from here to reality
czwartek, 30 grudnia 2010

Witam w pierwszej i, mam nadzieję, nie ostatniej edycji czytelniczych polecanek. Wzorem wielu znakomitych blogerów, którym rzecz jasna nie jestem godzien wiązać rzemyków od sandałów, postanowiłem podzielić się z czytelnikami wycinkiem tego, co w ostatnich dniach (tygodniach) wleciało mi do głowy przez oczy i wyleciało inną stroną.

  1. Parę tygodni temu przez media przetoczyła się informacja, że udało się udowodnić w laboratorium (no, prawie) istnienie postrzegania pozazmysłowego u ludzi, konkretniej, zdolności do postrzegania przyszłości. Nie jest to oczywiście nic nowego, badania naukowe nad postrzeganiem pozazmysłowym trwają od przeszło stu lat i przez ten czas legion badaczy zdołał jedynie wyprodukować kilka obiecujących p-values, mnóstwo bezwartościowych tekstów i kilka przestróg dla kolejnych pokoleń. Kto więc miał wzruszyć ramionami na wieść o kolejnej próbie, ten wzruszył ramionami, spodziewając się, że po przemieleniu nowego badania przez peer review, zostanie tylko wstyd i kilka anegdotek. I tak też się stało. Oryginalny paper Bema znaleźć można tutaj. Dwie miażdżące krytyki przedstawili Alcock i Wagenmarkers et al, a obrazu klęski parapsychologów dopełnia także sposób, w jaki Bem radzi sobie z krytyką (i coup de grâce w wykonaniu Alcocka). W telegraficznym skrócie - metodyka badania jest niejasna, chaotyczna i rzuca długi cień na jego wyniki. Których interpretacja też zresztą kuleje, nie tylko z powodu niesławnego założenia psi. Do następnego razu, parapsycholodzy.
  2. Koniec roku sprzyja podsumowaniom (a pisanie blogonotek w nocy sprzyja głoszeniu banalów). Mamy więc tradycyjne Top 10 of Everything przygotowane przez Time, rok w krainie nonsensu prosto z Bad Science, oraz kolejny raport na temat gwałtów na nauce popełnianych przez sławnych i bogatych. Jeśli chodzi o ten ostatni, odważnym polecam zrobić Ctrl+F "sperm".
  3. Wpadł mi w ręce ostatnio świetny papier ze świetnymi danymi na temat polskiego systemu socjalnego. Trystero ma o tym dwie notki (eins, zwei), ale jeśli ktoś chce zobaczyć na własne oczy, kto płaci, kto dostaje i dla kogo pomoc państwa ma znaczenie (porównania międzynarodowe!), zachęcam do zapoznania się z tabelkami. Można też wydrukować i porozklejać w siedzibie Forum Obywatelskiego Rozwoju (przy okazji, chciwość jest dobra). Kolejna lektura będzie o podatkach (a może by tak notkę z tego zrobić?).
  4. Z drobiazgów mamy dziwny art o tym, jak umarła kultura geeków i nerdów oraz wyborne tłuczenie buców z portalu Maskulinizm.pl w wykonaniu niezawodnego obserwatora heteroseksualizmu. Ach, byłbym zapomniał. W przyszłym roku, w Wyższej Szkole Przewidywania Przyszłości, ekonomiści za karę znów będą siedzieć w oślej ławce z Krzysztofem Jackowskim.

I to by było na tyle. Do przeczytania w nowym roku.

środa, 29 grudnia 2010

Wobec Świadków Jehowy żywię pewną sympatię. Po części wynika to z sentymentu, jaki mam wobec tasiemcowatych dyskusji, jakie zdarzyło mi się kilka lat temu obserwować w Usenecie (bo to, prawda, strasznie poważna i istotna kwestia, czy Jezus Chrystus umarł na krzyżu czy na palu). Z drugiej strony, na każdym kroku pokazują mi, że najwyraźniej zależy im na mojej uwadze. Pukają do moich drzwi, zagadują na ulicy, wręczają swoje broszurki, chcą rozmawiać. Krótko mówiąc, robią rzeczy, z którymi nie spotkałem się nigdy u przedstawicieli sytego i solidnego kościoła katolickiego. Kiedy więc w zeszłym tygodniu w Hali Głównej Dworca Centralnego, pachnącej świeżą farbą, wściekłością pasażerów i tandetną kawą przygotowywaną przez przedstawicieli PKP IC, zaczepiła mnie miła starsza pani, z radością przyjąłem dar w postaci grudniowego numeru „Przebudźcie się”[1]. Dodatkowo, temat numeru to „Ateizm w natarciu”, rozumiecie więc, że nie mogłem, po prostu nie mogłem odmówić. Nie chciała mnie nawracać, nie nalegała na rozmowę – dzięki temu przynajmniej o niej pamiętam.

Pisemko jest dość rozczarowujące, zwłaszcza jeśli ktoś miał już wcześniej kontakt z publikacjami Świadków Jehowy. Dla wściekłego i dogmatycznego ateisty rozczarowanie będzie podwójne, bo przeciw jego światopoglądowi nie wytoczono tutaj zbyt potężnych armat. Ot, jak w kreskówkach, wielkie działo, z którego po odpaleniu lontu wyskakuje chorągiewka z napisem "Bum!". Prawdą jest też, że samemu natarciu ateizmu poświęcono ledwie kilka stron, które wypełniają w większości rzeczy znane, obalone i wyśmiane. Oto hydra ateizmu znów podnosi głowę i chce wbić klin między naukę a religię, podczas gdy wiadomo wszem i wobec, że dla prawdziwego naukowca te dwie rzeczy są komplementarne. Wojowniczy ateiści ośmielają się twierdzić, że świat bez religii byłby lepszy, ale w tym stwierdzeniu brakuje jednego słowa. Otóż, świat bez fałszywej religii byłby lepszy. Prawdą jest - przyznaje bezimienny autor artykułu z "Przebudźcie się!" - że były krucjaty, palono ludzi na stosach, wyrzynano się z powodu byle pierdółki, a biskupi po rzymsku pozdrawiali Hitlera. To wszystko jednakowoż sprawka fałszywych religii, gdyby na świecie istniała tylko prawdziwa religia, wszyscy byliby szczęśliwi i uśmiechnięci, jak na ilustracjach w publikacjach Świadków Jehowy. Nothing to see here, move along.

Czeski wywiad

Jedynym novum i potencjalnym źródłem interesującego kontentu jest wywiad ze światowej sławy czeskim neurofizjologiem. Komukolwiek nie udzielałby wywiadów, jego dorobek naukowy jest naprawdę imponujący[2]. Prywatnie, dość typowa historia: wychowany w ateistycznej rodzinie, w dorosłym wieku znajduje własną, intelektualną drogę do Boga (nie on pierwszy i nie ostatni). Zdecydowanie najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w momencie, gdy pan Frantisek zostaje zapytany o swój obecny pogląd na ewolucję.

Jak to się stało, że zmienił Pan pogląd na ewolucję?

Wątpliwości dotyczące ewolucji zaczęły mnie nurtować w trakcie badań nad synapsami. Byłem pod wrażeniem zdumiewającej złożoności tych pozornie prostych połączeń pomiędzy komórkami nerwowymi. Zachodziłem w głowę, jak synapsy i kierujące nimi programy genetyczne mogły powstać w wyniki ślepego przypadku. To naprawdę nie miało sensu.

Na początku lat siedemdziesiątych wysłuchałem wykładu znanego rosyjskiego naukowca i profesora, który stwierdził, że żywe organizmy nie mogą być rezultatem przypadkowych mutacji oraz doboru naturalnego[3]. Wówczas ktoś z obecnych zapytał, gdzie szukać odpowiedzi. Profesor wyjął z kieszeni marynarki małą rosyjską Biblię, podniósł do góry i powiedział: „Przeczytajcie Pismo Święte, a zwłaszcza relację o stwarzaniu zawartą w Księdze Rodzaju”.

Kiedy po wykładzie spytałem profesora, czy o tej Biblii mówił serio, odparł: „Prosta bakteria potrafi się dzielić co 20 minut i ma setki rożnych białek, z których każde zawiera 20 typów aminokwasów ułożonych w długie łańcuchy. Żeby w danym momencie zaszły korzystne mutacje pozwalające bakterii ewoluować, musiałby upłynąć okres znacznie dłuższy niż 3—4 miliardy lat, a właśnie tyle zdaniem wielu naukowców istnieje życie na ziemi”. Profesor przyznał, że biblijna Księga Rodzaju podaje bardziej sensowne wyjaśnienie.

Owa (przekonująca, jak diabli!) argumentacja jest zdziebko niejasna, ale wydaje się, że rosyjskiemu profesorowi chodziło o to, że prawdopodobieństwo pojawienia się korzystnej mutacji jest tak niskie, że czas potrzebny na ewolucję jest znacznie większy niż szacunkowy wiek Ziemi. Ot, boeing na wysypisku (zegarek w betoniarce, małpa z maszyną do pisania, etc.) w nieco zmodyfikowanej wersji. Argument znany, dawno temu odbity w niebyt. Ale zaraz... bardziej sensowne wyjaśnienie?! Nie wierzę, Danusiu. Przypomnijmy może, co na temat powstania życia i jego różnorodności ma do powiedzenia Księga Rodzaju:

Potem Bóg rzekł: "Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba!". Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: "Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi". I tak upłynął wieczór i poranek - dzień piąty. Potem Bóg rzekł: "Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!". I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre. A wreszcie rzekł Bóg: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!".

Cool story, bro. Tyle tylko, że powyższy fragment nie wyjaśnia niczego, w szczególności, ma się nijak do mutacji, bakterii i podobnych spraw. W jakim alternatywnym świecie musi żyć ktoś, kto uznaje to za "bardziej sensowne wyjaśnienie", Cthulhu raczy wiedzieć. Ponadto, odnosząc to do samego wywiadu z "Przebudźcie się!", my mamy jedynie czyjeś stwierdzenie, że ktoś inny powiedział, że w starej książce ktoś jeszcze inny napisał, że czarodziej powiedział "hokus pokus, zapełniajcie wody morskie" i zobaczył, że były dobre. I would rather suffer the end of Romulus a thousand times. I would rather die in agony than accept this as an explanation.

Nie mając żadnych konkretów, nieożemy jej w żaden sposób zweryfikować ani chociaż umiejscowić w czasie. Nie wiemy, z kim pan Frantisek rozmawiał i czym dokładnie zajmował się ów rosyjski profesor (w tej chwili równie dobrze mógłby być profesorem inżynierii lądowej i nie mieć żadnej fachowej wiedzy na temat ewolucji i biologii w ogólności). To typowa opowiastka o nawróceniu ewolucjonisty z gatunku: "Kiedyś wierzyłem w ewolucję, ale potem zobaczyłem chrząszcza bombariera / spotkałem profesora X / zacząłem dogłębnie badać Y i wtedy zrozumiałem, ze ewolucja to bzdura". Poza tym, zwracam uwagę, ta anegdotka jest w szczegółach niewiarygodna: Biblia na wykładzie w czasach Breżniewa? Nie ma tutaj, po prostu nie ma możliwości oddzielenia prawdy od fikcji. A co bez dowodów zostało przedstawione, możemy bez podania dowodów odrzucone.

Jak rozpoznawać projekt z dużej odległości

Nie mogę też nie wspomnieć o zabawie w rozpoznawanie Inteligentnego Projektu w przyrodzie. To oczywiście standardowy argument „z zegarka znalezionego na plaży” w wersji „popatrzcie na chrząszcza bombardiera”. Z reguły polega na wybraniu jakiejś ciekawostki z dziedziny biologii, nieznanej przeciętnemu Kowalskiemu, opisaniu jej w możliwie najbardziej szczegółowy sposób, wsparty jakimś autorytetem. Tutaj artykulik o oku krewetki modliszkowej wspiera swoim autorytetem niejaki dr Nicholas Roberts, który zresztą może: a) nie zdawać sobie sprawy, że jego słowa są wykorzystywane przez zwolenników IP; b) być pseudoekspertem. Na końcu czytelnika przytłoczonego przez ogromną ilość szczegółów, których nie ma szansy zweryfikować, katuje się niewinnym pytaniem:

Co o tym sądzisz? Czy zdumiewające oko krewetki modliszkowej to rezultat przypadku? A może zostało zaprojektowane?

Gdyby ktoś kiedyś szukał przykładu fałszywej alternatywy zmieszanej z chochołem, to powyższy cytat dostarcza. Po pierwsze, nikt poza kreacjonistami nie twierdzi, że obserwowana cudowność przyrody jest efektem przypadku. Wprost przeciwnie, mechanizmem ewolucji jest selekcja, a więc coś, co z definicji ma nielosowy charakter. Po drugie, ewolucja nie wyklucza projektu, można bowiem zasadnie twierdzić, że oko krewetki modliszkowej (albo wić bakterii, albo broń chemiczna chrząszcza bombardiera) zostało zaprojektowane przez ewolucję (to sformułowanie pozostawiam niejasnym). W tym miejscu wypada przypomnieć, że rozpoznawanie projektu w przyrodzie przez kreacjonistów to czyste wudu, żadne kryteria rozpoznawania projektu nie zostały przez nich nigdy podane (i nie będą), a cała zabawa sprowadza się do: „Coś jest zaprojektowane, jeżeli nie wygląda jak coś naturalnego, więc jeżeli jakiś element natury nie wygląda jak natura, to został zaprojektowany”. Innymi słowy, oko krewetki modliszkowej przypomina zegarek, a nie kupę kamieni, wiec zostało zaprojektowane. Co było do okazania, teraz możemy zainwestować kilkadziesiąt milionów dolarów w kreacjonistyczny Disneyland albo inne muzeum.

[1] - Here's a fun fact: publikacje ŚJ są dostępne w Internecie za friko. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

[2] - Co samo w sobie nie zabezpiecza przed opowiadaniem bzdur i promowaniem pseudonauki. Przykładem z rodzimego podwórka niech będzie prof. Majewska.

[3] - Nie jest jasne, czy odnosi się to do samego faktu powstania życia, do specjacji czy do jednego i drugiego. W zależności od odpowiedzi na to pytanie, odbydwu panom wyznacza się nieco różny wymiar kary.

wtorek, 28 grudnia 2010

Dzisiejszy nius z czapy przypomniał mi, że na świecie istnieje - i ma się dobrze - zawód wróżbity. Oczywiście wiele osób zajmuje się przepowiadaniem przyszłości, mnie samemu zdarza się na podstawie matematyczno-statystycznego wudu formułować prognozy, które potem sprawdzają się lub nie. Jest jednak grupa zawodowa, która ciągłe mylenie się w tej materii zdolała podnieść do rangi sakramentu. Jak im się to udaje, wiemy nie od dzisiaj (ale w mediach mamy wciąż te same przykłady łatwowierności i pogoni za sensacjami). Jest kilka metod formułowania przepowiedni, których stosowanie gwarantuje przetrwanie na rynku i zabezpiecza przed publiczną kompromitacją:

  1. Po pierwsze, możemy trafiać w coś oczywistego. Po pierwsze, istnieje cała masa wydarzeń, które są dość częste w skali całego świata, kontynentu lub dużego państwa: trzęsienia ziemi, zamachy terrorystyczne, powodzie, anomalie pogodowe, susze, epidemie grypy, etc. Z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego są w gruncie rzeczy losowe, ale stawianie na nie to inwestycja obciążona niskim ryzykiem. Po drugie, można wykorzystać w jak największym stopniu wiedzę dostępną w momencie formułowania przepowiedni. Możliwości jest multum: zawsze znajdzie się ktoś znany, kto cierpi na przewlekłą chorobę lub jest po prostu mocno posunięty w latach; na scenie politycznej zawsze da się wskazać partię lub polityka o dużych szansach na sukces lub wysokim prawdopodobieństwie porażki; w piłce nożnej są zespoły, na które warto stawiać.
  2. Formułowanie dużej liczby przewidywań. Zasady są proste - przyszłość trzeba przewidywać często, chętnie i wszędzie, gdzie tylko się da. Im więcej przewidywań ktoś sformułuje, tym łatwiej w coś trafić choćby tylko przez przypadek (works for spaghetti). Wtedy można wybrać tylko te, które się sprawdziły, opowiedzieć o nich światu i liczyć na to, że opinia publiczna nie będzie pamiętać o tym, co skrzęnie zamiatamy pod dywan. W większości przypadków działa, bo ludzie są jednak omylni. W ten sposób od lat funkcjonuje legenda "śpiącego jasnowidza", Edgara Cayce'a, któremu generał publiczny przypisuje paranormalną wiedzę o Wielkim Kryzysie i II wojnie światowej, a nie pamięta, że Cayce wyśnił także odnalezienie Atlantydy i wykorzystywanie promieni śmierci skonstruowanych przez jej starożytnych mieszkańców.
  3. Unikanie konkretów. Jednym z największych grzechów, które może jasnowidz popełnić, jest podawanie informacji, które ułatwiałyby falsyfikację przepowiedni i, generalnie, jakiekolwiek wiązanie ich z rzeczywistością na stałe. Należy więc minimalizować liczbę szczegółów i maksymalizować liczbę sformułowań rozwadniających przepowiednię, takich jak "chyba", "raczej", "prawdopodobnie", "może", "jakiś". Najbardziej znany przykład to oczywiście Nostradamus, szesnastowieczny francuski poeta (polecam gorąco poświęconą mu książkę Randiego).
  4. Zostawianie sobie drogi ucieczki. Zastosowanie się do powyższych rad daje duże szanse na sukces, ale go nie gwarantuje. Nie każdemu dane jest przykucie uwagi mediów okrągłymi zdaniami, mglistymi przewidywaniami i oczywistymi trafieniami. Nie każdy ma wystarczająco dużo szczęścia. Można więc do przepowiedni dodawać furtki, które umożliwią zgrabne wykręcenie się od odpowiedzialności w razie, gdy jednak się nie uda trafić. Przykładowo: "Ziemi grozi katastrofa na niespotykaną skalę, miasta zostaną zalane, a z gór zejdą monstrualne lawiny. Jeżeli jednak ludzkość zacznie medytować nad tymi problemami, ocalenie będzie możliwe". W ten sposób można w praktyce uodpornić się na jakikolwiek test empiryczny i, przy odrobinie szczęścia, zyskać nieśmiertelność w panteonie jasnowidzów.
  5. Ogłaszanie przepowiedni post factum. To zresztą daje się bardzo łatwo wykryć. Jeśli przepowiednia jest pełna szczegółów i przyporządkowanie jej do rzeczywistego zdarzenia jest jednoznaczne, to najpewniej ktoś nas robi w konia i w jasnowidzący trans wpadł dopiero po ujrzeniu nagłówków w prasie.
  6. A gdy naprawdę brakuje pomysłów, można pokusić się o ordynarne oszustwo i przepowiednię nieudaną podmienić na udaną. W Internecie działa to szczegółnie dobrze, ale OIMW kogoś już na tym przyłapano.

Zobaczmy więc, które z w/w trików tym razem przyniosły wróżbicie powodzenie. Przepowiednia, która zdaniem samego astrologa miała się spełnić, brzmi następująco:

A kryzys zapowiadany jest nie tylko w horoskopie głowy państwa, lecz także w horoskopie prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Potężnie działający Pluton utworzy wtedy koniunkcje ze Słońcem, a Uran opozycję z Księżycem. (...) Postępujący upadek prezydentury będzie szedł w parze z pogrążającym się w chaosie Jarosławem Kaczyńskim. Świat bliźniaków runie jak domek z kart...

Nie wiem, jak czytelnicy, ale ja tu widzę przynajmniej dwie zastosowane sztuczki. Po pierwsze, pan Piotr Piotrowski pozostał wierny tradycji i nie podał praktycznie żadnych konkretów, które ułatwiłyby późniejszą weryfikację. Ta kwiecista ("świat bliźniaków runie jak domek z kart") przepowiednia znaczy tyle, co "Kaczyńscy będą mieli problemy". Do tego dałoby się dopasować masę wydarzeń i nawet, gdyby 10 kwietnia 2010 r. prezydencki samolot nie zostałby zestrzelony przez rosyjski promień śmierci, wróżbita mógłby odtrąbić sukces. Pomyślmy... pasuje zarówno porażka Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, jak i bliski kontakt PiS z dnem w sondażach, rozłam w partii, jakaś choroba prezydenta (o czym się przecież spekulowało w 2007 i 2008). Warto też zauważyć, że Piotr Piotrowicz przewidywał też wydarzenia o bardzo wysokim prawdopodobieństwie a priori. Spójrzmy na datę - to jest przepowiednia sprzed dwóch lat - nie trzeba było wtedy wielkiej mądrości i paranormalnych zdolności, by spodziewać się degeneracji PiS i kolejnego kiepskiego roku prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Wreszcie, powyższa przepowiednia nie mogła być jedyną, którą Piotrowiczowi zdarzyło się wtedy wypowiedzieć. Nie mam przed sobą archiwalnego numeru Newsweeka, mogę więc tylko spekulować, ale kilkustronicowy wywiad z jasnowidzem nie wydaje się niczym nieprawdopodobnym. Duża ilość przewidywań? Bardzo być może. Możemy oczekiwać, że pan Piotr Piotrowicz zdołał już przez kilka lat (skoro dzisiaj można sięgać po przepowiednie sprzed dwóch lat, do dlaczego nie robić tego samego z jeszcze starszymi) swojej kariery sformułować tak wiele przepowiedni, że może w tej chwili przebierać w nich jak w ulęgałkach. Przepowiednie mają tendencję do akumulowania się wraz z upływem czasu.

I głosem wołającego na puszczy będzie zapewne utyskiwanie na ciężki przypadek portalozy w relacjonowaniu tej sprawy. Redaktor prestiżowego serwisu Deser.pl raczył bowiem zauważyć, że "w kontekście 10 kwietnia 2010 przepowiednia wydaje się być przerażająco trafna". Toż już lepiej ze sprawą poradził sobie redaktor z jeszcze bardziej poważanego serwisu Plotek.pl, który dostrzegł brak konkretów (ale żeby nie być posądzonym o sceptycyzm, dorzucił jeszcze typowe #prawdależypośrodku, że czas pokaże i tyle niewiadomych). No, ale od kogo ja wymagam?

Tagi