from here to reality
piątek, 02 marca 2012

"Antropolog i anarchista" David Graeber we wstępie do swojej znakomitej książki pisze o dość symptomatycznej rozmowie, jaką zdarzyło mu się przeprowadzić z pewną młodą damą. Wyraziła ona pogląd, że długi należy spłacać. Niech Czytelnik zastanowi się nad tym zdaniem - mnie osobiście w związku z nim narzucają się dwie rzeczy: (1) to zdanie z pozoru wygląda na coś oczywistego i rozsądnego; (2) posiada wymiar etyczny. W takim ujęciu spłata długów staje się obowiązkiem moralnym dłużnika, choć na początku wcale tak być nie musiało.

Problem polega na tym, że takie postawienie sprawy niebezpiecznie przerzuca ciężar odpowiedzialności na dłużnika, pomijając rolę wierzyciela w tym układzie. Tymczasem, spłacenie długu nie jest obowiązkiem. Konstrukcja pożyczki (czy też jakiejkolwiek formy tworzenia długu) zakłada możliwość jej niespłacenia (całkowitego lub częściowego). Nazywa się to ryzykiem kredytowym. Każdy bank ma departamenty zajmujące się wyłącznie oceną tego ryzyka, które to departamenty mogą wprawdzie działać lepiej lub gorzej albo być w ogóle ignorowane przez kierownictwo, ale co do zasady istnieją. Dlatego właśnie kredyty są często wysoko oprocentowane, dlatego na stopy procentowe a narzuca się marże. Jeżeli ktoś brał kredyt mieszkaniowy, zapewne wie, jak to wygląda i co się dolicza do "gołej" stopy procentowej (WIBORu). Rozpiski, które przy tej okazji dostaje się z banku, potrafią być szczegółowe aż do obrzydliwości. Z podobnych powodów Provident pożycza na 20%.

Jeżeli w dodatku pożyczka jest z zabezpieczeniem, to o czym my tu w ogóle mówimy? Wtedy niezależnie od tego, co się stanie, wierzyciel otrzyma coś z powrotem. Może nie otrzymać wszystkiego, ale jakiś (kilkadziesiąt) procent wartości kredytu zostanie odzyskany, co wciąż stanowi więcej niż zero, przy założeniu, że cała transakcja odbywa się w praworządnym państwie. Nawiasem mówiąc, zdarza się i tak, że wartość odzyskana w razie upadłości jest większa od wartości pożyczki. Wtedy wierzycielowi opłaca się zmusić dłużnika do bankructwa. Ale to temat na zupełnie inną notkę.

To ciekawe, jak często zapominamy, że w tym stosunku są dwie strony: dłużnicy i wierzyciele. Każda ze stron ma swoje racje, swoje interesy i swoją pozycję negocjacyjną. Dwie strony, pomiędzy którymi powinna istnieć równowaga, kształt której wynika z tego, jaką mamy kulturę, jakie instytucje i jakie prawo. Tym z kolei w dużej części zawiaduje państwo, podejmując decyzje o charakterze politycznym na korzyść jednej lub drugiej strony. Z jakiego więc powodu tak bardzo faworyzujemy wierzycieli i glanujemy dłużników? Kiedy słyszymy o narastającym długu, niespłacanych pożyczkach i innych tego typu problemach, pierwszymi winnymi nader często są dłużnicy. Ci nieodpowiedzialni ludzie, którzy nabrali dużo pożyczek, którzy nierozsądnie zadłużyli się ponad miarę. Ci biedacy z niskimi dochodami, którzy zawsze powinni byli mieć zerową zdolność kredytową. Ten podobny do szarańczy konsument, który z kredytu finansuje swoją rozbuchaną konsumpcję, zapominając o protestancko-chińskiej cnocie oszczędzania.

Te rozważania wiążą się nie tylko z nieustającym, pełzającym i bardzo męczącym kryzysem greckim, ale również z takimi kwestiami, jak ruch OWS, skandal z przejmowaniem domów dłużników w Stanach (tzw. foreclosures) czy też z problemem długu generowanego przez pożyczki studenckie. To wiąże się też z tym, jak o tych kwestiach rozmawiamy i jak ustawiamy dyskusję. Nie zamierzam tutaj bronić Grecji, ten kraj nawet bez kolejnych rund wymuszonych z zewnątrz cięć budżetowych byłby w fatalnej sytuacji. Pamiętajmy jednak, że ktoś greckim rządom pożyczał na niski procent, chociaż nie istniał żaden realny powód, żeby Grecja była postrzegana jako równie wiarygodny partner, co Niemcy, Francja, a nawet Hiszpania. Nie były to krasnoludki, bo krasnoludki zapewne zajęte były rozmontowywaniem tych gałęzi tamtejszej gospodarki, które dzisiaj mogłyby pomóc krajowi wygrzebać się z gospodarczego kataklizmu.

czwartek, 01 marca 2012

Wczoraj rano przy śniadaniu wziąłem do ręki dwutygodnik "Show", z gracją słonia w składzie porcelany oprowadzający czytelnika po niezliczonych bankietach, pokazach, wernisażach, premierach i innych bezproduktywnych imprezach, które zaludniają nie tylko rozmaite sławy, ale także cała masa ludzi, których obecność w takich miejscach stanowi dla mnie zagadkę. Kim u diabła jest Marta Grycan? Albo Kate Rozz? Czy Borys Szyc dobrze się bawi w towarzystwie Dody? Jaki tatuaż ma nowy kochanek Jennifer Lopez, nawiasem mówiąc, prawie dwa razy od niej młodszy? Jakie buty ma Ilona Ostrowska i czy była w nich na ranczu? Co robiła noga Angeliny Jolie na gali oskarowej i czy berberyjski strój Jarosława Kreta jest protestem przeciw oskarowemu triumfowi Iranu nad Hollandią? Aż tu nagle ktoś, kto się wyróżnia z tłumu celebrytów na dorobku, celebrytów i celebrytów na emeryturze.

Enter Krzysztof Rutkowski.

Gdybym miał komuś ad hoc zorganizować zabawę w znalezienie jednego elementu, który nie pasuje, pokazałbym mu tę gazetę. Bo - BACH - na czterdziestej stronie spogląda na nas ogromna twarz polskiego Duke'a Nukema, Krzysztofa Rutkowskiego. A jest to postać z zupełnie innej bajki. Czerwony garnitur, rezydencja w stylu gołębiewskim, pistolet i ciemne okulary, prosto od Lance'a Armstronga. Oto redaktorzy "Show" postanowili swoich czytelników uraczyć wywiadem - laurką z najbardziej żałosnym ucieleśnieniem archetypu szeryfa, jakie w życiu widziałem. Wywiad ten charakteryzuje się tym, że w czytelnikowi bardzo szybko kończą się dłonie do robienia facepalmów i trzeba sobie radzić inaczej. Kto próbował walić w stół głową z założonym podwójnym facepalmem, ten wie, jaka to katorga.

Na rozgrzewkę dostajemy serię obciachowych zdjęć z lat 90-tych i jeszcze bardziej obciachowe zdjęcie Duke'a z bukietem goździków oraz masę mocno przesadzonych stwierdzeń na temat świata rzeczywistego (czytamy, że Rutkowski jest "mistrzem autopromocji", a "jego romans z zakonnicą śledzi cała Polska" - do tej ostatniej kwestii jeszcze wrócimy). Jaka więc jest historia Krzysztofa Rutkowskiego? Gdyby Orson Welles ożył i mógł nakręcić o film o detektywie Rutkowskim, to jaki byłby to film? Otóż, nie byłby to film, tylko serial rozpisany na sześć sezonów, trzy serie komiksów, figurki do zabawy i zestawy teflonowych patelni z autografem Rutkowskiego ("Idealne do odbijania kotletów i zakładników"). "Detektyw Rutkowski. Człowiek." to opowieść o miłości nie znającej granic i wstydu, niebezpieczeństwie zaglądającym sobie z przerażeniem w lustro i ciężkiej pracy i wielkich owocach. Ale przede wszystkim o miłości, na temat której Rutkowski ma sporo do powiedzenia: 

- Moje oko wybiera same najładniejsze [kobiety]. To oko jest dobre do strzelania i do wybierania kobiet. Zawsze celne.

- Co najbardziej lubi pan w kobietach?

- Dla mnie najważniejszy jest wygląd. Kobiecość zawarta w powierzchowności. Moja kobieta musi byc ładna. I szczerze mówiąc, te kobiety, które miałem, były ładne i fajne. Osoba, z którą jestem teraz, jest cudowna i przepiękna. Ale ważne jest i wnętrze - mądrość.

- Ważniejsza jest mądrość czy uroda?

- To musi być jedno i drugie. Inaczej kobieta jest na jedną noc. Bo jeśli kobieta jest tylko mądra, nie ma mowy nawet o jednej nocy. Kobieta musi mi się najpierw spodobać i wtedy jest bajera.

- Co to jest ta bajera? Jak pan to robi?

- Normalnie! Bajera! Wchodzę, patrzę i mówię: "Nie, ja nie wierzę, trzymaj mnie, bo zwariuję! Zakochałem się! Ja się z tobą ożenię. Jesteś piękna. Nie chcę pracować, nie chcę nic, tylko ty!" No i tak, piękne słowa... No, ale przychodził dzień następny: "Sorry bardzo, ale robota wzywa, muszę lecieć".

- To ile ich było?

- Chyba w setkach trzeba liczyć. 

Dobra bajera nie jest zła. Można próbować na Golfa dwójkę w pobliskim lesie (a jak kolega pożyczy, to nawet trójkę). Można też, tak jak Rutkowski, zgrywać skończonego palanta. Sprawdzić czy nie zakonnica. Tutaj trzeba nieco bardziej subtelnie, o co prowadzący wywiad nie omieszkał zapytać.

- Luizę poznał pan w niezwykłych okolicznościach. Była zakonnicą.

- Tak. Prowadziłem pewną akcję przy zakonie, a Luiza była tam w nowicjacie. Przechodząc obok mnie, filozoficznym językiem zwróciła mi uwagę, że można stosować inne metody niż te, które ja stosuję. Odpowiedziałem jej po swojemu, żeby raczej zaczęła się modlić za tego bandytę, bo spędzi w więzieniu aż pięć lat. 

Filozoficznym językiem? Biorąc pod uwagę poziom i styl wypowiedzi drugoobiegowego detektywa, Luiza mogła zauroczyć go takimi słowami i pojęciami, jak "praworządność", "humanitaryzm", "prawa obywatelskie", "dyplomacja" i "negocjacje".

W międzyczasie pada sakramentalne pytanie o Bonda, do którego Rutkowski jest często porównywany (bo między jedną a drugą strzelaniną jest w stanie poderwać nawet zakonnicę), a którego to pan Krzysztof, uważający się za konesera kina akcji, zasadniczo nie lubi. Jako znany pacyfista, negocjator i przeciwnik bezprawnego nadużywania siły zagranicą, zawsze dokłada wszelkich starań, żeby jego akcje nie wyglądały, jak ordynarne porwania wyjęte z jakiejś docudramy. Dziwi więc, że Krzysztof Rutkowski nie lubi filmów z Bondem, bo są sztuczne. W ogóle nie lubi, gdy jest dużo wybuchów, samochody fruwają, a ludzie się szczelają, bo to sztuczne i płytkie. Co innego np. "Metro strachu", tu jest "mocna psychologia". Wątek kina akcji kończy Rutkowski nastepująco:

Lubię też filmy, w których odnajduję siebie, np. "Misję" z Robertem De Niro.

Ani chybi odnajduje tam tę cząstkę siebie, która odpowiada za zapraszanie milicjantów na imprezy do domu i masowe dawanie policjantom z drogówki autografów. Albo tę, która wiąże się z jego wykształceniem (Technikum Mechanizacji Rolnictwa - pamiętajmy, że Jezus nie skończył nawet podstawówki). Widzicie, zupełnie jak De Niro w "Misji", Rutkowski potrafi sam sobie naprawić samochód i rozpoznać, kiedy mechanik go chce zrobić w ciula.

Pozostaje nam też cieszyć się, że mamy taki narodowy skarb. Drugi powód do radości jest taki, że - niczym w najpiękniejszych wizjach Dawkinsa - geny Rutkowskiego będą żyć dalej, propagować się i prześladować nas w mediach. Córka Rutkowskiego jakiś czas temu spaliła magazyn winogron, co detektywa Rutkowskiego napełnia niesamowitą dumą. On w jej wieku podpalał tylko siano (ciekawe, czy się zaciągał). Oto sztafeta pokoleń. Oto wzorzec z Sevres relacji córki z ojcem. A oto ja po przeczytaniu tego wywiadu: 

Niniejsza notka powstała na życzenie blogera Barta. Za udostępnienie egzemplarza "Show" dziękuję pewnej czytelniczce.

Tagi