from here to reality
niedziela, 21 listopada 2010

Kiedy opisywałem swoje pierwsze wycieczki w Otchłań, miałem wciąż z tyłu głowy myśl, że większą część omawianego okresu spina pewna idea, w owym czasie bardzo żywa w paranaukach, dziś raczej wzbudzająca więcej sentymentu niż kontrowersji. To paleoastronautyka, paranauka stara (krótki rys historyczny nakreśliłem w tej notce), a przy tym na tyle popularna, że ociera się o doświadczenie pokoleniowe. We think tanku parę razy o tym zresztą rozmawialiśmy, tamże pojawiło się "ukąszenie daenikenowskie" (stąd też tytuł niniejszej notki).

Daeniken i inni

Masówka DaenikenaNie jestem pewien, jak właściwie dzieła Daenikena znalazły się w domowej biblioteczce, przypuszczam, że zostały beztrosko zamówione z jednej z dwóch popularnych podówczas księgarni wysyłkowych (kolejny wynalazek radosnych lat 90-tych, który zmiotło nadejście Internetu). W każdym bądź razie, w pewnym momencie (był to mniej więcej ten sam okres, gdy próbowałem hodować mrówki) sięgnąłem po „Antycznych kosmonautów” pióra najsławniejszego szwajcarskiego hotelarza. Nie jest to z pewnością najbardziej znane dzieło Daenikena, ale nie mam większych wątpliwości co do jego reprezentatywności. 15 lat po ukazaniu się polskiego wydania książka prezentuje się wcale nieźle. Jest bardzo bogato ilustrowana, trzeba też zauważyć, że podpisy pod zdjęciami mają neutralny charakter i nie narzucają czytelnikom żadnej interpretacji (np. "również w Muzeum Egipskim w Kairze wystawiony jest model samolotu" lub "Czy Inkowie wykonywali modele samolotów i wysyłali je, za pomocą katapulty z gumową liną i rowkami, do chmur?"). Między obrazkami z kolei mamy to samo, co w każdej jego książce.

No, ale Daenikenowi wolno mniej, w końcu to człowiek, który praktycznie sam stworzył tę dziedzinę pseudowiedzy. Inni zwolennicy teorii starożytnych astronautów potrafili umieszczać w swoich książkach informacje o absurdalnym wręcz poziomie szczegółowości. Weźmy sobie na warsztat "Bogów nowego tysiąclecia" Alana F. Alforda. To prawdziwa perełka, a jej zaistnienie na rynku polskim zawdzięczamy wydawnictwu Amber, które najwyraźniej jest w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet (SRSLY, WTF & LOL WUT). Rzeczony Alford w oparciu o teksty sumeryjskie, Biblię, mity greckie i kilka innych źródeł zrekonstruował poczynania kosmitów, którzy w Starożytności niepodzielnie rządzili Ziemią. Oto kilka jego twierdzeń:

- 290 tys. lat temu wylądowali na Ziemi kosmici, zainteresowani przede wszystkim afrykańskim złotem; kiedy odechciało im się pracować, zatrudnili do tego homo sapiens - krzyżówkę siebie samych i miejscowych małpoludów;

- piramidy egipskie były elektrowniami, które pobierały wodę z Nilu, rozszczepiały ją na wodór i tlen, a następnie spalały wodór w tlenie;

- na szczycie każdej piramidy zamontowane było zwierciadło, które stanowiło ważny element systemu kontroli lotów kosmicznych;

- na Synaju znajdował się kosmodrom  i centrum kontroli lotów, które zostały całkowicie zniszczone atakiem atomowym;

- przyczyną upadku Sumeru była wojna atomowa pomiędzy dwiema frakcjami bogów i służącymi im ludzkimi państwami;

- kosmiczny teleskop Hubble’a służy do wypatrywania powracających bogów (nowe millenium, 2012, te sprawy);

Kim byli, skąd przybyli i kiedy powrócom bogowie?Pozostaje mi tylko żałować, że swój egzemplarz pożyczyłem koledze z klasy i nigdy nie odzyskałem. Kolega książkę pewnie sprzedał, a ja zostałem ze swoją zawodną pamięcią. Charakterystykę naszych kosmicznych stwórców, niuansów prowadzonej przez nich polityki i dworskich intryg, które doprowadziły ostatecznie do upadku ich władztwa, czyta się jak średniej jakości powieść s-f. Od Alforda dowiedzieć się można chociażby, kto z kim sypiał, jaki stosunek do ludzi miały poszczególne frakcje bogów – kosmitów, kto miał kompleks Edypa i kto w czym się specjalizował (no, więc Enki był genetykiem, Iszkur inżynierem…). A oblężenie Marduka w Wielkiej Piramidzie Cheopsa to już totalny odlot (jeżeli dobrze wszystko pamiętam, to wnętrze piramidy wygląda tak, jak wygląda, bo Marduk potłukł kryształy kontrolne i coś tam coś tam). I tak przez bite kilkaset stron. Nie szczegółowość rekonstrukcji budzi jednak największe zdumienie, a stopień antropomorfizacji rządzących prymitywnym człowiekiem kosmitów, którzy zasadniczo są ludźmi, ale bardziej zaawansowanymi technologicznie od nas.

To zresztą jedna z fundamentalnych cech paleoastronautyki: nauczający młodą ludzkość kosmici to w zasadzie ludzie. Pięknie to widać u Pająka, który swoim czytelnikom każe wyobrażać sobie ludzi z jakiegoś amazońskiego plemienia, załadowanych na statek kosmiczny i wywiezionych na odległą planetę, gdzie mają być przedmiotem wielkiego eksperymentu (ogród Eden to w rzeczywistości magnokraft typu K6). Takie postawienie sprawy ułatwia wiele, ale nie należy sądzić, że niezliczeni niezależni badacze dziejów ludzkości w pełni świadomie poszli na łatwiznę. Sokrates mawiał, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Jednym z podstawowych źródeł, na których twórcy paleoastronautyki od zawsze się opierali, są mitologie, a skoro zaludniający je bogowie mają ludzkie cechy, to nie ma się co dziwić, że paleoastronautyka, będąca w dużej mierze przefiltrowaniem starych mitologii przez aparat poznawczy człowieka epoki technicznej, cierpi na tę samą przypadłość. Śmiem twierdzić, że dzięki temu te opowieści są w ogóle strawne dla przeciętnego zjadacza pizzy.

Zdaniem Daenikena, to jest model samolotu

Szczepionka memetyczna

Daenikenowi z pewnością nie można odmówić pomysłowości, a przykłady wynajdywane na poparcie jego tezy (dość mgliście zarysowanej, trzeba przyznać) są ciekawe same w sobie. Skarb Templariuszy w Nowej Anglii? Megality? Palenque i Tiwanaku? Nie pomylę się wiele, jeżeli powiem, że dla większości czytelników Daenikena jego książki stanowią pierwszy kontakt z tymi tematami. Weźmy na warsztat jeden z tych przykładów. W naszych eurocentrycznych podręcznikach szkolnych kultury i cywilizacje prekolumbijskiej Ameryki nie zajmują zbyt wiele miejsca, a już na pewno nie ma czasu i możliwości, żeby omówić cokolwiek, co wykracza poza wielką trójkę cywilizacji (Azteków, Inków i Majów). I nagle wkracza tutaj Erich von Daeniken i zaczyna opowiadać całkiem fantastyczne rzeczy o cudach wybudowanych przez nieznaną cywilizację, która znała Tw. Pitagorasa i potrafiła roztapiać kamień. A jak nie Daniken, to Zecharia Sitchin, Graham Hancock czy inny Robert Bauval.

Wydaje się, że daenikenizm, szczególnie na tle wszystkich wariactw krążących na różnych poziomach Otchłani, jest stosunkowo niegroźny. Nie kopie dołków pod nauką jako taką i nie odrzuca jej metod, a raczej domaga sie uznania i chce się być częścią mainstreamu. Zresztą, wiele klasycznych paranauk to dyscypliny, które bardzo chciałyby zostać pełnoprawnymi naukami. Ich spojrzenie na metodę naukową może być beznadziejnie skażone, ale widać starania. W szczególności, zwolennicy teorii antycznych kosmonautów kochają empirię i dowodów szukają tam (pomimo tego, że przecież rozpatrują je na ogół tak, jakby istniały zupełnie w zawieszeniu), a nie w czanelingach i w swoim własnym pierdololo. Mimo wszystko, w paleoastronautyce prawda jest gdzieś tam i nawet, jeżeli jest to tylko pozór, czytelnik nie zdaje sobie z tego sprawy. Chociaż raz asymetria informacji wychodzi światu na dobre.

Atlantydzi to ziemscy kosmici

Tu dochodzimy do drugiej kwestii. W tym samym czasie równie wielką popularnością cieszył się drugi z wielkich nurtów, hm, alternatywnej archeologii, czyli poszukiwania zaginionej, zaawansowanej technologicznie cywilizacji, która istniała w czasach przedhistorycznych. Z wielu powodów można ją rozpatrywać razem z paleoastronautyką. Najlepszy jest chyba taki, że obydwie grupy badaczy na poparcie swoich wariackich tez mają te same argumenty i te same przykłady, popełniając tym samym te same błędy. I tam, gdzie jedni wstawiają kosmitów, inni chcą widzieć ocalałych mieszkańców Atlantydy, gdziekolwiek ona była. Łączy ich też zaprzeczanie „oficjalnej” wersji historii Starożytności, które czasami zaskakująco mocno wykręca się w kierunku rasizmu i pogardy dla możliwości intelektualnych i technicznych ludów starożytnych. Egipcjanie nie mogli zbudować piramid, Khmerowie nie mogli postawić Angkor Wat, twórcami megalitów nie są jacyś tam miejscowi, a Krzyżacy nie mieli szansy samodzielnie zbudować zamku w Malborku.

Z drugiej strony, idea, że w czasach przedhistorycznych istniała na Ziemi zaawansowana ludzka cywilizacja, też jest atrakcyjna. Pomijając to, że pasuje do faworyzowanej przez niektórych koncepcji czasu cyklicznego (all of this has happened before, all of this will happen again), ma w sobie coś romantycznego. W bardzo fajnej (mnóstwo odwołań do popkultury), choć kompletnie odklejonej od rzeczywistości książce Milosa Jesensky'ego (słowacki ufolog, kolega Roberta Leśniakiewicza i Fundacji Nautilus) pt. "Bogowie atomowych wojen", znajdujemy opis pierwszej ludzkiej cywilizacji, która po osiągnięciu dalekich planet Układu Słonecznego przechodzi wojnę domową lub staje do konfrontacji z przybyszami z dalekiego kosmosu. Najeżdźcy zostają unicestwieni, ludzkość cofa się do epoki kamienia łupanego, a nieliczni ocaleni rozpraszają się i niezależnie od siebie od nowa zasiewają ziarna cywilizacji. Po latach ludzie znajdują pozostałości gumowych węży od masek gazowych i nazywają je napletkiem Jezusa (nie żartuję, Jesensky naprawdę takie rzeczy opowiada). Piękna wizja, nieprawdaż?

Wszystko to być może, lecz ja to między bajki włożę. Wszystko, co wiemy o cywilizacjach technicznych, wskazuje na to, że ich zaistnienie wymaga dużej populacji, a człowiek w dużych ilościach ma tendencję to wpływania na środowisko i przeobrażania swojego otoczenia w skali przemysłowej. Innymi słowy, zaawansowana cywilizacja (ludzka lub zbudowana przez antropomorficznych kosmitów) zostawiłaby ślady, a niczego takiego nie znajdujemy. Nie ma pozostałości wielkich miast, nie ma śladów przemysłowego wydobywania surowców naturalnych, nie ma zatopionych statków, nie ma autostrad i tuneli w skałach, Ziemi nie okrążają sztuczne satelity sprzed tysięcy lat, nie odkopujemy artefaktów nie pasujących do oficjalnej wizji historii[1]. Zatem, owa cywilizacja albo nigdy nie istniała, albo została stworzona przez hipisów i musiała wyglądać zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażamy (nie wiem, funkcjonowała w innej gęstości?)[2].

Takie niuanse umykały jednak nastolatkowi, którego napędzała chęć wyróżnienia się z tłumu[3]. I chyba tylko dobrymi intencjami mogę spróbować zmazać hańbę, którą się okryłem, gdy na lekcji historii wstałem i zacząłem opowiadać o prawdziwym wieku piramid egipskich, śladach erozji wodnej na Sfinksie, zaskakujących podobieństwach pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata, zatopionym mieście u wybrzeży Japonii i bateriach znalezionych w Bagdadzie. Miałem doprawdy znakomitą nauczycielkę historii, anielsko cierpliwą, która dysponowała ogromną wiedzą. Usłyszawszy mój monolog, uśmiechnęła się tylko i zasugerowała, że prawda leży pośrodku. Nie leży, ale who cares?

Sceptycyzm jest czymś, co nabyłem później. Kiedy zostałem ukąszony, nie w głowie mi było poszukiwanie czegoś w rodzaju "Z powrotem na Ziemię". Hell, był pod reką Racjonalista.pl, który jednak często stymulował postawę typu "siłą własnego rozumu skruszę wszelkie przesądy" - a to jest droga na manowce. Pozostaje pytanie, które zadają sobie światli przedstawiciele ludu sceptycznego miast i wsi - czy zakażenie daenikenizmu było doświadczeniem kluczowym? Nie wiem, ciągle zbyt mało danych. Osobiście sądzę, że ukąszenie daenikenowskie jest przede wszystkim doświadczeniem pokoleniowym, choć ciekaw jestem, jak to wyglądało np. u dzisiejszych czterdziestolatków.

 

[1] – Powszechnie znane są artefakty "nie na miejscu" (out-of-place artifacts), ale wszystkie są wątpliwe lub wyjaśnione. Ich liczba jest też przeraźliwie mała. O tym, co za zaskoczenie, paranaukowcy nie wspominają, ew. uciekają w demaskowanie spisku. Tak, jakby w Area 51 była ukryta przed światem cała kolekcja młotków wydobytych z prekambryjskich skał...

[2] – Przyszło mi do głowy, że owo hipotetyczne Pierwsze Imperium mogło mieć technologię w stu procentach organiczną. Potem jednak sobie uświadomiłem, że to też musiałoby zostawić ślady w zapisie archeologicznym.

[3] - To nie jest tak, że się nie wyróżniam, takiej paskudnej gęby jak moja ze świecą by szukać, ale młodość wiąże się z aspiracjami, więc trzeba mieć też oryginalne poglądy, wiedzieć więcej, chcieć więcej, nie przestawać. Widziałem taką pretensjonalną sygnaturkę kiedyś.

piątek, 19 listopada 2010

Czasami interesujący kontent sam wpada w ręce. Najwyraźniej w niewielkim Choszcznie (woj. zachodniopomorskie) jest filia Uniwersytetu Szczecińskiego. O korzyściach z jej istnienia tak wypowiada się Ryszard Boratyński, burmistrz tej mieściny:

Obecnie stwierdzić można odczuwalny wzrost liczby choszcznian studiujących i legitymujących się dyplomem Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie, którzy bardzo często prezentują pożądaną społecznie postawę ludzi aktywnych, zaradnych, kreatywnych i zdecydowanych rozwiązywać swoje problemy samodzielnie, nie przedstawiając przy tym roszczeniowego stosunku do otoczenia.
Niewątpliwie sytuacja ta jest efektem wypełniania przez US w Choszcznie roli, sprowadzającej się do udostępnienia mieszkańcom wiedzy gotowej, która nadaje się do zastosowania w codziennym życiu, czyniącej z nich ludzi oferujących konkretne możliwości pracodawcom lub rynkowi towarów i usług. Ja również zatrudniam w urzędzie i jednostkach podległych gminie Choszczno absolwentów US studiujących w Choszcznie, którzy wykonują odpowiedzialne zadania i piastują kierownicze stanowiska. Poziom wiedzy tych pracowników jest wysoki, często znacznie przekraczający zakres wiadomości pozostałych, starszych kolegów i koleżanek.
Funkcjonowanie Zamiejscowego Ośrodka Dydaktycznego US w Choszcznie podniosło świadomość społeczną studiujących, dało im możliwość zatrudnienia nie tylko w Choszcznie, które przy tym zyskało miano miasta uniwersyteckiego. Niewątpliwie dodało mu też tak potrzebnego prestiżu, którego subtelne znaczenie trudno przecenić. Sądzę także, iż miało to wpływ na poziom bezrobocia w gminie Choszczno, które z prawie 20 proc. w roku 2002, zmniejszyło się do nieco ponad 14 proc. we wrześniu 2005 r. W Choszcznie rozpoczynają inwestowanie przedsiębiorcy, np. z Irlandii i Niemiec, którzy chcąc osiągnąć sukces gospodarczy muszą zatrudnić właściwie wykształconych pracowników. Dla naszej gminy oznacza to rozwiązanie istotnych problemów społecznych, a dla Uniwersytetu Szczecińskiego i jego kadry dydaktycznej osiągnięcie zamierzonego celu.

Trolololo. But here's a fun fact: w latach 2002-2005 bezrobocie w Choszcznie spadło, bo spadało zapewne we wszystkich lub niemal wszystkich gminach. Bezrobocie spadało w całej Polsce i to ma związek z czymś, co nazywa się cyklem koniunkturalnym, a pan burmistrz pomylił korelację z przyczynowością.

Za zwrócenie uwagi na postęp w szkolnictwie wyższym w Zachodniopomorskiem dziękuję koleżance Soni.

Zapytano mnie ostatnio, jakie mam zainteresowania. Jako, że jestem człowiekiem, który nawet w okazjach towarzyskich lubi czepiać się i dzielić włosa na czworo (co dla lepszego samopoczucia nazywam precyzją), doszedłem szybko do wniosku, że mój rozmówca zbyt pochopnie założył, że mam jakiekolwiek zainteresowania. A przecież nie mam żadnych konkretnych zainteresowań i chyba nigdy nie miałem (z drugiej strony, kiedyś bardziej mi to przeszkadzało, w myśl słów poety, że "siostra zbiera aktorów, brat wycina piłkarzy"). Ulegam chwilowym fascynacjom, skaczę sobie z kwiatka na kwiatek, czasami beznadziejnie i całkowicie zatapiam się w jakichś kwestiach na jeden wieczór. A potem strząsam to z siebie i szukam kolejnej pierdółki do zgłębiania. A potem, wracając do mojego rozmówcy, przypomniałem sobie, że dla wielu moich przelotnych zainteresowań (przydałoby się pojęcie, które dla zainteresowania byłoby tym, czym jest miłostka dla miłości) istnieje wspólny mianownik, którym jest fascynacja intelektualnym śmietnikiem. Gdzieś nawet, we wczesnej fazie pisania bloga, zdarzyło mi się wspomnieć, że jestem kloszardem na śmietniku idei. Tylko jak o tym powiedzieć rozmówcy? Swoim zwyczajem, uciekłem od tematu i postanowiłem skrobnąć coś w miejscu, gdzie nic nikogo nie dziwi. Kilka nudnych migawek z przeszłości.

W bliżej niesprecyzowany wiosenny wieczór 1996 r. zapakowaliśmy się z rodzicami do zielonego malucha i pognaliśmy do bliskich znajomych rodziców, których ja nazywałem ciocią i wujkiem. Kilkanaście lat później wujek, nieco przesunięty w fazie inteligent z duszą artysty, będzie w mojej obecności histerycznie śmiać się z rejestracji SB ("zobacz, rejestracja SB, he he he, eS Be, he he he") i wykładać podstawy Teorii Dwóch Tupolewów. Tego wieczoru dorośli wybrali swoje własne towarzystwo, a mnie wysłano do przyszywanej siostry ciotecznej, która akurat oglądała telewizję. Traf chciał, że oglądała "Z archwum X". Odcinek to chyba "Squeeze". Scary shit, a czołówka serialu chyba mi zrobiła coś złego w głowę, bo przez pewien czas bałem się wielkiej przezroczystej dłoni.

Więc jest 1998, a ja każę sobie odkładać w kiosku "Faktor X". W tych ciekawych czasach hitem były czasopisma wkładane do specjalnych segregatorów, spośród których największą popularnością cieszył się "Świat wiedzy", najeżony błędami substytut encyklopedii. "Faktor X" funkcjonował na dokładnie takich samych zasadach, tylko traktował o zjawiskach paranormalnych, teoriach spiskowych i miejskich legendach. Mieli tam też krótkie notki, które dziś wywołałyby przede wszystkim zdziwienie podlane politowaniem, np. o szalecie nawiedzanym przez ducha hydraulika, o afrykańskim czarowniku, który magią pozbawiał mężczyzn penisów, o kubańskiej krowie zamordowanej przez moduł amerykańskiej rakiety. A żeby nie było całkiem zabawnie, to w tym samym numerze potrafili straszyć narkokanibalami z Meksyku (gratis zdjęcia zupy na ludzkich kościach) i spiskiem szatanistów - pedofilów. Ponadto, dla każdego coś miłego: starożytni astronauci, Area 51, porwania, implanty, czupakabry, egzorcyzmy, pole morfogenetyczne, Nostradamus, fałszywe lądowanie na Księżycu, zabójstwo Kennedy'ego, MK ULTRA i kontrola umysłów. Geez, poruszyli chyba każdy możliwy temat.

Dwa lata później w wakacje było różnie i czasami padało (Puck był wtedy jeszcze smutniejszy, a polskie morze jeszcze brzydsze niż dziś), więc kupiłem sobie "Nieznany Świat". W środku - epicki artykuł, który upadek komunizmu postawił w całkiem nowym świetle. Jak się okazało, komunizm upadł, bo parę tysięcy osób medytowało w jednym momencie. Jakże inaczej mógły wyglądać świat, gdyby kilkanaście tysięcy osób zjednoczyło się w medytacji. A gdyby tak połączyć medytację i World Jump Day? Nie zostałem regularnym czytelnikiem NŚ, jego pretensjonalność, nadmiar powagi i okazjonalne ludzkie dramaty sprawiały, że miesięcznik był raczej nieatrakcyjny dla nastolatka, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak właśnie wygląda mainstream polskich paranauk. Że fascynujące historyjki o kosmitach to jedno, a zinstytucjonalizowane ssanie z palca, kopanie dołków pod medycyną czy też niuejdżowa samopomoc, to drugie.

W nowym tysiącleciu Internet trafił pod strzechy, a mnie kojarzył się tylko ze śmiesznym programikiem liczącym impulsy, dyskretnym ukrywaniem kabla, pospiesznym wysyłaniem i odbieraniem maili i wiadomości z grup dyskusyjnych, crackowaniem Teleport Pro i otwieraniem kilkudziesięciu stron w celu czytania offline. Wtedy też poznałem Pająka Jana, kreacjonistów z pl.sci.biologia i świrusów z pl.soc.religia. Co ciekawe, oni wszyscy są wciąż aktywni. Pająk niestrudzenie tropi ufonautów, inspiruje niewielką grupę zwolenników i znacznie większą grupę paranów, którzy może całkiem nie wierzą, ale rozsyłają dalej, bo to ciekawe. Kreacjoniści w dalszym ciągu dokonują desantów na pl.sci.biologia, choć prominentni przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego najwyraźniej wycofali się z Juznetu. Na pl.soc.religia OBVES (vel Marian Śliwiński) pracowicie wylicza kolejne daty końca świata, a Archanioł Książe Michał zapowiada przelot jonolotem i piwo Carlzberg w kranach (pojedynek obydwu pacanów można zobaczyć chociażby tutaj). I zapewne wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że spoglądam w Otchłań, że obcuję ze światem, w którym logika, racjonalność i zdrowy rozsądek mają alternatywne znaczenia.

I mniej więcej wtedy wielką karierę zaczął robić portal Racjonalista.pl, na Filozofii.pl szalały niesamowite flejmy z neotomistami. No, ale to temat na zupełnie inną historię. W następnym odcinku opowiem, jak nauczyłem się tym wszystkim martwić i zostałem bezideową szmatą.

czwartek, 04 listopada 2010

Łukasz Warzecha, redaktor prestiżowego dziennika „Fakt”, popełnił niedawno na swoim blogu kolejną notkę z cyklu "Socjalistyczne władze Warszawy prześladują kierowców", tym razem oskarżając dodatkowo redakcję GW o współudział w tym cichym holokauście (bo szczuje jednych ludzi na drugich, a wrogiem jest miasto, które nie buduje darmowych parkingów). This is wrong on so many levels, ale być może najśmieszniejsze jest to, że Warzecha otwarcie przyznaje, że nie stać go na parkowanie w Złotych Tarasach. Co kosztuje, bagatela, 4 zł 50 gr za godzinę. Lament Warzechy obśmiał już zresztą Wojciech Orliński i pewnych kwestii nie ma sensu powtarzać. Warto jednak zwrócić uwagę na schematy myślowe, które spotyka się również poza pojemną głową redaktora prestiżowego dziennika. Schematy, które w istocie rzeczy dyktują kształt polityki transportowej naszych miast i które sprawiają, ze wiele z nich wygląda tak, jak wygląda. Czyli jak, nie przymierzając, Óć. Czyli smutno jak cholera.

Ukryte koszty szrotwagenów

Istnieje popularny mem, że transport indywidualny, w przeciwieństwie do transportu publicznego, nie jest dotowany, utrzymuje się sam i generalnie jest życiodajnym krwiobiegiem gospodarki, z którego wysysa się grubą kasę na zdezelowane autobusy i antyczne tramwaje. Że jest krwiobiegiem gospodarki, nie można się nie zgodzić, ale w miastach przypomina raczej krwotok. Poza tym, wszystko źle i na odwrót. Jedyna różnica pomiędzy transportem zbiorowym a indywidualnym wynika z alokacji środków publicznych.

Samochody w znakomitej większości przypadków nie jeżdżą po łąkach i lasach. Samochody potrzebują infrastruktury, a jej budowa i utrzymanie jest kosztowne. Spróbujmy choćby zgrubnie oszacować, ile wydaje się w Polsce na rozbudowę i utrzymanie infrastruktury drogowej. Sam budżet, którym dysponuje GDDKiA, to jakieś 25-30 mld zł rocznie. GDDKiA zajmuje się jednak tylko jedną kategorią dróg, drogami krajowymi, która to kategoria obejmuje, co prawda najkosztowniejszy ich rodzaj, czyli autostrady i drogi ekspresowe, ale wciąż stanowi jedną dwudziestą wszystkich istniejących dróg w Polsce. Te z kolei są finansowane z budżetów jednostek samorządu terytorialnego i tam należy szukać równie potężnego strumienia środków finansowych topionych (dosłownie!) w asfalcie. Zgodnie z danymi GUS, wydatki gmin i miast na drogi publiczne wyniosły w 2009 r. 12 mld zł. Województwa do tej puli dokładają 11 mld zł, powiaty zaś - ok. 7 mld zł. Łącznie więc na budowę i utrzymanie dróg publicznych wydano w 2009 r. jakieś 55-60 mld zł. To 4-4,5% PKB i ponad 1300 zł w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Czy to dużo? Nie sądzę, to dość standardowa proporcja dla kraju na dorobku, w którym jeszcze niedawno liczba użytkowanych samochodów ulegała podwojeniu co 10 lat.

A przecież nawet nie poruszyłem negatywnych kosztów zewnętrznych transportu samochodowego, które przeciętny posiadacz dumnego szrotwagena ma w głębokim poważaniu (i, zasadniczo rzecz biorąc, wszyscy je mamy, taka jest uroda kosztów zewnętrznych). Wyliczmy je: hałas, kongestia, zanieczyszczenie powietrza, emisje gazów cieplarnianych, degradacja przestrzeni publicznej. W znakomitej większości nie wyrażają się one w twardej walucie, rozkładają się dość równomiernie, obciążając po cichu wszystkich dookoła. Za każdym razem, gdy przedstawiciel klasy średniej wytacza swój samochód i udaje się w samotną podróż do biura, dołączając do setek podobnych sobie, generuje pewien koszt dla społeczeństwa. Jego prywatny koszt krańcowy jest efektywnie równy zeru powiększonemu o osobogodziny stracone przez niego w korkach. Koszt społeczny wpada do czarnej skrzynki, z której wychodzą np. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, budowa dodatkowej infrastruktury, osobogodziny stracone przez towarzyszy niedoli. Wszystko liczone w grubych miliardach.

Tyle po stronie wydatków, z których przeciętny obywatel w dużej mierze nie zdaje sobie nawet sprawy. Po stronie dochodów samochodziarz postawi opłatę paliwową, akcyzę i VAT od samochodów, z czego może nawet da się sfinansować budowę i utrzymanie wszystkich publicznych dróg w Polsce. Dlaczego jednak pieniądze z podatków uniwersalnych miałyby iść tylko na ten konkretny cel, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. VAT od ubrań nie jest przeznaczany na budowę sieci publicznych pralni, a akcyza od alkoholu nie trafia do kieszeni producentów alkoholu. W imię jakich racji samochód i jego właściciel mieliby mieć specjalne względy? Dlaczego ze wszystkich grup społecznych ta jedna ma mieć przywilej płacenia podatków celowych? Stąd już tylko krok do przekonania, że skoro kierowcy płacą takie podatki i nie wynika z tego nic, bo „ciągle tylko kopią”, „autostrady się buduje 5 razy drożej niż w Niemczech”, a „jeszcze ktoś każe płacić za parkowanie, które się NALEŻY”, to efektywniej byłoby nie płacić tych podatków i po prostu robić zrzutkę po 2000 zł rocznie dla kapitalisty, który zrobi wszystko tak, jak trzeba. Nie i amen.

Co się należy i dlaczego nie parking

Rzekło się, 60 mld zł rocznie to sporo, ale hej, infrastruktura drogowa jest przecież dobrem publicznym i, jako taka, powinna być finansowana z podatków nas wszystkich. Teoria dóbr publicznych jest w ekonomii mocno ugruntowana, uczy się o niej większość studentów pierwszego roku studiów ekonomicznych, a jednak ignorowanie jej implikacji jest powszechne. Dla czytelnika, który czuje, że powinien poguglać, krótkie wyjaśnienie. Dobro publiczne ma dwie fundamentalne cechy: (1) jest nierywalizowalne, co oznacza, że ich konsumpcja przez każdą kolejną osobę nie wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów; (2) jest niewykluczalne, co oznacza, że nie można pozbawić nikogo możliwości korzystania z niego. I tak oto dochodzimy do wyjaśnienia, dlaczego nieprawdą jest, jakoby miejsce parkingowe w centrum komukolwiek się należało.

Otóż parking nie jest dobrem publicznym. Parking nie spełnia żadnej z wymienionych wyżej cech. Pojawienie się każdego kolejnego amatora miejsc parkingowych zmniejsza ich dostępność, odpada nam więc nierywalizowalność. Pozbawienie kogoś możliwości korzystania z parkingu jest dziecinnie proste - wystarczy go otoczyć płotem, barierkami lub słupkami i ewentualnie postawić szlaban przy wjeździe. Krótko mówiąc, miejsce do parkowania jest dobrem, którego cena może (i powinna) być ustalana przez mechanizm rynkowy. Jeśli komuś się zdaje, że to nieludzkie i podpada pod #prześladowaniekierowców, to niech sobie przypomni, że państwo nie zapewniło mu darmowego paliwa i przeglądów samochodu, a miejsce parkingowe na strzeżonym osiedlu kosztowało go 30 tys. zł.

Parking kosztuje, i to kosztuje słono, bo przecież trzeba wykopać dziurę w ziemi, zrobić ze dwie kondygnacje w dół i uporządkować powierzchnię, ew. znaleźć pustostan i przerobić na parking wielopoziomowy udający kamienicę. Kilka milionów złotych, jak nic. A przecież kosztorys takiej inwestycji nie obejmuje kosztów alternatywnych związanych z tym, że kawałek ekstremalnie drogiej ziemi w centrum zajmowany jest przez kilkaset ton nisko produktywnej blachy. Przypomnijmy, Łukasz Warzecha (i wielki chór wujów) chciałby to mieć za darmo albo półdarmo. Nie ma darmowych obiadów, a gdy parking jest darmowy, to koszty tkwią gdzieś indziej. Kiedy więc Łukasz Warzecha domaga się taniego parkowania w centrum dwumilionowego miasta, w formie usługi komunalnej, w istocie rzeczy domaga się ogromnego subsydium od państwa do swojego samochodu. Tyle tylko, że Łukasz Warzecha nie jest kimś, kto z reguły popierałby interwencję państwa w gospodarkę. Odbieraniu tego rodzaju przywilejów sprzeciwiają się też na ogół ludzie, którzy w każdym innym kontekście byliby ortodoksyjnie libertariańscy.

A priori można twierdzić, że jest to interwencja uzasadniona. Transport jako taki ma swoje korzyści zewnętrzne, które można w pewnym uproszczeniu nazwać efektami sieciowymi. Te jednak są bardziej związane z infrastrukturą i, niespodzianka, budową sieci. Nie mają nic wspólnego z indywidualnymi decyzjami tysięcy Kowalskich, patrzących ze stymulowaną przez klimatyzację dumą na tych frajerów, którzy się tłoczą w tramwajach. W znakomitej większości przypadków, nikt przecież nie ma zysku krańcowego z takiego wyboru. Jest nawet gorzej, bo przecież są ludzie, którzy muszą i którzy są ucieleśnieniem korzyści z transportu: dostawcy, kurierzy, przewoźnicy i, w ogólności, wszyscy ci, którzy przewożą coś więcej niż teczkę (i torebkę żony). Krótko mówiąc, koszty dominują.

Człowiek z blachy

No, ale czego mamy oczekiwać w sytuacji, gdy domyślnym sposobem parkowania jest często postawienie samochodu gdziekolwiek, w poprzek wyznaczonych miejsc, na chodniku, trawniku, schodach, pod drzewkiem i na otwartej przestrzeni. Czego oczekiwać w sytuacji, gdy złe wzorce utrwala się złym planowaniem i jeszcze gorszym wykonaniem remontów i modernizacji ulic (przykład z Warszawy to ul. Mokotowska). Jest sobie takie Radomsko, pięćdziesięciotysięczna mieścina w woj. łódzkim, generalnie smutne miejsce. Przy jednej z głównych ulic, w samym centrum miasta, z dawien dawna jest chodnik z asfaltu. Krawężnik, o ile kiedykolwiek istniał, dawno już erodował, starł się na proch i zginął bezgłośnie pod asfaltem wylewającym się z chodnika i z jezdni. Zaraz… jakiego chodnika? Granica między chodnikiem a jezdnią w takim miejscu najwyraźniej jest kwestią umowy społecznej, którą w dodatku mają zawierać nierówne sobie strony. Wygrywa oczywiście facet w SUVie, który – jako jedyny – musi.

Samochód jest wspaniałym wynalazkiem, ale to tylko narzędzie, którym racjonalny człowiek posługuje się, stosownie do przeprowadzonej kalkulacji zysków i strat. Łatwo zgadnąć, co się dzieje w sytuacji, gdy koszty są pomniejszane w sposób dramatyczny, a zyskom przypisuje się nadnaturalny wymiar. To ostatnie formułuje się na ogół w formie sylogizmu:

  1. Samochód ucieleśnia wolność;
  2. Wolności nie da się wycenić;
  3. Wolność ma nieskończoną wartość;
  4. Samochód ma nieskończoną wartość.

Tymczasem, nic tu nie jest oczywiste. W szczególności, samochód nie jest ucieleśnieniem wolności w większym stopniu niż lodówka, wiertarka czy inna kałapućka. Jest za to cudownym narzędziem dominacji silnych nad słabymi, którą to dominację można chcieć (i będzie to, powiedzmy to sobie otwartym tekstem, decyzja polityczna) ukrócać za pomocą całej baterii dostępnych władzy państwowej i samorządom instrumentów, które zwykło się nazywać szykanami dla kierowców. I dopóki Warzecha nie zrozumie, że zmuszenie go do internalizacji generowanych przez niego kosztów zewnętrznych jest jedyną racjonalną drogą, jeżeli mamy żyć w miastach, będzie prześladowany. Bo #prześladowaniekierowców jest stanem umysłu, a nie cechą wspólnej rzeczywistości.

Tagi