... No, ale niestety, świat to nie demokracja parlamentarna, i czy się to komuś podoba - czy nie - jest jak jest. Posługując się "naukowymi" metodami, rozmawiając o orbitach, grawitacji,  itp - nie można w żaden sposób dowieść lub obalić np. astrologii. Co - dla wielu będzie dowodem na jej nieistnienie.
Niemniej, na początek, polecałbym zastanowienie się nad następującą kwestią (w naszym kraju akurat powinna być powszechnie znana) ; otóż, jak to się stało, że grupa pewnych osobników (znanych jako "3 króli" ) pofatygowała się n a dość daleką przejażdżkę, w celu spotkania z osobnikiem z Judei ksywa Jezus. Mianowicie - jak to konkretnie się stało, że oni się spakowali na swoje pojazdy i wyruszyli w drogę, spodziewając się zastać tam wzmiankowanego osobnika - bo jak wiadomo, wówczas faxy były rzadkością, a i roaming też szwankował. Poza tym, sam niejaki Jezus w tym czasie za bardzo się nie reklamował ze swoim istnieniem - jako że był bardzo "niepełnoletni". Ponadto, okoliczności polityczne też raczej sprzyjały umiarkowanej konspiracji... Czyli - jak to się stało, i co z tego wynika (zwłaszcza dla wierzących chrześcijan) ?

Krótko mówiąc, względy bezpieczeństwa nakazują własne bzdury otoczyć miłością i zamknąć w szczelnym metodologicznym pojemniku. Nie uznajemy pańskiej metodologii, i co nam pan zrobi?

Słowa kluczowe: argumentum ex silentio, prawicowa interpunkcja, paradogmat.

I znów dajemy nura w krystaliczne wody "Cieni i Blasków", jak się rzekło, czasopisma z wyższej półki. "Cienie i Blaski" lubią eksperymentować ze stylem i treścią, często wykraczając poza najbardziej trywialne schematy dla gospodyń domowych z Opola Lubelskiego. Efektowne złamanie konwencji może jednak docenić gospodyni domowa z Konstancina i dlatego wszechstronnie wykształcony miłośnik historii prawdziwych z niekłamaną satysfakcją czyta wymykające się prostym kategoriom opowieści. Mariusz skończył socjologię, ale niespecjalnie wiodło mu się szukanie pracy, więc złapał się posady, która mu się akurat nawinęła. Został nauczycielem w szkole uwodzenia. Inteligentny i przebojowy, nie mógł sądzić, że ta praca wyssie z niego wszystkie soki i uczyni emocjonalnym wrakiem, chodzącą porażką, takim Epic Fail Guyem.

What is fail?

Nim jednak dojdziemy do konkluzji, zapoznajmy się proszę z serwowanymi przez niego mądrościami.

Wyrwanie dziewczyny nie jest trudne. Wystarczy zachować właściwą kolejność działań: zarzucamy kotwicę, wchodzimy w obraz mentalny babki, pozwalamy jej mówić. I koncentrujemy się na celu.

Krótko mówiąc, to nie będzie paplanina o składaniu serca do kupy z kwadratowych kawałków, o nie. W tej układance będziemy mieć elementy psychologii, antropologii, socjologii i programowania neurolingwistycznego, tragedię i farsę, życiową przewrotność i nieprzewidywalną przewidywalność! Tymczasem jednak:

Dziewczyny ulegają samcom alfa, a nie niezdecydowanym mięczakom. Jasne?

Był taki świetny odcinek House'a, w którym pacjent obok kompletnego braku własnego "ja" demonstrował zadziwiającą umiejętność rozpoznawania dominującej osobowości w otoczeniu. I o ile eksperymentalne udowodnienie, że House > Cuddy jest zasadniczo niezbyt ciekawe (to oczywistość, kto chciałby potwierdzenia?), o tyle twierdzenie, jakoby kobiety posiadały taki detektor wbudowany, może być fundamentem interesującej dyskusji. Dyskusji, z której zasadniczo płyną wnioski raczej falsyfikujące ową tezę. No, ale kto by się tam przejmował psychologią ewolucyjną. Główny bohater lansuje niezbyt wyrafinowaną metodą podrywu, którą można skrótowo opisać jako "na bezczela".

Kobieta w informacji - ruchem głowy wskazałem pobliskie okienko. - Podchodzisz i pytasz, na którym piętrze znajduje się biuro podróży. I czy oferują tam wycieczkę na Haiti. Tak? No to świetnie. Szkoda tylko, że nie masz z kim polecieć. Dziewczyna, którą kochałeś nad życie, po pięciu latach wielkiej miłości zdradziła cię z innym. Chcesz gdzieś daleko wyjechać, zapomnieć, może poznać kogoś, komu będziesz mógł dać swoją miłość (...) Sprzedawczyni w sklepie jubilerskim - pytasz, czy można oddać pierścionek zaręczynowy. Wspomnienia są zbyt bolesne. Tamten kierowca ciężarówki jechał zbyt szybko. Policja stwierdziła półtora promila alkoholu...

Czy, szanowny Czytelniku, czujesz już bluesa? Czy wiesz już, jak należy postępować z nieznajomymi kobietami? Czytelniczko piękna a zacna, czy już potrafisz rozpoznać niedzielnego podrywacza po kursie za tysiąc pińcet sto dziewięćset? Nie mam bladego pojęcia, jak się rwie laski w centrach handlowych, ale jestem całkiem pewien, że strategia polecana tutaj jest odpowiednikiem strategii reprodukcyjnej dorsza. Innymi słowy, próbujemy tak często, jak tylko się da i nadskakujemy maksymalnej możliwej liczbie pięknych pań, licząc na to, że zadziałają prawa wielkich liczb i nieprawdopodobne zrealizuje się odpowiednio szybko. Przyznaję, to może na krótką metę zadziałać (jak słusznie zauważył raz kiedyś niejaki Patrick Jane) i na jeden wieczór z opcją śniadania da się od czasu do czasu wyrwać kogoś.

Przebojowość naszego nauczyciela jest jednak fasadą, za którą mamy tylko bezkresną pustkę. Mistrz podrywu tak długo wpatrywał się w otchłań, że ta zaczęła spoglądać na niego. Łakomym wzrokiem. Co bowiem robi mistrz, gdy przychodzi mu demonstrować skuteczność nauczanych przez siebie magicznych technik? Ano, podchodzi do swej ofiary, zaczyna gadkę od czapy i zmusza zażenowaną ofiarę do nakreślenia kilku słów wsparcia na karteczce, którą wszyscy widzowie uznają za Najcenniejszą Zdobycz - numer telefonu. Tymczasem, jest to proste "Wal się". Ach. Znużony Obi Wan Kenobi podrywu idzie na parking, gdzie z samochodem mocuje się jego Julia...

- Tomek? - zapytała nagle blondynka, mrużąc oczy. Wtedy ją poznałem. Elżbieta! Najładniejsza dziewczyna na wydziale. Wiele razy chciałem się z nią umówić, ale zawsze w ostatniej chwili opuszczała mnie odwaga. Tak minął pierwszy semestr, potem drugi, a po wakacjach ona wyjechała do Anglii i już nie wróciła (...)  Byłem nią zachwycony tak samo, jak sześć lat temu, albo i bardziej. Nie dość, ze śliczna, to w dodatku mądra. Robi doktorat.

Jest światło w tunelu! - chciałoby się krzyknąć. Tu właśnie jednak pojawia się twist, przed którym ostrzegałem. Jak za starych dobrych czasów, gdy przygody Jacka Bauera stanowiły jakość samą w sobie (Ding an sich).

- Ona nie przyjdzie. Zatkało mnie. - Widziałem was wczoraj - kontynuował. - I żal mi się jej zrobiło. To porządna dziewczyna, wiem, bo jest moją sąsiadką. Powiedziałem jej, czym się naprawdę zajmujesz, i ze to wszytko tylko trening, a nie naprawdę.

Nie dorosłem do swych lat, masz mnie za nic, dobrześ zgadł. Nie na darmo to są "Cienie i Blaski". Do you know what lies in the shadow of the statue? Ja nie wiem, ale jestem tym autentycznie przerażony. Nie ma happy endu, nie ma ślubnego kobierca i usłanej różami drogi do szczęśliwej starości. To nie ten matriks, chciałoby się powiedzieć. Wprawdzie ja nie zapłakałem szczerosrebrnymi łzami nad smutnym losem mistrza podrywu, ale na pewno mógłbym. To tak, jak z oszczędzaniem na lokacie albo z byciem ekonomistą. Z drugiej strony, coś jednak temu podrywaczu zostaju:

 

sobota, 18 kwietnia 2009

Czy żyjemy w czasach ostatecznych? Czy koniec świata jest bliski? Jak będzie to wyglądało? Takie oto pytania zadała mi kiedyś kolorowa broszura Świadków Jehowy i, jak na dobrą propagandową broszurę przystało, sama udzieła odpowiedzi. Otóż prawdą jest, że żyjemy w czasach ostatecznych. Wskazują na to znaki, inne znaki, Biblia i autorytet religijnej wierchuszki. Otóż koniec świata będzie lada chwila, ale nie Pan Bóg nie podał dokładnej daty, bo mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na zachowania ludzi. Jest więc "polityka końca świata" podobna do polityki monetarnej, znaczenie mają bowiem nieantycypowane szoki... Enyłej, walenie w nawiedzonych przez Pana proroków końca świata jest zbyt proste, żeby taki wykwintny kloszard ze śmietnika idei mógł się tym zajmować w wolnym czasie (za to w czasie wolnym w czasie pracy, hm...). Obok popaprańców z pasją wyliczających konkretne daty końca świata i wariatów uważających się za Archanioła Michała, są jeszcze z pozoru całkiem rozsądni świeccy ludzie, którym oczy końcem świata zarosły.

Dawno temu, na fali zainteresowania proroctwami, przepowiedniami i wróżeniem z centurii wywołanej zbliżającym się końcem tysiąclecia, u mnie w domu znalazła się Księga proroctw tysiąclecia niejakiego pana Hogue'a. Konkretniej, to jest ich tam 777, ale idę o zakład, że gdyby autor się postarał, to mógłby tam wrzucić 2000 przepowiedni. Nie jestem do końca przekonany, dlaczego tego nie zrobił, wszak "2000 przepowiedni na 2000 lat chrześcijaństwa" brzmi dużo lepiej niż "777 przepowiedni coś tam coś tam". Nie mnie jednak oceniać autora, w każdym bądź razie nic wielkiego się nie stało i analiza ex post jego przepowiedni może być równie szokująca, jak zakończenie Lekcji historii Arthura C. Clarke'a. Zresztą, nawet jeśli abstrahujemy od 777 przepowiedni pana Hogue'a, dorobek milenijnych czarnowidzów jest, hm, porażający. Wraz z nastaniem nowego tysiąclecia nasze komputery nie przestały działać (pamiętacie Y2K? ja nawet zamówiłem w Microsofcie pakiet naprawiający Windowsa 98), w lipcu 2000 r. nic a nic się nie stało, we wrześniu też nie. Kolejny Nowy Rok okazał się równie bolesny, jak wszystkie poprzednie... I tak jakoś niepostrzeżenie wkroczyliśmy w kolejne tysiąclecie, wypełnione walką z terroryzmem, bańką na rynku nieruchomości, sanacją III RP, nieudanym odpaleniem LHC i całą masą nie-katastrof.

Dziś jednak musimy sobie powiedzieć otwarcie: WERSAL SIĘ SKOŃCZYŁ! OTO ZBLIŻA SIĘ ROK DWA ZERO JEDEN DWA! (warto też dodać: ÓÓÓ). Wstukanie "2012" w Google produkuje fascynujące wyniki (w liczbie 23 milionów) i przebicie się przez wszystkie wymagałoby bardzo dużej ilości czasu wolnego, a przy tym prawdopodobnie nie przyniosłoby więcej, niż przeczytanie pierwszych 10 stron i obejrzenie pierwszych 5 filmów na YT. Co się więc stanie z nami, gdy nastanie rok 2012? Ano, wedle jednej z popularniejszych hipotez (pozdrawiamy pana Patryka Geryla, którego książki - [1] i [2] wydano też w Polsce - chyba trzeba będzie zakupić) będzie bardzo źle. Dojdzie do nagłego i brzemiennego w skutki przebiegunowania Ziemi. Planeta się zakręci i potężne fale o wysokości 2 kilometrów zaleją kontynenty (i tutaj na stronie pana Patryka Geryla cytowane jest opracowanie z... TalkOrigins). Stopią się rdzenie wszystkich reaktorów atomowych na świecie i zatrują ziemię, wodę i powietrze. Biegun Północny przesunie się gdzieś do Kanady...

Człowiek na ogół chce po prostu żyć, więc perspektywa megasuperduper kataklizmu indukuje w jego głowie w sposób naturalny pytania o możliwość przetrwania. Trzeba przetrwać. Przetrwajmy ! - tak oto wita nas strona poświęcona Proroctwu Oriona na 2012 rok (tylko czemu ta prawicowa interpunkcja?). Proroctwo opiera się na obliczeniach matematycznych i przewidywaniach Majów i Egipcjan, którzy wiedzę odziedziczyli po tajemniczej cywilizacji sprzed Potopu, której ślady są ukrywane, więc w zasadzie możemy w to wierzyć. Kto w to nie wierzy i wziął już kredyt mieszkaniowy, ten przegrał życie, bo nie zdoła go spłacić przed 2012, a mieszkanie i tak będzie tylko lizał przez szybę. Kto napisał magisterkę, a nie zrobił przypisów, ten też przegrał życie.

W czym więc przetrwać? Jeśli bunkier, to jaki? Jedni proponują przyłączenie się do grupy Patryka Geryla, za co trzeba - surprise, surprise - słono zapłacić, inni radzą szukać na własną rękę bunkrów, np. poniemieckich na Dolnym Śląsku. Jest to rozsądne, bo przeciętny przestraszony internauta nie jest w stanie nawet wykopać sobie grobu, a co dopiero zrobić bunkier, który wytrzyma monstrualne trzęsienia ziemi i kilometrowe fale. Może więc lepszy byłby balon lub sterowiec?

a skąd wiesz jak zachowa się atmosfera Ziemi? i to już obojętne ile nad powierzchnią... czy w atmosferę nie wzbije się miliony ton kurzu, okruchów, skał które zniszczą taki sterowiec? Jak kwestia siły bezwładności w przypadku "zatrzymania" się Ziemi? jak bedzie oddziaływać przyciąganie ziemskie? jak się osłabi to czy nie odlecimy w przestrzeń kosmiczną?

Jak nie w powietrzu, to moglibyśmy spróbować w wodzie. Niezatapialne łodzie, co o nich sądzicie? Też lipa, bo jak to wielkie tsunami ciśnie łodzią o Statuę Wolności, to raczej łódź się rozpadnie. A może nie? W świecie paranauk nigdy nic nie wiadomo, dlatego na wszelki wypadek można zabrać łódź w Tatry i tam czekać na falę, jak szalony naukowiec w "Star Trek: Generations".

a zamierzam wraz z rodzina oraz rodzina kuzyna wyjechać w tatry zabierając ze sobą jacht pełnomorski oraz parę mniejszych żaglówek do holowania( było by w nich przechowywane jedzenie oraz potrzebne rzeczy). Z tego co się w dowiedziałem przez ostanie 5lat wysokie rejony górskie, szczególnie w Polsce która najmniej ucierpi podczas kataklizmu będą bezpieczne. Zamierzam udać się na wysokość ok. 1700m.

Ktoś przytomnie zauważył, że można połączyć łódź z bunkrem (projekt można znaleźć, o - kutwa! - tutaj: http://bochnacki.republika.pl/) i w ten sposób mieć i wytrzymałość bunkra, i elastyczność łodzi. Zresztą, bunkry to też chyba lipa, już lepiej znaleźć sobie chatkę w górach i gapić się na gwiazdy.

Poszukuję osoby, która ma w posiadaniu broń palną. I poszukuję kogoś kto by znał taką chatę gdzie by można zrobić kryjówkę. Mam trochę gotówki i można by stworzyć taką grupę przetrwania.

Hm, ja bym chętnie poszukał jakiejś dzierlatki, która ma w posiadaniu broń palną i razem stworzył grupę przetrwania (za czasów naszych rodziców chyba inaczej się to nazywało). Odtwarzanie populacji po Potopie to też ważna kwestia, nie myślcie sobie. Trzeba szanować tych wszystkich dzielnych ludzi, którzy na przekór przeciwnościom losu, wrogości światowych rządów i najazdom sceptyków na zamknięte fora wciąż walczą i przygotowują się do odbudowania cywilizacji po kataklizmie. Niektórzy widzą w kataklizmie rzecz pozytywną.

nasz gatunek... zasługuje na karę. Nie miałbym NIC przeciwko zmieceniu większości z planety aby ją dosłownie oczyścić z "brudu". Pod takim jednak warunkiem, że jakas niestworzona siła wybierze tych złych i pośle ich w diabli.

Są jednak tacy, którzy nie wierzą w nieuchronność nadchodzącego kataklizmu, choć niewątpliwie go nie lekceważą:

Nawet gdyby doszło do totalnej zagłady, jesteśmy nieśmiertelnymi duszami, zdążającymi w ciągłej podróży rozwoju wprost w ramiona ojca i nic stać się nam nie może. Nic, oprócz zmiany planu istnienia. Pójdziemy gdzie indziej, do innych zadań.
Dlatego, nie poddawajcie się energii strachu, bo ten obniża wibracje naszej energii, wprowadza chaos i nie dopuszcza do wzrostu.Strach, to element manipulacji i należy go odrzucić. Stosują go różne grupy, istoty, po to, aby opóźnić lub nie dopuścić do przemiany.
Co możemy zrobić? Czy mamy tkwić w marazmie czekając na zmiany? Nie, mamy się wziąć ostro do pracy. To, co czeka Ziemię, nie jest przesądzone.Owszem, podlegamy zmianom energetycznym, zarówno Ziemia, jak i my, ludzie, zdążamy w jedności, w wirowym tańcu, na wyższy pułap, gdzie będą dominowały harmonia, miłość, pokój. To jest nasze przeznaczenie- epoka wodnika, w której intuicja, duch, serce, miłość globalna, ważniejsze będą niż walka, niezrozumienie, separacja, dominacja. To nieuniknione, proces, na który nie mamy wpływu.Czy przebiegnie on łagodnie, czy katastroficznie, zależy od nas wszystkich. 
Jeśli obudzimy nasze serca, dokonamy oczyszczenia z zaszłości przeszłych wcieleń, gdzie dominowały strach, nienawiść, pycha, separacja, cierpienie, walka, i wprowadzimy w nasze ciała i serca miłość, zrozumienie, tolerancję, współodczuwanie, poczucie jedności, zmiany na Ziemi nie będą gwałtowne.
Poprzez podnoszenie własnych wibracji, podnosimy wibracje Ziemi, a poprzez to likwidujemy dysharmonię pomiędzy nią, a energiami w jakie wchodzimy jako planeta.

Przez podnoszenie własnych wibracji, podnosimy wibracje Ziemi. Chciałbym móc zrozumieć ten bełkot, ale nie potrafię nic więcej ponad zrozumienie znaczenia każdego z wyrazów z osobna. Razem nie mają najmniejszego sensu, ale niewątpliwie pięknie brzmią i ładnie wyglądają na różowym tle i obok promieniującej czymś tam czymś tam piramidy (ciekawe, czy można nią ostrzyć żyletki). Na szczęście zaraz potem pojawiają się policy implications:

Jak rozpocząć proces transformacji? Jak podnieść wibracje?
Najważniejsza jest MIŁOŚĆ.

Najważniejsza w życiu jest Miłość. Tak oto, chcąc nie chcąc, blogasek wraca do korzeni, a więc do "Sukcesów i Porażek".

Jeśli chcecie więc, pomóc sobie i naszej Matce Ziemi, w pełni świadomie weźcie się do pracy nad zrozumieniem zmian jakim podlegamy i rozpocznijcie życie w miłości. Nie jest to jednak proste, jeśli zalegają w naszych ciałach energetycznych poprzednie wzorce separacji i strachu. Powstały w poprzednich żywotach i niczym smoła przylegają, zasłaniając blask boskiej miłości, świadomość całkowitej wolności od ograniczeń.

I kiedy już odrzucimy nasz racjonalistyczny paradygmat Ery Ryb, wszystko będzie dobrze (spokój grabarza):

Kiedy uwolnimy się od tych wszystkich lęków, niemożności, ograniczeń, zrobimy miejsce na światło, a kiedy wypełni nas ono niepodzielnie, staniemy się miłością.

Zawsze chciałem stać się miłością, ale jakoś nie jestem przekonany, że w ten sposób uniknę przerażających skutków przebiegunowania Ziemi. Znacie jakieś bunkry w okolicy?

niedziela, 12 kwietnia 2009
Obok notek zaplanowanych i obmyślanych przez cały tydzień (tak, siedzę w pracy od 10 do 18 i połowe tego czasu spędzam rozmyślając nad blogonotkami, które jeszcze nie powstały) są też notki powstające przypadkiem, pod wpływem impulsu, nagłego oświecenia, jako rezultat odnalezienia w czeluściach Internetu czegoś na tyle ciekawego, żeby potem przez kilka linijek przynudzać. Tą razą komentarz z Onetu.
czwartek, 09 kwietnia 2009
Miałem ja kiedyś efemerycznego blogaska na Salon24. Niewiele tam pisałem, ale jeden szczególnie udany wpis chciałbym przedstawić nowym czytelnikom.
Bywa czasem tak, że nawet najlepsze chęci ekipy nie odmienią przeznaczenia filmu ufundowanego na bezdennie głupich pomysłach scenarzystów. Na kij efekty specjalne, na kij fajni aktorzy, na kij mająca trzymać w napięciu muzyka, na kij zwroty akcji. Nic nie uratuje filmu, opowiadającego o tym, jak to inteligentne węgorze elektryczne podgrzewają wody Arktyki, żeby podnieść poziom mórz i zatopić całą ludzkość. Nic.
sobota, 04 kwietnia 2009

Mam wrażenie, że ostatnio zaniedbywałem swój blogasek, wrzucałem notki kiepskiej okazji, pisałem na wszystkie możliwe tematy, zapominając przy tym, jaki jest główny profil mojej działalności tutaj (tytuł zobowiązuje, bo jest fajny). Nie każda Historia Napisana Przez Samo Życie jest fajna i trzeba to sobie powiedzieć otwarcie, bez owijania w bawełnę. Większość to nudne i mdłe opowieści zakończone womitoryjnym niemalże morałem, po ich przeczytaniu można się tylko głęboko zastanowić, jaki idiota mógłby czytać to wszystko. Z drugiej strony, to mamy perełki i o takich perełkach ten blog ma traktować. Dziś wielka historia małego cżłowieka, która może wstrząsnąć nawet najbardziej odporną na ludzkie dramaty gospodynią domową z Opola Lubelskiego.

Romeo miał swoją Julię, Tristan Izoldę, Abelard Heloizę, Ziutek Celinę, a główny bohater opowieści ma swoją Klaudię. Tę burzę włosów każdy zna:

- Cześć... odpowiedziała obojętnym tonem, nawet na mnie nie patrząc!
Bardzo staralem się za nią nie oglądać, ale moja głowa samoistnie się odwróciła. Przez moment przyglądałem się jej boskiej figurze, aż do chwiligdy wpadłem na pobliski słup. Nie miałem jakoś szczęścia do dziewczyn (...) nie miałem ani kasy, ani samochodu, a tylko na takich chłopaków Klaudia zwracała uwagę.

Każdy z nas zna to uczucie. Nie, nie mówię o zakochaniu! Miałem na myśli skupienie wzroku na odległym przedmiocie skutkujące nieuwagą i uderzeniem w słup, który zawsze jest tam, gdzie jest potrzebny, by nas z zamyślenia wyrwać. Wytrącić. Wybić. Moglibyśmy się nawet pokusić o sformułowanie następującej ogólnej zasady:

Dla każdego momentu zamyślenia istnieje taki słup, w miarę upływu czasu prawdopodobieństwo uderzenia głową weń zbiega do jedności.

Normalny człowiek zastanowiłby się, czy jest sens uganiać się za dziewczyną, której w głowie pieniądze i samochody (samochody z pieniędzmi zapewne mniej, bo nie wyglądają sexy), ale tu zapewne nie ma miejsca na chłodną kalikulację oczekiwanych zysków w cyklu życia. Gdzie wyrzucają nas drzwiami, my się pchamy oknem. Zanim jednak to zrobimy, staramy się zwiększyć swoją atrakcyjność. Co człowiek bez samochodu i pieniędzy może zrobić, żeby "jeszcze ja jej pokażę" stało się realne i nie było tak kłopotliwe, jak miejski ekshibicjonizm (niewątliwie ekshibicjonista pokazuje innym, leży to jego naturze)? Zostaje żołnierzem i pokazuje innym swoją broń (jedni oglądają tylko niewłaściwy koniec lufy, inni podziwiają broń w całej krasie).

Zadbałem o to, żeby wiadomość o moim życiowym wyborze dotarła do Klaudii. Moja kuzynka przyjaźni się z jej koleżanką. Taki babski łańcuszek informacyjny. Niestety, nie zrobiło to na wybrance mojego serca większego wrażenia.
- I co powiedziała? - pytałem kuzynkę, ale ta wzruszyła ramionami.
- A co miała powiedzieć? Nic! Chyba jej to w ogóle nie obchodzi...

Hej młody junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat... ALE JA NIE MOGĘ TAK DŁUGO CZEKAĆ!!! Rzeczywiście, łatwo nam dawać rady żołnierzowi zakochanemu w blacharze. W międzyczasie nasz bohater ciężko pracuje w jednostce nad swoją kondycją fizyczną i moralną, w kuźniach jednostki wojskowej w Pułtusku hartuje się stal i wykuwa nowego mężczyznę. Historia jest opatrzona zdjęciem doskonale umięśnionego Adonisa (w białych bokserkach) o spojrzeniu niezłomnym niczym wyzwoliciele z Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Kiedy pojechał do rodzinnej mieściny w mundurze, wszyscy pękali z dumy lub zazdrości. Ale nie Klaudia.

- Jestem teraz w wojsku - rzuciłem, bo nie bardzo wiedziałem, co na to [że Klaudia nie da się odprowadzić do domu] odpowiedzieć.
- Przecież widzę - oznajmiła stanowczo - To życzę powodzenia!

Czy widzisz już, Czytelniku, tragizm sytuacji naszego bohatera? Dla tej oto dziewczyny przeszedł przez siedem kręgów Piekieł, przeżywał codzienne tortury, starając się nie upuścić mydła w łazience, szorował czołgi szczoteczką do zębów i przecinał drut kolczasty nożyczkami do paznokci. Wszystko na nic! Wszystko na nic! Ona jest tym pstrym kawałkiem ciucha zainteresowana mniej więcej tak, jak średniowieczni ludzie automatycznym przetwarzaniem informacji. Na szczęście w takich okolicznościach autor historii potrafił znaleźć wygodnego królika w swoim przepastnym kapeluszu. Jeśli na kobiecie nie robią wrażenia słowa, nie robi wrażenia człowiek i nie robi wrazenia jego przyszłość, to może chociaż zrobią czyny? Bingo (podobno Christiano Ronaldo bardzo lubi w to grać). Nasz bohater wyciąga dziewczynkę z płonącego samochodu, zostaje bohaterem, pojawia się w telewizji, itp.

Po pewnym czasie, na przystanku autobusowym...

Nagle z autobusu wysiadła Klaudia. Zmierzyła spojerzeniem chichoczące dziwczyny. Podeszła do mnie pewnym krokiem, stanowczo wzięła mnie pod ramię i powiedziała:
- Jak miło, że pomnie wyszedłeś!
- Nie ma sprawy - odpowiedziałem dziwiony takim zachowaniem Klaudii, a dziewczyny od razu się zmyły.
- To co, odprowadzisz mnie do domu?
Trochę się wkurzyłem. Najpierw mnie nie zauważa, a teraz traktuje jak swoją własność?
- Hola, hola! A skąd taka nagła zmiana?
- A stąd, że nie pozwolę, aby mi jakaś inna sprzątnęła ciebie sprzed nosa - odpowiedziała Klaudia.
- Ale to przecież Ty mnie miałaś cały czas w nosie! - zaprotestowałem.
- Ja? Nie! Ja cię bardzo lubię - odpowiedziała na to. - Chciałam tylko miec pewność, że tobie na mnie naprawdę zależy, że nie podrywasz mnie dla zabawy...

Utarło się na różnych forach, żeby durne prowokacje ex post racjonalizować i nazywać "eksperymentem socjologicznym", "próbą sprawdzenia, czy coś tam coś tam". Żałosne, bo żałosne, ale zapewne autorom wydają się być jedyną formą honorowej ucieczki. Nie są, ale ja nie o tym chciałem. Scena jest wyborna, wręcz filmowa! Jednemu przypomina to ten fragment z "Love, Actually", gdy życiowa miernota, popychadło od roznoszenia kanapek wyjeżdża do Stanów by zostać Bogiem Seksu i, co dziwne, udaje mu się. I gdy na miejsce przychodzi Kim Bauer, mówi do swych koleżanek "zostawcie go mnie". Ja w każdym bądź razie miałem nadzieję, że nasz Adonis z Pułtuska znajdzie w sobie dość odwagi, by zmienna dziewuchę usadzić i z odrobiną honoru oddalić się, by znaleźć szczerą i kochającą dziewczynę, która nie będzie leciała na pieniądze i samochody. Niestety, w "Z Życia Wzięte" nader rzadko dochodzi do łamania konwencji. Nikt tu nie wita głównego protagonisty na pustyni Realnego, nikt nie każe ludziom szczelać się w odległej przyszłości z XX-wiecznej broni palnej.

 
1 , 2
Tagi