from here to reality
niedziela, 27 grudnia 2009

Skądinąd wiadomo, że na Amazonie znaleźć można nie tylko wymarzony prezent gwiazdkowy, ale też i element humorystyczny, np. jakąś nieprzeciętnie jajcarską recenzję. Koszulkę z trzema wilkami Czytelnik na pewno już zna, nie jest tedy konieczne przedstawienie tego bodaj najbardziej zabawnego przykładu. Dość powiedzieć, że dobra recenzja nie jest zła. Przejdźmy więc do samego mięska - dziś na widelec weźmiemy sobie recenzję książki Sary Palin, niedoszłej wiceprezydent USA, bohaterki amerykańskiej prawicy i pogromczyni tamtejszego lewactwa (tutaj wstawić obowiązkowe "he he he").

Rotfloluch! Maksymalny!

Oryginał znaleźć można tutaj, przeklejka stąd.

Tagi: satyra
01:45, asmoasmo , Śledzik
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009

Czytelnik mógł słyszeć kiedys o Heribercie Illigu, niemieckim dziennikarzu, który od parunastu lat głosi jedną z bardziej oryginalnych teorii spiskowych, na jakie kiedykolwiek się natknąłem. Twierdzi on, że większa część tzw. "wieków ciemnych" (wczesnego Średniowiecza) nigdy nie istniała. Konkretniej, nasza historia (as we know it) zawiera trzy całkowicie zbędne stulecia. Karol Wielki był postacią fikcyjną, a twórców spisku należy szukać na przełomie tysiącleci w Watykanie i w Niemczech. Jako dowód podaje m.in. relatywnie małą liczbę zabytków materialnych i piśmiennych z tego okresu. Mało kto jednak wie, że Herbert Illig ma konkurencję w osobie dżentelmena nazwiskiem Zoltán Hunnivári, autora Węgierskiego Kalendarza. Oddajmy głos badaczowi:

The Hungarian Calendar is a particular kind of chronological system (which remains hypothetical while awaiting official recognition), which holds that Julius Caesar had introduced the Julian calendar in the year of CE 154 (a year calculated through a process of astronomical retro-counting from the present day), exactly 1852 years ago.

Jak do tego doszedł? Prosto, metodą wiązań chemicznych.

The Hungarian Calendar has determined the date of CE 154 as the starting date of the Julian calendar, by simple astronomical calculations. These calculations essentially count back year by year from the current year?s vernal equinox (the day in Spring with equal day and night) and the results of the ?new chronology? are then validated by critical analysis of the historical solar eclipses.

Okej, teraz powinniśmy sobie zadać pytanie, gdzie szukać niezgodności. W odróżnieniu od Illiga, nasz Węgier dodatkowych stuleci dopatrzył się troszkę później:

The Hungarian Calendar hypothesises the phantom period of time (almost 190 years) to lie between the years of 960 and 1150 in the traditional chronological system. Consequently, the years of 960 AD and 1150 AD, as currently labelled, are analogical. They are coincident in time and indicate the same astronomical year on the time axis.

Robi się dziwniej i dziwniej, bowiem pan od kalendarza napisał książkę, którą udostępnia za darmo na swojej stronie. Wartością dodaną książki (na szczęście jest w pedeefie, więc można w miarę wygodnie przejrzeć bezpośrednio w przeglądarce) jest niewątpliwie mnogość map i grafik pozwalających na zapoznanie się z rewolucyjną koncepcją. A jest ona bardzo prosta - pan od kalendarza wygenerował sobie trasy przeszłych zaćmień Słońca, po czym porównał je ze źródłami historycznymi. Żeby się wszystko zgodziło, trzeba przesunąć się wstecz o dokladnie 198 lat. Voila, niech żyje archeoastronomia! Ale dlaczego nadmiarowych stuleci mamy szukać akurat w latach 960-1150, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Czyżby Bolesław Chrobry miał być postacią fikcyjną? Odpowiedzi można ponoć znaleźć w drugiej książce, "The Hungarian Calendar. 200 Years, Which Will Shake the World". To jest dopiero odjazd i jestem pewien, że jeśli ktoś zechce zmierzyć crackpot index dla tego dzieła, otrzyma całkiem porządną wartość.

This book, the Hungarian Calendar, will get terrible reviews from academic scientists. Quite simply, it will be scorned and derided until a sufficiently large number of unbiased people, a “critical mass” as it were, reads and digests the work. In Hungary, the first edition wasn't even deemed worthy of serious criticism. Then again, we Hungarians have a venerable tradition of hushing things up, so by itself, ignoring the book's existence was not exactly a surprise.

Ach, ten establiszment naukowy, nie raczył przeczytać jego książki. Odrzucenie hierarchii naukowej wiąże się też z odrzuceniem typowych metod dochodzenia do prawdy:

I have decided not to attach any footnotes to my work and hardly any references. This is principally so that my work can be more readable and less disjointed. It is also because of a realisation that my knowledge, as everyone's, comes mainly from reading and only marginally from experience. It  would be impossible to say for everything I know and write, which source was the precise one for that element. My writing method is, therefore, novel, based on the idea that, although a source myself in this work, I am in reality, the sum of all my own sources.

I tak dalej. Książka jest dość niewygodna w czytaniu, jako że strony zapisane po węgiersku przeplatają się z ich angielskim tłumaczeniami (albo na odwrót), a autor swój wywód bardzo bogato ozdabia mniejszymi i większymi złośliwościami pod adresem naukowego establiszmentu i niekompetentnych naukowców, którzy nie zauważyli wcześniej, że coś jest nie tak z naszą chronologią. Niestety, nie dowiadujemy się, czy Bolesław Chrobry był postacią fikcyjną. Najważniejsza rzecz - konfrontacja hipotezy z ogółem zastanej wiedzy historycznej pozostaje zaledwie w planach (oczywiście dalsze badania mają wykorzystywać osiągnięcia "archeoastronomii"). Nie jest to ani oryginalne, ani zaskakujące. Będę niecierpliwie czekał na naukową rewolucję i jakoś jestem spokojny, że się nie doczekam.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Generalnie miałem się zająć czymś innym i w spokoju ponurkować w zupełnie odmiennych klimatach (portale organiczne, ew. wreszcie jakiś wpis o charakterze edukacyjnym), ale od pewnych kwestii najwyraźniej nie ma ucieczki. Nie tutaj, nie teraz i nie w tym kraju. Idą Święta, a wraz z nimi w głowach niektórych ludzi rodzą się ważne pytania, które warto zadać na forum publicznym. Czy ateista może obchodzić Boże Narodzenie? Dlaczego ateista nie pracuje w Święta? Dlaczego świętuje narodziny bytu, który jego zdaniem nie istnieje? I tak dalej, wicie-rozumicie. W zasadzie, najprościej byłoby komuś takiemu powiedzieć otwartym tekstem, żeby zaprzestał swoich prób zaznaczania dominacji kulturowej ("Ale co ci do tego, bucu, jak świętuję BN?"), ale nie zawsze wypada, a i czasem warto próbować rozsądnej argumentacji.

Zawsze, gdy widzę taką odważną szarżę, zastanawiam się, w czym właściwie jest problem. Czy takiemu bojownikowi przeszkadza to, że ateiści funkcjonują w tym samym społeczeństwie i mają z nim coś wspólnego? Nie wiem, może bardziej kłopotliwe jest to, że wszędzie pleni się materializm i wiadome ośrodki promują świecką parodię Prawdziwie Chrześcijańskiego Święta. Nic to, zajmijmy się prostszym zagadnieniem, mianowicie, nieporozumieniem co do natury świąt i świętowania. Pytanie o to, dlaczego ateista świętuje narodziny kogoś, w kogo nie wierzy i kogo nie czci, jest całkiem bezzasadne, bo przecież ateista nie może tego robić, nie narażając się na dziwne pytania na lokalnym sabacie.

Krótko mówiąc, gdy ateista mówi o Świętach lub o Bożym Narodzeniu, to odnosi się to do tych samych kartek w kalendarzu, co człowiek wierzący. Ewidentnie ma jednak na myśli coś innego. To nieporozumienie ma wiele wspolnego z myleniem znaczenia z oznaczaniem. "Boże Narodzenie" w wypowiedzi niewierzącego asmoetha i wierzącego, powiedzmy, Alfreda odnosi się z grubsza do tego samego (zwłaszcza jeśli mają zamiar spędzić te święta razem), ale znaczenie jest inne. Byłoby pewnie takie same, gdyby "Boże Narodzenie" było jakimś spójnym, nieredukowalnie złożonym pakietem, ktory trzeba przyjąć w całości lub odrzucić.

Tymczasem tak nie jest, obchodzenie świąt ma to do siebie, że nie da się go oddzielić w żaden sposób od podmiotu. Świętowanie ma charakter intencjonalny. O tym, co obchodzimy i jakie to ma znaczenie, decydują nasze działania i zestaw wierzeń, a nie jakiś ogólny transcendentalny wzorzec danego święta nierozerwalnie związany z jego nazwą. A nazwa? No cóż, nazwa nie ma żadnych magicznych własności, po prostu wskazuje na religijne pochodzenie tego święta. Sugestia, że zobowiązuje ona kogokolwiek, niezależnie od jego woli, do obchodzenia ich na sposób religijny, jest absurdalna. Jak w niektórych kręgach mawiają, you can call it Susan if it makes you happy, ale wygodniej jest powiedzieć "Boże Narodzenie", "Święta" albo "Gwiazdka". Naturalnie, nie jest tak, że każdy na nowo tworzy Boże Narodzenie. To elementarne, Watsonie, świąteczne tradycje są częścią pakietu instalacyjnego kultury, który ściągamy sobie w dzieciństwie i instalujemy. Nim ktoś mnie przygwoździ i zapyta, dlaczego muszę obchodzić sobie to swoje świeckie święto akurat wtedy, kiedy on refleksyjnie wspomina wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, od razu powiem, że przecież moja rodzina wtedy świętuje. Święta nie byłyby tym samym, gdyby przenieść je na lipiec, nie?

Zawsze, gdy przychodzi mi tłumaczyć takie rzeczy, czuję się nieswojo, głosząc (w moim odczuciu) totalne banały, niezrozumienie których jest (również w moim odczuciu) kompletną abstrakcją, na zasadzie "eee... to tak się da?". Otóż, statystyczny ateista niemal pod każdym względem nie różni się znacząco od statystycznego przedstawiciela całego społeczeństwa. Wychowuje się w określonym otoczeniu kulturowym, przejmuje zwyczaje i zachowania powszechne w jego otoczeniu, tj. w rodzinie i w kręgach znajomych, uznaje różne tradycje za część swojej tożsamości. Tak po prostu. Nikczemnością jest domaganie się od takiego klienta, żeby w imię fałszywie pojętej konsekwencji zerwał ze wszystkim i budował sobie we własnym otoczeniu całkowicie alternatywną kulturę. Takie próby zapewne ten i ów podejmował, ale kogo to teraz obchodzi? A gdyby tak w przyszłości, hipotetycznie, ateistów była większość, to czy nadal ubieraliby choinkę? Przypuszczam, że Mariusz Agnosiewicz udzieliłby przeczącej odpowiedzi, ale to tylko kolejny dowód, jaką głupotą jest wsadzanie ateistów do ciasnych szufladek.

Czym jest więc Boże Narodzenie dla ateisty? To parę dni w roku, kiedy można spotkać się w rodzinnej atmosferze z bliskimi, obdarować się prezentami, pogadać, powspominać, pośpiewać kolędy, pobuszować pod choinką, dobrze zjeść i obejrzeć Kevina w telewizji. Światopogląd jest czynnikiem różnicującym członków mojej rodziny, dla jednych wyjście na pasterkę i pójście na msze w pierwszy i drugi dzień Świąt to punkt obowiązkowy w programie, inni co roku bardzo żałują, że i tym razem nie chciało im się spędzić Bożego Narodzenia religijnie, a reszta nawet nie żałuje. Wszystkich jednak łączy określona wizja sposobu wspólnego spędzania czasu w tym okresie. Bo tym realnie jest Boże Narodzenie i religijny pierwiastek jest nieistotny, to sztafaż, za którym ukrywają się świeckie tradycje. Tak, dla mnie, oczywiście.

Czy taki sposób jest gorszy? Cierpiący pisowiec z Psych24, Rybitzky, twierdzi w kuriozalnym tekście (zwracam uwagę na klasyczny gambit z niewielką grupką wichrzycieli w roli głównej), że niewierzący "urządzają w swoich domach parodię chrześcijańskiego święta". Na takie dictum lepiej od razu powiedzieć: "A co ci, bucu, do tego, jak te święta obchodzę?", podobnie jak na sugestię, jakoby dla ateisty Boże Narodzenie było momentem, kiedy można się "nachlać". I gdzie tu miejsce na refleksję? Wszyscy przecież wiemy, że jedyna możliwa refleksja związana ze świętami musi kręcić się wokół pewnej mitologii.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Planowałem swego czasu regularnie organizować w swojej głowie konkursy na największego wariata znalezionego w Internecie, powiedzmy, w ostatnim tygodniu, ale ogrom tego zadania przerósł mnie dość szybko, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę ogólny niedoczas, jaki z drobnymi przerwami towarzyszy mi od paru miesięcy. Ograniczyłem się więc do wrzucania perełek na Blipa i, dużo rzadziej, tutaj. Stąd zresztą kategoria "Śledzik", od śledzenia wariatów oczywiście. W dzisiejszym odcinku übertroll Seven z pl.sci.biologia odpowiada na wątpliwości jakiejś zabłąkanej duszyczki co do tego, który dinozaur był największy. Jak wiadomo, nie jesteśmy pewni, bo trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy "największy", skamieniałości nie ma zbyt wiele, a odtworzenie całego ciała zwierzęcia tylko na podstawie szkieletu obciążone jest siłą rzeczy sporym błędem. Tyle mówi jedna strona sporu, niektórzy mają inne zdanie:

Można to wytłumaczyć kompletnym braku wiarygodnych metod badawczych
stosowanych przez naukowców. Dinozaury żyły między 6, a 4 tysiącleciem przed
naszą erą , i są na to dowody, diki wyginęły po wielkim potopie, który
przekształcił planetę z warunków idealnych na degenaracyjne. Ty zdaje się
jesteś z ostatnich, którzy jak dzieci wierza w bajki o milionach lat w
kościach zwierzaków, które żyły razem z ludźmi.

Na kolana, ewolucjoniści.

Są czasem takie chwile, gdy człowiek naprawdę nie ma już pomysłu, co ze sobą zrobić, gdzie pójść i w co ręce włożyć, żeby mu było miło. W tych trudnych czasach, gdy zmrok zapada już w okolicach 16:00, a jedyną składną myślą kołaczącą się w głowie jest "byle do Świąt", ratunek przynosi portal Gazeta.pl. Konkretniej zaś, jeden z jego niezliczonych odprysków, Supermózg. Portal jak portal, wydaje się, że ludziom na poziomie nie wypada traktować go jako poważnego źródła informacji, skoro pod ręką jest "Wiedza i Życie", "Świat Nauki" i niezmierzone (popularno-)naukowe zasoby internetów. Tym razem Supermózg postanowił poinformować szerokie masy o tym, że Polacy nie gęsi i swoich jasnowidzących mają. Pod jakże oryginalnym tytułem "Zawód: jasnowidz" kryje się prześmieszna laurka wystawiona Stefanowi Ossowieckiemu, Czesławowi Klimuszce i - jakże by inaczej - Krzysztofowi Jackowskiemu.

O ile pierwszy z tych panów jest praktycznie nieznany szerszej publiczności, o tyle z pozostałymi dwoma Czytelnik mógł z dużym prawdopodobieństwem kiedyś się zetknąć. O. Klimuszko, który w Polsce widział bezpieczną przystań w czasach wielkich kataklizmów, jest często cytowany na forach różnych wariatów od 2012, przebiegunowania i takich tam. Z kolei Krzysztof Jackowski to najsłynniejszy polski jasnowidz, gwiazda mediów, istny detektyw Rutkowski polskich paranauk i, obok Astromarii, największa zgryzota Jamesa Randiego.

Sam artykulik jest wręcz żenującym przykładem nierzetelności, nie mówiąc już o klasycznym schemacie "prawda leży pośrodku", którego jakże dobitnym wyrazem jest jeden z pierwszych akapitów:

Czytając jednakowoż o niezwykłych dokonaniach jasnowidzów, na które nie ma naukowych dowodów, ale też brakuje ich logicznego wytłumaczenia - można zwątpić w swój zdrowy rozsądek. A może jednak...?

Prawda leży pośrodku, mrug mrug. A może jednak autor zechciał kiedyś zrobić porządny przegląd dostępnych materiałów? Miałby wtedy, jak warto zauważyć, zdecydowanie większe szanse na wyprodukowanie wiarygodnych przykładów, nie mówiąc już o dowodach, których nie mam odwagi oczekiwać. Nic to. Jasnowidzenie zasiadło na ławie oskarżonych i ustami redaktora z serwisu Supermózg broni się przed wściekłymi atakami sceptyków.

Na seansach z Ossowieckim bywali m.in. Ignacy Paderewski czy Józef Piłsudski. Marszałek zresztą sam postanowił sprawdzić jasnowidza. Wręczył mu zaklejoną kopertę z zapisaną kartką. Ossowiecki trafnie odgladł, że napisano na niej: "pocałuj mnie pan w d..." Zachwycony wynikami eksperymentu Piłsudski zaproponował Ossowieckiemu pracę, by rozszyfrowywał Niemców, ale ten odmówił.

Cały rozdział poświęcony Ossowieckiemu (dwa "s", proszę zapamiętać, jak "Ossolineum") to jedna wielka anegdota. Ossowiecki urodził się i szybko odkrył u siebie niezwykłe zdolności, które wykorzystywał chętnie. Przykładowo, podobno widziano go raz jednocześnie w Wiedniu i w Warszawie. Nie żartuję, tam naprawdę lecą takie anegdoty. Potem dowiadujemy się, że odwiedzali go dygnitarze i osoby z wyższych sfer, co oczywiście nie dowodzi niczego, poza tym, że w każdej epoce szarlatan z dobrym PR ma szansę stać się bywalcem salonów. Zacytowany wyżej przykład jasnowidzenia jest na tyle jaskrawą błazenadą, że warto się nad nim chwilę zatrzymać. Po pierwsze, zapisana na kartce wiadomość jest całkiem zgodna z tym, co skądinąd wiemy na temat charakteru i temperamentu Piłsudskiego, należy mieć oczekiwać, że człowiek jemu współczesny tym bardziej miał taką wiedzę, mógł więc po prostu zgadnąć, na co miał spore szanse. Oczywiście, nie wiemy nic na temat warunków, w jakich ten popis został przeprowadzony, więc równie dobrze mógł po prostu mieć trefną kopertę lub dobry wzrok. Dobry iluzjonista potrafi nie mniej. Znamienne jest jednak, że nie podjął się wyzwania, które wymagałoby od niego posiadania realnych zdolności. Nie jest też zaskoczeniem, że Ossowiecki przewidział własną śmierć:

Ossowiecki w pewnym sensie przepowiedział swoją śmierć. Poinformował przyjaciół, że gdy umrze, nie odnajdą jego ciała[. Zginął w powstaniu warszawskim - najprawdopodobniej zamordowany przez gestapo podczas jednej z masowych egzekucji . Zwłok nigdy nie odnaleziono

Zakładając, że ta relacja odpowiada rzeczywistości (mam co do tego poważne wątpliwości, bo cały tekst wygląda na zriserczowany po ziemkiewiczowsku, albo wręcz zerżnięty z jakiegoś astroezoforum), to w takiej przepowiedni nie ma nic paranormalnego. Jej poziom ogólności (gdyby przewidział coś więcej, to na pewno byśmy o tym przeczytali) jest na tyle duży, nie wspomniał on bowiem ani o miejscu, ani o innych okolicznościach śmierci, że dla jej spełnienia wystarczy zwykły przypadek. Szczególnie, że spora część ofiar wielkich wojen jest chowana w bezimiennych grobach i nie mówiąc już o tym, że "gdy umrę, nie odnajdziecie mojego ciała" można interpretować nader wieloznacznie już po wszystkim.

Dorobek o. Czesława Klimuszki, o którym już kiedyś wspominałem, na tym tle prezentuje się równie okazale. Oddajmy głos autorowi artykułu, by mógł nam opowiedzieć, w jaki sposób niezwykłe zdolności o. Czesława uratowały go w czasie okupacji:

Gdy zbliżali się ku niemu gestapowcy, tak mocno skupiał swoje wewnętrzne siły, aby nie doszło do tragedii, że ci zaczynali zupełnie nagle cierpieć na gwałtowne dolegliwości - wymiotowali, tracili równowagę, pilnie musieli kierować się do toalety.

Krótko mówiąc, nie tylko żartem walczyła ludność z okupantem. A gdy zabrakło amunicji... sami rozumiecie, gestapowcy poszli sobie do toalety.

W 1978 r Klimuszko ze smutkiem przyjął informację o wyborze papieża Jana Pawła I, ponieważ wiedział już wtedy, że za miesiąc papież umrze. Gdy po śmierci Jana Pawła I zapytano ojca Czesława, kto zajmie jego miejsce, rozradowany ogłosił, że Karol Wojtyła.

Niestety, źródło tych rewelacji ginie gdzieś w mrokach historii. Czy wymyślił to sobie w 1993 r. o. Jan Maciejowski, autor artykułu w "Naszym Życiu"? Może legenda jest starsza i sięga lat 80-tych, kiedy to pamięć o o. Klimuszce była żywsza, a głód cudu - zdecydowanie większy. Ech, mam stanowczo zbyt mało czasu na porządny desk research w takich sprawach.

Zostaje nam Krzysztof Jackowski, który jednak nie doczekał się tak soczystego opisania, jak wyżej opisani panowie. Więcej o samej osobie (mnie osobiście bardzo rozbawiła wzmianka o nagrodzie przyznanej mu przez Japończyków), a mniej o sukcesach.

Jackowskiemu zdarza mu się popełniać błędy. Kiedyś zgłosiła się do niego rodzina zaginionego, młodego chłopaka. Jackowski stwierdził, że ten nie żyje. Dał matce zaginionego odręcznie narysowaną mapkę z zaznaczonym miejscem, gdzie znajdują się zwłoki. Policjanci przez kilka dni przeszukiwali okoliczne lasy. Po tygodniu chłopak wrócił do domu.

Indeed. Jackowskiemu sporo miejsca poświęcił swego czasu Królik w Prekambrze, dlatego pozwolę sobie ograniczyć się do jednego soczystego fragmentu wywiadu z przedstawicielką fundacji ITAKA. Otóż, "nie znam przypadku, żeby jakiś jasnowidz pomógł odszukać zaginionego. Za to często ich "pomoc" przynosi odwrotny skutek: wprowadza zamęt, a nawet doprowadza rodziców do rozpaczy, na przykład, kiedy usłyszą, że dziecko zostało zamordowane, a zwłoki znajdą nad rzeką". Strzał w dziesiątkę.

Skąd więc bierze się sława Jasnowidza z Człuchowa, Który Pomaga Policji? Dobry PR zapewne odgrywa swoją rolę, ale główną rolę odgrywa zapewne to, co ja nazywam zwykłym sprytem, graniczącym z cynizmem, a co apologeci Jackowskiego określiliby bez wahania mianem "chaotycznej natury jasnowidzenia". Przepowiednie są formułowane w sposób wybitnie nieprecyzyjny, niejasny i w sposób maksymalizujący prawdopodobieństwo spełnienia. W dodatku, dobry jasnowidz swoje szanse zwiększa, podając wiele wersji - w myśl zasady, że być może coś się przyklei (works for spaghetti). Na to należy nalożyć klasyczne błędy poznawcze i mamy swoją odpowiedź. Ciasny paradygmat racjonalistyczno-naturalistyczny pozostaje niewzruszony.

Ps. A w komentarzach wręcz kliniczny przykład parana:

Good Science nie badz taki inteligent z mniemaniem o sobie. Fizyka kwantowa potwierdza . ze cialo fizyczne to tez energia... cialo duchowe istnieje i mamy na to dowody...wszystko co nas oracza to energia i swieci ona swiatlem ktorego nie widzimy a inteligenty jak czegos nie widzi to mowi , ze to nie istnieje... nawet woda ma pamiec....wejdz na nef-ra.com a dzieki energii bedziesz zyl w zdrowiu i bardzio dlugo...moze nawet ponad 120 lat...to nowosci i tylko energia.

Wszystko jest wibracją / energią / światłem. Hare Krishna, hare hare hare. Dla takich chwil warto żyć, drogi think tanku.

poniedziałek, 07 grudnia 2009

Całkiem przypadkowe pytanie mojej mamy o znajomość przygód Mikołajka, na podstawie których nakręcono wyświetlany aktualnie w kinach film, wywołało u mnie lekko gorzką refleksję nad własnym dzieciństwem. Dzieciństwem, które - mając na uwadze doświadczenia moich równieśników - było jednak trochę dziwne. Nie chodzi tutaj oczywiście o znajomość lub nieznajomość przygód Mikołajka, bo te zapewne nie są wyznacznikiem normalności, przynajmniej nie w Polsce, ale o, że tak powiem, całokształt[1]. Porównania ze znajomymi - czy to w ramach luźnych rozmów, czy też z użyciem narzędzi specjalistycznych (czyt. BiblioNETka) - zawsze ujawniały moje przerażające ubóstwo w kategorii "literatura dla dzieci i młodszej młodzieży". Nie dla mnie byli Małgorzata Musierowicz, Karol May, Astrid Lindgren (za wyjątkiem "Dzieci z Bullerbyn", które były moją najulubieńszą lekturą do czasu, nie wiem, "Mistrza i Małgorzaty"), Kornel Makuszyński, Alfred Szklarski, Adam Bahdaj... Pomijając lektury szkolne, literatura dziecięca jest mi praktycznie obca. Prawdą jest przy tym, że oczytaniem w tej dziedzinie nie może pochwalić się również mój szanowny kolega z podstawówki, niejaki Artur pseud. Troll, który pierwszą wizytę w więzieniu zaliczył w czasie, gdy ja jeszcze o życiu myślałem jako o ukwieconej łączce, po której wesoło skaczą puchate króliczki. Mój punkt odniesienia jest jednak, że tak powiem, klasowy, tzn. czuję się ubogo na tle pewnej grupy rówieśników.

Wracając do głównego wątku, to z czego to (ta różnica) wynikało? Problemem nie był na pewno brak zachęt ze strony rodziców, bo w moim domu rodzinnym książki obecne były zawsze i bynajmniej nie służyły celom estetycznym (zresztą, nie mogły, biorąc pod uwagę jakość PRLowskich wydań, kiepski papier i postępujące zużycie, rzecz naturalna). Problem tkwił we mnie, miałem bowiem, jak mi się zdaje, trochę poprzestawiane w głowie w owym czasie. Najlepiej ilustruje to pewien epizod z czasów już szkolnych. Otóż, znalazłem na podwórku (jedna z wielu zalet wychowywania się na sennej staropolskiej - w sensie lokalizacji - wsi) mrowisko, które zapragnąłem przenieść w jakieś miejsce, w którym mógłbym je obserwować, badać i ksztaltować stosownie do swojej woli[2]. Wiedząc skądinąd, że niektórym mrówkom zdarza się w centrum mrowiska hodować grzyby i z nich korzystać, co zresztą jest książkowym przykładem symbiozy, zerwałem z drzewa solidny kawał huby i umieściłem centralnie pomiędzy zestawionymi w kwadrat dachówkami, które stanowiły ramy mojego polowego terrarium. A potem wziąłem szufelkę i zacząłem cierpliwie zapewniać mrówkom usługi transportowe. Po kilkunastu minutach nie zostało zbyt wiele mrówek w starym miejscu, toteż udałem się na zasłużony spoczynek, w końcu nagiąłem przyrodę do swojej woli. Późnym popołudniem mrówek w nowym miejscu już nie było. Płyńcie łzy moje, rzekł młody entomolog.

Jak widać, przemieszany z autentyczną troską sadyzm, dzięki którym tak namiętnie zaglądam w Otchłań i doglądam żyjących na samym dnie informacyjnego łańcucha pokarmowego trolli, objawiał się u mnie jeszcze w dzieciństwie. Innym razem całe niedzielne popołudnie spędziłem na łapaniu motyli do słoików i dobieraniu ich w pary w oparciu o arbitralne kryteria. Chciałem bowiem, żeby się rozmnażały. Dokładniej mówiąc, chciałem zobaczyć na własne oczy cykl życiowy motyla wraz ze wszystkimi przemianami, choć oczywiście nie potrafiłem tego w ten sposób wyartykułować. Niski, rozkochany w książkach i przyrodzie grubasek z ognistorudą grzywką opadającą na oczy, który próby nauki jazdy na rowerze potrafił regularnie kończyć rzuceniem roweru marki Romet na ziemię, który nad grę w piłkę preferował wchodzenie z lunetą na punkt wysokościowy i podglądanie ptaków, sąsiadów i samolotów, po prostu nie mógł inaczej.

Natura nie znosi próżni, jak ponoć twierdził Arystoteles, a za nim szerokie masy, zatem czas wolny coś musiało wypełniać - tym bardziej, że szczytem komputerowego wyrafinowania była dla mnie podówczas gra o tajemniczej nazwie "BIZNES" (składała się z dziesiątek tabelek ASCII i polegała na tym, że gracz miał sprzedawać różne towary drożej niż wcześniej kupił, zaciągać zobowiązania, płacić podatki, przyjmować spadek od dziadka, etc.), która o moje względy konkurowała z równie tajemniczym "BILARDEM" (zgadnijcie, o co w niej chodziło)[3]. Zamiast więc cieszyć się zapisanymi na kartkach papieru przygodami w dalekich krajach, zamiast zaczytywać się w pięknych i pouczających historiach, ponad wszystko kochałem pop-sci. Zaczęło się pewnie od kolorowych encyklopedii i kompediów wiedzy szkolnej typu "Jak budowało się zamki" lub "Zwierzęta rozmnażają się", ale nigdy nie planowałem na tym poprzestać. Do dziś pamiętam pierwszy kupiony numer "Wiedzy i Życia" ze zdjęciem rozgwieżdżonego nieba na fioletowej okładce (byłby to lipiec 1995 r.?) i późniejsze, w których można było poczytać o wodzie na Marsie, odległych galaktykach, odkrywanych w niedostępnych dżunglach nowych gatunkach, przełomowych technologiach w przemyśle komputerowym, które umożliwią konstruowanie dysków twardych o pojemności 1 GB, bogactwie życia w niemożliwych miejscach... Z "Wiedzy i Życia" płynnie przeszedłem do eleganckich w formie i w miarę przystępnych w treści książek z serii "Na ścieżkach nauki". Trzeba przyznać, że wtedy wydawnictwo Prószyński i S-ka to bylo naprawdę coś, szkoda że "WiŻ" sprzedano.

Co dziesięciolatek mógł tak naprawdę zrozumieć z "Boskiej cząstki" Ledermana albo z "Hiperprzestrzeni" Micho Kaku (i wielką ironią losu jest fakt, że ustawiłem się po przeciwnej stronie barykady niż najwięksi miłośnicy tej książki, niuejdżowcy od "inne wymiary, Hare Krishna, hare hare hare"), jest z całą pewnością zasadnym pytaniem. Na poziomie narracji rzeczone dzieła napisane są całkowicie klarownie i zrozumienie treści nie stanowiło większego problemu. Gorzej z wyobrażeniem sobie tego wszystkiego i znalezieniem desygnatów dla świeżo zapoznanych pojęć, które przecież nie mają odpowiedników w namacalnym świecie, jakiego doświadcza taki dziesięciolatek. W przeciwieństwie do matematyka, który wyobraża sobie po prostu N wymiarów, a następnie podstawia N=10, wyobrażenie sobie 10-wymiarowej czasoprzestrzeni, nawet na zasadzie analogii, jest jednak karkołomnym zadaniem.

Nie zostałem fizykiem i nie zostałem biologiem. Do pierwszego nigdy nie mialem smykałki, z tej drugiej wyleczyła mnie paskudna i nieudolna nauczycielka biologii w liceum. A przecież z takim poświęceniem w ósmej klasie podstawówki chodziłem do pobliskiego stawu, żeby zbierać roślinki i żyjątka. Taki lajf, bejbe, jak to Robert Leszczyński nazwał był swojego blogaska w Psych24. Dziś stoję tam, gdzie się ostatnio zatrzymałem, kiepsko zsocjalizowany człowiek bez właściwości, wrażliwości, etc. Sam się pozbawiłem różnych pięknych opowieści, zastepując je zbiorami faktów bez formy, w której podaje się je np. studentom odpowiednich kierunków. Nim jednak swoją autodekonstrukcję doprowadzę do nieszczęśliwego końca, pozostaje mi pochylić się nad jedną jeszcze kwestią. Oczywiście, cały ten wywód może nie być wart funta kłaków, bo choć moje doświadczenia z całą pewnością nie są wspólnymi doświadczeniami całego pokolenia, mogą nie być unikalne i tylko czystemu przypadkowi mogę zawdzięczać fakt, że nikt z moich bliższych lub dalszych znajomych - według mojej najlepszej wiedzy - nie miał takich niezdrowych fascynacji w dzieciństwie. Kończę, bo o 21:30 mam wizytę egzorcysty.

[1] - Niezbyt lubię to określenie, wiecie. Odnoszę silne wrażenie, że jest ono jednym z tych, które wrzuca się do wypowiedzi bez sensownego powodu, pomimo tego, że one nic nie znaczą. Przykładowo, jakiś człowiek, który dał mi - och, the drama - plonka na Blipie, kocha Jaruzelskiego "za całokształt". Wha-, wha-, what?

[2] - A przecież wszyscy wiemy, że kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie draniem. Moje dziecięce zamiłowanie do społecznego konstruktywizmu daje zatem pewne nadzieje na przyszłość pozbawioną konfliktów z otoczeniem.

[3] - Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy pod maską mojego bolidu znalazł sie 486 taktowany na zawrotne 120 Mhz (albo i mniej, nie pamiętam), a na rynku gier pojawił się król, czyli "The Settlers II".

czwartek, 03 grudnia 2009

Prosto z samego dna największej Otchłani polskiego Internetu:

Włożę kij w mrowisko.Gdyby chodziło o trucie nas ,to grypa zebrała by straszne żniwo po 5 latach podobno osłabiania naszego systemu immunologicznego.Chodzi o coś innego.Pierwsza teoria: Przyzwyczajenie nas do utrudnionej obserwacji tego co dzieje się na niebie (patrz Nibiru).Druga teoria;Utrudnienie obserwacji tego co dzieje się na planecie przez obserwatorów z orbity.Trzecia teoria.Zmiana składu powietrza by utrudnić teleportację na ziemię nieproszonych gości lub uniemożliwić ich loty w atmosferze.(patrz Anunnaki z Nibiru).Możliwe są wszystkie trzy opcje naraz.Amerykańskie portale biorą to pod uwagę od dawna.Nie wierzę by tysiące lotników,elita sił zbrojnych w skali planety, nagle zmieniła sie w bezmózgą bandę morderców.Sądzę że dostarczono im bardzo silnej matywacji w postaci przekonania,pytanie czy uzasadnionego, że bronią planety w tajemnicy przed obywatelami ,by pozwolić, póki się da, jeszcze na normalne życie.

Napisałem to w temacie poniżej, ale powtórzę i tutaj. Dziś w Krakowie była masakra… Gdzieś w godzinach południowych latał samolot za samolotem, co chwilę pojawiała się nowa smuga która wisiała i wisiała… Chyba przestaję mieć już jakiekolwiek wątpliwości, że jakiś syf spada nam na głowy. Dziś to wyglądało jak totalny atak. Najlepsze było jak leciały obok siebie w tym samym kierunku dwa samoloty i rozpylały to coś… Powiem szczerze nie wiem czy kiedykolwiek widziałem by dwa samoloty leciały tak blisko siebie w tym samym kierunku… Teraz niebo jest w miarę ok, ale pewnie to wszystko co wisiało w powietrzu już opadło na ziemię a my to powdychaliśmy… Może dlatego dziś był taki ruch, bo to niedziela, ładna pogoda, dużo ludzi na spacerach, w sklepach, w kościołach. Te samoloty latały dziś gdzieś w godzinach 11:30-13:00.

A co ciekawe od kilku miesięcy zauważyłem zmianę taktyki że latają takie ze średnio długimi smugami i jak im to pasuje to włączają długą, która nie znika po kilku minutach. A właśnie te smugi które “znikają” w ciągu kilku minut to tez smugi chemiczne, tylko raz jest to właśnie mniejsza ilość chemikali i prawdopodobnie inny jest ich skład. Po tych średnio długich zostaje zabielone niebo, a nie widać już tego zabielenia na niebie wcześniej już zabielonym. Jeżeli lata ich dostatecznie dużo też są w stanie przysłonić niebo. I często tak nawet działają ze najpierw zasłonią opryskując mniej ale latając za to z większą częstotliwością, a następnie jak słabo widać pryskają już ile tylko przez dysze przejdzie.
Dodatkowa obserwacja to to że w dni kiedy nie ma oprysków (widoczne zwłaszcza w sezonach z mniejszym zachmurzeniem) widzę pojedyncze lecące samoloty bez jakiejkolwiek smugi bądź z króciutkim contrailem. A w dni oprysków widzę non stop latające w tą i z powrotem samoloty, i nawet pięć sztuk na raz z długimi i średnio długimi smugami (albo samymi średnio długimi). I te średnio długie przełączają na długie. Zresztą masa filmów to pokazuje.

Nad Poznaniem nie bylo dzis zbyt wielu smug. Korzystajac z aury pojechalem na dluzszy spacer po Puszczy Noteckiej (70 km)i tam mnie zamurowalo-cale niebo pokryte paskami.Gesto,prawie szkocka krata.W rzeczonym kompleksie lesnym prawie nikt nie mieszka-tam jest raptem kilka wiosek. Po co pryskaja intensywnie nawet tak odludne tereny? O 13:00 dwoch chem-gangsterów jeszcze “pracowalo”. Z ruchem lotniczym nie mieli nic wspólnego. Lornetka pozwolila mi stwierdzic brak jakiegokolwiek malowania, czy oznakowania-naga blacha. Dodam, ze nie widzalem jeszcze zdjec sat. z opryskami nad oceanem, czy otwartym morzem. Ewidentnie chodzi wiec o ludzi, albo teren na którym moga przebywac/ produkowac zywnosc.
Czy ktos wie, jak bar i aluminium wplywaja na rosliny uprawne? Kumulowanie, uszkodzenia itd.

Organiczny portal może to skomentować następująco:

wtorek, 01 grudnia 2009

Podobno coraz mniej ludzi wierzy w teorię ewolucji – to znaczy w to, że człowiek pochodzi od małpy, że wszystkie gatunki pochodzą od wspólnego przodka, który z kolei wyłonił się samoistnie z prazupy, i że cały ten cudowny łańcuch zmian jest dziełem przypadku. Sami prorocy darwinizmu też coraz mniej ostatnio mówią o „teorii ewolucji”; mówią raczej – jak zauważyło już kilku komentatorów – o „neodarwinizmie”. Zastanawiająca to zmiana.

Najwyraźniej nawet ich przekonanie do tej tezy – w obliczu braku jakichkolwiek dowodów na to, że przypadek może produkować nową informację, tudzież faktu, że od XIX w. wciąż nie udało się zaobserwować ewolucji w działaniu, i słynnego już braku ogniw pośrednich, które miały łączyć odlegle od siebie gromady - nieco osłabło.

Ponieważ jednak nie można dopuścić, by przemysł biotechnologiczny i edukacyjny upadły – ludzie muszą przecież zarabiać, dbać o swoje pozycje, instytucje muszą się jakoś utrzymywać – widać uznali oni, że wskazana jest przezorność: skoro tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, skąd pochodzimy, lepiej mówić o specjacji, niż o ewolucji, bo jakieś różnicowanie gatunków kiedyś z pewnością nastąpiło. A jeśli miało ono charakter celowy i było raczej dziełem inteligencji po Potopie, niż przypadku, to można liczyć na krótką pamięć publiczności: nikt nie będzie pamiętał, że ci, co teraz mówią o specjacji, kiedyś mówili o ewolucji. 

Chwyt ten ma też tę zaletę, że dowodem ewolucji może być każde pojawienie się różnic w obrębie gatunku lub rodzaju. Wszystkie epizody zmian – udomowienie, bakterie odporne na penicylinę, przybrudzone ćmy, rybki w jeziorach, żywe skamieniałości i martwe skamieniałości, drzewo życia z jednym korzeniem, z wieloma korzeniami, bez korzeni, organy szczątkowe pozbawione funkcji - a nawet jeśli tę funkcję posiadają, to jest ona zgoła inna niż miała być pierwotnie, cokolwiek miałoby to znaczyć - wszystko to uchodzi za dowody na powstawanie nowych gatunków.

Zmiana terminologii jest zatem bardzo sprytna. Warto również zauważyć, że im mniej objawów ewolucji, i im jaskrawszy brak dowodów na związek między ewolucją a molekularną maszyną sterującą życiem, tym większa histeria cechuje wypowiedzi proroków darwinizmu; im większe wątpliwości, tym ostrzejsze i głośniejsze ich okrzyki potępienia – potępienia wszelkiego sceptycyzmu jako „kreacjonizmu” i potępienia tych, co ten sceptycyzm wyrażają, jako cynicznych i niedouczonych prawicowo-religianckich pseudonaukowców, będących biologicznymi analfabetami, itp., itd.

(...)

A powstawanie gatunków jest rzeczą niezmiernie skomplikowaną i pozostaje w tej dziedzinie duża ilość niewiadomych; obecnie nikt nie jest w stanie ani całkowicie udowodnić ani całkowicie obalić jakiejkolwiek tezy o ewolucji, ani o stopniu, w jakim przyczyniałby się do niej ślepy traf. Odgrywa tu rolę bardzo wiele czynników – inteligencja, duchowość, degeneracja, geny. Prace nad tym wszystkim postępują; prace nad inteligentnym projektem wykazują cały szereg kompleksowych świadectw działań inteligencji w przyrodzie. Ale to dopiero początek. Ta walka będzie więc jeszcze długo trwać.

Dobra, żarty na bok, choć mógłbym tak dalej robić wklejki i zamieniać "ocieplenie" na "ewolucja", a "działanie człowieka" na "przypadek". W rezultacie dostałbym całkiem zgrabny tekst z gatunku "Teoria ewolucji jest martwa", który mogłoby opublikować, nie wiem, jakieś czasopismo biblijnych chrześcijan, a nie poczytny ogólnopolski dziennik. Oto "Rzeczpospolita" postanowiła tym tekstem kontynuować cenną tradycję odczapistych artykułów, przy których popis Witolda Gadomskiego na temat klimatu wydaje się być lamentem zagubionego pracownika działu ekonomicznego. Warto wspomnieć chociażby inny artykuł Agnieszki Kołakowskiej, rozprawiający się z lewackim mitem, fenomenalną "Operację Rzepa w Chuście", czołobitny wywiad z Paulem Cameronem czy też legendarne w niektórych kręgach bezkrytyczne przytaczanie doniesień zagranicznych tabloidów.

Ten artykuł jest po prostu zły, zły na wielu poziomach, zarówno pod względem stężenia absurdów, kłamstw i autentycznych przykładów złej woli, jak i w odniesieniu do potencjału copypasty. To drugie, jak sądzę, udowodniłem wystarczająco dobitnie powyżej. Jeśli chodzi o pierwsze, odsyłam do źródeł. Nie będąc klimatologiem, nie chcę się wypowiadać na tematy całkiem mi obce, jak np. zdolności predykcyjne modeli klimatycznych (i to różni mnie od autorki, która żadnych takich skrupuł nie ma). Tym nie mniej, jestem w stanie w miarę swoich marnych możliwości przeważyć argumenty obu stron. Co mi wyszło? Ano, ustawiłem się po stronie znienawidzonego konsensusu, po stronie "ekofaszystów", "ekoterrorystów", "ekologistów" i "ekooszustów", w opozycji do przydługiego i momentami śmiertelnie nudnego stosu ideologicznych bluzgów.

Z drugiej strony, z perspektywy "oświeconego laika" czytanie takich tekstów nie jest zbyt zabawne, bo człowiek ma coraz silniejsze wrażenie, że niedawna afera związana z wyciekiem danych z CRU jest, jeśli chodzi o wymiar public relations, monstrualną klęską jasnej strony Mocy. Ot, klimatolodzy fałszowali dane, spiskowali i obsmarowywali sceptyków, jednocześnie mając coraz większe wątpliwości co do zasadności swojej pracy (zwracam uwagę, że Kołakowska łaskawie przyznaje, że "niektórzy z nich [naukowców] naprawdę wierzyli w wyniki swoich badań"; jaki ciężar gatunkowy ma ten argument, nie muszę chyba dodawać), a nawet jeśli nie fałszowali, to jest tam coś podejrzanego i niezrozumiałego i opinia publiczna nie ma prawa im ufać. Zresztą, problem jest chyba znacznie szerszy i pewnie na zawsze związany z charakterem mediów jako takich (czy artykuł Kołakowskiej różni się czymś od wytworów przeciętnych krzykaczy z netu?).

Żeby zyskać przewagę i zrealizować część swoich celów, ciemna strona Mocy wcale nie musi mieć przewagi w merytoryce. Tak naprawdę, to wystarczy przebić się do mainstreamu i pokazać publice, że istnieje jakaś kontrowersja, że jest jakaś różnica poglądów w środowisku naukowców. Resztę zrobimy my sami i skróty, którymi chadza nasz aparat poznawczy, np. tendencja do uśredniania po wszystkich obecnych w debacie poglądach, w myśl bałamutnej zasady, że "prawda leży pośrodku", więc może warto dawać czas antenowy wszystkim? Jeśli chodzi o dziedziny, na których się nie znamy, większość z nas nie jest w stanie od ręki odróżnić argumentu prawdziwego od argumentu sprawiającego tylko takie pozory, a często nawet dostęp do źródeł nie wystarcza.

Neil Postman w "Zabawić się na śmierć" lamentuje, że w czasach przed telewizją i popularną prasą kandydaci w wyborach prezydenckich potrafili merytorycznie debatować przez kilka godzin przy niesłabnącym zainteresowaniu publiczności, co jest nie do wyobrażenia w czasach, gdy w medialnych dysputach chodzi raczej o wrażenie, jakie z nich wyniesie publika. W takich okolicznościach każdy, kto chce w otwartym pojedynku na słowa prostować krążące w obiegu kłamstwa i przeinaczenia, ma generalnie pod górkę. I tak jest w bardzo wielu sprawach, począwszy od klimatu, a skończywszy na medycynie alternatywnej. Powiedzieć, że temperatury nie rosną od 1998 albo modele klimatologów się pomyliły i niczego nie przewidziały jest niezmiernie łatwo, sensowne odkłamanie tego zajmuje trochę dłużej, w końcu publika musi się najpierw dowiedzieć, co to jest średnia wieloletnia albo błąd prognozy czy inny przedział ufności. Rzucić, że szczepionki powodują autyzm u dzieci, to dla niektórych jak splunąć. Żeby odkłamać (tylko, czy aby na pewno?), trzeba było paru artykułów i stanowiska PZH, którego i tak nikt nie czyta. Strategia klina, którą od lat wyznają i z niemałym powodzeniem stosują amerykańscy kreacjoniści, to już absolutny klasyk, czapki z głów.

Tagi