from here to reality
czwartek, 29 grudnia 2011

W tym bałaganie tkwimy już ponad trzy lata (jeżeli liczymy czas od upadku Lehman Brothers), może cztery (jeśli liczyć od pęknięcia bańki na amerykańskim rynku nieruchomości). Czasami ciężko mi w to uwierzyć, ale wydaje się, jakby istniał już tylko kryzys. Kryzys, zaburzenia, turbulencje, spowolnienia i litania monstrualnych problemów. Istotna część mojego dorosłego życia przypada na tenże kryzys i, choć osobiście go nie odczułem (pomijając pieniądze, które w 2008 wyparowały z giełdy, zanim się zorientowałem, że to jednak nie jest "korekta"), ciężko niektórych rzeczy nie zauważać. W świecie, w którym żyje się od jednej sprzedaży rządowych obligacji do drugiej i od jednej publikacji danych statystycznych do kolejnej, w którym tysiące osób nerwowo wpatruje się w wykresy z Bloomberga, trudno o optymizm. Wszystkie osobom, które zażyczyły sobie życia w ciekawych czasach, chciałbym przy tym zapytać, czy są już zadowolone. 

Nie mam ambicji pisać wszechogarniających, kompleksowych esejów, do których dołączone byłyby przewidywania, rekomendacje dla polityków i takie tabelki, w których uwielbiają się zaczytywać ludzie uzależnieni od danych. Nie chcę też bawić się w Kasandrę, ta rola zarezerwowana jest dla Krzysztofa Rybińskiego i gości z ZeroHedge. Nie, żebym nie był pełen obaw. Wręcz przeciwnie, jestem kłębkiem nerwów. Paradoksalnie pomaga świadomość, że osoby w mojej sytuacji tracą raczej możliwości niż konkretny majątek. Ponadto, opinię pesymisty i panikarza mam w tylu miejscach, że tu nie będę dokładał kolejnej cegiełki do tego wizerunku. Nie napiszę więc o spirali zacieśniania fiskalnego i implozji zachodnioeuropejskiego systemu bankowego[1]. Zamiast tego, będąc uzależnionym od danych statystycznych cyfrojebkiem, ściągnąłem sobie trochę podstawowych danych i namalowałem kilka niezbyt wesołych wykresów obrazujących, jak wolno nasz region wygrzebuje się z kryzysu.

Wszystkie wykresy zrobiono na jedno kopyto - pokazują ewolucję realnego PKB lub zatrudnienia (w tysiącach osób) od początku 2008 r. do drugiego lub trzeciego kwartału bieżącego (2011) roku. Wartość w pierwszym kwartale 2008 to za każdym razem 100, więc ładnie widać, jak głęboko ktoś spadł w porównaniu do złotych czasów sprzed kryzysu. Na początek nasze bezpośrednie sąsiedztwo. W oczy od razu rzuca się to, że jeden kraj miał sporo szczęścia (w kategoriach PKB)[2].

PKB w V4

W zatrudnieniu widać zasadniczo tę samą historię. Nawiasem mówiąc, w omawianym okresie w Polsce wzrosła zarówno liczba bezrobotnych, jak i liczba zatrudnionych. 

Z Europy Środkowej przenosimy się na peryferia eurozony, które teraz pewnie zamieniłyby rekordową uwagę świata na własne waluty. Na początek PKB, potem zatrudnienie. 

 PKB na peryferiach strefy euro

Zatrudnienie na peryferiach strefy euro

Brak Grecji na pierwszym wykresie nie jest przypadkiem - skandal z fałszowaniem statystyk  mocno przetrzebił bazy Eurostatu. Co do reszty - tak właśnie wygląda stagnacja poprzedzona recesją. Tak też wyglądają zgruchotane rynki pracy (bezrobocie w Hiszpanii jakiś czas temu przebiło 20%). Czy dno zostało już osiągnięte? 

Tymczasem, duże państwa UE radzą sobie trochę lepiej, ale też bez rewelacji (a tu analogiczny rysunek dla zatrudnienia). Sprawdzić czy nie Niemcy. 

PKB w rdzeniu strefy euro

I na zakończenie, tragedia jeszcze większa niż peryferia strefy euro, czyli państwa bałtyckie. Ponownie, najpierw PKB, potem zatrudnienie. 

PKB w krajach bałtyckich

PKB w krajach bałtyckich

Powiedzmy sobie jedną rzecz od razu: skala recesji w państwach bałtyckich jest zatrważająca. To jest coś, czego Zachód nie widział od dekad i dla czego ciężko nawet w polskich doświadczeniach znaleźć odpowiednik[3]. Kraje bałtyckie są przy tym źródłem bardzo prostej, ale ważnej lekcji. Jeśli ktoś wskazuje na Łotwę czy Litwę i chwali wysokie tempo wzrostu gospodarczego dziś, nie należy mu wierzyć. Kilkuprocentowe wzrosty dziś są warte jeszcze mniej niż kilkunastoprocentowe spadki wczoraj, co wynika z tego prostego faktu, że zmniejszenie czegoś o x% i zwiększenie o x% nie daje wyjściowej wartości, tylko coś mniejszego. Co więcej, im niżej spadasz, tym trudniej wrócić na wyjściowy poziom. Na cyferkach - jeśli ktoś straci 50% swojego majątku, a następnie zwiększy to, z czym zostanie, o 50%, dostanie 75% tego, co miał na początku. 

Bajzel, w którym dzisiaj jesteśmy, polega m.in. na tym, że na rachityczny wzrost gospodarczy nałożyły się problemy z obsługą zadłużenia (które z kolei całkiem skutecznie zatruwają system bankowy). By zrozumieć, dlaczego z tej mąki może nie być chleba, warto rozważyć, jakie warunki muszą zajść, żeby kraj spłacał zadłużenie, mierzone stosunkiem długu do PKB. Otóż, saldo budżetu musi przewyższać koszty obsługi zadłużenia. Daje się to zapisać w formie równania (i jest to jedyne równanie, jakie zobaczycie w tej notce).

Symbole oznaczają kolejno: zmianę zadłużenia w relacji do PKB, nominalne oprocentowanie długu, stopę inflacji, realne tempo wzrostu PKB, zadłużenie w relacji do PKB i nadwyżkę pierwotną budżetu (przychody minus wydatki bez kosztów obsługi zadłużenia).

Najłatwiej zrozumieć to na cyferkach. Jeśli Włosi mają 2% inflacji, -1% wzrostu PKB i dług oprocentowany na poziomie 6%, to ich budżet musi mieć 5% nadwyżki pierwotnej, jeśli dług ma być trzymany w ryzach. 5% to dużo zwłaszcza w czasach recesji[4]. Nie da się tego osiągnąć bez bolesnych cięć, które z kolei na pewno negatywnie wpłyną na wzrost gospodarczy, przynajmniej krótkoterminowo. Konsolidacja fiskalna może mieć więc skutki odwrotne do zamierzonych. A priori można więc wyobrazić sobie sytuację, w której cięcia budżetowe skutkują wzrostem poziomu zadłużenia, a nie spadkiem[5].

Ciekawe, jak obecne czasy będą nazywać potomni. 

[1] Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to strefa euro nie przetrwa w obecnym kształcie, z Grecją i Portugalią w szczególności. Nie, nie gram na rozpad strefy euro, bo nie mam czym. Założyłem się z kolegą o flaszkę dobrej wódki (czytaj: nie Starogardzkiej), to jedyne, co mogę ugrać na takiej apokalipsie. 

[2] Konwencjonalna opowieść o tym, dlaczego uniknęliśmy recesji, jest zasadniczo prawdziwa. Relatywnie małe uzależnienie od handlu zagranicznego, płynny kurs walutowy, antycykliczna polityka fiskalna. 

[3] Ciężko oszacować głębokość recesji, w którą weszliśmy w 1989. EBOIR podaje wartości rzędu 10% i tego będę się trzymał. Spowolnienie z przełomu wieków jest dużo lepiej opisane. Wówczas wprawdzie spadku PKB nie było, ale w latach 1999-2003 straciliśmy 1,5 miliona miejsc pracy. Czyli 10%. Dziesięć procent. Na Łotwie bieżąca recesja "zjadła" 20% miejsc pracy. Pomedytujmy wspólnie nad tymi liczbami. 

[4] Z drugiej strony, rozważmy pewien środkowoeuropejski kraj, który ma trochę więcej szczęścia. Polska ma 3,5% inflacji, 4% realnego wzrostu, oprocentowanie długu na poziomie 6% i może sobie pozwolić nawet na konkretny deficyt budżetowy (upraszczając). 

[5] Nietrudno zrozumieć, dlaczego drugim ulubionym (zaraz po szaleństwach Republikanów) tematem Paula Krugmana jest austerity, czyli zaciskanie pasa. 

środa, 28 grudnia 2011

Jak co roku uważnie przyglądam się pergaminom, które przychodzą do redakcji w okolicach zimowych świąt. I jak co roku zauważam, że coraz mniej na nich marmurowych posągów bogów, a coraz więcej krzyży i betlejemskich stajenek.

Coraz rzadziej w życzeniach pojawia się Przesilenie Zimowe, a częściej mowa o świętach narodzenia boga. Jednego! Obserwuję, jak kolejne przedsiębiorstwa, zrzeszenia, instytucje, które jeszcze rok-dwa lata temu umieszczały na swoich okolicznościowych zwojach wizerunki Jowisza, Minerwy, a nawet Mitry, teraz ograniczają się do Jezusa zwanego Chrystusem.

Trudno uwierzyć, że tak nagle zmienił się światopogląd patrycjuszy, możnych i zarządców, którzy zamawiają świąteczne pergaminy. Że zapomnieli o symbolach, które towarzyszyły ich życiu przez poprzednich kilkadziesiąt lat. Domyślam się raczej coraz większych wpływów importowanego do Rzymu chrześcijaństwa, lewicowej inżynierii społecznej podszytej głęboką niechęcią do humanistycznych religii Rzymu.

Warto jednak pamiętać, że nie o samych bogów chodzi chrześcijanom. Plan zakłada zniszczenie całej struktury społeczeństwa. Dlatego „postępowcy” podważają wszelkie tradycyjne więzi, a ich wrogiem są w równej mierze świątynie, co rodziny i małżeństwa, wszelkie przejawy imperialnej dumy oraz nasze kulturowe dziedzictwo. Wszystko to, co daje nam siłę, abyśmy mogli trwać przy bliskich nam wartościach. Zabiegi o umieszczenie krzyża w Senacie, demonstracje w czasie pokojowych świąt, żądania delegalizacji medycyny i związków homoseksualnych to elementy tego samego scenariusza, którego celem jest rozmontowanie podstaw naszej cywilizacji.

Dlatego, niezależnie od tego, czy bogowie obdarzyli nas łaską wiary, wysyłajmy pergaminy z Panteonem. A polewając bliskim wino przed wieczerzą i śpiewając pieśni ku czci Bachusa, pamiętajmy, że to są ważne obozy warowne naszej tożsamości.

Dominicus Zdortus, młodszy prefekt Rzymu

wtorek, 27 grudnia 2011

Deklaracja "zaniedbałem bloga" powoli staje się tutaj świecką tradycją. Coraz częściej zdarzają się takie miesiące, kiedy nie piszę nic, bo nie chce mi się, nie mam weny, wolnego czasu albo przekonania do blogowania jako takiego. Co tym razem mam na swoje usprawiedliwienie? W listopadzie nie pisałem nic, bo bardzo pracowicie zmniejszałem PKB, de facto pracując przez dłuższy czas na dwa etaty. W grudniu znienacka złapało mnie życie i od tego czasu nie przestaje trzymać. To całkiem przyjemne uczucie, wiecie?

Tymczasem, w ramach nadrabiania blogerskich zaległości przedstawiam zaległe (październikowo-listopadowe) polecanki czytelnicze. Nadmienię również, że tym razem tak bardzo pokpiłem sprawę, że zdążyłem już prawie zebrać kolejny zestaw linków. 

Nauka / racjonalizm / sceptycyzm

Na początek nieco już zapomniana sprawa projektu BEST. Otóż, grupa badaczy mających wątpliwości co do wiarygodności oficjalnych danych na temat zmian temperatury, postanowiła samodzielnie sprawdzić, obrobić i przeanalizować dostępne dane. Wynik ich wielomiesięcznej pracy jest taki, że istnienie globalnego ocieplenia, surprise surprise, po raz kolejny potwierdzono (więcej na ten temat także u doskonaleszarego i na RealClimate). Nie będę przy tym zbyt oryginalny, jeżeli powiem, że historia BEST jest piękną lekcją ze sceptycyzmu i metody naukowej. Szkoda, że nie wszyscy ją docenili.

Pozostając w temacie klimatu i jego zmian, polecamy nowy portal wiedzy na temat zmian klimatu, uruchomiony przez Bank Światowy. Sporo danych i ich wizualizacji, w miarę wygodny interfejs. Będę tam zaglądał, choćby ze względu na wygodne mapki, ale mogłoby to wszystko ładniej wyglądać, mam wrażenie. OECD robi ładniejsze rzeczy. 

Polecanki w obszarze klimatu i pokrewnych zakończymy ciekawostką z kategorii "proste technologie w walce z globalnym ociepleniem" - oto biochar (znany także jako terra preta), odmiana węgla drzewnego, za jednym zamachem robiąca dwie rzeczy: nawożenie i sekwestrację węgla.

Dalej mamy arcyciekawy artykuł z Wyborczej, popełniony przez biologa, a dotyczący niuansów i meandrów biologii płci. Lektura obowiązkowa dla tych wszystkich, którym się wydaje, że to takie proste, jak XX i XY. Otóż nie, to trochę bardziej skomplikowane

Kojarzycie historię Betty i Barneya Hillów? To zapewne jeden z najsłynniejszych, najchętniej cytowanych i przywoływanych przypadków porwań przez kosmitów. Jeśli ktoś kiedykolwiek interesował się zagadnieniami paranormalnymi, zapewne zetknął się z nim. A są tam bodaj wszystkie charakterystyczne elementy opowieści o uprowadzeniach: UFO prześladujące samotnych podróżników, brakujący czas, wspomnienia wydobyte pod hipnozą, mali kosmici o szarej skórze i wielkich czarnych oczach, bolesne eksperymenty medyczne przeprowadzane w niewiadomym celu. Szerokim echem odbił się też szokujący dowód - pokazana Betty przez jednego z kosmitów mapa gwiazd widocznych z Zeta Reticuli (odtąd ta nazwa będzie się przewijać przez literaturę ufologiczną). A kiedy usuniemy z tej opowieści wszystko, co niewiarygodne, i wszystkie elementy mityczne, co pozostanie? Podróż całkiem niesamowita, ale nie paranormalna.  

Czajniczek Pana Russella popełnił naprawdę świetny artykuł o kryptozoologii. 

Dalej mamy coś z zupełnie innej baczki, czyli 10 powodów, dla których mózg nie jest jak komputer. Czteroletni staroć, którego drogi do tego zestawienia nie jestem w stanie odtworzyć. Tak czy owak, szalenie ciekawa lektura. Dość rzadko trafiają mi się teksty z tej dziedziny. Za rzadko. 

O imprezach ospowych, na których dzieci rodziców sprzeciwiających się szczepieniom mogą w sposób naturalny zarazić się różnymi chorobami wieku dziecięcego i w ten sposób nabyć naturalną odporność, większość czytelników pewnie słyszała. To samo w sobie stanowi być może najgłupszą formę aktywizmu uprawianego przez ruch antyszczepionkowy, ale ostatnio na dnie daje się słyszeć pukanie od spodu. Pojawiły się korespondencyjne imprezki z ospą! Ludzka głupota nie zna granic. 

W dzisiejszym menu znajdziemy również długaśny artykuł (uwaga - pdf) o 9/11 Truth Movement i jego miejscu na drzewie filogenetycznym teorii spiskowych. 

Na nieocenionym io9 jakiś czas temu pojawić się szalenie interesujący artykuł o inteligencji ośmiornic. Wielkie to szczęście, że ośmiornice żyją sobie w morzu i nie próbują wychodzić na ląd. Oh, wait

Orac, przesadnie gadatliwy onkolog i sceptyk, w swoim stylu recenzuje "The Greater Good", film dokumentalny o szczepieniach , i nie pozostawia na nim suchej nitki.

Ekonomia / Gospodarka / Krzysztof Rybiński 

Od jakiegoś czasu piszę tutaj w zasadzie tylko o kryzysie, ale myślę, że mogę tutaj liczyć na odrobinę zrozumienia. Takie mamy czasy, mocno niespokojne, a ja już się założyłem z kolegą o flaszkę wódki, że do 31.12.2012 zostanie w Niemczech ogłoszone przywrócenie dojczmarki. 

Studenci ekonomii dość szybko poznają tzw. stylizowane fakty, czyli ogólne i w miarę uniwersalne prawidłowości dotyczące zachowania gospodarki. Jednym ze zbiorów takich faktów jest ten przedstawiony w 1957 przez Nicholasa Kaldora. Okazuje się tymczasem, że jeden z nich najwyraźniej przestaje być faktem. 

Jeden, jedyny w tym odcinku tekst z ekonomii środowiska i surowców naturalnych to ten z Econbrowsera na temat produkcji ropy naftowej w poszczególnych regionach USA. Pod pewnymi warunkami daje się go całkiem nieźle uogólnić na cały świat. 

Znacie ten dowcip? Ekonomista przeczytał 21 książek o obecnym kryzysie i dalej nie wie, jakie były jego przyczyny. Dowcip zostanie wytłumaczony w następnej części czytelniczych polecanek, tutaj miał jedynie ilustrować to, że zbiór faktów na temat kryzysu, z którymi wszyscy by się zgadzali, jest zaskakująco mały, o ile w ogóle nie jest zbiorem pustym. Przykładowo - kto udzielał złych kredytów, prywatne banki czy państwowe przedsiębiorstwa (Fannie Mae i Freddie Mac)? Obwinianie o to Phony Mae i Fraudy Mac (jak przezwano te firmy) jest dość popularne, ale całkowicie niesłuszne. Wyczerpującą rozwałkę tego mitu znajdziecie tutaj

Prawie do końca pozostaniemy w temacie kryzysu (kryzysów). Dla fanów infografik mamy wielgachny schemat obrazujący wzrost wielkich amerykańskich banków przez fuzje i przejęcia. Kto na to pozwolił? 

Cofniemy się też do 2009 r., żeby polecić dwa teksty, które w ogóle nie straciły swojej aktualności. Po pierwsze, długi (ale wart każdej poświęconej mu minuty) artykuł Simona Johnsona z The Atlantic, poświęcony amerykańskiej oligarchii. Johnson, nawiasem mówiąc, jest współautorem fascynujących papierów na temat determinant rozwoju (np. tego o długookresowych konsekwencjach różnych "stylów" kolonializmu). Tytuł wspomnianego artykułu - "The Quiet Coup" - mówi sam za siebie. Polecam oczywiście całość, ale pozwolę sobie wkleić dwie kluczowe w mojej opinii obserwacje. 

In its depth and suddenness, the U.S. economic and financial crisis is shockingly reminiscent of moments we have recently seen in emerging markets (and only in emerging markets): South Korea (1997), Malaysia (1998), Russia and Argentina (time and again). In each of those cases, global investors, afraid that the country or its financial sector wouldn’t be able to pay off mountainous debt, suddenly stopped lending. And in each case, that fear became self-fulfilling, as banks that couldn’t roll over their debt did, in fact, become unable to pay. This is precisely what drove Lehman Brothers into bankruptcy on September 15, causing all sources of funding to the U.S. financial sector to dry up overnight. Just as in emerging-market crises, the weakness in the banking system has quickly rippled out into the rest of the economy, causing a severe economic contraction and hardship for millions of people.

But there’s a deeper and more disturbing similarity: elite business interests—financiers, in the case of the U.S.—played a central role in creating the crisis, making ever-larger gambles, with the implicit backing of the government, until the inevitable collapse. More alarming, they are now using their influence to prevent precisely the sorts of reforms that are needed, and fast, to pull the economy out of its nosedive. The government seems helpless, or unwilling, to act against them.

I jeszcze: 

Of course, the U.S. is unique. And just as we have the world’s most advanced economy, military, and technology, we also have its most advanced oligarchy.

In a primitive political system, power is transmitted through violence, or the threat of violence: military coups, private militias, and so on. In a less primitive system more typical of emerging markets, power is transmitted via money: bribes, kickbacks, and offshore bank accounts. Although lobbying and campaign contributions certainly play major roles in the American political system, old-fashioned corruption—envelopes stuffed with $100 bills—is probably a sideshow today, Jack Abramoff notwithstanding.

Instead, the American financial industry gained political power by amassing a kind of cultural capital—a belief system. Once, perhaps, what was good for General Motors was good for the country. Over the past decade, the attitude took hold that what was good for Wall Street was good for the country.

Po drugie, przemówienie (uwaga - pdf) Thomasa Hoeniga, szefa FED z Kansas City dotyczące idei too big to fail, tj. przekonania, że pewnym instytucjom nie wolno pozwolić upaść, bo wywołałoby to niemożliwe do przewidzenia konsekwencje dla całej gospodarki. Dlaczego takie instytucje w ogóle istnieją, to temat na zupełnie inną dyskusję, ale Hoenig ładnie pokazuje, że narzędzia niezbędne do poradzenia sobie z tym problemem już istnieją.  

Ten rozdział zakończę wiadomościami z całkiem innego świata. Po pierwsze, szokujący rządowy raport sprzed 11 lat, którego autorzy zastanawiali się, jakie będą konsekwencje spłacenia amerykańskiego długu dla światowej gospodarki. A było to przed pęknięciem bańki internetowej, przed głębokimi cięciami podatków wprowadzonymi przez administrację Busha juniora, przed dwiema szalenie kosztownymi wojnami i przed najgłębszą od lat 30-tych recesją. Po drugie, polecam fascynującą kolekcję artykułów na temat przyszłości ekonomii, courtesy of National Science Foundation. 

Inne pierdoły 

Na zakończenie dwa całkiem różne teksty. Po pierwsze, bardzo zabawna kolekcja cytatów z ludzi, którzy nie wierzą w istnienie lesbijek. Serio serio. Po drugie, miał być nieco przydługi esej na temat atrakcyjności instytucji małżeństwa we współczesnym świecie, ale Guardian zrobił mi psikus i będzie tylko fragment. Na szczęście czytelnik arturjac dostarczył pełną wersję, za co dziękuję. 

PS. Jeśli obiecałem komuś notkę na jakiś temat, niech się odezwie. Mam akurat urlop i sporo wolnego czasu. 

Tagi