czwartek, 19 stycznia 2012
Portal uraczył nas wczoraj artykułem o obecności zjawisk paranormalnych w życiu znanych ludzi. Tekst ten, będący luźnym zbiorem przyjętych bez krzty krytycyzmu anegdot, zaczyna się od następującego wyjaśnienia, dlaczego mamy owe anegdoty traktować poważnie i pochylić się na nimi ze szkiełkiem i okiem (albo otworzyć serce na tajemnicę przez duże "t").
Taki krótki fragment, a tyle błędów logicznych? Wymieńmy i scharakteryzujmy je pokrótce:
W wymiarze materialnym teza stawiana przez autora artykułu jest również kompletnie pozbawiona podstaw. Jeżeli historia może nas czegoś nauczyć, to tego, że błądzenie jest rzeczą ludzką, nieobcą nawet wybitnym naukowcom, mężom stanu, artystom, przedsiębiorcom, społecznikom. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy mamy w gruncie rzeczy ten sam aparat poznawczy, z tymi samymi niedoskonałościami i dziurami. Nie ma powodu sądzić, że znany aktor będzie w stanie rozpoznać planetę Wenus w otoczonym świetlistym halo, migoczącym obiekcie, który uparcie go śledzi znad horyzontu.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji tak oto gromi w "Gazecie Finansowej" zaczadzonych ideologią globcia eurokratów:
I dalej:
Ach, te odgrzewane kotlety. Swoją drogą, maile znowu wyciekły przy okazji szczytu klimatycznego. Gdybym był z innej formacji intelektualnej, dawno temu krzyczałbym o spisku i dziwnych koincydencjach. Tomasz Teluk nie pierwszy raz kategorycznie wypowiada się na tematy, w których nie ma absolutnie żadnych kompetencji. Wywiad, którego Teluk w związku z promocją swojej książki udzielił "Rzeczpospolitej", skomentował kiedyś doskonaleszare. Na stronach rzeczonego Instytutu Globalizacji można znaleźć równie urocze przykłady odklejenia od rzeczywistości. Instytut Globalizacji wzywa do rewizji unijnej polityki klimatycznej używając m.in. takich argumentów:
Dalibóg nie mam pojęcia, co interpretacja danych, które - nawiasem mówiąc - nie były fałszowane (te same dyrdymały IG powtarza w komentarzu do szczytu w Durbanie), ma wspólnego z polityczną poprawnością. A jakie skutki przyniosła polityka klimatyczna w ostatnich latach? Mizerne, m.in. z uwagi na krecią robotę ludzi formatu i pokroju Tomasza Teluka. Jeszcze więcej przeinaczeń i dowodów jawnego nieprzyswojenia sobie podstawowych pojęć i rudymentarnych faktów zawiera raport na temat kosztów polityki klimatycznej. Czego dowie się z niego nieprzygotowany na dezinformację czytelnik (inna sprawa, że prawdopodobnie niewiele osób w ogóle to przeczytało)?
Szczerze powiedziawszy, trochę Tomaszowi Telukowi współczuję. Wydaje się być facetem wiernym swojej ideologii (widoczna na stronach IG uśmiechnięta twarz Ludwiga von Misesa van der Rohe świadczy o tym dobitnie) i przekonanym, że zieloni, różowi i czerwoni czyhają na wolność, wolny rynek, kapitalizm i polski węgiel. Chce mieć jakiś udział w debacie na temat polityk państwa i wpłynąć na działania podejmowane przez polskich polityków. Nie ma w tym niczego złego, mądrzy i poinformowani ludzie mogą się różnić w kwestiach, szczególnie takich, które wymagają stawiania sądów wartościujących. O tym, jakie działania w sprawie klimatu mamy podejmować i kiedy, można dyskutować. Ale, na bogów, wypada znać jakieś fakty. Jakiekolwiek. Chyba czas na nową kategorię wpisów na blogu: "Prezes X o globalnym ociepleniu."
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Zupełnym przypadkiem trafiłem dzisiaj na taki oto komentarz prezesa Unii Polityki Realnej Bartosza Jóźwiaka (z wykształcenia jest on archeologiem) na tematy ważne i aktualne:
W innym tekście ten sam autor tak sobie wyobraża przyszłość polskiej prawicy:
Ciekawe, co człowiek mający taką sieczkę w głowie może sobie myśleć o ekonomii... oh, wait.
piątek, 06 stycznia 2012
Witam w dziewiątej edycji czytelniczych polecanek. Zebrane tutaj materiały obejmują okres od początku grudnia do początku stycznia. W związku z obsuwą, z której tłumaczyłem się w poprzedniej edycji, przerwa między kolejnymi polecankami jest relatywnie krótka. Ufam, że wkrótce polecanki znów staną się comiesięczną imprezą. Nauka / racjonalizm / sceptycyzmCałun Turyński, solidny kawałek płótna, któremu w niektórych kręgach przypisuje się nadnaturalne pochodzenie, jest jak zombie. Co jakiś czas wraca z grobu, do którego składają go naukowcy (a to datowanie radiowęglowe, a to kontekst historyczny, a to przyznanie się do fałszerstwa). Oto kolejna nieudana próba wskrzeszenia Całunu. Oh, the irony. Omówienie artykułu z Physics Today, traktującego o podobieństwach między teorią antropogenicznych zmian klimatu a heliocentryzmem. O legendarnym yeti, himalajskim człowieku śniegu, słyszał chyba każdy. Ogromny, gęsto owłosiony humanoid, pozostawiający ślady, niejasne wspomnienia himalaistów i mocno podejrzane dowody rzeczowe (odchody, palce, skalp). Dominującą hipotezą wydaje się być ta, że mamy tutaj do czynienia z reliktową populacją gigantopiteka. Yeti najprawdopodobniej nie istnieje, podobnie jak jego północnoamerykański kuzyn (Wielka Stopa / Sasquatch), ale nawet gdyby istniało, raczej nie mogłoby być gigantopitekiem, jak się często w kryptozoologicznych kręgach twierdzi. Na koniec kapitalny artykuł z Playboya (sic!) poświęcony Neilowi deGrasse Tysonowi. Absolutnie nietuzinkowa postać, świetny mówca i popularyzator nauki. Po Internecie krąży mnóstwo nagrań jego wykładów i prezentacji, ja ze swej strony polecę dwa. Ten z TAM6: I rozmowę ze Stephenem Colbertem: Sit down and enjoy the show. Ekonomia / gospodarka / Krzysztof RybińskiZaczynamy od tematu, który wcześniej w zasadzie dla mnie nie istniał, mianowicie do wyboru publicznego pomiędzy bezpośrednimi transferami, a ulgami podatkowymi. Obydwa instrumenty nie tylko nie są ekwiwalentne pod względem kosztów budżetowych, ale są też zupełnie inaczej postrzegane przez beneficjentów. Ulg podatkowych często po prostu nie widać. Co więcej, wybór między bezpośrednim (transfer) a pośrednim (instrument podatkowy) wsparciem bywa często także wyborem sposobu dostarczania dóbr i usług. Rozpatrzmy np. odpisywanie od podatku dochodowego odsetek od kredytów zaciąganych na opłacenie studiów (mechanizm rynkowy) w kontraście do darmowych studiów finansowanych z podatków (dobro publiczne). Efekt? Beneficjenci publicznego wsparcia często nie zdają sobie sprawy z tego, że dostają pieniądze od państwa. Od czego zacząć? Może od tego tekstu, a potem szukać dalej. Tematowi "ukrytego państwa" poświęcono zresztą przynajmniej jedną książkę, która ponoć jest warta przeczytania. Szalenie ciekawy temat, chciałbym coś jeszcze kiedyś na ten temat napisać. Jedno ze słów, które w ostatnich miesiącach zrobiło wielką karierę, to "bankructwo", używane w odniesieniu do państw, zwłaszcza niektórych europejskich. Należy tutaj ustalić jedną rzecz - państwa nie bankrutują w taki sposób, jak przedsiębiorstwa. Nie oznacza ono wyczerpania zasobów, za pomocą których byłyby spłacane zobowiązania. Nie oznacza też pojawienia się komornika i utraty suwerenności, aczkolwiek znane są wyjątki. Bankructwo państwa jest pewną decyzją polityczną, efektem wyważenia siły obywateli, nie godzących się na spłacanie długu w pełnym wymiarze, i (zagranicznych) wierzycieli, trzymających się swoich wierzytelności. W tym kontekście pojawia się analiza ekonomistów Moody's dotycząca możliwości kontrolowania długu, mierzonej przez fiscal space (po polsku to będzie, hm, bufor fiskalny). Bufor fiskalny to różnica między bieżącym poziomem długu, a takim poziomem, jaki oznaczać będzie bankructwo, jeżeli nie zostaną podjęte kroki bardziej drastyczne od tych, jakie kiedykolwiek w danym kraju wykonano. Okazuje się, że kilka państw nie ma już żadnego bufora i spaceruje "na ostrzu noża". Państwa to, surprise surprise, Grecja, Portugalia, Włochy, Irlandia i Japonia. Technicznie rzecz biorąc, mamy w tym gronie od jednego do trzech bankrutów i kraj, który na obsługę długu wydaje więcej niż zbiera z podatków. Należy przy tym zauważyć, że wynikanie nie zachodzi w drugą stronę - kraj, który nie ma bufora fiskalnego, nie musi koniecznie zbankrutować. Brak bufora oznacza sytuację, z której można wyjść, ale tylko przy użyciu nadzwyczajnych środków. Arcyciekawy raport EBOIR o trudnym wychodzeniu z kryzysu w byłych krajach bloku wschodniego i dawnych państwach ZSRR, od Armenii po Uzbekistan i od Słowenii po Rosję. Zreprodukuję jedną tabelę z niego: Be afraid, be very afraid. Małe interludium - krótki tekst o tym, dlaczego porównywanie statystyk między państwami bez sprawdzenia, czy są kompatybilne, może prowadzić do błędnych wniosków. Na przykładzie usamochodowienia USA i Niemiec. Blog finansowy Wall Street Journal przyjrzał się finansom Rona Paula, (paleo)libertariańskiego kandydata w wyborach prezydenckich w Stanach. Okazuje się, że Paul - jako jedyny z zasiadających w Izbie Reprezentantów - ma dość niekonwencjonalny portfel aktywów. Pozostali inwestują w sposób zrównoważony, trochę nieruchomości, trochę akcji, trochę obligacji i trochę gotówki. Paul ma zero w "typowych" akcjach i obligacjach, a prawie wszystko w nieruchomościach i akcjach kopalni złota i srebra. Jeden z analityków tak scharakteryzował takie portfolio: an extreme bet on economic catastrophe (...) half-step away from a cellar-full of canned goods and nine-millimeter rounds. Dziwnym nie jest, Ron Paul jest jednym z proroków hiperinflacji. Na zakończenie tej sekcji mocno pesymistyczne spojrzenie na Włochy, nie bez racji uznawane za największy problem strefy euro. Dlaczego pesymistyczne? Cóż, dodajmy do siebie: prawdopodobne obniżenie ratingów, problemy z utrzymaniem długu w ryzach, starzenie się społeczeństwa, zerowy wzrost gospodarczy w ostatniej dekadzie, systematyczny spadek konkurencyjności, beznadzieja w eksporcie. W nawiązaniu do poprzedniej notki informuję również, że eurozona zmierza w stronę recesji. Na potwierdzenie tego wpis z FT Alphaville o załamaniu akcji kredytowej w strefie euro. Polityka / inneDla osób ciekawych tego, co dzieje się na Węgrzech i dlaczego Budapesztu w Warszawie może życzyć sobie tylko urbanista albo inny architekt, dwa obszerne omówienia zmian prawnych i politycznych, jakie zaszły tam od ostatnich wyborów (1, 2). Mnie to zdziebko przeraża. Esej z NY Review of Books na temat współczesnego reakcjonizmu i jego dwóch wariantów: odkupieńczego (redemptive) i uzdrawiającego (restorative). Ten drugi pragnie powrotu do ancien regime, do wyidealizowanej przeszłości, dawnych stosunków społecznych, praw i instytucji. Ten pierwszy wariant akceptuje nadejście nowego porządku i niemożność powrotu do przeszłości. Szansy na odwrócenie i odkupienie reakcjoniści tego rodzaju upatrują w kolejnej rewolucji, która zniszczy aktualny porządek i stworzy warunki dla nowego Złotego Wieku. CSI : Missisipi czyli studium przypadku na temat nadużyć w zeznaniach ekspertów sądowych, konkretniej, pewnego patologa, który co roku wykonuje 1,5 tysiąca (sic!) autopsji. Podsumowanie podsumowańNa zakończenie - wybrane podsumowania roku 2011:
czwartek, 29 grudnia 2011
W tym bałaganie tkwimy już ponad trzy lata (jeżeli liczymy czas od upadku Lehman Brothers), może cztery (jeśli liczyć od pęknięcia bańki na amerykańskim rynku nieruchomości). Czasami ciężko mi w to uwierzyć, ale wydaje się, jakby istniał już tylko kryzys. Kryzys, zaburzenia, turbulencje, spowolnienia i litania monstrualnych problemów. Istotna część mojego dorosłego życia przypada na tenże kryzys i, choć osobiście go nie odczułem (pomijając pieniądze, które w 2008 wyparowały z giełdy, zanim się zorientowałem, że to jednak nie jest "korekta"), ciężko niektórych rzeczy nie zauważać. W świecie, w którym żyje się od jednej sprzedaży rządowych obligacji do drugiej i od jednej publikacji danych statystycznych do kolejnej, w którym tysiące osób nerwowo wpatruje się w wykresy z Bloomberga, trudno o optymizm. Wszystkie osobom, które zażyczyły sobie życia w ciekawych czasach, chciałbym przy tym zapytać, czy są już zadowolone. Nie mam ambicji pisać wszechogarniających, kompleksowych esejów, do których dołączone byłyby przewidywania, rekomendacje dla polityków i takie tabelki, w których uwielbiają się zaczytywać ludzie uzależnieni od danych. Nie chcę też bawić się w Kasandrę, ta rola zarezerwowana jest dla Krzysztofa Rybińskiego i gości z ZeroHedge. Nie, żebym nie był pełen obaw. Wręcz przeciwnie, jestem kłębkiem nerwów. Paradoksalnie pomaga świadomość, że osoby w mojej sytuacji tracą raczej możliwości niż konkretny majątek. Ponadto, opinię pesymisty i panikarza mam w tylu miejscach, że tu nie będę dokładał kolejnej cegiełki do tego wizerunku. Nie napiszę więc o spirali zacieśniania fiskalnego i implozji zachodnioeuropejskiego systemu bankowego[1]. Zamiast tego, będąc uzależnionym od danych statystycznych cyfrojebkiem, ściągnąłem sobie trochę podstawowych danych i namalowałem kilka niezbyt wesołych wykresów obrazujących, jak wolno nasz region wygrzebuje się z kryzysu. Wszystkie wykresy zrobiono na jedno kopyto - pokazują ewolucję realnego PKB lub zatrudnienia (w tysiącach osób) od początku 2008 r. do drugiego lub trzeciego kwartału bieżącego (2011) roku. Wartość w pierwszym kwartale 2008 to za każdym razem 100, więc ładnie widać, jak głęboko ktoś spadł w porównaniu do złotych czasów sprzed kryzysu. Na początek nasze bezpośrednie sąsiedztwo. W oczy od razu rzuca się to, że jeden kraj miał sporo szczęścia (w kategoriach PKB)[2]. W zatrudnieniu widać zasadniczo tę samą historię. Nawiasem mówiąc, w omawianym okresie w Polsce wzrosła zarówno liczba bezrobotnych, jak i liczba zatrudnionych. Z Europy Środkowej przenosimy się na peryferia eurozony, które teraz pewnie zamieniłyby rekordową uwagę świata na własne waluty. Na początek PKB, potem zatrudnienie. Brak Grecji na pierwszym wykresie nie jest przypadkiem - skandal z fałszowaniem statystyk mocno przetrzebił bazy Eurostatu. Co do reszty - tak właśnie wygląda stagnacja poprzedzona recesją. Tak też wyglądają zgruchotane rynki pracy (bezrobocie w Hiszpanii jakiś czas temu przebiło 20%). Czy dno zostało już osiągnięte? Tymczasem, duże państwa UE radzą sobie trochę lepiej, ale też bez rewelacji (a tu analogiczny rysunek dla zatrudnienia). Sprawdzić czy nie Niemcy. I na zakończenie, tragedia jeszcze większa niż peryferia strefy euro, czyli państwa bałtyckie. Ponownie, najpierw PKB, potem zatrudnienie. Powiedzmy sobie jedną rzecz od razu: skala recesji w państwach bałtyckich jest zatrważająca. To jest coś, czego Zachód nie widział od dekad i dla czego ciężko nawet w polskich doświadczeniach znaleźć odpowiednik[3]. Kraje bałtyckie są przy tym źródłem bardzo prostej, ale ważnej lekcji. Jeśli ktoś wskazuje na Łotwę czy Litwę i chwali wysokie tempo wzrostu gospodarczego dziś, nie należy mu wierzyć. Kilkuprocentowe wzrosty dziś są warte jeszcze mniej niż kilkunastoprocentowe spadki wczoraj, co wynika z tego prostego faktu, że zmniejszenie czegoś o x% i zwiększenie o x% nie daje wyjściowej wartości, tylko coś mniejszego. Co więcej, im niżej spadasz, tym trudniej wrócić na wyjściowy poziom. Na cyferkach - jeśli ktoś straci 50% swojego majątku, a następnie zwiększy to, z czym zostanie, o 50%, dostanie 75% tego, co miał na początku. Bajzel, w którym dzisiaj jesteśmy, polega m.in. na tym, że na rachityczny wzrost gospodarczy nałożyły się problemy z obsługą zadłużenia (które z kolei całkiem skutecznie zatruwają system bankowy). By zrozumieć, dlaczego z tej mąki może nie być chleba, warto rozważyć, jakie warunki muszą zajść, żeby kraj spłacał zadłużenie, mierzone stosunkiem długu do PKB. Otóż, saldo budżetu musi przewyższać koszty obsługi zadłużenia. Daje się to zapisać w formie równania (i jest to jedyne równanie, jakie zobaczycie w tej notce).
Najłatwiej zrozumieć to na cyferkach. Jeśli Włosi mają 2% inflacji, -1% wzrostu PKB i dług oprocentowany na poziomie 6%, to ich budżet musi mieć 5% nadwyżki pierwotnej, jeśli dług ma być trzymany w ryzach. 5% to dużo zwłaszcza w czasach recesji[4]. Nie da się tego osiągnąć bez bolesnych cięć, które z kolei na pewno negatywnie wpłyną na wzrost gospodarczy, przynajmniej krótkoterminowo. Konsolidacja fiskalna może mieć więc skutki odwrotne do zamierzonych. A priori można więc wyobrazić sobie sytuację, w której cięcia budżetowe skutkują wzrostem poziomu zadłużenia, a nie spadkiem[5]. Ciekawe, jak obecne czasy będą nazywać potomni. [1] Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to strefa euro nie przetrwa w obecnym kształcie, z Grecją i Portugalią w szczególności. Nie, nie gram na rozpad strefy euro, bo nie mam czym. Założyłem się z kolegą o flaszkę dobrej wódki (czytaj: nie Starogardzkiej), to jedyne, co mogę ugrać na takiej apokalipsie. [2] Konwencjonalna opowieść o tym, dlaczego uniknęliśmy recesji, jest zasadniczo prawdziwa. Relatywnie małe uzależnienie od handlu zagranicznego, płynny kurs walutowy, antycykliczna polityka fiskalna. [3] Ciężko oszacować głębokość recesji, w którą weszliśmy w 1989. EBOIR podaje wartości rzędu 10% i tego będę się trzymał. Spowolnienie z przełomu wieków jest dużo lepiej opisane. Wówczas wprawdzie spadku PKB nie było, ale w latach 1999-2003 straciliśmy 1,5 miliona miejsc pracy. Czyli 10%. Dziesięć procent. Na Łotwie bieżąca recesja "zjadła" 20% miejsc pracy. Pomedytujmy wspólnie nad tymi liczbami. [4] Z drugiej strony, rozważmy pewien środkowoeuropejski kraj, który ma trochę więcej szczęścia. Polska ma 3,5% inflacji, 4% realnego wzrostu, oprocentowanie długu na poziomie 6% i może sobie pozwolić nawet na konkretny deficyt budżetowy (upraszczając). [5] Nietrudno zrozumieć, dlaczego drugim ulubionym (zaraz po szaleństwach Republikanów) tematem Paula Krugmana jest austerity, czyli zaciskanie pasa.
środa, 28 grudnia 2011
Jak co roku uważnie przyglądam się pergaminom, które przychodzą do redakcji w okolicach zimowych świąt. I jak co roku zauważam, że coraz mniej na nich marmurowych posągów bogów, a coraz więcej krzyży i betlejemskich stajenek. Coraz rzadziej w życzeniach pojawia się Przesilenie Zimowe, a częściej mowa o świętach narodzenia boga. Jednego! Obserwuję, jak kolejne przedsiębiorstwa, zrzeszenia, instytucje, które jeszcze rok-dwa lata temu umieszczały na swoich okolicznościowych zwojach wizerunki Jowisza, Minerwy, a nawet Mitry, teraz ograniczają się do Jezusa zwanego Chrystusem. Trudno uwierzyć, że tak nagle zmienił się światopogląd patrycjuszy, możnych i zarządców, którzy zamawiają świąteczne pergaminy. Że zapomnieli o symbolach, które towarzyszyły ich życiu przez poprzednich kilkadziesiąt lat. Domyślam się raczej coraz większych wpływów importowanego do Rzymu chrześcijaństwa, lewicowej inżynierii społecznej podszytej głęboką niechęcią do humanistycznych religii Rzymu. Warto jednak pamiętać, że nie o samych bogów chodzi chrześcijanom. Plan zakłada zniszczenie całej struktury społeczeństwa. Dlatego „postępowcy” podważają wszelkie tradycyjne więzi, a ich wrogiem są w równej mierze świątynie, co rodziny i małżeństwa, wszelkie przejawy imperialnej dumy oraz nasze kulturowe dziedzictwo. Wszystko to, co daje nam siłę, abyśmy mogli trwać przy bliskich nam wartościach. Zabiegi o umieszczenie krzyża w Senacie, demonstracje w czasie pokojowych świąt, żądania delegalizacji medycyny i związków homoseksualnych to elementy tego samego scenariusza, którego celem jest rozmontowanie podstaw naszej cywilizacji. Dlatego, niezależnie od tego, czy bogowie obdarzyli nas łaską wiary, wysyłajmy pergaminy z Panteonem. A polewając bliskim wino przed wieczerzą i śpiewając pieśni ku czci Bachusa, pamiętajmy, że to są ważne obozy warowne naszej tożsamości.
wtorek, 27 grudnia 2011
Deklaracja "zaniedbałem bloga" powoli staje się tutaj świecką tradycją. Coraz częściej zdarzają się takie miesiące, kiedy nie piszę nic, bo nie chce mi się, nie mam weny, wolnego czasu albo przekonania do blogowania jako takiego. Co tym razem mam na swoje usprawiedliwienie? W listopadzie nie pisałem nic, bo bardzo pracowicie zmniejszałem PKB, de facto pracując przez dłuższy czas na dwa etaty. W grudniu znienacka złapało mnie życie i od tego czasu nie przestaje trzymać. To całkiem przyjemne uczucie, wiecie? Tymczasem, w ramach nadrabiania blogerskich zaległości przedstawiam zaległe (październikowo-listopadowe) polecanki czytelnicze. Nadmienię również, że tym razem tak bardzo pokpiłem sprawę, że zdążyłem już prawie zebrać kolejny zestaw linków. Nauka / racjonalizm / sceptycyzmNa początek nieco już zapomniana sprawa projektu BEST. Otóż, grupa badaczy mających wątpliwości co do wiarygodności oficjalnych danych na temat zmian temperatury, postanowiła samodzielnie sprawdzić, obrobić i przeanalizować dostępne dane. Wynik ich wielomiesięcznej pracy jest taki, że istnienie globalnego ocieplenia, surprise surprise, po raz kolejny potwierdzono (więcej na ten temat także u doskonaleszarego i na RealClimate). Nie będę przy tym zbyt oryginalny, jeżeli powiem, że historia BEST jest piękną lekcją ze sceptycyzmu i metody naukowej. Szkoda, że nie wszyscy ją docenili. Pozostając w temacie klimatu i jego zmian, polecamy nowy portal wiedzy na temat zmian klimatu, uruchomiony przez Bank Światowy. Sporo danych i ich wizualizacji, w miarę wygodny interfejs. Będę tam zaglądał, choćby ze względu na wygodne mapki, ale mogłoby to wszystko ładniej wyglądać, mam wrażenie. OECD robi ładniejsze rzeczy. Polecanki w obszarze klimatu i pokrewnych zakończymy ciekawostką z kategorii "proste technologie w walce z globalnym ociepleniem" - oto biochar (znany także jako terra preta), odmiana węgla drzewnego, za jednym zamachem robiąca dwie rzeczy: nawożenie i sekwestrację węgla. Dalej mamy arcyciekawy artykuł z Wyborczej, popełniony przez biologa, a dotyczący niuansów i meandrów biologii płci. Lektura obowiązkowa dla tych wszystkich, którym się wydaje, że to takie proste, jak XX i XY. Otóż nie, to trochę bardziej skomplikowane. Kojarzycie historię Betty i Barneya Hillów? To zapewne jeden z najsłynniejszych, najchętniej cytowanych i przywoływanych przypadków porwań przez kosmitów. Jeśli ktoś kiedykolwiek interesował się zagadnieniami paranormalnymi, zapewne zetknął się z nim. A są tam bodaj wszystkie charakterystyczne elementy opowieści o uprowadzeniach: UFO prześladujące samotnych podróżników, brakujący czas, wspomnienia wydobyte pod hipnozą, mali kosmici o szarej skórze i wielkich czarnych oczach, bolesne eksperymenty medyczne przeprowadzane w niewiadomym celu. Szerokim echem odbił się też szokujący dowód - pokazana Betty przez jednego z kosmitów mapa gwiazd widocznych z Zeta Reticuli (odtąd ta nazwa będzie się przewijać przez literaturę ufologiczną). A kiedy usuniemy z tej opowieści wszystko, co niewiarygodne, i wszystkie elementy mityczne, co pozostanie? Podróż całkiem niesamowita, ale nie paranormalna. Czajniczek Pana Russella popełnił naprawdę świetny artykuł o kryptozoologii. Dalej mamy coś z zupełnie innej baczki, czyli 10 powodów, dla których mózg nie jest jak komputer. Czteroletni staroć, którego drogi do tego zestawienia nie jestem w stanie odtworzyć. Tak czy owak, szalenie ciekawa lektura. Dość rzadko trafiają mi się teksty z tej dziedziny. Za rzadko. O imprezach ospowych, na których dzieci rodziców sprzeciwiających się szczepieniom mogą w sposób naturalny zarazić się różnymi chorobami wieku dziecięcego i w ten sposób nabyć naturalną odporność, większość czytelników pewnie słyszała. To samo w sobie stanowi być może najgłupszą formę aktywizmu uprawianego przez ruch antyszczepionkowy, ale ostatnio na dnie daje się słyszeć pukanie od spodu. Pojawiły się korespondencyjne imprezki z ospą! Ludzka głupota nie zna granic. W dzisiejszym menu znajdziemy również długaśny artykuł (uwaga - pdf) o 9/11 Truth Movement i jego miejscu na drzewie filogenetycznym teorii spiskowych. Na nieocenionym io9 jakiś czas temu pojawić się szalenie interesujący artykuł o inteligencji ośmiornic. Wielkie to szczęście, że ośmiornice żyją sobie w morzu i nie próbują wychodzić na ląd. Oh, wait. Orac, przesadnie gadatliwy onkolog i sceptyk, w swoim stylu recenzuje "The Greater Good", film dokumentalny o szczepieniach , i nie pozostawia na nim suchej nitki. Ekonomia / Gospodarka / Krzysztof RybińskiOd jakiegoś czasu piszę tutaj w zasadzie tylko o kryzysie, ale myślę, że mogę tutaj liczyć na odrobinę zrozumienia. Takie mamy czasy, mocno niespokojne, a ja już się założyłem z kolegą o flaszkę wódki, że do 31.12.2012 zostanie w Niemczech ogłoszone przywrócenie dojczmarki. Studenci ekonomii dość szybko poznają tzw. stylizowane fakty, czyli ogólne i w miarę uniwersalne prawidłowości dotyczące zachowania gospodarki. Jednym ze zbiorów takich faktów jest ten przedstawiony w 1957 przez Nicholasa Kaldora. Okazuje się tymczasem, że jeden z nich najwyraźniej przestaje być faktem. Jeden, jedyny w tym odcinku tekst z ekonomii środowiska i surowców naturalnych to ten z Econbrowsera na temat produkcji ropy naftowej w poszczególnych regionach USA. Pod pewnymi warunkami daje się go całkiem nieźle uogólnić na cały świat. Znacie ten dowcip? Ekonomista przeczytał 21 książek o obecnym kryzysie i dalej nie wie, jakie były jego przyczyny. Dowcip zostanie wytłumaczony w następnej części czytelniczych polecanek, tutaj miał jedynie ilustrować to, że zbiór faktów na temat kryzysu, z którymi wszyscy by się zgadzali, jest zaskakująco mały, o ile w ogóle nie jest zbiorem pustym. Przykładowo - kto udzielał złych kredytów, prywatne banki czy państwowe przedsiębiorstwa (Fannie Mae i Freddie Mac)? Obwinianie o to Phony Mae i Fraudy Mac (jak przezwano te firmy) jest dość popularne, ale całkowicie niesłuszne. Wyczerpującą rozwałkę tego mitu znajdziecie tutaj. Prawie do końca pozostaniemy w temacie kryzysu (kryzysów). Dla fanów infografik mamy wielgachny schemat obrazujący wzrost wielkich amerykańskich banków przez fuzje i przejęcia. Kto na to pozwolił? Cofniemy się też do 2009 r., żeby polecić dwa teksty, które w ogóle nie straciły swojej aktualności. Po pierwsze, długi (ale wart każdej poświęconej mu minuty) artykuł Simona Johnsona z The Atlantic, poświęcony amerykańskiej oligarchii. Johnson, nawiasem mówiąc, jest współautorem fascynujących papierów na temat determinant rozwoju (np. tego o długookresowych konsekwencjach różnych "stylów" kolonializmu). Tytuł wspomnianego artykułu - "The Quiet Coup" - mówi sam za siebie. Polecam oczywiście całość, ale pozwolę sobie wkleić dwie kluczowe w mojej opinii obserwacje.
I jeszcze:
Po drugie, przemówienie (uwaga - pdf) Thomasa Hoeniga, szefa FED z Kansas City dotyczące idei too big to fail, tj. przekonania, że pewnym instytucjom nie wolno pozwolić upaść, bo wywołałoby to niemożliwe do przewidzenia konsekwencje dla całej gospodarki. Dlaczego takie instytucje w ogóle istnieją, to temat na zupełnie inną dyskusję, ale Hoenig ładnie pokazuje, że narzędzia niezbędne do poradzenia sobie z tym problemem już istnieją. Ten rozdział zakończę wiadomościami z całkiem innego świata. Po pierwsze, szokujący rządowy raport sprzed 11 lat, którego autorzy zastanawiali się, jakie będą konsekwencje spłacenia amerykańskiego długu dla światowej gospodarki. A było to przed pęknięciem bańki internetowej, przed głębokimi cięciami podatków wprowadzonymi przez administrację Busha juniora, przed dwiema szalenie kosztownymi wojnami i przed najgłębszą od lat 30-tych recesją. Po drugie, polecam fascynującą kolekcję artykułów na temat przyszłości ekonomii, courtesy of National Science Foundation. Inne pierdołyNa zakończenie dwa całkiem różne teksty. Po pierwsze, bardzo zabawna kolekcja cytatów z ludzi, którzy nie wierzą w istnienie lesbijek. Serio serio. Po drugie, miał być nieco przydługi esej na temat atrakcyjności instytucji małżeństwa we współczesnym świecie, ale Guardian zrobił mi psikus i będzie tylko fragment. Na szczęście czytelnik arturjac dostarczył pełną wersję, za co dziękuję. PS. Jeśli obiecałem komuś notkę na jakiś temat, niech się odezwie. Mam akurat urlop i sporo wolnego czasu.
poniedziałek, 31 października 2011
No więc zaczęło się od tego, że kolega na fejsie w akcie protestu przeciw wzrostom cen paliw wymyślił jeszcze jedną akcję bojkotu stacji benzynowych, coby pokazać tym wszystkim urzędasom i krwiopijcom z Orlenu, BP i PO, że Transport jest Krwiobiegiem Gospodarki. Takie łańcuszki pojawiają się zresztą w Internecie przynajmniej raz w roku, nie tylko w jego polskojęzycznej części, i nic z nich nie wynika (jak zwykle). Niniejsza notka jest obszernym rozwinięciem kilkuakapitowego komentarza skreślonego na potrzeby tamtej dyskusji, który nie powinien był się zmarnować. Bojkoty stacji benzynowych i podobne akcje uważam za kiepski pomysł, opierający się na nietrafnych założeniach, niezrozumieniu idei akcyzy i bałamutnej tezie, jakoby kierowcom wszystko było wolno, bo Transport Jest Krwiobiegiem Gospodarki. Zanim przejdziemy do nadzienia, małe interludium. Ażeby bojkot (lub jakaś podobna akcja) miał sens, kilka warunków musi być spełnionych. Trzeba zebrać odpowiednią liczbę uczestników. Bojkot musi mieć zauważalny wpływ na przychody stacji benzynowych, koncernów paliwowych czy też państwa. Państwo musi zechcieć obniżyć akcyzę. Obniżka akcyzy powinna zbić ceny paliw na stacjach benzynowych. Przejście do każdego z tych kroków jest nieoczywiste. Ów mój kolega twierdził, że sytuacja rewolucyjna przy dystrybutorach dojrzała już do tego, żeby ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. Ceny paliwa, rozumiecie, idą w górę (o, tu mam wykres) i są już na poziomie europejskim, podczas gdy zarobkom do tego daleko. W związku z tym należy zaprotestować, forma protestu - powstrzymanie się od tankowania w wybranym dniu każdego miesiąca. Jeśli wystarczająco dużo osób zechce wziąć udział w akcji, stacje benzynowe będą mieć problemy. To zaś automagicznie zmotywuje rząd do obniżenia akcyzy i w ten sposób wszystkim nam będzie lżej. #prześladowaniekierowców, part deuxPo pierwsze, są dobra, których ceny nie są proporcjonalne do pensji. Jest ich całe mnóstwo, więc wymienię tylko kilka: książki, płyty, samochody, komputery, bilety lotnicze, złoto. Należy do nich również ropa naftowa, na którą się zawiera kontrakty na międzynarodowych giełdach (a tam nie dają upustów ze względu na wysokość pensji). To, że paliwo jest tak drogie w stosunku do naszych zarobków, nie wynika z tego, że za dużo kosztuje, tylko z tego, że my za mało zarabiamy. Po prostu. Nie jesteśmy Iranem albo inną Wenezuelą, żeby mieć tanie paliwo z własnych źródeł, do którego państwo by nam dopłacało (co nie oznacza, że podobnych, choć bardziej subtelnych rzeczy nie robią kraje wysoko rozwinięte - robią). Czy ktoś domaga się dopłat do samochodów, bo ich ceny są na europejskim poziomie? Serio? A do iPodów też? Po drugie, ropa jest droga. Mam w innym okienku otwarty plik z podstawowymi indeksami cen surowców, który ściągnąłem sobie ze stron MFW (wy też możecie), więc mogę zaprezentować w zarysie historię zmian cen ropy. Wygląda to tak, że ropa systematycznie taniała przez cale lata 80-te, włącznie z tąpnięciem, które dorżnęło Związek Radziecki. W latach 90-tych ceny były stabilne i dopiero w 2003 ropa poszła w górę. Szła w górę coraz szybciej i latem 2008 r. miała nawet wylecieć w kosmos, ale bańka na rynkach surowcowych pękła i przez moment świat cieszył się z ropy w cenach sprzed paru lat. A potem znów zaczęło rosnąć. Nie mam ochoty, ani kompetencji, żeby rozłożyć ten wzrost na czynniki pierwsze. Ale też nie muszę. Dla nas nie ma znaczenia, czy za wysokie ceny trzeba winić wojny i rewolucje na Bliskim Wschodzie, Chińczyków, terrorystów, fundamentalne ograniczenia podażowe czy spekulantów. To bez znaczenia, i tak jesteśmy biorcami cen. Chcę jeszcze tylko zwrócić uwagę, że ropa nie jest denominowana w złotówkach, więc na zmiany cen ropy nakładają się zmiany kursu dolara. Przez pewien czas ładnie amortyzowały one nam wahania cen ropy. Teraz tej poduszki zabrakło, uważny czytelnik zobaczy na tym wykresie, że laba skończyła się na przełomie 2009 i 2010. Od tego czasu kurs dolara jest praktycznie stały, a ropa drożeje... Co więcej, ropa prawdopodobnie będzie droga, bo zaczyna się kończyć, a już na pewno wyczerpują się zasoby taniej i łatwo dostępnej ropy. Po raz kolejny uniknę wchodzenia w niepotrzebne szczegóły i powiem, że kwestia peak oil jest całkowicie drugorzędna dla tego rozumowania. Ropy jest skończona ilość i w pewnym momencie będzie surowcem na tyle rzadkim, że nie będzie się go opłacało wydobywać nawet na krem dla rąbniętych miliarderów. Nie, żebym jakoś szczególnie nie lubił ropy naftowej. Nie zrozumcie mnie źle, to jest piękny surowiec, ale robimy z niego po prostu zbyt wiele fajnych i użytecznych rzeczy (np. farmaceutyki), żeby tak zwyczajnie i bez sensu go spalać. Po trzecie, udział podatków w cenie paliwa jest w PL na poziomie europejskim. Po co w ogóle obciążać paliwo podatkami, ktoś mógłby zapytać, więc od razu mówię. Paliwo jest obciążone akcyzą z dokładnie tego samego powodu, dla którego akcyzę nakłada się na papierosy i alkohol. To wszystko są rzeczy, które robią nam dobrze, ale ich użycie wiąże się z masą negatywnych konsekwencji i w interesie społecznym leży zbicie popytu przez dodanie narzutu na ich ceny. Od alkoholu ludzie umierają (nie wspominając o morzu innych tragedii, które co roku można przypisać alkoholowi) i rodzą się niechciane dzieci. Papierosy powołują raka płuc i inne schorzenia. Spalanie benzyny jest głośne i wiąże się z uwalnianiem całej masy świństw do atmosfery, na czele z dwutlenkiem węgla (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam pomysłodawców akcji Stop Akcyzie). Mam nadzieję, że widać pewien wzorzec? Bojkot na bezdrożach logikiPrzez moment załóżmy, że sprawa, o którą chcemy walczyć, jest sprawą, o którą warto walczyć. Jak wcześniej zauważono, żeby proponowana przez mojego kolegę akcja odniosła sukces, musi w sposób istotny wpłynąć na sytuację ekonomiczną stacji benzynowych. Krótko mówiąc, akcja musi mieć wystarczająco dużo zdeterminowanych uczestników. Akcje internetowe oszałamiają zarówno tym, jak i skalą produkcji tekstu pisanego, ale jakże często są kompletnie jałowe. Pomnikiem potęgi Internetu w Polsce na długie lata pozostanie protest przeciw podwyżce VATu, jaki zorganizowali ludzie z Wykopu. Litość, trwoga, płacz i zgrzytanie zębów. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, koszt krańcowy podpisania petycji jest przyzerowy, koszt krańcowy wyjścia na ulicę lub sięgnięcia po portfel - zdecydowanie niezerowy, chyba że ktoś kompletnie nie potrafi wyceniać swojego czasu. Gdybym był niepoprawnym optymistą, zaryzykowałbym stwierdzenie, że planem minimum dla jakiejkolwiek Akcji pod Dystrybutorem powinno być zebranie takiej liczby uczestników, że konsekwencje ich decyzji o nietankowaniu nie zginą w ogólnym szumie informacyjnym. Wiecie, wielkość sprzedaży na jednej stacji benzynowej lub w ramach jednej sieci zapewne zmienia się z dnia na dzień o kilkanaście, może kilkadziesiąt procent. Ludzie pewnie mniej tankują w święta i w weekendy, a więcej w dni powszednie. Kiedy jest dobra pogoda, obroty rosną, a w grę ani chybi wchodzą jeszcze bardziej subtelne efekty, o których nie mam pojęcia. Trzeba się wybić ponad ten szum. Ilu uczestników to wymaga, miliona? Dwóch milionów? Tyle tylko, że jest jeszcze gorzej. Akcja, którą zaproponował mój kolega, polega na przesunięciu zakupu paliwa w czasie, a nie na ich ograniczaniu, więc raczej nie uszczupli portfeli właścicieli stacji. Pod tym względem lepszy jest bojkot jednej sieci, tu przynajmniej jest szansa uderzenie kogoś po kieszeni. Załóżmy jednak, że stacje benzynowe faktycznie odczują gniew setek tysięcy kierowców. Że rozproszona inteligencja tysięcy stacji benzynowych poskłada do kupy wszystkie fakty i zrozumie, dlaczego traci pieniądze. Dlaczego miałoby to wpłynąć na ministra finansów? Nikt w rządzie nie ma gorącej linii z pięcioma czy dziesięcioma tysiącami stacji benzynowych. Wbrew wyobrażeniom, które niektórzy wydają się pielęgnować, rząd (a zwłaszcza rząd Polski) nie jest wszechmocny i wszechwiedzący. Nie jest też tak, że przedsiębiorcy z natury rzeczy są płaczliwi i w odpowiedzi na spadek sprzedaży biegną z płaczem do ministra finansów z prośbą o obniżenie podatków. Przynajmniej nie tych, które można przerzucić na konsumentów. Niech jednak będzie - załóżmy, że istnieje bezpośrednia linia telefoniczna z biurka dyrektora sieci stacji Bliska na biurko Ministra Finansów. Pozostaje nam pytanie, czy i w jakim stopniu zmiana akcyzy przełoży się na zmianę cen detalicznych paliwa. Wbrew pozorom, sprawa jest nietrywialna, bo wymaga określenia, na ile przedsiębiorcy są w stanie przerzucić wzrost / spadek akcyzy na konsumenta. A priori można wyobrazić sobie sytuację, gdy popyt na paliwo jest na tyle elastyczny, że przedsiębiorcom bardziej opłaca się zacisnąć zęby i nie podnosić cen niż ryzykować utratę klientów. Może więc być tak, że cena się nie zmieni, a różnicę w cenach zainkasują właściciele stacji benzynowych. Jak jest w rzeczywistości? W 2000 r., w odpowiedzi na wzrost cen ropy, w stanach Illinois i Indiana na kilka miesięcy całkowicie zniesiono akcyzę na benzynę, a potem ją przywrócono. Kilka lat później w Journal of Public Economics pojawiło się badanie efektów tych zmian. Wyniki? Obniżka podatku o 5% to spadek cen na stacjach benzynowych o 3%, przywrócenie oryginalnej stawki to wzrost cen o 4%. Ogólnie rzecz biorąc, przynajmniej 2/3 zmiany podatku od benzyny można przerzucić na konsumenta. Ufff... przynajmniej tutaj są jakieś szanse na sukces. Tyle w krótkim okresie. Wyłania się z tego następująca wizja polityki podatkowej: kiedy ropa idzie w górę, zmniejszamy akcyzę; kiedy ropa idzie w dół, przywracamy pierwotne stawki. Konsekwencja i elastyczność w ruszaniu suwakiem od akcyzy powinny w długim okresie zapewnić stabilizację cen. Wyważamy jednak otwarte drzwi, bo podobnych posunięć próbowano w ostatnich latach w kilku krajach, m.in. we Włoszech i we Francji. Niestety, taki elastyczny system opodatkowania nigdy nie zdał egzaminu, bo nie przyniósł stabilizacji cen paliw, a znacząco obniżył dochody budżetowe. Zwracam uwagę, że obniżenie dochodów budżetu jest w chwili obecnej ostatnią rzeczą, której w PL potrzebujemy. W sensie, po to podwyższono VAT w celu wyciągnięcia nam pięciu miliardów z kieszeni, żeby to teraz oddać przez obniżkę akcyzy na paliwo. Serio? Na paliwo? Nie lepiej na autostrady? Oh, wait. Bodziec was wyzwoli Najpoważniejszy zarzut, jaki jednak można wytoczyć przeciw akcjom tego rodzaju jest taki, że są one całkowicie zbędne. My, ekonomiści (to nie ja) i ludzie, których inni uważają za ekonomistów (to ja), lubimy od czasu do czasu podkreślać, że ludzie reagują na bodźce. Bojkot bojkotem, akcje akcjami, ale wysokie ceny paliwa powinny wpływać na zachowania konsumentów i przedsiębiorców. Może nie w krótkim okresie, bo jednak jeździć trzeba, ale dłuższej perspektywie - jak najbardziej. Mniejsze i oszczędniejsze samochody, upowszechnianie oszczędnego stylu jazdy, zmiany przyzwyczajeń, alternatywne źródła energii, alternatywne środki transportu, carpooling, przeprowadzka w miejsce, gdzie zależność od samochodu jest mniejsza. Wobec tego wszystkiego, rozmaite Akcje pod Dystrybutorem, organizowanie bojkotów w Internecie, pisanie listów do sułtana lub wręcz domaganie się specjalnego traktowania, sprawiają wrażenie dziecinady. To ostentacyjne robienie fochów, które niczego realnie nie zmienią, ale sprawią, że poczujemy się lepiej. Bo coś zrobiliśmy. Bo inni zobaczyli, że coś zrobiliśmy. To jest jednak łatwe rozwiązanie. Zdjęcie nogi z gazu czy wyciągnięcie roweru z garażu, żeby dla odmiany tak pojechać po bułki, bywa dla niektórych trudniejsze. Akcja pod Dystrybutorem jest też bałamutna bo odwraca uwagę od właściwego źródła problemów (podpowiem, to nie rząd) i rozwiązań (poprzedni akapit). PS. Po napisaniu tego tekstu uświadomiłem sobie, że w tej wyliczance zgubiłem jedno ważne ogniwo - handel hurtowy paliwem. Kwestia struktury i patologii rynku hurtowego jest zresztą zbieżna z wnioskami z cytowanego włoskiego badania (zamiast ruszania akcyzą, rozbijać trusty i demonopolizować). W jakimś sensie jeszcze bardziej pogarsza szanse powodzenia wszystkich inicjatyw, o których tu piszę. Zawsze to kolejny level do przejścia. Stawia je też w gorszym świetle, bo jaka to przyjemność i zasługa, bić po kieszeni Pana Ziutka, którego Orlen i tak regularnie wyżyma z pieniędzy jak gąbkę. Ewidentnie nie jestem ekspertem od rynku paliwowego. W sumie, to chyba nie znam się na żadnym rynku.
sobota, 29 października 2011
Monitorpolski, oprócz przodowania w rankingach najpopularniejszych blogów na Wordpressie, jest jedną z największych składnic lolkontentu w polskim Internecie. To istny Bizarro World, w którym narodowo-katolicki radykalizm miesza się ze wszystkimi możliwymi teoriami spiskowymi i pseudonaukowymi rojeniami. Tam wszyscy wszystko rozumieją na opak i są z tego dumni. Uczestnictwo w podziemiu informacyjnym walczącym z Nowym Porządkiem Świata to w końcu nie przelewki. Na blogasku praktycznie codziennie mamy nowy wpis, a pod każdym wpisem - kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset komentarzy, w których trollfest miesza się z autentycznymi wypowiedziami obywateli zatroskanych tym, że rząd rozpyla aluminium za pomocą samolotów pasażerskich, żeby lepiej podsłuchiwać ich z satelitów. I'm not making this shit up. Zatem dziś rano wziąłem jeden z ostatnich wpisów i przebiłem się przez wszystkie 390 komentarzy. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało, więc kosztowało mnie to trochę zdrowia. A oto i dramatis personae tej tragifarsy:
Pierwszą petardę odpala Zenobiusz, komentując niedawne trzęsienie ziemi w Turcji:
Czysta poezja. O północy na rozstajne drogi przyszedł HAARP złowrogi i pomylił Fuji z Fiji, więc miał z makiem figi. I panowie by sobie radośnie dyskutowali o tym, na jakież to jeszcze bezeceństwa pozwalają sobie nasi władcy, gdyby nie przyszedł mąciciel i nie zaczął jątrzyć pytać, dlaczego elementem Nowego Porządku Świata nie jest Watykan. Na takie dictum właściciel bloga odpowiada zdecydowanie (choć, trzeba przyznać, Monitor Polski pozostaje głosem wolnym, wolność ubezpieczającym i nie wycina):
W postanowieniu niebanowania dzielnie Monitora wspierają inni komentujący (pisownia i interpunkcja nie zostały przeze mnie zmienione):
Dalej sam Monitorpolski wyraża zniecierpliwienie:
Ci ludzie powinni mieć na blogach banerki „Strefa wolna od Protokołów Mędrców Syjonu”. Wreszcie, na krnąbrnego komentatora zostaje zastawiona sprytna pułapka.
Czy przestał pan bić swoją żonę? Dlaczego ukrywa pan fakt, że wszyscy Polacy to kłamcy i złodzieje? Ponoć zadawanie pytań jest ważnym warunkiem dotarcia do prawdy, oświecenia i zrozumienia. Jeśli tak, to ścieżka, którą kroczą nasi milusińscy, musi prowadzić do jakiegoś przeciwświata, bo nic sensownego z takich pytań urodzić się nie może.
Za tym ostatnim pytaniem stoi żelazna logika. W ogóle na blogu Monitorapolskiego częstym tematem są Żydzi i syjoniści, Czytelnik niech zobaczy sam.
Bo o tym, że Układ go zamordował, to chyba słyszeliście? Ja chciałem też powiedzieć, że miałem w rękach "Protokoły..." i żadna globalistyczna agentura nawet nie kiwnęła macką, żeby mnie ukatrupić. Może to mieć związek z tym, że jestem płatnym pachołkiem kompleksu naukowo-medyczno-przemysłowego. O czym świadczy, jak twierdzi sara10, to że, podobnie jak adresat poniższej wypowiedzi, podpisuję się imieniem demona.
Zdrowe intencje, hm. To brzmi jak tytuł dla filmu z Glen Close. W tym nurcie mamy też urocze rozważania o dniach tygodnia:
W tasiemcowo-rozbryzgowych wątkach, takich jak omawiany, pojawiają się czasem naprawdę zaskakujące postaci. Enter Kent Hovind.
Prawdopodobnie najśmieszniejszym momentem w wątku jest dyskusja na temat tego, co naprawdę potrafi HAARP. Jak się okazuje, eksperci nie są zgodni co do tego, której straszliwej broni należy przypisać daną katastrofę naturalną albo inny wypadek.
Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie wywiad z Łysiakiem sprzed paru lat, w którym zapowiadał, że ujawni ostateczne dowody na udział wolnomularzy w obaleniu Napoleona I. To też mi się skojarzyło. Absolutną gwiazdą wątku jest jednak komcionauta peryskop, który radośnie wystawił peryskop ponad pianę bitą przez współkomentujących i z wyżyn, na które wzniosła go ekspercka wiedza, jął ciskać torpedy (SWIDT?) w wątpiących.
Always in error, never in doubt. Przechodniu, który odwiedzasz klub Progresja na ul. Kaliskiego w Warszawie, pomyśl o jego niewyjaśnionej śmierci i badaniach nad maserami i graserami. Wycieczkę w Otchłań kończymy akcentami numerologicznymi:
UWAGA! Podajemy wyniki losowania LOTTO. Iluminaci mają w tym miesiącu fioła na punkcie następujących liczb: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13…
środa, 26 października 2011
W zeszłym tygodniu skończyłem czytać "Merchants of Doubt", o której to książce wspominałem w poprzednim wpisie. Książka jest świetna i nawet dla kogoś, kto nie jest w temacie denializmu świeżynką, jej lektura nie wiąże się z odhaczaniem kolejnych punktów z przygotowanej uprzednio listy. Mnóstwo faktów, mnóstwo powiązań, kawał najnowszej historii nauki. I nie zdradzę nikomu zbyt wiele, jeśli powiem, że o samym globalnym ociepleniu, które teraz jest "na topie" (pozwolę sobie na tak prostacką obserwację) jest akurat najmniej. Opowieść snuta przez Oreskes i Conwaya na dobrą sprawę kończy się w połowie lat 90-tych, a denializm poznajemy w kontekście szkodliwości palenia czynnego i biernego, kwaśnych deszczy, dziury ozonowej i problemów z DDT. Na czym książka tylko zyskuje. Rozpatrzmy kwestię kwaśnych deszczy, ten rozdział to istny róg obfitości. Mamy w tej sprawie wszystko: powolne budowanie konsensu aż do punktu uzasadniającego podjęcie interwencji, pierwsze przymiarki do interwencji, rząd ze specyficzną agendą, interesy pewnego sektora gospodarki (zgadnijcie, którego), überprofesjonalne nakręcanie kontrowersji w mediach, ataki personalne, nieczyste zagrania i opóźnienie w podjęciu działań przez rząd. A ostatni rozdział zaczyna się tak:
Do roboty. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogecon
Blogroll
Którędyż do Kanady?
Popkultura w czasach Miłości
Posłuchaj, to do ciebie
Scepy
Zi enemis of rizon
Tagi
|