from here to reality
sobota, 26 lutego 2011

Wszystkich czytelników witam w drugiej odsłonie czytelnicznych polecanek, w której prezentuję, wybór (oparty o subiektywne i całkowicie arbitralne kryteria) pochodzących z różnych dziedzin wiedzy i niewiedzy tekstów, którymi w ostatnich tygodniach zadręczałem swoje przekrwione oczy.

Podróż zaczynamy od subiektywnego przeglądu wiadomości i tekstów z okolic nauki i pseudonauk.

  1. Na początek skromne epitafium dla tego, na co w jęz. angielskim uknuto zgrabną nazwę, a czego równie sprytnie po polsku nie potrafię powiedzieć, czyli dla analizy doniesień o porwaniach przez kosmitów. Oczywiście, zawsze warto wsadzać takie rzeczy w kontekst - w tym przypadku jest to uwiąd bardziej ogólnej patologicznej nauki, ufologii. W tych samych kategoriach rozpatrywać należy poszukiwania zaginionej arki.
  2. W galaktyce mniej lub bardziej poważnych (i poważanych) czasopism naukowych witamy nową gwiazdę - The Journal of Universal Rejections.
  3. Na znanym części czytelników blogu Science-Based Medicine domyka się powoli cykl artykułów o kontrowersji dotyczącej SBM (science-based medicine) i EBM (evidence-based medicine). W telegraficznym skrócie - dowiemy się tam m.in. jakie są ograniczenia badań klicznych i dlaczego nie warto po raz pięćdziesiąty robić badań klicznych nad homeopatią. Dramat w czterech odsłonach (1, 2, 3, 4). W tym samym serwisie ładna wycieczka w głęboką przeszłość ruchu antyszczepionkowego, który zalicza ostatnio raczej porażki niż sukcesy.
  4. I jeśli już zajmujemy się altmedem, to wpadła mi na dysk ostatnio przeznaczona dla akcjonariuszy prezentacja koncernu Boiron, wiodącego przykładu nieobecności wielkich korporacji w biznesie medycyny alternatywnej.  Z ciekawszych rzeczy - Boiron na marketing wydaje 15-20 razy więcej niż na badania i rozwój. Pomijając nieco złośliwe pytanie o to, na czym właściwie polega tam działalność badawczo-rozwojowa, to warto zauważyć, jak te proporcie kształtują się w przemyśle farmaceutycznym. Ukłony: Grzegorz Zalewski.
  5. Polecam również zaskakująco trzeźwy i wnikliwy, jak na miejsce publikacji, tekst dotyczący teorii spiskowych.

Następna kategoria to okolice ekonomii.

  1. Wygrzebana przy pisaniu jednej z poprzednich notek książka: Sustainability and Cities: Overcoming Automobile Dependence. Na podstawie fragmentów, z którymi miałem czas się zapoznać - doprawdy frapująca lektura.
  2. I z tej samej beczki - w Gazecie Wyborczej rozmowa na temat dezurbanizacji w Polsce i na świecie. Na temat samego wywiadu i stawianych w nim tez (zwłaszcza w obszarze, hm, rekomendacji) mam mieszane uczucia (przejścia podziemne dla pieszych i przestrzeń publiczna, twierdzę, to pojęcia sprzeczne), ale nie oznacza to, Gaspadi chran, że na miejscu prof. Markowskiego postawiłbym zasadniczo inną diagnozę. Naszym przeznaczeniem jest powtarzać cudze błędy.
  3. Od czego zależą ceny mieszkań w Warszawie? Nihil novi, ale fajnie jest zobaczyć cyferki. Dużo cyferek.
  4. Światło dzienne ujrzał dziś raport Banku Światowego pt. "Transition to a Low Emissions Economy in Poland". Wnioski - hm, raczej cywilizacjośmierciowe, i niezbyt zaskakujące. Z punktu widzenia emisji gazów cieplarnianych, naszym największym wewnętrznym wrogiem jest transport. Transport i energetyka. Naszymi największymi wewnętrznymi wrogami są transport i energetyka. I kiedy już myślałem, że to koniec prześladowania polskiej gospodarki przez międzynarodowy kapitał i ekoterroryzm, pojawił się raport nt. polityki transportowej w Polsce ("Policy Note. Toward a Sustainable Land Transport Sector"). W kontekście przesuwania środków z kolei na drogi jego aktualność nie podlega chyba dyskusji.
  5. Konserwatywni liberałowie na całym świecie świętowali w tym roku setną rocznicę urodzin Ronalda Reagana, czterdziestego prezydenta USA. Nie jest moją intencją formułowanie własnej oceny jego prezydentury, brak mi czasu i ochoty, a może zwyczajnie nie jestem tym zainteresowany. Podrzucenie kilku linków rzucających cień na spiżowy pomnik Reagana jednakowoż lezy w zakresie moich mocy. Trzy perspektywy: makroekonomiczna, społeczno-ekonomiczna, ekologiczna.

Na koniec kategoria "Dziwne, ciekawe, nigdzie indziej niesklasyfikowane".

  1. Lista pięćdziesięciu najbardziej paskudnych Amerykanów. Smuteczek, że znalazł się na niej Gerald Posner, dziennikarz, który światu przysłużył się np. tak i tak. I z tej samej beczki - encyklopedia tamtejszych wariatów, zero kompromisów, dużo zdrowej nienawiści w imię racjonalizmu.
  2. Pewien pacjent Psychiatryk24, wierząc w to, że piątki z psychologii, które miał na studiach, świadczą o posiadaniu przezeń wiedzy niezbędnej do zaplanowania upadku Gazety Wyborczej i TVN, zaproponował atak na te media przez odcięcie ich od reklam. Tym razem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ma to pewien sens. Poprzednie bojkoty antypolskich mediów polegały przecież na tym, że do nieczytania GW i nieoglądania TVN zobowiązywały się osoby, które i tak nie czytają GW i nie oglądają TVN. Teraz przynajmniej mamy jakiś kontakt z rzeczywistością. Niestety, rzeczywistość okazała się być bezlitosna. W odpowiedzi pomysłodawca Bojkotu 2.0 dżampnął szarka. Widzicie, bo on tak naprawdę chce zrobić incepcję. Serio, serio.
wtorek, 15 lutego 2011

W poprzedniej części było dużo poważnych rzeczy, sporo cyferek i drobne ślady refleksji nad kondycją dziennikarstwa. Tu nie odczuwam żadnych zobowiązań względem bogiń, którym wcześniej starałem się oddawać cześć (Racjonalności, Wątpliwości i Naukowości). Tutaj zanurkujemy w Otchłań bez asekuracji.

Na początek, z Gazety Współczesnej dowiadujemy się, że

naukowcy robią wszystko, żeby zbić planetoidę z tropu

... a może nawet z pantałyku. Potem jest już niestety tylko gorzej. Onetowy nius sprzed prawie dwóch tygodni doczekał się błyskotliwego komentarza ze strony "cynicznego tropiciela faszystów i bolszewików", któremu bliski przelot ćwierćkilometrowej asteroidy kojarzy się - a jakże! - z globalnym ociepleniem, podatkami i ręką pseudoekologa w jego przepastnej kieszeni (pogrubiłem co ciekawsze passusy).

Tzw. "społeczność naukowa" musi czuć podskórnie, że ludzie zaczynają się orientować, że są robieni w bambuko, w związku z czym niebawem mogą się skończyc granty na badanie efektu cieplarnianego.

Ale przecież forsa na "ratowanie Ziemi" musi płynąć, to chyba jasne? Mając to wszystko na uwadze, nagle się okazało i wydało, że planetoida Apophis jednakowoż wyrżnie w Ziemię w roku 2036, chociaż roków temu kilka najsampierw mówiono, że pewnie nie wyrżnie, potem prawdopodobieństwo malało aż do zera, a dzisiaj, presto: jednak wyrżnie, a przynajmniej popsuje satelity. NB. natknąłem się na tę informację kilka dni temu, ale ją zignorowałem mniemając, że to typowa kaczka dziennikarska, ale kiedy ZNOWU o tym napisali - no, to musi być w tym drugie dno, prawda? Wracając jednak do tematu: nie tylko wyrżnie - ale efekty bedą, nauczają "badacze", tożsame z tymi, którym musiały stawić czoła dinozaury!

(...)

każdym razie - dlaczego naukowcy walą takie ściemy? No, a dlaczegóż by nie? Wszak będzie można ciągnąć forsę na konstruowanie laserów obronnych klasy ziemia-asteroida, silników wyprzestrzenno-zaprzestrzennych i co tam jeszcze wpadnie do głowy naukowcom; bo przecież nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale o to, by go gonić. Będzie można urządzać konferencje w miłych i ciepłych stronach świata, gdzie każdy sobie będzie mógł popić i zakąsić, wydać kilka książek, które lud będzie kupował i spijał z nich każde słowo - no i, ma się rozumieć, opodatkować wszystkich Ziemian podatkiem anty-asteroidowym. O, tototo!

(...)

Obawiam się jednak, że cała ta afera jest sztucznie nakręcana tylko po to, żeby wyłudzić od przerażonego ludu forsę - i ją zmarnować. Lub rozkraść.

Przepraszam za duży cytat, ale skondensowano tam tyle bredni, że dałoby się parę osób nimi obdzielić. Mógłbym te bzdury rozłożyć na dwóch - trzech stronach A4, ale doszedłem do wniosku, że się to nie kalkuluje. Koszt krańcowy takiej zabawy z całą pewnością przekracza zysk w postaci utłuczenia buca. W dodatku, brednie zmiksowano z typowo nieudolną ironią. A przecieżtakich rozkochanych w swojej doktrynie, ociekających samozajebistością, niepoprawnością i niezależnością, są przecież w Sieci tysiące.

Co korwiniście kojarzy się z globciem, pacjentowi polskiego The Huffington Post przypomina o feralnym locie Tupolewa. Asteroida ma być "na kursie i na ścieżce". Zaglądamy w komentarze i od razu czujemy się jak w domu - oto Unukalhai, kreacjonista, konserwatysta i doświadczony komcionauta (przeszło piętnaście tysięcy komentarzy na Psych24, to robi wrażenie), cieszy się na myśl o kolizji. Bo skoro niczego nie będzie, to nie będzie też odrażających sodomitów:

no to co z tego?
Bo czy na cokolwiek lepszego zasługują naigrawający się z praw bożych współcześni sodomici niż na to, aby pożegnać ten świat ze skowytem?

Im prędzej, tym lepiej.

Mieli przecież po Epifanii swoją drugą szansę.

A trzeciej już nie będzie.

Od miłości bliźniego przechodzimy do miłości gwiazd. Tematem przelotu Apophisa zajmuje się widniejący w blogrolce pani Marysi blog z "analizami astrologicznymi". Jeżeli jednak ktoś poszukuje konkretnej odpowiedzi na jakiekolwiek sensowne pytanie dotyczące asteroidy, tam jej nie znajdzie, pozna za to sto sposobów na oryginalne i ciekawe stwierdzenie typu "na Świętego Hieronima byndzie dysc albo go ni ma". Nie, serio, nie mam zielonego pojęcia, jakie właściwie jest stanowisko autora (autorki?) podlinkowanego wpisu. Wygląda na to, że Apophis może w Ziemię uderzyć, ale może też nie uderzyć.

Wszystkich jednak przebił serwis Sfora.pl (to jakiś serwis informacyjny dla gimnazjalistów, ktoś wie?):

Siła uderzenia będzie 50 milionów razy większa i bardziej niszczycielska od bomby atomowej, jaka spadła na Hiroszimę - donosi "Prawda".

(...)

W sprawie nadciągającej zagłady spotkać się ma w lipcu 2011 roku Komisja Europejska z astronomami rosyjskimi. Europa i Rosja uważają Apophisa za najbardziej realne zagrożenie dla istnienia ludzkości - dodaje dziennik.

(...)

Gdyby jednak teoria euroazjatycka okazała się prawdziwa, to asteroida wybije w Ziemi krater o głębokości tysiąca kilometrów. Pyły z eksplozji zasłonią słońce na 10 tys. lat.

ROTFL (zresztą, ten sam materiał prezentuje wortal niewiarygodne peel). A w serwisie "Prawda.ru", na który Sfora się powołuje, wzięli po prostu nius z Helium, znanego ośrodka profesjonalnego ssania z palca (ach, te przerażające artykuły o metanowym tsunami)[1]. Podsumowania nie będzie, bo autor najpierw pękł ze śmiechu, a potem musiał jeszcze tłumaczyć sąsiadom, że ściany wcale się nie trzęsą.

[1] Hej, to ten sam autor!

poniedziałek, 14 lutego 2011

Czasem myślę sobie, że lubimy być straszeni. Jak nie przepowiednie Majów, to niepokojąco brzmiące wersety z dzieł Nostradamusa. Jak nie mordercze afrykańskie pszczoły, to gronkowiec i superbakterie w szpitalach. Jak nie zabójcze szczepionki, to wszechobecny tlenek dwuwodoru. Albo dopalacze i zbiegłe z pół rośliny - mutanty. Kiedy więc zobaczyłem, że portal informuje setki tysięcy swoich czytelników o zagrożeniu ze strony "ogromnej asteroidy", wiedziałem, że najnowszy epizod siania paniki trafił wreszcie do Polski, z kilkudniowym opóźnieniem zresztą. Podróż zaczynamy od portalowego omówienia tekstu z dziennika Polska The Times. Kilka kliknięć i mamy oryginalny artykuł, którym niejaki pan Kazimierz Sikorski postanowił podnieść sumę inteligencji we Wszechświecie. A podstawą jego taktyki jest strach... zaskoczenie i strach... strach i zaskoczenie... Jego taktyka opiera się na dwóch podstawach: strachu i zaskoczeniu... oraz na bezlitosnej skuteczności. Enyłej.

Ogromna asteroida gna w kierunku Ziemi z prędkością ponad 30 tys. km na godz.

Dobry wstęp to taki, który wstrząśnie czytelnikiem. Tym razem postawiono na mocny epitet i przerażająco wielką liczbę, podaną bez żadnego kontekstu. A przeciez czytelnicy dziennika Polska the Times nie dostaliby apopleksji, gdyby byli świadomi, że Ziemia przemierza przestrzeń kosmiczną z podobną prędkością.

jak oceniają naukowcy, może się zderzyć z naszą planetą 13 kwietnia 2036 r.

Powołujemy się na autorytet anonimowych naukowców.

Gdyby tak się stało, doszłoby wtedy do ogromnych zniszczeń, a ofiary można by liczyć w milionach.

Przekaz o realności zagrożenia (odtąd ZJR - Zagrożenie Jest Realne) po raz pierwszy.

Wszystko będziemy dokładnie wiedzieli w kwietniu 2029 r. Jeśli wówczas asteroida wejdzie na określoną trajektorię lotu, co jest niestety możliwe, jej uderzenie w Ziemię stanie się nieuniknione. Pozostanie wtedy siedem pracowitych lat, by znaleźć sposób na zapobieżenie tragedii.

Asteroida może w nas uderzyć, ale będziemy to wiedzieć dopiero w 2029 r. Czeka nas osiemnaście lat niepewności, czy Państwo sobie to wyobrażają?

Obserwacje astronomów amerykańskich i brytyjskich sugerują, że takie niebezpieczeństwo jest coraz bardziej realne.

Po raz kolejny powołujemy się na autorytet anonimowych naukowców plus magiczne "coraz bardziej", którego znaczenie w tym kontekście pozostaje zagadką (autor, jak sądzę, mógł mieć tutaj pare rzeczy na myśli, mógł to też wyssać z palca w celu podkoloryzowania artykułu). Czytajcie z moich ust: ZJR!

- Groźba jej zderzenia z Ziemią jest duża - mówi Donald Yeomans, szef specjalnego programu badawczego agencji NASA, który zajmuje się obiektami pojawiającymi się blisko naszej planety.

Powołujemy się na konkretnego, wymienionego z imienia i z nazwiska amerykańskiego naukowca, w dodatku z NASA. Jeżeli chcemy potwierdzenia, że ZJR, po co szukać dalej?

Yeomans twierdził wcześniej, że takie zderzenie jest praktycznie niemożliwe, teraz pod wpływem obserwacji zmienił jednak swoje zdanie.

Naukowiec zmienia zdanie (w domyśle - jego oszacowanie ryzyka zagłady jest większe niż wcześniej). Wszyscy czytamy: ZAGROŻENIE JEST REALNE!

Podobnie myślą Amerykanie, oni też planują doprowadzenie do zderzenia bezzałogowej maszyny z liczącą aż kilkaset metrów średnicy asteroidą.

Amerykanie i Rosjanie (dla oszczędności miejsca nie zacytowałem fragmentu dotyczącego rosyjskich inicjatyw) planują przedsięwzięcia mające ocalić nas przed niechybną śmiercią. Czy trzeba dalszych dowodów, że ZAGROŻENIE JEST REALNE? Nawet rządy najpotężniejszych państw świata już widzą problem. Dlaczego jesteśmy o tym informowani, podczas gdy na temat Nibiru się milczy i zakrywa niebo chemtrailsami, tylko mason trzydziestego trzeciego poziomu może wiedzieć.

W lipcu 2005 r. bezzałogowy Deep Impact rozbił się o powierzchnię komety Tempel 1, a pobrane próbki świadczyły o tym, iż w jej składzie sporo było pyłu i lodu. Prawdopodobnie taką strukturę ma także Apophis, co umożliwiłoby po zderzeniu skierować asteroidę na bezpieczny dla Ziemi kurs.

Na koniec trzeba złagodzić panikarską wymowę artykułu i wrzucić coś optymistycznego. Bruce'owi Willisowi się przecież udało, nieprawdaż?

Widać więc, że artykuł pana Sikorskiego to pomieszanie z poplątaniem, kiepskie omówienie kwestii, która potencjalnie jest ważna i o której można pisać z sensem, bez sensacji i panikarstwa. Nie sądzę przy tym, żeby różniło się to znacząco od typowego poziomu dziennikarstwa naukowego w tym kraju, zwłaszcza jeśli za dziennikarstwo naukowe uznamy portalozę, której czasem dla niepoznaki daje się etykietki typu "nauka", "kultura", "podróże", "technologie". Krótko mówiąc, mamy tu, w związku z Apophisem, jeden wielki bajzel. Jak znaleźliśmy się w punkcie, w którym obecnie jesteśmy?

  1. Asteroidę 99942 Apophis, podejrzaną o popełnienie w przyszłości niewysłowionych zbrodni na cywilizacji ludzkiej, odkryto w 2004 r. Czytelnik może to pamiętać, ponieważ pierwsze szacunki wskazywały na całkiem duże prawdopodobieństwo kolizji z Ziemią w 2029 r.
  2. W kolejnych latach wytrwale korygowano dane dotyczące jej orbity - w tej chwili jesteśmy pewni, że w 2029 nie będzie żadnej kolizji, a asteroida minie nas na tyle blisko (poniżej orbity geostacjonarnej), że jej przelot będzie można obserwować gołym okiem. Od samego początku pewną niewiadomą pozostaje jednak powtórny przelot, w 2036 r.
  3. W 2009 r. w mediach pojawia się dęta i dość mętna historia o możliwości wysłania przez Rosjan misji w celu zepchnięcia Apophisa z orbity.
  4. Kolejna rundka pseudoniusów znów ma swoje źródło w Rosji. 26 stycznia mamy dość lakoniczny i kiepsko zatytułowany (tu są wyjaśnienia cytowanego w artykule profesora Leonida Sokołowa) artykuł nt. możliwości zderzenia asteroidy z Ziemią w 2036. Potem podchwytują to zachodnie media i znów mamy tydzień bezproduktywnych rozważań o końcu świata. Na wysokości zadania staje The Huffington Post, ilustrując artykuł o możliwym zderzeniu kompletnie nieadekwatną tubką.
  5. Z pewnym opóźnieniem wiadomość trafia do Polski. 2 lutego pisze o tym Onet, co przechodzi prawie bez echa, dziś dziennik Polska the Times, a za nim - portal.

Pora na reality check i małe porównanie doniesień z polskich mediów z tym, z czego nasi dziennikarze prawdopodobnie korzystali.

  1. Jak już powiedziano, w 2029 czeka nas bliskie spotkanie z inkryminowaną asteroidą. Spotkanie to będzie na tyle bliskie, że nie wiadomo w tej chwili, jak wpłynie na orbitę asteroidy, nie da się tego z zadowalającą dokładnością przewidzieć.
  2. Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że orbita Apophisa zostanie zaburzona w ten sposób, że 7 lat później, przy okazji ponownego podejścia, po prostu w nas walnie, mówiąc kolokwialnie. A do takiego zaburzenia dojdzie, jeśli Apophis nas minie w bardzo specyficznej odległości, "przejdzie przez dziurkę od klucza" (stąd wzmianki o keyhole w zagranicznych źródłach). Szacunki są różne, ale to prawdopodobieństwo jest generalnie rzędu 10-5, w życiu codziennym takimi zdarzeniami, o ile w grę nie wchodzi duża liczba prób, raczej nie przejmujemy się.
  3. Apophis ma średnicę dwóch boisk piłkarskich. Obecne szacunki energii wyzwolonej w wyniku impaktu sięgają 500 megaton trotylu. Dla porównania: największa bomba termojądrowa miała dziesięciokrotnie mniejszą siłę, wybuch Krakatau wiązał się z wyzwoleniem 2,5-krotnie mniejszej energii. To sporo, ale nie aż tak, żeby zacząć kopać bunkry w okolicach Łodzi.
  4. Donald Yeomans to jak najbardziej realna postać i autentyczny naukowiec, który nawet dołożył cegiełkę do rozbijania popularnych rojeń o 2012 r. Tyle tylko, wracając do kosmicznych kolizji, że jego zdaniem groźba zderzenia asteroidy z ziemią wcale nie jest duża i raczej nie zmienił ostatnio zdania (a przynajmniej nie w kierunku ZJR). Dowody znaleźć można tutaj (A, B i w szczególności C). Jeżeli Yeomans zmienił zdanie, to w drugą stronę - wraz z rewizją danych nt. orbity asteroidy.
  5. Podejrzany akapit na temat luźnej struktury wewnętrznej asteroidy i możliwości jej rozbicia na kawałki to, obok zrzynki z zachodnich niusów, czysta fantazja.Nie ma w tej chwili informacji, które wskazywałyby na to, że Apophis jest luźną kupą lodu i pyłu, a nie kawałkiem skały.
  6. A oto i dokładne słowa pana Yeomansa na temat ryzyka kolizji:

If the object passes through a 600-meter-sized keyhole in 2029 – that is, a location in space that is only 600 meters wide – it will indeed hit the Earth in 2036. But the chances of its actually passing through this 600-meter-sized keyhole in space in 2029 are extremely low.

Znalezienie wszystkich informacji niezbędnych do zrobienia przyzwoitego reality check zajęło mi kilkanaście minut, na pewno nie więcej. Może nie powinienem wymagać tego od redaktorów portalu, ale tłumaczenie "extremely low" jako "duży" to już chyba poważne przewinienie, n'est-ce pas?

Jak zwykle, all errors are my responsibility. W następnym odcinku dowiemy się, jak na wieść o możliwej zagładzie reagują polscy internauci.

niedziela, 13 lutego 2011

Skącząc po prawomyślnych blogach, trafiłem ostatnio na taki oto wpis. Autor konkluduje:

Organizations like al Qaeda leave their indelible mark wherever they go. 9/11 deniers are required to pretend that those marks are just Western operatives covering their own tracks – an obvious delusion to everyone who has seen it in action, knows its members, and knows those who are tempted by it and any other extremist organization. To me, this is the key – 9/11 deniers flatly deny virtually every relevant event in the lead-up to 9/11. They deny that centuries of geopolitical events ever occurred. To them, history begins at the Balfour Declaration, crescendos when Ronald Reagan begins supplying anti-Communist rebels in Afghanistan, and ends when George Bush plants bombs in the North Tower and scampers off in a black helicopter. Between these pockmarks on the historical landscape there are thousands of religious ideologues, millions of oppressed victims of colonialism, and countless strategic opportunists struggling to guide human affairs to their own ends. 9/11 denier history is the shallowest history of all, one that requires them to reject the needs, desires, machinations and schemes of billions of people across centuries. 9/11 denial is reality denial.

That’s why I call them 9/11 Deniers.

Strzał w dziesiątkę. Warto przy tym zapomnieć, że cytowana wypowiedź dotyczy zwolenników teorii spiskowej, która jest efektywnie martwa (ma wprawdzie licznych zwolenników, także w Polsce, ale sam ruch bojowników o Prawdę jest w rozsypce), i skupić się na cechach wyróżniających tę, jakże często spotykaną, postawę wobec faktów. Już nie ma czegoś takiego, jak "sceptycyzm co do oficjalnej wersji wydarzeń w WTC", jest tylko konsekwentne zaprzeczanie rzeczywistości (cokolwiek miałoby to słowo właściwie znaczyć). Denializm.

środa, 09 lutego 2011

Jest sobie serwis "Nauka w Polsce", podczepiony pod Polską Agencję Prasową i finansowany przez MNiSW. W dziale "O nas" widzimy piękne słowa:

ogólnodostępny serwis internetowy NAUKA W POLSCE odnotowuje na bieżąco osiągnięcia polskich naukowców, popularyzując rodzimą naukę.

(...)

W portalu każdy zainteresowany znajdzie artykuły na temat najciekawszych badań i przedsięwzięć z udziałem Polaków lub polskiej myśli naukowej w kilkudzięsięciu dyscyplinach naukowych, portrety wybitnych postaci świata nauki, wybrane informacje z życia polskich uczelni i placówek badawczych. Odnotowywane są też w skrócie najważniejsze wydarzenia w nauce światowej.

Niestety, na tym poletku wyrosły sobie kwiaty zła, które obejrzałem, powąchałem, wsadziłem do zielnika i dalej nie wiem, jak to się ma to informowania o osiągnięciach nauki polskiej. Ale może po kolei.

"Jeżeli osoba zdrowa, która nie objawów choroby, weźmie lek homeopatyczny to nie będzie miała objawów negatywnych" - mówiła podczas konferencji prezes Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej (PTHK) dr Ewa Wojciechowska.

To jest, szczerze powiedziawszy, w ramach homeopatii całkowite novum. Pierwszy dogmat homeopatii głosi, że podobne należy leczyć podobnym. Innymi słowy, osobie chorej należy podawać środek, który u osoby zdrowej wywołałby objawy identyczne z obserwowanymi u osoby chorej, którą chcemy wyleczyć. Przykładowo, bezsenność należy leczyć substancją, której podanie wywoła u osoby zdrowej brak snu. Wymagania spełnia oczywiście… kofeina. Fakt, że rewizję doktryny forsuje sama pani prezes PTH, dodaje temu tylko więcej smaczku.

Jak mówiła dr Wojciechowska, takie doświadczenia [chodzi o przedawkowanie lekarstw homeopatycznych – przyp. asmoasmo] pokazują jedynie, że leki homeopatyczne nie mają działań niepożądanych, ale w żadnym wypadku nie mogą być dowodem na ich nieskuteczność. "Takie próby są bezcelowe" - mówiła Wojciechowska.

Wtórował jej dr Leszek Borkowski, oceniając, że są to populistyczne doświadczenia, które nie wnoszą niczego nowego do wiedzy o homeopatii. Jak podkreślił, warunkiem dobrego eksperymentu jest dostosowanie techniki i zadanie odpowiedniego pytania. "Jeśli tego nie zrobimy, to takie doświadczenie można obrócić w żart" - mówił Borkowski.

Och, pani prezes chyba nie zrozumiała idei tej akcji. To nie jest przyczynek do debaty naukowej, nawet w takim znaczeniu, w jakim rozumieją to homeopaci. To jest happening, to jest akcja skierowana do szerokiej publiczności – można więc chyba uznać, że to populistyczne zagranie (tylko, co z tego?). Minął tydzień od momentu opublikowania tego bezdennie głupiego niusa, w międzyczasie inkryminowana akcja odbyła się i można pokusić się o pierwsze podsumowania.

W przeciwieństwie do prominentnych działaczy Polskiego Towarzystwa Homeopatii, byłem na warszawskiej akcji 1023. Na akcji zjawiło się kilkanaście osób, w porywach może ćwierć setki. Sześcioro czy siedmioro uczestników, kilku gapiów (w tym niżej podpisany) i przedstawiciele mediów, stanowiący zdecydowaną większość zgromadzonych. I wiecie, co? Mesydż poszedł w świat (o efektywności kosztowej przedsięwzięcia się nie wypowiadam).

Najgorsze jest to, że dwieście lat po tym, jak Samuel Hahnemann wyssał swoje idee z palca, wciąż musimy zmagać się z tymi bredniami. 150 lat badań i wciąż 0 (słownie: zero) dowodów. Pytania zadano, uzyskano odpowiedzi, sprawa zamknięta. Tylko dlaczego jeszcze homeopaci domagają się kolejnych badań?

Tymczasem, z odsieczą przychodzi ksiądz doktor i jego genialna analogia:

"Można przetopić płyty CD z nagranymi książkami czy muzyką i mówić że tam niczego nie ma, bo przecież otrzymamy z nich otrzymać zupełnie inne produkty. W lekach homeopatycznych jest +zapis+, tylko trzeba umiejętnie do niego podejść" - argumentował ks. dr Jacek Norkowski.

Analogia to broń obosieczna. Z jednej strony, łatwo za jej pomocą zwieść niewprawnego czytelnika, który może na pierwszy rzut oka nie zdawać sobie sprawy z istnienia fundamentalnych różnic pomiędzy porównywanymi pojęciami. Z drugiej strony, gdy już ktoś powie „sprawdzam”, często nie ma czego zbierać. Różnica pomiędzy książką i płytą CD, a homełkiem, jest bardzo prosta. Otóż, my doskonale wiemy, na czym polega zapis informacji w książce i w płycie CD, potrafimy proces replikować bez żadnego trudu. Ba, robimy to wręcz w ilościach przemysłowych. Wiemy też, jak taki zapis ulega uszkodzeniu i wiemy, dlaczego spalenie książki czyni ją bezużytecznym źródłem informacji (Tylko, dlaczego ktoś miałby chcieć palić książkę? Paląc książki, palimy samych siebie). Przejdźmy teraz do homeopatii. Skąd wiadomo, że zapis, o którym wspomina ksiądz profesor, w ogóle tam jest? Jak powstaje? Jak z jego istnienia wynika rzeczywiste działanie na ludzki organizm? Takie pytania można mnożyć.

W jaki sposób badać leki homeopatyczne? "Dzisiejsze badania nad mechanizmami działania homeopatii powinny zejść do poziomu nanotechnologii" - powiedział dr Borkowski. Zaznaczył, że znalezienie odpowiednich narzędzi badawczych może dać odpowiedź na wiele pytań nurtujących naukowców.

Nanotechnologii? A może jednak kwantowa informacja zakodowana we fraktalnej mikrostrukturze cząsteczkowej ciekłej wody? Mała rada dla doktora Borkowskiego – w czasach, gdy w laboratoriach rutynowo układa się wzorki z pojedynczych atomów, przedrostek „nano” nie oddziałuje już na wyobraźnię tak silnie, jak kiedyś. Proponuję odwoływać się do mechaniki kwantowej.

Eksperci przekonywali, że niepowodzenia w terapii homeopatycznej może objawiać się jedynie z brakiem efektów leczenia. Osoby leczące się homeopatycznie w niektórych przypadkach powinny liczyć się też z możliwością wystąpienia zjawiska tzw. pierwotnego pogorszenia.

"Jeśli pacjentowi podano odpowiedni lek homeopatyczny, to w pierwszym etapie kuracji może nastąpić pogorszenie stanu zdrowia" - powiedział prof. Andrzej Stańczak z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Tym samym, czyniąc testowanie skuteczności homeopatii beznadziejnym zadaniem. Skoro najwyraźniej każdy obserwowany stan świata można przypisać działaniu preparatu homeopatycznego, jak mielibyśmy określić, czy działa? Znaczy się, można sensownie oceniać prawdziwość twierdzeń typu "Stosowanie preparatu X zmniejsza ciśnienie tętnicze", ale co zrobić z tezami pokroju "Stosowanie preparatu X na ogół zmniejsza ciśnienie tętnicze, ale czasem może zwiększać". Oczywiście, można w tym drugim przypadku wyjść na prostą, określając kiedy ciśnienie wzrośnie. Można podać przykład sytuacji, gdy stosowanie leku homeopatycznego wiąże się z "pierwotnym pogorszeniem". Bez tego na kilometr brzydko pachnie formułowaniem hipotez ad hoc.

Zdaniem dr Wojciechowskiej nie ma takiej choroby, przy której nie można byłoby stosować leków homeopatycznych. W niektórych przypadkach mogą być stosowane jako jedyny środek leczniczy, towarzyszyć terapii farmakologicznej, lub łagodzić objawy działań ubocznych silnych środków. "Leki homeopatyczne mogą być skuteczne m.in. w kuracji negatywnych skutków radioterapii i chemioterapii" - mówiła prezes PTHK.

Wiele grzechów popełniła tym artykułem redakcja, ten jest chyba najpoważniejszy.

Tagi