from here to reality
niedziela, 24 stycznia 2010

Jedną z rzeczy, na które lubię sobie od czasu do czasu ponarzekać, jest chroniczna skłonność niektórych ludzi do opierania swoich twierdzeń o niepewne i niesprawdzone źródła, które braki wiarygodności na ogół nadrabiają sugestywnością. Te źrodła to filmy video, których tworzenie i publikowanie zapewne nigdy nie było prostsze niż dzisiaj. Ściągnij darmowe oprogramowanie (lub zajumaj profesjonalne), wycinaj, kopiuj, wklejaj, wrzucaj na serwer. W dodatku, tak przygotowany materiał jest dużo strawniejszy dla przeciętnego zjadacza pizzy. Ot, potęga nowych mediów. Oczywiście, dla wielu YouTube kropka com to Fragment Wolnego Świata, nad którym Rząd Światowy i jego sługusy nie mają władzy (jak to jest możliwe, nigdy nie mogłem zrozumieć).

Łatwo poczynić następującą obserwację. W miarę wzrostu liczby uczestników lub w miarę upływu czasu prawdopodobieństwo, że ktoś w dyskusji dotyczącej jednej ze spraw będących w orbicie zainteresowania sceptyków i innych pasjonatów powoła się na film z YouTube'a, zmierza do jedności. Przykłady można długo mnożyć. W dyskusji o zamachach na WTC obowiązkową pozycją jest "Loose Change". Jeśli rozmawiamy o globalnym ociepleniu, prędzej czy później ktoś na pewno wspomni o "The Great Global Warming Swindle". Jeśli próbujemy przemówić do rozumu wariatom od chemtraili, zostaniemy zasypani długaśnym "Nie rozmawiaj o pogodzie" i dziesiątkami amatorskich filmów dokumentujących akcję trucia społeczeństwa za pomocą smug kondensacyjnych. Gdy przychodzi dyskutować z antyszczepionkowcami, na pewno dostaniemy namiary na materiały filmowe ze Św. Trójcą ruchu antyszczepionkowego (Majewska - Bein - Burgermeister) w roli głównej. Równie prawdopodobne jest odesłanie krnąbrnego sceptyka do jednej z propagandówek z gatunku "Rockefeller, Żydzi i hitlerowcy stworzyli współczesny przemysł farmaceutyczny". Na YouTube znaleźć można "The Secret", niebezpieczną i idiotyczną pochwałę myślenia życzeniowego, albo "What the Bleep Do We Know?", czyli bodaj najdroższy gwałt na fizyce w historii. Przegląd najlepszych materiałow z The International Journal of Youtube Medicine [ Physics, Economics, WTFics, etc. ] pewnie kiedyś zrobię, dziś coś innego chciałem Czytelnikowi pokazać.

W morzu bezwartościowych śmieci znaleźć można całkiem sporo perełek, które okazują się być uzyteczne. Spektakularny przykład to TED Talks (Przykłady: A, B, C). Mniej spektakularne znaleźć można na wyklętym przez nas, scepów, serwisie YT. Jeden z nich polecam dziś - to "The Dose Makes the Poison", czyli dwunastominutowa prezentacja poświęcona paru typowym błędom popełnianym przez tych, którzy lubią straszyć nas toksynami czającymi się w lodówce, strzykawce, wodzie z kranu...

Z nieco innej beczki - polecam też świetny cykl "Why Do People Laugh at Creatonists".

niedziela, 17 stycznia 2010

Z pl.misc.paranauki:

Coś w tym może być. Z tym światem coś nie gra. Ludzi jest znacznie mniej niż usiłuje nam to wmówić system, matrix, stan wojenny czy co to jest...
Jak byłem młodszy - oficjalnie na początku obecnego wyżu demograficznego - wszystkie dyskoteki były w moim mieście czynne. Tym razem objechałem dwie największe i były zamknięte. Pojechałem do trzeciej i nie chcieli mnie wpuścić. Komu ta komedia? Przecież
wiedziałem, że tam są pustki? Jak to możliwe, że mamy wyż, a nie ma ludzi?
Uparłem się. Powiedziałem głupotę, pretekst był i wszystko co trzeba.
Oczywiście nie wpuścili mnie, a spuścili mi łomot. Widać, jest to, aż tak ważne dla nich abyśmy wierzyli, że ludzi jest więcej niż jest naprawdę.

Nawet nie wiem, jak to skomentować. Dude... are you real?

czwartek, 14 stycznia 2010

W ostatnich dniach myśli wszystkich czujnych obserwatorów rzeczywistości zaprzątało przede wszystkim nagłe pojawienie się zimy w miesiącu styczniu, znanym wszak już naszym pradziadom z wysokich temperatur i łagodnej pogody. Żarty żartami, ale nie sposób zgodzić się z perfectgreybodym, że w tym roku zima zaskoczyła nie tylko drogowców, ale także i dziennikarzy. Pierwszy - lepszy przykład pochodzi spod pióra publicysty niezawodnej w tych kwestiach "Rzeczpospolitej", Marka Magierowskiego:

Można na przykład stwierdzić, że w globalnym ociepleniu nastąpiła „pauza” (...) Teraz prądy zachowują się inaczej, więc temperatury też się zmienią, ale, niestety, słupki rtęci powędrują nie w tę stronę, co trzeba. A przynajmniej nie w tę stronę, w którą chcieliby Al Gore i jego wyznawcy.

Ile pan Magierowski i jemu podobni zrozumieli z artykułu, na który się powołują, wyjaśnia szczegółowo blog Doskonale Szare (warto też zajrzeć do komentarzy). Ile z otaczającej ich rzeczywistości rozumieją z kolei tacy blogerzy, jak np. Astromaria lub Pogromca lewackiej propagandy, ciężko powiedzieć. Dość jednak personalnych przytyków. Osoby zainteresowane jeszcze bardziej szczegółowymi wyjaśnieniami chętnie odeślę do Skeptical Science. Zwrócę tylko uwagę na jedną istotną kwestię - dodatnie i ujemne anomalie na mapkach, którymi powinno się nieustannie zanudzać denialistów (skoro już przy nich jesteśmy, to podlinkowuje małe who is who) i głupich dziennikarzy, są zupełnie inaczej postrzegane przez statystycznego obywatela. Wreszcie, trzeba zauważyć, że nadzwyczaj zimno jest tam, gdzie są nasze cywilizacyjne centra (Europa, USA, częściowo wschodnia Azja), a nadzwyczaj ciepło na obszarach, na których generalnie nic ciekawego nie ma: na Grenlandii, w bezkresnej kanadyjskiej tajdze, nad oceanami. Chociaż, południe Australii nawiedza ostatnio fala upałów i mało kogo to obchodzi, bo przecież latem ma być gorąco, nie? Krótko mówiąc, pogoda to nie klimat, a globalne ocieplenie to nie systematyczny, stały rok do roku i jednorodny geograficznie wzrost temperatury, tylko wzrost średniej globalnej temperatury obserwowany w skali wieloletniej.

Cała medialna i okołomedialna wrzawa wokół tegorocznej zimy (bardzo ładnej zresztą) pokazuje, jak zawodna i selektywna jest ludzka pamięć. Nie ma wprawdzie sensu domagać się od nikogo pamiętania ciężkich zim z lat 70-tych (można spytać rodziców, jeśli kogoś interesują dowody anegdotyczne o kombatanckiej wręcz wymowie). Wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, przypadajacych - przynajmniej w jakimś stopniu - na słodkie dzieciństwo części czytelników. Wtedy utrzymujący się przez dłuższy czas śnieg nie był niczym zaskakującym w zimie. Skoro jednak kończąca się dekada była globalnie cieplejsza od poprzedniej, może nie warto cofać się w czasie aż tak daleko? Okej: w grudniu 2003 r. (a może był to 2002 r.?) podstępna napaść Generała Zimy poodcinała wioski w różnych częściach naszego kraju, w mojej okolicy wiejskie drogi utonęły w metrowych zaspach. Dodam, że w rodzinnym albumie mam zdjęcie znaku drogowego A-2 zagrzebanego niemal po sam czubek w zmrożonej zaspie. W styczniu 2006 r. było z kolei niewiarygodnie zimno i, gdy mówię "niewiarygodnie", mam na myśli mrozy daleko bardziej dotkliwe niż te, którymi martwimy się dzisiaj. Mało tego, osoby narzekające na styczniowy ziąb i trzydziestocentymetrową pokrywę śnieżną jakoś wyrzuciły z pamięci ciepłe Boże Narodzenie AD 2009 i szereg łagodnych zim z poprzednich lat, w których nagłe ataki zimy przeplatały się z okresami pogody raczej jesiennej.

Tymczasem, 2009 był kolejnym ponadprzeciętnie gorącym rokiem. Karawana jedzie dalej.

niedziela, 03 stycznia 2010

Pisanie niniejszej recenzji było tyleż trudne, co w gruncie rzeczy nieuniknione. Niewiarygodny wręcz sukces komercyjny trylogii Stiega Larssona, zasięg oddziaływania i międzynarodowe uznanie, jakie cykl "Millenium" zdobył w rekordowo krótkim czasie, zmuszają każdego potencjalnego recenzenta do wytężonej uwagi. Dodatkowo, idee propagowane przez "Millenium", będąc żywym zaprzeczeniem najgłębszych fundamentów cywilizacji łacińskiej, stanowią nie lada wyzwanie dla każdego, komu praca nad wzmocnieniem tychże fundamentów jest bliska. Jest to tym trudniejsze, że każdy krytyk musi zmierzyć się z legendą przedwcześnie zmarłego Stiega Larssona, który powoli urasta do rangi proroka, którym z całą pewnością nie jest. Nim rozpocznę szczegółową egzegezę książki (w szczególnosci, pierwszej części), chciałbym swoje stanowisko podsumować w jednym zdaniu. Otóż, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" jest książką niebezpieczną, zdradliwą, destrukcyjną dla społeczeństwa, jest przy tym wciągająca i grząska jak ruchome piaski, jak mityczne syreny. Czy możemy mówić już o ukąszeniu Larssonowskim? Fakt, że popularność jej wynika w dużej mierze z nieformalnego przekazu informacji i tzw. poczty pantoflowej, sprawia, że Larssonowi udało się coś, czego nie planował: zawładnięcie europejskimi umysłami[1]. Miliony sprzedanych egzemplarzy mówią same za siebie.

Akcja powieści dzieje się w Szwecji, w upadającym socjalistycznym raju, który wciąż widnieje na sztandarach marksistów kulturowych, bez wytchnienia walczących o stworzenie Nowego Człowieka w imię dawno skompromitowanych ideałów. W kraju, w którym rozbite rodziny wypluwają z siebie ludzi bez właściwości, gotowych do kształtowania przez aparat państwowy, w którym bliskich poddaje się kremacji i w najlepszym przypadku zabiera do domu, by postawić na półce obok fajki wodnej i pustej butelki po czerwonym Johny Walkerze, rozwiązły dziennikarz podejmuje się rozwiązania zagadki sprzed lat. Oczywiście, zagadka ta jest jedynie pretekstem, aby bez skrępowania pokazać upadek klas wyższych, demoralizację młodzieży i rzekomą homeostazę cywilizacji ludzi zadowolonych.

Wizja świata, jaką przedstawiono w trylogii, może być w najlepszym wypadku określona mianem "skrzywionej". W istocie rzeczy jednak, jest to wizja niebezpieczna. Jest to brutalny świat, w którym nie ma już autorytetów, a hierarchia społeczna została wywrócona do góry nogami. Jest to ponury obraz społeczeństwa zniszczonego przez 70 lat miękkiego socjalizmu w wydaniu szwedzkim, socjalizmu, który zdołał zakazić i przeobrazić na swoją zwichrowaną modłę praktycznie każdą grupę społeczną. Każdą. Oto elita społeczna kraju, którego chrześcijańskie tradycje sięgają setek lat, składa się z mężczyzn zesputych, leniwych, zdegenerowanych umysłowo i moralnie, a przy tym chciwych i żądnych władzy. Z elitą tymczasem walczy potomek niższej klasy i, co zabawne, udaje mu się swoją bezlitosną kosiarką wycinać kolejne odstające źdźbła trawy.

W istocie rzeczy, tytuł pierwszej z powieści, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", jest wysoce bałamutny, bo to nie kobiety są prawdziwym przedmiotem nienawiści w powieści. Przedmiotem nienawiści są mężczyźni, ci przeklęci samczy władcy tego świata, te włochate bestie wyciągnięte nie wiadomo po co z jaskiń, ci agresywni i porywczy troglodyci. W trylogii Larssona mężczyźni, jeśli przypadkiem nie walczą o lepszy świat i Nowego Człowieka, zajmują się biciem żon, córek i sióstr, porwaniami, gwałtami i innymi perwersyjnymi czynnościami, które łaskawie przemilczę. Są draniami, krętaczami, kanciarzami i prymitywami. Każdy z nich jest przysłowiową małpą z brzytwą, która w ostatecznym rozrachunku podcina gałąź, na której siedzi, aby wysmukłe i ukształtowane przez wolę Nowego Człowieka drzewo człowieczeństwa mogło bez przeszkód piąć się w górę niczym Ikar. My jednak wiemy, co się z Ikarem stało. Larsson i jego mentorzy najwyraźniej nie chcą tego pamiętać, ale nie przeszkadza im to w konsekwentnym gnojeniu męskiego gatunku, poprzez tworzenie silnych skojarzeń z przemocą, którą przecież - jeśli jest niezasadniona - tradycyjne społeczeństwo potępia.

Należy tez podkreślić, ze omawiane dzieło promuje nader rozwiązły tryb życia. Bohaterowie, a w szczególności Mikael Blomkvist, nie tylko nie stronią od przygodnych kontaktów seksualnych, ale wręcz to afirmują. Wspomniany Blomkvist jest zresztą jaskrawnym przykładem, czterdziestolatkiem, który na łamach jednej i tej samej powieści potrafi iść do łóżka nawet z czterema kobietami. Co gorsza, od lat żyje w chorym układzie ze swoją najbliższą przyjaciólką i jej mężem, co w każdym czytelniku posiadającym silny kręgosłup moralny powinno powodować obrzydzenie. Inni, nawet jeśli są od niego w jakimś stopniu lepsi, nawet jeśli ich życie nie przypomina wędrowki emerytowanego Casanovy po dzielnicy portowej, sprawiają wrażenie, jakby chcieli robić to samo, rozmyślajac w wolnych chwilach o flirtach, skokach w bok i ogólnej przygodności życia.

Trylogia "Millenium" pokazuje więc ludzi głęboko nieszczęśliwych i skazanych na wieczne poszukiwania, krótko mówiąc, zniewolonych. Zniewolonych przez grzech, przez cielesne pokusy i własną słabość, która nie pozwala im opuścić beznadziejnego układu, w jakim się znaleźli. Tkwiąc w pułapce cielesności, udają szczęśliwych, odnoszą sukcesy, przenoszą swoje cielesne powłoki z miejsca na miejsce, jak gdyby ich życie miało się skończyć kiedyś bez konsekwencji. Tymczasem, my wiemy, że tak nie jest. Ludzki żywot podobny jest do rzeki, z początku wartkiej, wyrazistej i wąskiej, później zaś szerokiej, dostojnej i meandrującej. Rzeka ta jednak zawsze zmierza dokądś.

Oczywiście, trylogia "Millenium" jest rzeczą niebezpieczną także z innych powodów. Przy wszystkich wyżej postawionych zastrzeżeniach, należy zauważyć, że jest napisana bardzo dobrze. Szybka akcja, duża liczba zwrotów, konstrukcyjnie fabuła jest zupełnie bez zarzutów, a bohaterowie są o tyle niestandardowi, że czytelnik chce ich poznać, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że są trujący. Sprawia to, że łatwo zapomnieć o warstwie ideologiczno-aksjologicznej powieści, jeśli nie zachowa się należytej czujności. Łatwo jest roztopić się w strumieniu przygód pary Blomkvist i Salander, zbyt łatwo.

W świetle przedstawionych wyżej faktów wolno świadomemu recenzentowi podkreślić z całą mocą, że trzy powieści z cyklu "Millenium" są dziełami na wskroś zideologizowanymi i dobro społeczne wymaga, aby nie zostały one dopuszczone do wolnego obiegu. Niestety, żyjemy w obcym państwie, civitas diabolicum, i nie oczekujemy od niego dbałości o elementarne zasady. Pozostaje mozolne edukowanie społeczeństwa i aktywizacja milczącej wiekszości, która przecież nie kupuje żenujących dzieł w rodzaju "Millenium".

[1] - zwrócono mi uwagę, że opieram się tutaj na dowodach anegdotycznych, a kampania promocyjna trylogii, którą praktycznie zignorowałem, jak to mam w zwyczaju, była w Zi Kingdom of Bolanda bardzo intensywna.

Tagi