from here to reality
środa, 19 stycznia 2011

O związkach pomiędzy urbanistyką i polityką transportową, a środowiskiem naturalnym można rozprawiać godzinami. Jak o wszystkim zresztą, co sprawia, że pierwsze zdanie tej notki nie jest zbyt odkrywcze. Czasem jednak jeden wykres służy za tysiąc słów. Z pozdrowieniami dla Łukasza Warzechy przedstawiamy zależność pomiędzy gęstością zaludnienia w kilkudziesięciu miastach, a zużyciem energii w transporcie per capita. Zależność jest hiperboliczna.

Zużycie energii a urban sprawl

Źródło: OECD Environmental Outlook to 2030

sobota, 15 stycznia 2011

Naukowcy, pomimo estymy, jaką darzy się ich profesję, poziomu wykształcenia niezbędnego do jej wykonywania i znaczenia dla cywilizacji, są ludźmi omylnymi, popełniają błędy, a czasem dają się po prostu zrobić w konia. Nie ma w tym nic zaskakującego, naukę uprawia się przy milczącym założeniu o zdolności rzeczywistości (jakkolwiek definiowanej) do współpracy. Efekty nierozumienia przedmiotu badania bywają czasem zabawne - wystarczy chociażby przytoczyć prowadzone w latach 70-tych badania nad zginaniem sztućców i innych metalowych przedmiotów za pomocą siły woli. Uri Geller, Projekt Alfa, te sprawy.

Tym się nie będziemy dziś zajmować. Dziś przeniesiemy się do lat 60-tych, o dekadęRoza podgląda wcześniej, kiedy to w prasie po obu stronach Żelaznej Kurtyny zaczęły pojawiać się doniesienia o osobach obdarzonych osobliwym talentem, mianowicie, potrafiących widzieć z zawiązanymi oczami, za pomocą palców. Oto w 1963 r. w ZSRR krótką karierę rozpoczyna Roza Kuleszowa, ośmioletnia dziewczynka[1], której do przeczytania gazety wystarczy przesunąć palec nad tekstem. Nie było to twierdzenie nowe - i chyba nikt nie jest tym zaskoczony - podobne historie znane są z la dwudziestych XX wieku, z przełomu wieków XIX i XX, a także z jeszcze odleglejszych czasów. Tuż po I wojnie światowej dał się na to nabrać pewien francuski powieściopisarz, do tego stopnia, że napisał o tym książkę. Przemilczaną przez naukowy establishment, oczywiście. Z historii narodów możemy nauczyć się jednak, że narody niczego z historii się nie nauczyły, wróćmy więc do Rozy Kuleszowej i oddajmy głos Krzysztofowi Boruniowi i Stefanowi Manczarskiemu:

Badania wykazały, że wyczulenie dermooptyczne Kuleszowej podlega niektórym prawom dotyczącym wrażliwości oka na światło i barwy. Przykładem – mieszanie barw: niebieski kwadrat oświetlony promieniami czerwonymi określa jako fioletowy – podobnie jak widzi go wzrokiem eksperymentator. Nie stwierdzono jednak w naskórku obecności jakichś tworów podobnych do czopków i pręcików siatkówki oka. Aby wykluczyć możliwość przekazywania Kuleszowej przez eksperymentatora sugestii drogą telepatyczną, polecono jej odczytać tekst z książki otwieranej w przypadkowych miejscach, przy czym książka ta nie była znana uczestnikom eksperymentu. Tekst odczytywany był bezbłędnie.

Ale jeszcze bardziej symptomatyczne jest to, w jaki sposób Kuleszowa swoją zdolność straciła, a następnie odzyskała.

Pod koniec 1963 r. Kuleszową podpisała kontrakt na występy publiczne w jednym z kabaretów moskiewskich. W czasie niedyspozycji próbowała podpatrywać. Przyłapana na gorącym uczynku przeżyła szok padaczkowy i utraciła całkowicie swą zdolność. Dopiero drogą żmudnych wielomiesięcznych ćwiczeń udało się Smirnowowi i Bongardowi przywrócić jej poprzednią wrażliwość dermooptyczną.

Lololo. Badania amerykańskich naukowców dowiodły, że niedyspozycja jest najbardziej typową przyczyną uciekania się do oszustw przez osoby posiadające zdolności paranormalne. Ci sami amerykańscy naukowcy ustalili to sami, mieli bowiem aż nadto odpowiednich obiektów badawczych, gdy już opinia publiczna zinternalizowała sobie wiedzę o tym, że Związek Radziecki wyprzedził Stany Zjednoczone także i w tej dziedzinie. Pamiętajmy, że Roza Kuleszowa nie była jedyną Rosjanką wykazującą tak fantastyczne zdolności. A potrafiła rozpoznawać kolory i odczytywać drukowany tekst za pomocą palców u rąk, łokcia, stóp, a nawet, hm, zadka.

Jest całkiem oczywiste, w jaki sposób ci wszyscy ludzie rozwijali w sobie percepcję dermooptyczną. Otóż w znakomitej większości przypadków to po prostu podglądanie przez nos. Zawiązanie oczu szarfą lub czymś podobnym, jakkolwiek ściśle nie zostałoby to zrobione, pozostawia całkiem spore pole widzenia. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie zawiąże oczy i spróbuje popatrzeć w dół, wzdłuż nosa. Likwidacja tego okna na świat przy wiązaniu wiąże się z zatkaniem nosa i pogwałceniem przepisów BHP w parapsychologii. Nawet obwiązanie całej głowy bandażem nie musi rozwiązywać sprawy, wprawny sztukmistrz i tak zdoła coś nagiąć, poprawić, przesunąć lub odgiąć pod pozorem poprawienia zasłony, podrapania się w głowę czy też podparcia. A to dopiero początek możliwości, które stoją przed wprawionym śmiałkiem. Czy wspominałem, że wielu iluzjonistów ma to standardowo w repertuarze?

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem o dermooptyce, podrapałem się w głowę (co mi nie pomogło, bo nie miałem opaski na oczach). Kiedy po raz drugi wpadł mi w ręce ten temat, głowa mi odpadła ze śmiechu, bo trafiłem na wzmianki o czytaniu za pomocą skóry pośladków. Teraz dowiaduję się, że podobne eksperymenty przeprowadzano również w Polsce. Oddajmy głos badaczom:

Badania eksperymentalne nad skórnym rozróżnianiem kolorów zainicjowane zostały w Polsce przez Lecha Emfazego Stefańskiego, który w początkach 1973 r. odkrył i rozwinął drogą ćwiczeń tę zdolność u swej córki Bogny. Dziewięcioletnia dziewczynka ur. w 1963 r.) wykazywała już przy pierwszych próbach testowych dużą wrażliwość, która po kilku miesiącach treningu osiągnęła bardzo wysoki stopień. Od listopada 1973 r. do lipca 1974 r. przeprowadziłem również osobiście z Bogną szereg doświadczeń potwierdzających jej umiejętności i pełną powtarzalność wyników. Eksperymenty prowadzone były w warunkach domowych, jak również w pracowniach naukowych i medycznych, zaś wyniki referowane i demonstrowane m. in. na posiedzeniach naukowych Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego w Warszawie.

Jedenastolednia Bogna, za artykułem Stefańskiego i Komara

Ćwiczenia z Bogną, prowadzone względnie systematycznie (co najmniej kilka razy w tygodniu) rozpoczęto od rozróżniania kolorów kart, a także czerwonych i niebieskich pionków warcabów ł kawałków kolorowego celofanu. Następnym etapem było rozwijanie zdolności określania położenia i koloru, wreszcie kształtu barwnych figur geometrycznych umieszczonych pod szkłem. Po trzech miesiącach ćwiczeń czytała już napisy układane z parocentymetrowych czerwonych liter na tle niebieskim, potem, czarnych na tle białym. Stopniowo zmniejszano wielkość liter – najmniejsze czytane przez Bognę miały 4 mm wysokości. Dalszy trening prowadził do rozwijania zdolności rozróżniania barw i położenia obiektów z odległości, drogą stopniowego oddalania ich od szklanej szyby.

Wystarczy cytatów, sapienti sat. Polecam Czytelnikowi zapoznanie się z całym artykułem (a w zasadzie, jest to rozdział z książki...), jest on bowiem świadectwem niesamowitej łatwowierności badaczy i zawiera przykłady błędów potwierdzania i wtórnej racjonalizacji tak jaskrawe, że wszystkie moje dermooptyczne receptory zostały oślepione[2]. Przykładowo, dowiadujemy się, że Bogna radziła sobie gorzej, jeżeli światło raziło ją w oczy. Chociaż nie, może jednak zacytuję coś jeszcze.

Wskazuje na to bardzo wyraźnie negatywny wpływ, jaki na wrażliwość dermooptyczną wywiera pojawienie się w czasie doświadczeń takich bodźców, do których badana osoba nie była przyzwyczajona w toku poprzednich eksperymentów, lub też odwrotnie – brak bodźców do których przywykła. Np. u Bogny – szybkość rozpoznawania spadała bardzo znacznie przy próbach umieszczenia jej głowy w czarnym pierścieniu papierowym, oddzieleniu jej od obiektu parawanikiem z otworami na ręce, a nawet przy samym tylko zdjęciu opaski z oczu i poleceniu rozpoznawania z zamkniętymi powiekami.

Funny thing is, wydaje się, że Bogna kontrolowana była jednak lepiej niż Roza. Na powyższym zdjęciu widzimy watę zamykającą wspomniane wcześniej "okno na świat" wzdłuż nosa, dziewczynka musi odczytywać kształty i kolory przez szybę, co uniemożliwia wnioskowanie na podstawie dotyku. Z drugiej strony, niewiele wiemy o metodyce badań nad mniemanymi zdolnościami Bogny. Nie wiemy, w jakim stopniu jej wyniki różniły się od losowych, w jaki sposób klasyfikowano odpowiedzi i oceniano skuteczność zgadnięć. W dodatku, badanie przeprowadzał jej ojciec (najprawdopodobniej), nie jest to najszczęśliwszy układ, bo obie strony mają w nim motywację do oszukiwania w badaniu i samooszukiwania w ogólności. Myślę, że kwestię percepcji dermooptycznej u Bogny mamy załatwioną.

Parapsychologia, jak wiadomo, zajmuje się rzekomymi faktami poszukującymi teorii, przy czym słowo "rzekomy" jest przez badaczy zjawisk parapsychicznych odrzucane bez skrępowania. Mechanika kwantowa, nowy paradygmat, nowy rodzaj promieniowania, wpływ obserwatora na wynik eksperymentu, you name it. Sam autor cytowanego wcześniej polskiego badania, Lech Emfazy Stefański, tak próbuje tłumaczyć zjawisko postrzegania dermooptycznego (którego istnienia, Czytelnik zauważy, nie stwierdził w sposób przekonujący)[3].

Na temat istoty widzenia skórnego powstało kilka hipotez. Z badań rosyjskich i amerykańskich wynikałoby, że polega ono głównie na odbiorze przez skórę promieniowania podczerwonego. Normalnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Kiedy jednak trenujemy wrażliwość dermooptyczną, wrażenia odbierane przez skórę coraz sprawniej przechodzą z podświadomości do świadomości.
A czym jest to, co w skórze "widzi"? Bezpośrednio reagują mitochondria - mikroskopowe organelle rozsiane we wszystkich żywych komórkach. Również w komórkach skóry palców. Z mitochondriów informacje przekazywane są z kolei do systemu nerwowego człowieka. Widzenie skórne jest powszechne w świecie zwierząt. Widzą całym swoim ciałem nawet najprostsze, jednokomórkowe zwierzątka, np. pierwotniaki wymoczki. My, ludzie, odziedziczyliśmy tę zdolność po naszych zwierzęcych prapraprzodkach.

Mam tylko jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie. W jaki sposób mitochondria miałyby przekazywać jakiekolwiek informacje do systemu nerwowego? Pamiętajmy, że informacja musi mieć nośnik, którym w przypadku ludzkich zmysłów są impulsy elektryczne w komórkach nerwowych. Mitochondria w komórkach skóry nie są podłączone do systemu nerwowego, jeżeli nie liczyć maleńkich krótkofalówek, używanych do wymiany zaszyfrowanych informacji dot. przyszłego powstania prokariontów - niewolników przeciw ich wielokomórkowym ciemiężycielom (o, zobacz, bakteria odszczekuje się prześladowcom z eukarionckiego dworu). Którędy więc idzie impuls? Nie ma odpowiedzi, poza oczywistymi, że przecież mamy receptory promieniowania elektromagnetycznego i potrafimy odczuwać ciepło. Trywialnie proste, ale nikt jeszcze gazety w ten sposób nie przeczytał.

Ktoś mógłby podnieść wątpliwość, dlaczego ci żałośni sceptycy wszędzie doszukują się oszustw i dlaczego nie ufają osobom posiadającym zdolności paranormalne. Odpowiedziałbym, bez wnikania w zawiłości znaczeń takich słów, jak zaufanie, wszędzie i oszustwo, że mamy po prostu taką heurystykę. Historia parapsychologii to historia mniejszych lub większych oszustw, desperackiej walki o istotność statystyczną nieistotnych wyników i jeszcze bardziej desperackie poszukiwanie fizycznego mechanizmu dla wszystkich tych fantastycznych zdolności. Dlaczego mielibyśmy przypisywać jej twierdzeniom duże prawdopodobieństwa a priori? Dlaczego mielibyśmy z otwartymi ramionami przyjmować rzeczy stojące w sprzeczności ze zgromadzoną dotychczas wiedzą na temat funkcjonowania Wszechświata i ludzkiego organizmu w szczególności? Jeżeli historia dermooptyki czegoś nas uczy, to tego, że cała mądrość tego świata czasem nie wystarczy, żeby wygrać z dzieciakiem drapiącym się w nos.

I jeszcze ostatnia myśl. Załóżmy przez chwilę, że w skórze rzeczywiście istnieją receptory promieniowania, (1) niezależne od oczu, (2) inne od receptorów ciepła i zimna. Skoro tak, to stwarza to gigantyczne możliwości dla osób niewidomych i niedowidzących. Dlaczego nikt w to nie wpakował milionów dolarów? Chyba, że istnieje spisek producentów akcesoriów dla niewidomych i niedowidzących. Cóż, niektóre pomysły są zbyt śmieszne, żeby generować teorie spiskowe.

Tribute goes to Czajniczek Pana Russella, który o dermooptyce napisał mniej więcej rok temu, a o czym się dowiedziałem, gdy niniejszy wpis był już na ukończeniu. Sprawę opisał kiedyś "Super Ekspres", w sposób szokująco (jak na tabloid z gołą babą) dorzeczny.

Zdjęcie Bogny pochodzi z artykułu Stefańskiego i Komara, zdjęcie Rozy stąd.

[1] - Uwaga, Gardner podaje, że Roza miała podówczas 22 lata. Jest to raczej nieprawda. Zmarła w 1978 na raka, mając 23 lata.

[2] - Na szczególną uwagę zasługuje opowieść o różdżkarzu, który odkrył pole roponośne, ale nie potrafił znaleźć dla siebie działki z ropą. Widzicie, po prostu za bardzo chciał. W warunkach naturalnych różdżkarze na ogół radzą sobie lepiej. Do największych sukcesów należy odkrycie pól naftowych w West Edmond. (Oklahoma) w 1843 roku przez farmera-różdżkarza J.W.Younga, posługującego się wahadłem – zawieszoną na drucie butelką. On sam miał jednak pecha, albo też – co zdaje się zrozumiałe w świetle badań psychofizjologicznych – był zbyt zaangażowany emocjonalnie w osiągnięcie sukcesu. Na działce, którą zbadał i kupił, po raz pierwszy w tej okolicy nie dowiercono się ropy. Chwilami nie mogę się zdecydować, czy to było pisane na serio / na trzeźwo.

[3] - Bodaj najbardziej zabawną częścią tego artykułu jest zdjęcie chłopca z zawiązanymi oczami, próbującego rozpoznać, jaki kolor mają figury namalowane na kartce papieru leżącej przed nim. Oczywiście, jego oczy zawiązane są w sposób, który nie wyklucza podglądania. Kartka papieru leży również w miejscu bardzo dogodnym, jej podejrzenie wymaga nieznacznego ruchu głową. Nic, tylko uczyć w ten sposób dzieci, że niektórzy dorośli to idioci. Swoją drogą, człowiek badający 40 lat temu występowanie fotoreceptorów na palcach swojej córki, dziś pisze pod koniec swojego życia pisał głodne kawałki do "Gwiazdy mówią". Kinda sad story.

środa, 12 stycznia 2011

Wytrwały łowca niezidentyfikowanych obiektów latających wysuwa taką oto hipotezę:

Grupkę tych obiektów wiszących nieruchomo z dala od tego pola sfotografowałem na dwóch zdjęciach jedno za drugim wiodąc obiektywem nad polem. Wygląda na to, że sukinkoty byli tam, albo są i prowadzą obserwację tego miejsca, ale nie bynajmniej, że są zainteresowani samym tym miejscem tylko tymi, którzy tam przyjeżdżają każdego dnia jak ja dzisiaj...

(...)

Wnioski. Oni robią te kręgi po to by potem słuchać tego co ludzie mówią. Pewnie robią to po to by wiedzieć ile ludzie już o nich wiedzą i czego się domyślają. Ludzie jak to ludzie zjeżdżają się na takie pole, łażą i gadają, gadają co im ślina na język przyniesie, chwalą się swymi teoriami, wymieniają spostrzeżeniami i domysłami, a także wiedzą w oparciu o obserwacje. I nie są świadomi, że gdzieć nieopodal jakis obcy obiekt prowadzi nasłuch, a właściwie jakieś zielone siury prowadzą nasłuch ze swago wiszącego niedaleko obiektu, tego co się na takim polu gada.A potem od tego zależą „ich” inne sztuczki mające na celu zwiedzenie ludzi i odwrócenie uwagi od faktycznych powodów ich przybywania na ziemię i faktycznego miejsca skąd przybywają. Ot i cała tajemnica powodów powstawania kręgów w zbożu. Sprytnie to sobie wymyśliliście hehe, a głupi ludzie myślą, że to forma komunikacji, że to pewnie jakiś tajemny przekaz jakiś zbawiennych informacji dla ludzkości hehe jak se o tym kuźwa pomyślę, że w takiego wała robicie ludzi i UFiO-jogów hehe to ze śiechu pękam. Niezłe umysłowe ćwicznia Jogi dla stada cymbałów doszukujących się w zwykłej sztuczce jakiegos nadzwyczajnego zjawiska i treści hehe...ehhh

Ludzie odwiedzają kręgi zbożowe, więc kręgi zbożowe muszą istnieć po to, żeby ludzie tam przychodzili. Proste i logiczne, oczko powyżej kamer w stokrotkach.

Tagi