from here to reality
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Niewiele rzeczy w ostatnich latach zdominowało krajobraz polityczny i ekonomiczny Polski w takim stopniu, jak rządowy program 500+. Niestety, dyskusja publiczna na ten temat (zarówno po stronie przeciwników, jak i zwolenników programu) toczy się na bardzo niskim poziomie. W istocie, ludzie rozmawiają na ten temat niejako obok siebie, w oderwaniu od sensownych argumentów i kompletnie ignorując to, jak mało wiemy na temat jego skutków. Być może wynika to z ogólnie niskiego stanu nauk ekonomicznych w Polsce, być może jest to konsekwencja niskiej świadomości metod i ograniczeń danych wśród publicystów i polityków, być może stopień upolitycznienia tego tematu zmusza dyskutujących do stwarzania pozorów wiedzy, a być może wszystkie w/w czynnik działają tutaj - nie podejmuję się oceniania socjologii dyskusji o programie 500+. Z pewnością chcielibyśmy wiedzieć więcej na temat programu, ale niedoskonałość statystyki publicznej (eufemistycznie mówiąc), brak zainteresowania sensowną informacją ze strony twórców programu i mocno upolityczniony charakter dyskusji o 500+ sprawiają, że nie wiemy, nie chcemy wiedzieć i być może nigdy nie będziemy wiedzieli.

Jednocześnie, pomimo wielu specyficznych cech, na dużym poziomie ogólności program sam w sobie nie jest wyjątkowym instrumentem. Transfery "na dzieci" wprowadzano na przestrzeni ostatnich dekad w wielu krajach rozwiniętych, bezwarunkowe transfery społeczne jako takie mają zapewne jeszcze bogatszą historię. To niemalże elementarz ekonomii pracy, polityki społecznej, polityki demograficznej i kilku innych dziedzin. Z tego względu istnieje ogromna literatura przedmiotu, teoretyczna i empiryczna, do której można sięgnąć dość szybko, żeby wyrobić sobie sensowy pogląd a priori na temat tego, jakie skutki może za sobą pociągać 500+. Są to:

  • niewielki spadek podaży pracy, głównie wśród kobiet
  • umiarkowany wzrost dzietności
  • wzrost dochodów beneficjentów

Od sensownego ustawienia priorów, jeszcze większym problemem jest to, że program jest żywym zaprzeczeniem Reguły Tinbergena: pojedynczy instrument ma jednocześnie zrealizować kilka celów. Są to: większa dzietność, mniejsza nierówność dochodów i konsumpcji, zmniejszenie ubóstwa, budowanie nowej klasy średniej, odbudowa godności Polaków, wspieranie tradycyjnego modelu rodziny, wspieranie wielodzietności, zmniejszenie emigracji netto, itp. Dyskusja na ten 500+ często przypomina pogoń za chorągiewką - krytyka użyteczności lub skuteczności programu w realizacji jednego z celów jest kontrowana domniemaną skutecznością w realizacji innego, który akurat dyskutującemu pasuje. Myliłby się również ten, kto sądziłby, że tylko zwolennicy programu są trudnymi dyskutantami. Wręcz przeciwnie - popularne argumenty przeciw 500+ to mieszanka oskarżeń o łapówkę wyborczą, zarzutów o nieskuteczność i klasyki liberalnej demagogii (rozleniwianie, socjał, patologia). Analityk mógłby też się pochylić nad wewnętrznymi sprzecznościami programu, nad nieciągłością świadczenia, arbitralnością jego wysokości i wysokości progu, nad sprawiedliwością sytuacji niektórych beneficjentów (np. samotnych matek lokujących się powyżej progu dochodowego w porównaniu do bogatych rodzin z dwójką dzieci) czy brakiem powiązania świadczenia z pracą. W gąszczu celów, produktów, rezultatów i efektów, warto spróbować zająć się kilkoma podstawowymi pytaniami. 

Pytanie nr 1. Czy 500+ wypycha z rynku pracy?

Stosunkowo najwięcej miejsca w publicznej debacie poświęcono negatywnemu wpływowi na podaż pracy - nic dziwnego, te efekty, w odróżnieniu od popytowych (i przejściowych), są trwałe, kumulują się w czasie i mają ogromne znaczenie dla jednego z najszybciej starzejących się krajów świata. Obok skądinąd ciekawego badania CENEA (będącego jednak analizą teoretyczną), mamy tylko dane zagregowane dotyczące stanu rynku pracy w okresie przed i po uruchomieniu programu. Ubóstwo danych nie przeszkadza jednym dziennikarzom formułować daleko idących sądów na temat liczby kobiet odchodzących z pracy z powodu 500+, innym zaś - na temat liczby kobiet nie odchodzących z pracy z tego samego powodu. W jednej z takich polemik pierwszy strzał oddali Chądzyński z Osieckim, odpowiedział na to Fejfer, co sprowokowało kolejną odpowiedź i tak ad nauseam.

W rzeczywistości wiemy bardzo mało, bo dostępne publicznie dane nie są w ogóle skrojone do odpowiedzi na pytanie, które zadajemy. Interesuje nas odpowiedź na pytanie, jak dużo osób zrezygnowało z pracy lub poszukiwania pracy po otrzymaniu świadczenia i z powodu otrzymania świadczenia. Z oczywistych względów problem najprawdopodobniej dotknie kobiet w wieku produkcyjnym, ze szczególnym uwzględnieniem przedziału wiekowego 20-44. To w ekonomii nazywamy przepływem. Wynikiem tego przepływu jest zmiana liczby osób biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych. To zmiana zasobu. To pierwsze może zostać obliczone na podstawie danych jednostkowych BAEL (robi to NBP w swoich raportach, ale bez podziału na płeć, wiek, etc.). To drugie można wykopać z danych jednostkowych albo kwartalnych raportów GUS z wynikami badań BAEL. Zanim jednak ktoś zechce wysnuć zbyt daleko idący wniosek, spieszę z informacją, że dana zmiana zasobu jest efektem kilku różnych przepływów, których roli (bez analizy danych jednostkowych) nie da a priori rozstrzygnąć. Najprostszy przykład to zmiana liczby bezrobotnych - może ona wynikać z kilku procesów: bezrobotny rezygnuje z poszukiwania pracy i trafia do zasobu biernych; bezrobotny znajduje pracę i przepływa z bezrobocia do zatrudnienia; pracujący traci pracę i staje się bezrobotnym; bierny zawodowo decyduje się na poszukiwanie pracy. Dana zmiana zasobu odpowiada nieskończonej liczbie kombinacji przepływów.

500plus

Co to oznacza w naszym konkretnym przypadku? Zmiana liczby biernych zawodowo kobiet to suma kilku różnych przepływów, nie tylko interesującego nas przejścia z zatrudnienia do bierności zawodowej pod wpływem programu 500 plus. Powtarzam, możliwości jest nieskończenie wiele i nie sposób rozstrzygnąć, która jest prawdziwa, na podstawie danych zagregowanych. Odpłynięcie 200 tys. kobiet z zatrudnienia do bierności przy jednoczesnym podjęciu pracy przez 150 tys. wcześniej biernych pań będzie wyglądać tak samo, jak dezaktywizacja 50 tys. kobiet i zerowy przepływ w drugą stronę. Mało tego, istnieją przepływy wewnątrz poszczególnych stanów - pomyślmy o kimś, kto po studiach wraca do rodzinnej miejscowości, by opiekować się chorymi rodzicami - taka osoba najprawdopodobniej pozostanie bierna. 

Ten fundamentalny niemalże problem z nieuprawnioną analizą danych agregowanych nie dotyka nawet innych kwestii: liczba osób biernych z powodu obowiązków rodzinnych nie jest tożsamia z liczbą osób opiekujących się dziećmi "na pełen etat". Można też opiekować się innym członkiem rodziny: babcią, dziadkiem, rodzicami, ciocią, niepełnosprawnym rodzeństwem. Te pierwsze możliwości prawdopodobnie są najczęściej spotykane - w końcu ludność Polski starzeje się w solidnym tempie i będzie się starzeć równie szybko, jeśli nie szybciej. Skądinąd wiadomo, że ciężar opieki nad starszym członkiem rodziny spoczywa na kobiecie w średnim wieku (córce, synowej) w nieproporcjonalnym stopniu, począwszy od czasu, a skończywszy na wykonywanych czynnościach (mycie, ubieranie, gotowanie, itp.). To niewdzięczna, ciężka i rujnująca praca, która często wymusza wcześniejszą rezygnację z pracy. Co więcej, skupianie się na przepływach między zatrudnieniem i biernością ignoruje to, że beneficjent programu może po prostu zmniejszyć wymiar czasu pracy. W ostateczności na razie wiemy tylko tyle, ile na w/w wykresie (ew. w podziale na płeć - tak zrobił dr Jakub Borowski z SGH) i możemy co najwyżej powiedzieć, że wzrost liczby osób biernych z powodów rodzinnych nie zaczął się wraz z uruchomieniem programu 500+, tylko prawie dwa lata wcześniej. Dlaczego? Obstawiam starzenie się społeczeństwa i mądrzejsi ode mnie ludzie z NBP też.  

Dopóki ktoś tego porządnie nie zbada, mem o tysiącach kobiet rezygnujących z pracy po otrzymaniu 500+ będzie krążył. Będzie, bo pasuje to często spotykanej w ekonomii gazetowej / medialnej tezy o rozleniwiającym socjale. 500+ jest ukoronowaniem tego mitu.

Pytanie nr 2. Czy 500+ jest przejadane?

Mam wrażenie, że wielu komentatorom umyka skala programu. 23 mld zł to ponad 1% rocznego PKB Polski: więcej niż Polska wydaje na naukę i szkolnictwo wyższe, na modernizację sił zbrojnych czy na kulturę i sztukę. To więcej niż PKB Kirgistanu, Czarnogóry Andorry czy Sierra Leone. To kilka milionów beneficjentów (lista krajów, których populacja jest mniejsza, byłaby całkiem pokaźna). Prawo wielkich liczb dyktuje, że znalezienie negatywnych zjawisk związanych z wydatkowaniem (popularnej patologii) będzie trywialnym zadaniem - zawsze znajdzie się ktoś, kto te środki przepije, przepali, zmarnuje i pozbawi dzieci należnego im świadczenia. To anegdoty.

Nie ma żadnych twardych danych na temat tego, w jaki sposób są wydatkowane środki z 500+. Powszechnie przytaczane (zwłaszcza przez MRPiPS) dane z badań sondażowych (CBOS, KPF i IRG SGH, TNS), jakkolwiek użyteczne, nie mogą być dokładne. Po pierwsze, stanowią nieweryfikowalną deklarację i są pod wpływem zarówno faktycznych decyzji wydatkowych ankietowanych, jak i ich przekonania co do tego, czego społeczeństwo oczekuje w tej kwestii. Po drugie, otrzymanie środków z 500+ wpływa na sposób wydatkowania innych dochodów i trzeba bardzo uważnie rozważyć wpływ 500+ na krańcowe wydatki i łączne wydatki. Innymi słowy, być może dla niektórych beneficjentów 500 zł jest wydatkowane na dobra i usługi związane z dziećmi, ale to jednocześnie zwalnia z obowiązku przeznaczania środków z pensji na ten cel. Nie twierdzę, że rodzice kłamią, a że jedynie mogą być pod wpływem różnych nieuświadomionych błędów poznawczych i innych czynników wykrzywiających ich odpowiedzi. To nie zarzut, to przejaw realizmu w odniesieniu do człowieka.

W 2016 r. ekonomiści NBP próbowali, na podstawie danych o wydatkach gospodarstw domowych będących przyszłymi beneficjentami programu, oszacować, jak może wyglądać struktura wydatków. To ciekawe ćwiczenie, ale dostarczyło wniosków podobnych do tych z badań sondażowych. Większy problem - i niniejsza notka nie jest miejscem do roztrząsania tego tematu - polega na tym, że niezmiernie ciężko jest ustalić wpływ programu na podstawie dostępnych danych jednostkowych (z badań budżetów gospodarstw domowych). To nietrywialny problem ekonometryczny, z którym - o ile mi wiadomo - nikt nie zmierzył się jeszcze.

W następnym odcinku zmierzymy się z kwestiami demograficznymi (w momencie pisania tego tekstu najwięcej szumu informacyjnego dotyczyło właśnie urodzeń) i mitem "koła zamachowego" gospodarki. Stay tuned.

21:19, asmoasmo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 stycznia 2017

W zeszłym roku wielką karierę zrobiło słowo post-prawda (ang. post-truth) i mnóstwo miejsca poświęcono temu, że ludzie wierzą w i są oszukiwani przez fałszywe wiadomości. Ja dziwię się po dziecięcemu niemalże, że ludzi to wciąż dziwi. Jestem jednocześnie zaskoczony łatwością, z jaką pomija się najważniejszą informację tutaj: to naprawdę nie jest nic nowego.

Mogę tylko wzruszyć ramionami, gdy czytam o popularności teorii spiskowych, istnieniu całych serwisów informacyjnych poświęconych tylko i wyłącznie o dezinformacji (lub zawierających tylko dezinformację – nie zawsze jest to intencjonalne, nie każda nieprawda jest głoszona świadomie). Mogę machnąć ręką, gdy ktoś odkrywa, że posiadanie po swojej stronie logiki, faktów i argumentów nie gwarantuje ani sukcesu wyborczego, ani (w mniejszej skali) przekonania kogokolwiek do zmiany zdania. Jestem całkowicie uodporniony na lamenty nad negatywną rolą mediów społecznościowych czy – szerzej – Internetu w obiegu informacji. Specjalnie nie dziwi mnie to, że poza światem rozumu i liczb, poza twardą rzeczywistością, istnieje całe potężne uniwersum błędów poznawczych, heurystyk i emocji. W burzeniu autorytetów, w odwoływaniu się do zdrowego rozsądku, mądrości ludowej i tradycji, w wezwaniach do utraconego, przednowoczesnego raju też nie widzę nic nowego i zaskakującego. Tacy jesteśmy jako ludzie (tu wstawić obowiązkową historyjkę o tym, jak premiowanie przez dobór naturalny minimalizacji błędu I rodzaju na sawannie doprowadziło nas do strukturalnego irracjonalizmu).

Być może, jako weteran nurkowania w śmietnikach idei, doświadczony internetowy szambonurek, wojownik sieci Wu-Wu-Wu, obserwator i uczestnik milionów flejmów, mam nieco inną perspektywę niż przeciętny strateg polityczny, dziennikarz z liberalnej gazety czy inny akademik, ale jestem przekonany, że problemy z post-prawdą nie zaczęły się w 2016 roku. W zeszłym roku to, co kryło się w ciemnych zakątkach Internetu, w umysłach ludzi i w niszowych mediach, wypłynęło na światło dzienne i osiągnęło sukcesy polityczne. W 2016 r. z irracjonalizmu zdarto pozory grzeczności i zatknięto go na wyborczych sztandarach. Ja będę jednak trwał przy swoim zdaniu, że „post-prawdziwy” świat zawsze tu był, wystarczyło wystawić głowę ze szklanego wieżowca, zrozumieć, że czasem mechanizmy immunologiczne, chroniące kluczowe elementy instytucjonalnej infrastruktury, zawodzą i mamy to, co mamy. Wystarczyło też uświadomić sobie, że błędy poznawcze i bańki epistemiczne nie są domeną niższych klas, ludzi mniej wykształconych. Wszakże efekt Dunninga-Krugera jest niezrozumiany właśnie dlatego, bo zbyt wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że dotyczy każdego. Gdybym miał zacząć wymieniać wszystkie mniejsze i większe, mniej lub bardziej szkodliwe bzdury, które panoszą się po świecie, ten tekst byłby dłuższy od aktu urodzenia Obamy przemnożonego przez wszystkie ukrywane przez Big Pharmę badania świadczące o szkodliwości szczepień.

Politycy, dziennikarze, naukowcy na całym świecie budzą się teraz z ręką w nocniku i zastanawiają się, w jaki sposób poradzić sobie w tej nowej rzeczywistości, jak wygrywać bitwy z przeciwnikiem, który nie trzyma się uznawanych powszechnie reguł, jak (to jest być może najważniejsze pytanie) nie traktować przeciwnika jako przeciwnika, tylko jako partnera i kogoś, kogo należy przekonać. To nie są łatwe zadania, ale witajcie w klubie. Przez dziesięciolecia sceptycy i popularyzatorzy nauki spotykali się z tymi samymi błędami poznawczymi, zawiłościami ludzkich umysłów i elementarnymi problemami w komunikacji międzyludzkiej, które dzisiaj wydają się wywracać dyskurs polityczny do góry nogami. To racjonaliści, sceptycy, internetowi wojownicy stykali się w Internetach z ludźmi wyposażonymi w coraz to nowsze systemy zakrzywiania rzeczywistości. Pomimo dekad bojów nie jesteśmy znacząco mądrzejsi, mamy jednak za sobą kwity, które wskazują, że większość dyskusji jest zasadniczo bezproduktywna, bo podważanie (zwłaszcza agresywne) cudzego poglądu (zwłaszcza takiego, który ma emocjonalny ładunek) kończy się schowaniem głowy i kończyn do skorupy.

Dlaczego zatem czujemy się tak, jak gdyby doszło na świecie do fundamentalnej zmiany? Systematycznie rosnąca polaryzacja polityczna i specyfika współczesnych mediów (wszechobecne clickbaity, media społecznościowe zamykające ludzi w komorach pogłosowych) sprawiają, że każde wydarzenie jest odbierane jako rewolucyjne. To wrażenie nieciągłości jest tym mocniejsze w systemach politycznych, w których zwycięzca bierze wszystko. Większość ludzi w sposób fundamentalny nie docenia roli przypadku w życiu: wynik wyborów prezydenckich nie w USA był co najmniej osobliwy (tak dużej różnicy między popular vote, a electoral college vote nie było od ponad stu lat); o wyniku rozstrzygnęło kilkadziesiąt tys. głosów w kluczowych stanach; warto zastanowić się, jak wyglądałaby narracja mediów o wyborach i kampanii, gdyby minimalnie wygrała Hillary. Mamy naturalną tendencję do rysowania tarczy strzelniczej wokół śladu postrzału i patrzenia na wydarzenia z przeszłości z pewnością, którą zapewnia tylko spojrzenie wsteczne. Stary dowcip o stanie wojennym na pytanie, czy do niego musiało dojść, odpowiadał: „widocznie musiało, skoro doszło”. No więc nie. Marne to pocieszenie, jeśli w wyniku przypadku realizuje się to gorsze odgałęzienie Multiwersum, ale przynajmniej rozumiemy dzięki temu, że pewne procesy są odwracalne – wybory przegrane o włos mogą 4 lata później być wygrane miażdżącą przewagą.

Nadzieja nie jest jednak strategią. Nie mam dobrej, prostej porady na przyszłość. Nie mam dla wszystkich pięciu czytelników czułych słówek i nie czuję się władny powiedzieć komukolwiek, że wszystko będzie dobrze. Nie udaję, że nie mamy pod górkę. Pocieszam się jednak, że zawsze warto działać, edukować, dyskutować, protestować, walczyć. Z czysto politycznego punktu widzenia nie ma nic lepszego niż organizować się. W 1946 r. Bergen Evans napisał w przedmowie do „Naturalnej historii nonsensu”:

Until about a hundred years ago rational men lived like spies in an enemy country. They never walked abroad unless disguised in irony or allegory. To have revealed their true selves would have been fatal.

Today their status is more that of guerrillas. They snipe from cover, ambush stragglers, harass retreating rear guards, cut communications, and now and then execute swift forays against detached units of the enemy. But they dare not yet risk an open engagement with the main force; they would be massacred. Their life is dangerous but exciting and is warmed by a sense of camaraderie not often known among the dull conscripts of orthodoxy.

Czasem myślę sobie, że przez 70 lat nic się nie zmieniło.

22:20, asmoasmo
Link Komentarze (2) »
Tagi