from here to reality
sobota, 21 listopada 2009

Witam państwa w nowym programie publicystycznym "Świat bliżej mas", który otwiera całkiem nowy rozdział w historii piątej władzy. Dziś zajmiemy się tematyką budowy autostrad i ich wpływem na ludzkie zbiorowości. W studio mam przyjemność gościć pana Zbigniewa Eugeniusza Hottentottenskiego, antropologa infrastruktury.

P: Panie Zbigniewie...

A: ... Zbigniewie Eugeniuszu.

P: Oczywiście. Panie Zbigniewie Eugeniuszu, stosunkowo niedawno wielkie poruszenie w środowisku profesjonalnych urbanistów i zwykłych pasjonatów architektury i urbanistyki wywołał wywiad, jakiego "Gazecie Wyborczej" udzielił pan Michał Murawski, antropolog architektury. Nie wnikając w szczegóły, powiem tylko, że jego nowatorskie podejście do zabudowy Pl. Defilad może przynieść przełom w wiecznych bataliach o "zaklockowanie" tego miejsca. Czy podobne projekty mają szanse powodzenia także w innych częściach miasta i kraju?

A: Miałyby, gdyby nie pewne fundamentalne skazy środowiska urbanistów, planistów i architektów. Mam bowiem wrażenie, że w Polskim budownictwie bardzo mocno trzyma się myślenie postkolonialne. O czym mówię? Proszę popatrzeć na realizowany obecnie plan budowy autostrad i dróg ekspresowych, który jest kompromitująco błędny na przynajmniej dwóch poziomach. Z jednej strony, bezmyślnie kopiuje cudze wzorce rozwoju, opartego o ekstensywne rozlewanie betonu i tworzenie wzrostu zamożności poprzez wzrost tempa jej akumulacji. Z drugiej zaś strony, kompletnie ignoruje specyfikę naszego kraju, uwarunkowania społeczne, etc.

P: Obawiam się, że nie do końca rozumiem. Przecież beton, asfalt, samochody i system gospodarczy są wszędzie takie same.

A: Bo patrzy pan na to jednopłaszczyznowo. Polska wkroczyła w latach 90-te mając dobrze rozbudowaną sieć dróg krajowych, które nie tylko łączyły centra wszystkich ważniejszych miast, ale też przyczyniały się do tworzenia bogactwa pomiędzy nimi. Podróżny może zatrzymać się gdziekolwiek po drodze i tam wydać pieniądze, dając zarobić miejscowemu sklepikarzowi, mechanikowi czy też właścicielowi zajazdu. Oczywiście, ekonomia nie jest tutaj najważniejsza - to wymiar społeczny sieci dróg krajowych ma największe znaczenie. Ten egalitarny model drogownictwa był wielkim i zupełnie niedocenianym osiągnięciem PRL. Teraz to zaprzepaszczono, składając ofiarę technokratycznemu bożkowi neoliberalizmu. Alokując gigantyczne środki w budowę tras potrzebnych tylko gartce wybranych, jednocześnie zaniedbano tysiące kilometrów żywych arterii tego kraju, w których każda dziura i każde przydrożne drzewo było ważne. Dla wszystkich.

P: ... sugeruje pan więc, że autostrady przyczyniają się do rozwarstwienia społeczeństwa?

A: Oczywiście. Jak pan sądzi, kto głównie jeździ autostradami i drogami ekspresowymi? Kogo na nie nie stać i kto ich nie potrzebuje? Jakie są proporcje tych osób w społeczeństwie?

Kolejnym istotnym aspektem programu budowy i utrzymania dróg powinno być zapobieganie alienacji kierowców, pasażerów i mieszkańców terenów sąsiadujących z ruchliwymi drogami. W chwili obecnej idzie się w kierunku modelu, który w swoich pracach zwykłem określać mianem "każden sobie rzepkę skrobie" - kierowcy jeżdżą sobie po wielopasmowych trasach okrążających z daleka centra małych i dużych miast. Zresztą, nawet jeśli te trasy przebiegają przez obszary zabudowane, to i tak odgradza się je ekranami dźwiękoszczelnymi (w większości nieprzezroczystymi!). Sprawia to, że w żadnym momencie nie występuje interakcja pomiędzy kierowcą, a przedstawicielem lokalnej społeczności. Nie ma kontaktu wzrokowego, nie ma wzajemnego szacunku, nie ma niczego, co może być wypracowane tylko twarzą w twarz.

Bogate elity z wielkich miast mkną sobie po betonowych płaskowyżach - proszę zauważyć, że jest to naturalne przedłużenie podejścia, które obserwujemy przy budowie osiedli - nareszcie odgrodzone barierą od koczujących gdzieś poniżej klas niższych. Gdzie w takich okolicznościach jest miejsce na solidarność społeczną, na redystrybucję dochodów, na stymulowanie awansu społecznego? Mieszkaniec Warszawy czy Krakowa, mknący po strzelistej autostradzie, nie ma czasu na rozważania nad losem mieszkańców miejscowości, których tablice migają mu co jakiś czas przed oczami. On je omija w bezpiecznej odległości, nie musi zatrzymywać się w przydrożnych barach i sklepach, nie musi tam wydawać pieniędzy, nie musi stawiać czoła Innemu. To nie jest przypadek, że największy awans społeczny niższych klas miał w Polsce (i, w ogólności, w Europie) wtedy, gdy sieci autostrad jeszcze nie było. W Stanach Zjednoczonych początek realizacji programu budowy autostrad międzystanowych był początkiem końca klasycznego american dream.

P: Ależ w ten sposób, budując nowe trasy i obwodnice, eliminujemy bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia pieszych, oddając im centra małych miast.

A: Po pierwsze, nie ma przekonujących i bezdyskusyjnych dowodów na to, że budowa bezkolizyjnych tras, obwodnic, tuneli, estakad, etc. zmniejsza liczbę wypadków drogowych. W istocie rzeczy, w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu liczba wypadków wzrosła, choć ze zmiennym szczęściem cały czas budujemy drogi. Nikt nie potrafi zmierzyć się z tym prostym faktem.

P: Bo znacznie wzrosła liczba samochodów i natężenie ruchu drogowego...

A: ... to bardzo wygodny dla naszej władzy zbieg okoliczności, nie sądzi pan?

P: No... tak.

A: Po drugie, istnieje bardzo proste i tanie rozwiązanie tego sztucznie napompowanego problemu - są nim kładki dla pieszych. Nie tylko pozwalają rozdzielić w pionie pieszych i samochody, ale też umożliwiają wzajemne przenikanie się ich sfer oddziaływania. Dalej, mówi się, że "TIRy rozjeżdżają małe miasta i niszczą drogi miejskie". Ja pytam się więc, dlaczego ten argument podnoszą osoby odpowiedzialne za ich stan? Dlaczego ich nie naprawiają? Z reguły spotykam się z barierą milczenia. Zwróci Pan uwagę, że w ogóle nie poruszam kwestii ekologii...

P: Nie zaprzeczy pan jednak, że mieszkańcy wielu miejscowości sami domagają się budowy obwodnic...

A: A czego domagają się mieszkańcy pustkowi, przez które często biegną autostrady? No właśnie, zbyt wielu ich nie ma, tak jest łatwiej. Kilka lat temu miałem przyjemność odbyć poufną rozmowę z ówczesnym szefem GDDKiA. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że on zgadzał się z każdym moim argumentem. Jak mi powiedział, większość drogowców doskonale rozumie to, że autostrady rozdzierają na strzępy tkankę społeczną Polski. Niestety, jak dodał, istnieje bardzo silna presja ośrodków zagranicznych na stworzenie sieci, którą w razie "nieprzewidzianych okoliczności" mogłby wykorzystać okupant. To jest trzecie dno tej całej afery. Minister Cezary Grabarczyk chwali się kolejnymi setkami kilometrów dróg ekspresowych i autostrad, ale moim zdaniem kompletnie nie ma czym. Każdy kolejny kilometr autostrady A1 czy A2 jest, proszę zapamiętać, równoważny każdemu kolejnemu kilometrowi Muru Berlińskiego. To bariera i zadra, którą przyszłe pokolenia będą oswajać przez dziesiątki lat.

P: Dziękuję za rozmowę.

A: Dziękuję.

czwartek, 12 listopada 2009

Przepraszam wszystkich czytelników za nagły przypływ weny i trzy niezbyt fascynujące blogonotki z rzędu, ale tematy po prostu same płyną szeroką rzeką. Oto w jednej z tych kompletnie bezsensownych dyskusji pt. "moja jest mojsza niż twojsza" z udziałem dyskutanta uprzedzonego do kultury popularnej pewien mój kolega przypomniał wypowiedź czołowego przedstawiciela tej specyficznej szkoły krytyki kultury. Za to jestem niezmiernie wdzięczny, bo ów przedstawiciel rozkłada na łopatki i szkoda byłoby, gdyby znany był tylko w hermetycznym gronie stałych czytelników i użytkowników uczelnianego forum:

nie będę odpisywać na Twojego długiego (miejscami ciekawego i inspirującego do myślenia) posta, ponieważ szkoda mi czasu na odpisywaniu komuś, kogo ulubionym pisarzem jest Philip Dick... 
Przepraszam z góry za tę chamską bezpośredniość, ale zgodnie z moim mottem: szczerość przede wszystkim!
Chciałbym tylko prosić (to już jest bardzo bezczelne), byś nie odbierała powyższych słów zbyt osobiście. Uważam po prostu, że nie ma takiej możliwości, by człowiek odpowiadający mojemu pojęciu 'dojrzałości intelektualnej' uznawał za najlepszego pisarza np. Philipa Dicka, Terry'ego Pratchetta, czy Gabriela Marqueza, a ja w rozmowie muszę czuć, że moje myśli mogą trafić na właściwy grunt. Teraz nie czuję, więc swoje uwagi zapiszę tylko do dzienniczka :)

Nadaje się na copypastę, nie?

środa, 11 listopada 2009

Jednych CIA nieustannie dręczy mikrofalami, u innych (autor mojej ukochanej stronki) szczepionki powodują mutacje:

autor niniejszej witryny w wieku niespełna 10 lat w kilka dni po obowiązkowym szczepieniu nagle kompletnie stracił nienajgorsze do tamtego momentu zdrowie, po czym nie odzyskał go na stałe przez wiele lat, a w 1990 r. po wielotygodniowych wszechstronnych badaniach w typie prób rozwiązania zagadki, nawet w karcie szpitalnej lekarze podsumowali całość testów diagnozą "podejrzenie mutacji poszczepiennej"..? (co ciekawe, mimo posiadania tego dokumentu, w/w przez wiele lat pozostawał tak bardzo oczytany i wykształcony, że kategorycznie i bez ułamka sekundy powątpiewania w swoją rację nie wierzył w żadne paranoiczne "teorie spiskowe" dotyczące rzekomej szkodliwości szczepień... :)

Czyli klasyczne "jedna pani drugiej pani": coś się zdarzyło dawno temu, jakaś koincydencja szczepienia i pogorszenia stanu zdrowia, jakieś WTF, które ktoś gdzieś powiedział. A potem zaczął linkować na potęgę świętą trójcę polskich antyszczepionkowców: Jane Burgermeister, prof. Majewską i Piotra Beina, że nie wspomnę o Davidzie Icke, cudzoziemskim proroku nowego porządku świata, który nie będzie Nowym Porządkiem Świata. Jakie to smutne.

wtorek, 10 listopada 2009

Google zna prawdę o ekonomii

Dni mijają, a jakoś nie chce mi się ruszyć rozgrzebanych wpisów o jakości polskiej wiki na przykładzie generalnie skandalicznego artykułu o homeopatii (jeśli komuś nie chce się czytać, to mogę go streścić: "paradygmat materialistyczno-redukcjonistyczny, bla bla bla, fraktalna struktura rzeczywistości, hare Krishna, hare hare hare"), o statystycznym analfabetyzmie (feat. prof. Majewska & some random idiots) i różnych takich tam scepowskich i niescepowskich emo. Dlatego też, w ramach rozluźnienia, zapoznam niewprawionego Czytelnika z humorem ekonomistów. Największe znane mi repozytorium dowcipów o ekonomii i ekonomistów znajduje się tutaj i zawiera bodaj wszystkie klasyczne dowcipy, anegdoty, zabawne sentencje. Moja ulubiona leci tak:

A true story:

"I heard this from one of my professors. To protect him, no names will be revealed. This professor was about to get married. He went to the jewelers to get a wedding ring for his fiancee. The jeweler told him that he can have the inside of the ring engraved with the name of his fiancee for an additional $20 (remember, this was a LONG time ago). He said, "But that will reduce the resale value!" The jeweler was aghast. He said, "How can you say such a thing. You are a butcher!" "No," replied the professor, "I am an economist"."

Oto jednak na horyzoncie pojawił się ktoś, kto te dowcipy odpowiada w ramach stand-up comedy. Wzajemne zapoznanie rozpoczniemy od mocnego uderzenia. Oto Yoram Bauman (bo tak się nazywa ów dżentenlmen) postanawia wytłumaczyć publiczności, o co właściwie chodzi w tej całej ekonomii, bierze więc na warsztat 10 zasad wyłożonych w popularnym w Stanach podręczniku autorstwa Grega Mankiwa (czytamy mankju, faceta warto szanować, bo jest ponoć najlepiej zarabiającym ekonomistą na świecie). Te zasady nie stanowią same w sobie nic zaskakującego ani nowatorskiego, stanowią po prostu (całkiem udaną zresztą) próbę zdefiniowania fundamentów myślenia w kategoriach ekonomicznych (wbrew pozorom coś takiego istnieje). Ot tam, nie można mieć wszystkiego, wolny rynek jest co do zasady najlepszą formą organizacji gospodarki (ale czasem państwo może pomóc), ludzi do działania skłaniają zewnętrzne bodźce, etc. Pełną listę znaleźć można np. tutaj. Tymczasem w wydaniu naszego bohatera robi się z tego fontanna lulzów.

Muszę przyznać, że złośliwości pod adresem makroekonomii zwalają z nóg. Enyłej, Bauman specjalizuje się w ekonomii środowiska, a więc w dziedzinie, która w Polsce praktycznie nie istnieje. Można więc zakładać, że głupi nie jest. A że ekonomiści mają poczucie humoru, Bauman swój występ zaliczył na zjeździe American Economic Association, gdzie m.in. znów zakpił z Mankiwa i wyjaśnił, jak obecny kryzys wpłynął na jego dowcipy. Plus takie smaczki, jak: Over the past few months I've realized that the three most terrifying words in English are: "Macroeconomists agree that..."

A to mniej ekonomiczny występ tego pana w jakimś klubie:

16:02, asmoasmo , Econ
Link Komentarze (3) »
Tagi