from here to reality
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Niewiele rzeczy w ostatnich latach zdominowało krajobraz polityczny i ekonomiczny Polski w takim stopniu, jak rządowy program 500+. Niestety, dyskusja publiczna na ten temat (zarówno po stronie przeciwników, jak i zwolenników programu) toczy się na bardzo niskim poziomie. W istocie, ludzie rozmawiają na ten temat niejako obok siebie, w oderwaniu od sensownych argumentów i kompletnie ignorując to, jak mało wiemy na temat jego skutków. Być może wynika to z ogólnie niskiego stanu nauk ekonomicznych w Polsce, być może jest to konsekwencja niskiej świadomości metod i ograniczeń danych wśród publicystów i polityków, być może stopień upolitycznienia tego tematu zmusza dyskutujących do stwarzania pozorów wiedzy, a być może wszystkie w/w czynnik działają tutaj - nie podejmuję się oceniania socjologii dyskusji o programie 500+. Z pewnością chcielibyśmy wiedzieć więcej na temat programu, ale niedoskonałość statystyki publicznej (eufemistycznie mówiąc), brak zainteresowania sensowną informacją ze strony twórców programu i mocno upolityczniony charakter dyskusji o 500+ sprawiają, że nie wiemy, nie chcemy wiedzieć i być może nigdy nie będziemy wiedzieli.

Jednocześnie, pomimo wielu specyficznych cech, na dużym poziomie ogólności program sam w sobie nie jest wyjątkowym instrumentem. Transfery "na dzieci" wprowadzano na przestrzeni ostatnich dekad w wielu krajach rozwiniętych, bezwarunkowe transfery społeczne jako takie mają zapewne jeszcze bogatszą historię. To niemalże elementarz ekonomii pracy, polityki społecznej, polityki demograficznej i kilku innych dziedzin. Z tego względu istnieje ogromna literatura przedmiotu, teoretyczna i empiryczna, do której można sięgnąć dość szybko, żeby wyrobić sobie sensowy pogląd a priori na temat tego, jakie skutki może za sobą pociągać 500+. Są to:

  • niewielki spadek podaży pracy, głównie wśród kobiet
  • umiarkowany wzrost dzietności
  • wzrost dochodów beneficjentów

Od sensownego ustawienia priorów, jeszcze większym problemem jest to, że program jest żywym zaprzeczeniem Reguły Tinbergena: pojedynczy instrument ma jednocześnie zrealizować kilka celów. Są to: większa dzietność, mniejsza nierówność dochodów i konsumpcji, zmniejszenie ubóstwa, budowanie nowej klasy średniej, odbudowa godności Polaków, wspieranie tradycyjnego modelu rodziny, wspieranie wielodzietności, zmniejszenie emigracji netto, itp. Dyskusja na ten 500+ często przypomina pogoń za chorągiewką - krytyka użyteczności lub skuteczności programu w realizacji jednego z celów jest kontrowana domniemaną skutecznością w realizacji innego, który akurat dyskutującemu pasuje. Myliłby się również ten, kto sądziłby, że tylko zwolennicy programu są trudnymi dyskutantami. Wręcz przeciwnie - popularne argumenty przeciw 500+ to mieszanka oskarżeń o łapówkę wyborczą, zarzutów o nieskuteczność i klasyki liberalnej demagogii (rozleniwianie, socjał, patologia). Analityk mógłby też się pochylić nad wewnętrznymi sprzecznościami programu, nad nieciągłością świadczenia, arbitralnością jego wysokości i wysokości progu, nad sprawiedliwością sytuacji niektórych beneficjentów (np. samotnych matek lokujących się powyżej progu dochodowego w porównaniu do bogatych rodzin z dwójką dzieci) czy brakiem powiązania świadczenia z pracą. W gąszczu celów, produktów, rezultatów i efektów, warto spróbować zająć się kilkoma podstawowymi pytaniami. 

Pytanie nr 1. Czy 500+ wypycha z rynku pracy?

Stosunkowo najwięcej miejsca w publicznej debacie poświęcono negatywnemu wpływowi na podaż pracy - nic dziwnego, te efekty, w odróżnieniu od popytowych (i przejściowych), są trwałe, kumulują się w czasie i mają ogromne znaczenie dla jednego z najszybciej starzejących się krajów świata. Obok skądinąd ciekawego badania CENEA (będącego jednak analizą teoretyczną), mamy tylko dane zagregowane dotyczące stanu rynku pracy w okresie przed i po uruchomieniu programu. Ubóstwo danych nie przeszkadza jednym dziennikarzom formułować daleko idących sądów na temat liczby kobiet odchodzących z pracy z powodu 500+, innym zaś - na temat liczby kobiet nie odchodzących z pracy z tego samego powodu. W jednej z takich polemik pierwszy strzał oddali Chądzyński z Osieckim, odpowiedział na to Fejfer, co sprowokowało kolejną odpowiedź i tak ad nauseam.

W rzeczywistości wiemy bardzo mało, bo dostępne publicznie dane nie są w ogóle skrojone do odpowiedzi na pytanie, które zadajemy. Interesuje nas odpowiedź na pytanie, jak dużo osób zrezygnowało z pracy lub poszukiwania pracy po otrzymaniu świadczenia i z powodu otrzymania świadczenia. Z oczywistych względów problem najprawdopodobniej dotknie kobiet w wieku produkcyjnym, ze szczególnym uwzględnieniem przedziału wiekowego 20-44. To w ekonomii nazywamy przepływem. Wynikiem tego przepływu jest zmiana liczby osób biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych. To zmiana zasobu. To pierwsze może zostać obliczone na podstawie danych jednostkowych BAEL (robi to NBP w swoich raportach, ale bez podziału na płeć, wiek, etc.). To drugie można wykopać z danych jednostkowych albo kwartalnych raportów GUS z wynikami badań BAEL. Zanim jednak ktoś zechce wysnuć zbyt daleko idący wniosek, spieszę z informacją, że dana zmiana zasobu jest efektem kilku różnych przepływów, których roli (bez analizy danych jednostkowych) nie da a priori rozstrzygnąć. Najprostszy przykład to zmiana liczby bezrobotnych - może ona wynikać z kilku procesów: bezrobotny rezygnuje z poszukiwania pracy i trafia do zasobu biernych; bezrobotny znajduje pracę i przepływa z bezrobocia do zatrudnienia; pracujący traci pracę i staje się bezrobotnym; bierny zawodowo decyduje się na poszukiwanie pracy. Dana zmiana zasobu odpowiada nieskończonej liczbie kombinacji przepływów.

500plus

Co to oznacza w naszym konkretnym przypadku? Zmiana liczby biernych zawodowo kobiet to suma kilku różnych przepływów, nie tylko interesującego nas przejścia z zatrudnienia do bierności zawodowej pod wpływem programu 500 plus. Powtarzam, możliwości jest nieskończenie wiele i nie sposób rozstrzygnąć, która jest prawdziwa, na podstawie danych zagregowanych. Odpłynięcie 200 tys. kobiet z zatrudnienia do bierności przy jednoczesnym podjęciu pracy przez 150 tys. wcześniej biernych pań będzie wyglądać tak samo, jak dezaktywizacja 50 tys. kobiet i zerowy przepływ w drugą stronę. Mało tego, istnieją przepływy wewnątrz poszczególnych stanów - pomyślmy o kimś, kto po studiach wraca do rodzinnej miejscowości, by opiekować się chorymi rodzicami - taka osoba najprawdopodobniej pozostanie bierna. 

Ten fundamentalny niemalże problem z nieuprawnioną analizą danych agregowanych nie dotyka nawet innych kwestii: liczba osób biernych z powodu obowiązków rodzinnych nie jest tożsamia z liczbą osób opiekujących się dziećmi "na pełen etat". Można też opiekować się innym członkiem rodziny: babcią, dziadkiem, rodzicami, ciocią, niepełnosprawnym rodzeństwem. Te pierwsze możliwości prawdopodobnie są najczęściej spotykane - w końcu ludność Polski starzeje się w solidnym tempie i będzie się starzeć równie szybko, jeśli nie szybciej. Skądinąd wiadomo, że ciężar opieki nad starszym członkiem rodziny spoczywa na kobiecie w średnim wieku (córce, synowej) w nieproporcjonalnym stopniu, począwszy od czasu, a skończywszy na wykonywanych czynnościach (mycie, ubieranie, gotowanie, itp.). To niewdzięczna, ciężka i rujnująca praca, która często wymusza wcześniejszą rezygnację z pracy. Co więcej, skupianie się na przepływach między zatrudnieniem i biernością ignoruje to, że beneficjent programu może po prostu zmniejszyć wymiar czasu pracy. W ostateczności na razie wiemy tylko tyle, ile na w/w wykresie (ew. w podziale na płeć - tak zrobił dr Jakub Borowski z SGH) i możemy co najwyżej powiedzieć, że wzrost liczby osób biernych z powodów rodzinnych nie zaczął się wraz z uruchomieniem programu 500+, tylko prawie dwa lata wcześniej. Dlaczego? Obstawiam starzenie się społeczeństwa i mądrzejsi ode mnie ludzie z NBP też.  

Dopóki ktoś tego porządnie nie zbada, mem o tysiącach kobiet rezygnujących z pracy po otrzymaniu 500+ będzie krążył. Będzie, bo pasuje to często spotykanej w ekonomii gazetowej / medialnej tezy o rozleniwiającym socjale. 500+ jest ukoronowaniem tego mitu.

Pytanie nr 2. Czy 500+ jest przejadane?

Mam wrażenie, że wielu komentatorom umyka skala programu. 23 mld zł to ponad 1% rocznego PKB Polski: więcej niż Polska wydaje na naukę i szkolnictwo wyższe, na modernizację sił zbrojnych czy na kulturę i sztukę. To więcej niż PKB Kirgistanu, Czarnogóry Andorry czy Sierra Leone. To kilka milionów beneficjentów (lista krajów, których populacja jest mniejsza, byłaby całkiem pokaźna). Prawo wielkich liczb dyktuje, że znalezienie negatywnych zjawisk związanych z wydatkowaniem (popularnej patologii) będzie trywialnym zadaniem - zawsze znajdzie się ktoś, kto te środki przepije, przepali, zmarnuje i pozbawi dzieci należnego im świadczenia. To anegdoty.

Nie ma żadnych twardych danych na temat tego, w jaki sposób są wydatkowane środki z 500+. Powszechnie przytaczane (zwłaszcza przez MRPiPS) dane z badań sondażowych (CBOS, KPF i IRG SGH, TNS), jakkolwiek użyteczne, nie mogą być dokładne. Po pierwsze, stanowią nieweryfikowalną deklarację i są pod wpływem zarówno faktycznych decyzji wydatkowych ankietowanych, jak i ich przekonania co do tego, czego społeczeństwo oczekuje w tej kwestii. Po drugie, otrzymanie środków z 500+ wpływa na sposób wydatkowania innych dochodów i trzeba bardzo uważnie rozważyć wpływ 500+ na krańcowe wydatki i łączne wydatki. Innymi słowy, być może dla niektórych beneficjentów 500 zł jest wydatkowane na dobra i usługi związane z dziećmi, ale to jednocześnie zwalnia z obowiązku przeznaczania środków z pensji na ten cel. Nie twierdzę, że rodzice kłamią, a że jedynie mogą być pod wpływem różnych nieuświadomionych błędów poznawczych i innych czynników wykrzywiających ich odpowiedzi. To nie zarzut, to przejaw realizmu w odniesieniu do człowieka.

W 2016 r. ekonomiści NBP próbowali, na podstawie danych o wydatkach gospodarstw domowych będących przyszłymi beneficjentami programu, oszacować, jak może wyglądać struktura wydatków. To ciekawe ćwiczenie, ale dostarczyło wniosków podobnych do tych z badań sondażowych. Większy problem - i niniejsza notka nie jest miejscem do roztrząsania tego tematu - polega na tym, że niezmiernie ciężko jest ustalić wpływ programu na podstawie dostępnych danych jednostkowych (z badań budżetów gospodarstw domowych). To nietrywialny problem ekonometryczny, z którym - o ile mi wiadomo - nikt nie zmierzył się jeszcze.

W następnym odcinku zmierzymy się z kwestiami demograficznymi (w momencie pisania tego tekstu najwięcej szumu informacyjnego dotyczyło właśnie urodzeń) i mitem "koła zamachowego" gospodarki. Stay tuned.

21:19, asmoasmo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 stycznia 2017

W zeszłym roku wielką karierę zrobiło słowo post-prawda (ang. post-truth) i mnóstwo miejsca poświęcono temu, że ludzie wierzą w i są oszukiwani przez fałszywe wiadomości. Ja dziwię się po dziecięcemu niemalże, że ludzi to wciąż dziwi. Jestem jednocześnie zaskoczony łatwością, z jaką pomija się najważniejszą informację tutaj: to naprawdę nie jest nic nowego.

Mogę tylko wzruszyć ramionami, gdy czytam o popularności teorii spiskowych, istnieniu całych serwisów informacyjnych poświęconych tylko i wyłącznie o dezinformacji (lub zawierających tylko dezinformację – nie zawsze jest to intencjonalne, nie każda nieprawda jest głoszona świadomie). Mogę machnąć ręką, gdy ktoś odkrywa, że posiadanie po swojej stronie logiki, faktów i argumentów nie gwarantuje ani sukcesu wyborczego, ani (w mniejszej skali) przekonania kogokolwiek do zmiany zdania. Jestem całkowicie uodporniony na lamenty nad negatywną rolą mediów społecznościowych czy – szerzej – Internetu w obiegu informacji. Specjalnie nie dziwi mnie to, że poza światem rozumu i liczb, poza twardą rzeczywistością, istnieje całe potężne uniwersum błędów poznawczych, heurystyk i emocji. W burzeniu autorytetów, w odwoływaniu się do zdrowego rozsądku, mądrości ludowej i tradycji, w wezwaniach do utraconego, przednowoczesnego raju też nie widzę nic nowego i zaskakującego. Tacy jesteśmy jako ludzie (tu wstawić obowiązkową historyjkę o tym, jak premiowanie przez dobór naturalny minimalizacji błędu I rodzaju na sawannie doprowadziło nas do strukturalnego irracjonalizmu).

Być może, jako weteran nurkowania w śmietnikach idei, doświadczony internetowy szambonurek, wojownik sieci Wu-Wu-Wu, obserwator i uczestnik milionów flejmów, mam nieco inną perspektywę niż przeciętny strateg polityczny, dziennikarz z liberalnej gazety czy inny akademik, ale jestem przekonany, że problemy z post-prawdą nie zaczęły się w 2016 roku. W zeszłym roku to, co kryło się w ciemnych zakątkach Internetu, w umysłach ludzi i w niszowych mediach, wypłynęło na światło dzienne i osiągnęło sukcesy polityczne. W 2016 r. z irracjonalizmu zdarto pozory grzeczności i zatknięto go na wyborczych sztandarach. Ja będę jednak trwał przy swoim zdaniu, że „post-prawdziwy” świat zawsze tu był, wystarczyło wystawić głowę ze szklanego wieżowca, zrozumieć, że czasem mechanizmy immunologiczne, chroniące kluczowe elementy instytucjonalnej infrastruktury, zawodzą i mamy to, co mamy. Wystarczyło też uświadomić sobie, że błędy poznawcze i bańki epistemiczne nie są domeną niższych klas, ludzi mniej wykształconych. Wszakże efekt Dunninga-Krugera jest niezrozumiany właśnie dlatego, bo zbyt wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że dotyczy każdego. Gdybym miał zacząć wymieniać wszystkie mniejsze i większe, mniej lub bardziej szkodliwe bzdury, które panoszą się po świecie, ten tekst byłby dłuższy od aktu urodzenia Obamy przemnożonego przez wszystkie ukrywane przez Big Pharmę badania świadczące o szkodliwości szczepień.

Politycy, dziennikarze, naukowcy na całym świecie budzą się teraz z ręką w nocniku i zastanawiają się, w jaki sposób poradzić sobie w tej nowej rzeczywistości, jak wygrywać bitwy z przeciwnikiem, który nie trzyma się uznawanych powszechnie reguł, jak (to jest być może najważniejsze pytanie) nie traktować przeciwnika jako przeciwnika, tylko jako partnera i kogoś, kogo należy przekonać. To nie są łatwe zadania, ale witajcie w klubie. Przez dziesięciolecia sceptycy i popularyzatorzy nauki spotykali się z tymi samymi błędami poznawczymi, zawiłościami ludzkich umysłów i elementarnymi problemami w komunikacji międzyludzkiej, które dzisiaj wydają się wywracać dyskurs polityczny do góry nogami. To racjonaliści, sceptycy, internetowi wojownicy stykali się w Internetach z ludźmi wyposażonymi w coraz to nowsze systemy zakrzywiania rzeczywistości. Pomimo dekad bojów nie jesteśmy znacząco mądrzejsi, mamy jednak za sobą kwity, które wskazują, że większość dyskusji jest zasadniczo bezproduktywna, bo podważanie (zwłaszcza agresywne) cudzego poglądu (zwłaszcza takiego, który ma emocjonalny ładunek) kończy się schowaniem głowy i kończyn do skorupy.

Dlaczego zatem czujemy się tak, jak gdyby doszło na świecie do fundamentalnej zmiany? Systematycznie rosnąca polaryzacja polityczna i specyfika współczesnych mediów (wszechobecne clickbaity, media społecznościowe zamykające ludzi w komorach pogłosowych) sprawiają, że każde wydarzenie jest odbierane jako rewolucyjne. To wrażenie nieciągłości jest tym mocniejsze w systemach politycznych, w których zwycięzca bierze wszystko. Większość ludzi w sposób fundamentalny nie docenia roli przypadku w życiu: wynik wyborów prezydenckich nie w USA był co najmniej osobliwy (tak dużej różnicy między popular vote, a electoral college vote nie było od ponad stu lat); o wyniku rozstrzygnęło kilkadziesiąt tys. głosów w kluczowych stanach; warto zastanowić się, jak wyglądałaby narracja mediów o wyborach i kampanii, gdyby minimalnie wygrała Hillary. Mamy naturalną tendencję do rysowania tarczy strzelniczej wokół śladu postrzału i patrzenia na wydarzenia z przeszłości z pewnością, którą zapewnia tylko spojrzenie wsteczne. Stary dowcip o stanie wojennym na pytanie, czy do niego musiało dojść, odpowiadał: „widocznie musiało, skoro doszło”. No więc nie. Marne to pocieszenie, jeśli w wyniku przypadku realizuje się to gorsze odgałęzienie Multiwersum, ale przynajmniej rozumiemy dzięki temu, że pewne procesy są odwracalne – wybory przegrane o włos mogą 4 lata później być wygrane miażdżącą przewagą.

Nadzieja nie jest jednak strategią. Nie mam dobrej, prostej porady na przyszłość. Nie mam dla wszystkich pięciu czytelników czułych słówek i nie czuję się władny powiedzieć komukolwiek, że wszystko będzie dobrze. Nie udaję, że nie mamy pod górkę. Pocieszam się jednak, że zawsze warto działać, edukować, dyskutować, protestować, walczyć. Z czysto politycznego punktu widzenia nie ma nic lepszego niż organizować się. W 1946 r. Bergen Evans napisał w przedmowie do „Naturalnej historii nonsensu”:

Until about a hundred years ago rational men lived like spies in an enemy country. They never walked abroad unless disguised in irony or allegory. To have revealed their true selves would have been fatal.

Today their status is more that of guerrillas. They snipe from cover, ambush stragglers, harass retreating rear guards, cut communications, and now and then execute swift forays against detached units of the enemy. But they dare not yet risk an open engagement with the main force; they would be massacred. Their life is dangerous but exciting and is warmed by a sense of camaraderie not often known among the dull conscripts of orthodoxy.

Czasem myślę sobie, że przez 70 lat nic się nie zmieniło.

22:20, asmoasmo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 września 2012

Wraz z zeszłotygodniowym obwieszczeniem GUS dotyczącym wzrostu gospodarczego w drugim kwartale bieżącego roku, polski świat medialny obudził się z graniczącym z przerażeniem zaskoczeniem, że oto mamy jakiś problem na zielonej wyspie. Tymczasem, jak zwykle, jest prawda czasu i prawda ekranu. Ta pierwsza zaś od paru miesięcy staje się coraz mniej różowa. 

Trochę na ten temat pisałem zresztą w grudniu zeszłego roku, wskazując na bardzo słabe ożywienie w Europie Zachodniej i pogłębiający się kryzys na Południu eurozony. Od tego czasu dostaliśmy pełne trzy kwartały dodatkowych danych makroekonomicznych, które wcale nie poprawiły obrazu. Dzisiaj już nawet Niemcy wyhamowują, nie mówiąc już o cieszącej się zerowym wzrostem gospodarczym Francji (na co autorzy komunikatów prasowych Eurostatu znaleźli piękny eufemizm: GDP remained stable in 1Q). Na peryferiach tymczasem trwa zjazd w dół, o Grecji już nawet nikt nie wspomina, Hiszpania wygląda jak jeden wielki clusterfuck, a cholera wie, co może wykluć się z Włoch. EBC nerwowo markuje kolejne działania, a konsensus na najwyższym w dalszym ciągu obraca się wokół procyklicznej polityki fiskalnej i doraźnego radzenia sobie z krótkookresowymi problemami. Spoglądając dalej - w Stanach dysfunkcyjny system polityczny na pewno nie pomaga w naprawianiu gospodarki, a o Chiny nawet nie pytajcie. To tyle, jeżeli chodzi o zewnętrzne uwarunkowania, mam nadzieję, że wróciliście z wakacji w dobrych humorach. 

Zacznijmy od obwieszczenia GUS, bo jest tam kilka fajnych rzeczy. Po pierwsze, można zauważyć, że od końca zeszłego roku wzrost nam wyhamowuje. Trzeci kwartał 2011 roku był ostatnim, kiedy wzrost mieliśmy jeszcze na przyzwoitym poziomie (ok. 4%), a od tego czasu systematycznie zjeżdża - licznik w ostatnim kwartale zatrzymał się na 2,4%. Po drugie, można spojrzeć na jego źródła, GUS bardzo rozsądnie podaje prostą dekompozycję wzrostu gospodarczego na główne składowe (wzrost konsumpcji indywidualnej i publicznej, inwestycje, spadek zapasów, eksport minus import), z której - pozbierawszy dane z kilku obwieszczeń z ostatnich paru lat - pozwoliłem sobie zrobić wykres. 

 wklady

Jeżeli kogoś interesuje wersja długookresowa (od 1996, bo tyle danych jest w Eurostacie), znajdzie ją tutaj (courtesy of Eurostat). Wielką Recesję suchą stopą przeszliśmy z dwóch powodów: dzięki tlącemu się popytowi wewnętrznemu i eksportowi, który w kluczowym momencie otrzymał porządny zastrzyk sił witalnych dzięki załamaniu kursu złotego. Przez kolejne dwa lata gospodarka rozpędzała się najpierw za sprawą polskiego konsumenta, a później wskutek inwestycji, które pod koniec zeszłego roku wyrosły na główny motor wzrostu. W ostatnim kwartale polska gospodarka mogła pochwalić się wzrostem tylko dlatego, bo eksport rósł dużo szybciej niż import. Dlaczego w takiej sytuacji Leszek Balcerowicz chwali kraje, które trzymają się stałego kursu walutowego i wcale na tym nie zyskują, nie mam pojęcia. Być może dla Leszka Balcerowicza wojna z inflacją, tak jak IIWŚ dla setek japońskich żołnierzy ukrywających się przez wiele lat na pacyficznych wyspach, po prostu jeszcze się nie skończyła. 

Ktoś mógłby zarzucić mi skupianie się na wzroście gospodarczym, którego sensowność jako wskaźnika poprawy dobrostanu społeczeństwa od dawna poddaje się w wątpliwość. Po pierwsze, odpowiem, że wzrost traktuję raczej jako symptom zjawisk zachodzących głębiej w gospodarce, a po drugie - na wzroście gospodarczym wcale nie poprzestanę. 

Możemy mniej więcej zgadnąć, co z wyróżnionymi komponentami będzie się działo w najbliższym czasie. Ze względu na chęć obniżania deficytu przez rząd, nie można spodziewać się istotnego wkładu wydatków publicznych. Cięcia obejmują też zresztą inwestycje infrastrukturalne (z drugiej strony, część z nich złapała opóźnienia, co może nieco wygładzić przejście), co dodatkowo negatywnie wpłynie na inwestycje w ogóle. In plus pozostanie eksport, ale wobec słabnięcia koniunktury u naszych partnerów handlowych, nie będzie tu cudu. Konsumpcja prywatna jakoś sobie będzie radzić, nawet w najczarniejszych miesiącach 2001 roku sobie radziła, ale wkład we wzrost gospodarczy nie może w takiej sytuacji być duży. Pogarszająca się sytuacja na rynku pracy zapewne też nie pomoże. Wciąż czekamy na najfajniejsze dane z rynku pracy za drugi kwartał, ale z innych źródeł wiadomo o wzroście bezrobocia. Tu jednak reakcje zachodzą z opóźnieniem i na rozwinięcie akcji należy poczekać. Wrócę do tego tematu w swoim czasie. W międzyczasie - trzy losowo wybrane wskaźniki koniunktury.

koniunktura

Należy zadać sobie pytanie, co z takim fantem może zrobić rząd. W teorii, istnieją dwie klasy instrumentów, za pośrednictwem których rząd może w krótkim okresie złagodzić naszą niedolę: polityka pieniężna i polityka fiskalna. Reformy strukturalne, do których wzywają ci sami komentatorzy, co zawsze, przynoszą efekty po latach. Dla tych, którzy woleliby, żeby rząd ogłosił samorozwiązanie i tym samym uwolnił z gospodarkę z pęt kapitału socjału, mam na szczęście dobrą wiadomość. Otóż, niewiele da się w tej chwili zrobić. W styczniu tego roku analitycy The Economist skonstruowali dla kilkudziesięciu wschodzących gospodarek ranking możliwości manewru, a Polska zajęła w nim ostatnie miejsce ex aequo z Egiptem i Indiami. Powody, dla których tak się stało, nie zmieniły się znacząco od tego czasu. 

Po pierwsze, jesteśmy blisko konstytucyjnego limitu długu publicznego - na tyle blisko, że skoordynowana interwencja NBP i BGK na rynku walutowym w ostatnim dniu pracy zeszłego roku miała zapewnić pozostawanie kursu złotego na poziomie, który sprawi, że zadłużenie zagraniczne nie będzie zbyt wysokie i nie wepchnie długu na poziom wymuszający natychmiastowe cięcia. Zniesienie lub podniesienie konstytucyjnego limitu byłoby jakimś rozwiązaniem, ale znalezienie większości parlamentarnej do zmiany konstytucji nie jest rzeczą łatwą. Ponadto, nie rekomendowałbym takiego kroku krajowi, który od 25 lat regularnie kończy rok z deficytem budżetowym (patrz wykres poniżej). Niezbyt ufam polskiej klasie politycznej. Plus jest taki, że Polska, jako kraj z własną walutą, cieszy się rekordowo niskimi kosztami obsługi długu publicznego, co jest miłym prezentem od losu. W efekcie, możemy spodziewać się raczej restrykcyjnej polityki budżetowej, ambitne plany rządu w tej materii są jasne jak Słońce.

deficyty

Po drugie, ramy, w których może poruszać się polityka pieniężna, są dość ograniczone. Głównym zadaniem polityki pieniężnej w Polsce jest dbanie o stabilność cen, zaś sprzyjanie wzrostowi gospodarczemu można przeprowadzić wtedy, gdy nie koliduje to z celem inflacyjnym. W tej chwili, wobec inflacji kręcącej się w okolicach 4% (powyżej 2,5% celu inflacyjnego), pokusa utrzymywania stóp procentowych na wysokim poziomie jest dość duża. Realna stopa procentowa, czyli różnica między nominalną stopą procentową a inflacją, waha się od dłuższego czas między 0 a 1%[1]. Co widać na wykresie[2]

stopy i inflacja

O tym jak poważnie widmo inflacji traktują decydenci polityki pieniężnej, świadczy niedawna podwyżka stóp procentowych, która zapewne wywołała wiele facepalmów, ale z pewnością nie pomogła gospodarce. Wobec zwalniającej gospodarki i spodziewanego zacieśnienia fiskalnego, właśnie poluzowanie polityki monetarnej byłoby sensownym krokiem. To się stanie, ale ciężko powiedzieć, na jaki kompromis zdecyduje się RPP i kiedy podejmie jakieś działania. 3,5 roku temu stopy procentowe poszły w dół o 2 punkty procentowe, dając gospodarce dodatkowy pozytywny impuls.

Nie zrozumcie mnie źle, nie roszczę sobie pretensji do przewidywania kryzysów, co niektórzy podnieśli do rangi sztuki. Nie cieszę się też z takiego a nie innego obrotu wypadków, bo wiem, że za cyferkami kryją się ludzie i że spowolnienie (nie mówiąc już o recesji) jest nam tak potrzebne, jak rybie rower. Nie będę się też cieszył, jeżeli bezrobocie skoczy do 15%, zobaczymy autentyczną recesję albo jeśli dojdzie do chaotycznego rozpadu strefy euro.  Przyszły rok będzie ciekawy, w zasadzie tylko tyle chcę powiedzieć.

A kiedy już świat wygrzebie się z tego bałaganu, a my razem z nim, może wreszcie znajdziemy czas, żeby porozmawiać o innych problemach, które powinny spędzać sen z powiek strategom. O pracy na śmieciówkach i jej konsekwencjach dla emerytur, etyki pracy, bezpieczeństwa socjalnego i takich tam. O śmiertelnym uzależnieniu naszej gospodarki od wyngla. O tym, dlaczego brak jakiejkolwiek polityki mieszkaniowej zapewni Polsce miejsce w każdym przyszłym podręczniku demografii. O dalekim od optymalnego systemie podatkowym i o systemie socjalnym, z którego proporcjonalnie bardziej korzystają bogaci. O emigracji - tej większej, na Zachód, i tej mniejszej - ze wsi do miast i z miast do Warszawy. I o Jezusie Ze Świebodzina, który jest misiem na miarę naszych możliwości

[1] - Czym jest realna stopa procentowa? Z oczywistych względów nikt jej nie obserwuje na bieżąco, oprocentowanie pożyczek i depozytów jest podawane w kategoriach nominalnych. Rozpatrzmy taką sytuację, to prościutka historyjka, proszę się nie śmiać. W roku t pożyczam na rok 10000 zł, oprocentowanie kredytu wynosi 5%, muszę zatem w roku t+1 oddać 10500 zł. Ponieważ jednak w gospodarce szaleje inflacja na poziomie 4%, ta sama suma pieniędzy jest po roku warta mniej, bo mniej można za to kupić (dla uproszczenia załóżmy, że ceny wszystkich towarów wzrosły). Mój pożyczkodawca zarobił ledwie 1%, a ja z kolei oddałem mu dług w "gorszym pieniądzu". Jeżeli moja pensja jest indeksowana o inflację, to już w ogóle pełnia szczęścia.

[2] - Wyjaśniam terminy, które mogą być nieznane. Inflacja bazowa to wzrost cen po odjęciu cen administrowanych i wpływu wzrostu cen energii i żywności. Stopa referencyjna NBP to najgłówniejsza ze stóp ustalanych przez RPP. Długoterminowa stopa procentowa to oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji rządowych. 

sobota, 25 sierpnia 2012

W polskim Internecie krąży plotka, jakoby na budowie II linii warszawskiego metra znajdywano setki zwłok (codziennie nowe), a następnie pakowano je na ciężarówki i wywożono na wysypiska śmieci bądź do utylizacji. Wszystko w głębokiej tajemnicy, bez informowania mediów, zgłaszania znalezisk odpowiednim służbom czy też wzywania archeologów (co jest standardową procedurą w takich sytuacjach). Krótko mówiąc, skandal, zezwierzęcenie, zbrodnia przeciwko ludzkości i czyste zło. Bloger Herbu Grabie aferę opisuje tak: 

Podczas budowy warszawskiego metra robotnicy codziennie odkrywają ludzkie szkielety i ludzkie szczątki w różnych fazach rozkładu. Ilość zwłok można szacować w setkach, nikt nie prowadzi dokładnej statystyki. Informacje te potwierdza pracownik nadzoru budowy pragnący zachować anonimowość. O znaleziskach tych nie są powiadamiane służby archeologiczne, a kości i czaszki ładowane są wprost na ciężarówki i wywożone na składowisko śmieci. Robotnikom nakazano całą sprawę utrzymywać w tajemnicy pod rygorem zwolnienia dyscyplinarnego. Np. bardzo płytko zaledwie pod warstwą asfaltu znaleziono kilka doskonale zachowanych zwłok, których wygląd świadczył na pochodzenie znacznie późniejsze niż druga wojna światowa.

I tyle, zero dowodów, zdjęć czy jakichkolwiek konkretów, które mogłyby przekonać czytelnika, że autor wie, o czym w ogóle pisze. Pozory sensowności ma temu nadać wzmianka o pragnącym zachować anonimowość pracowniku nadzoru budowy. Zastanówmy się, czy coś takiego jest w ogóle możliwe.

Po pierwsze, przy budowie metra wykonuje się dwa podstawowe rodzaje prac: drążenie tuneli i budowę stacji, wentylatorni i innych obiektów. Ta druga kategoria prac wiąże się na ogół również z przekładaniem wszelkiego rodzaju instalacji: kabli, kanałów, rur, kolektorów, węzłów i komór, co nieco powiększa obszar, na którym można znaleźć coś niespodziewanego. Przy drążeniu tuneli nie ma szans na napotkanie masowych grobów, bo drążenie wykonuje się na dużej głębokości, w utworach polodowcowych liczących wiele tysięcy lat, gdzie co najwyżej można trafić na szkielet mamuta. Warszawa to nie Ateny czy Rzym, które mają za sobą tysiące lat nieprzerwanego osadnictwa, a każda budowa to manewry w ruinach. Ponadto, tarcza mieli wszystko na swej drodze, miesza z chemikaliami i przenosi na taśmociąg, który przenosi urobek na zewnątrz. Przeoczenie szkieletu, nawet gdyby się jakiś pojawił, jest prawdopodobne. 

Jeżeli więc zwłoki są znajdywane, to na budowie stacji, tu bowiem można znaleźć największe powierzchniowo wykopy. Problem w tym jednak, że trudno również w taki scenariusz uwierzyć. Wszystkie stacje budowanego obecnie odcinka II linii powstają pod głównymi ulicami miasta lub pod ważnymi skrzyżowaniami centrum Warszawy, miejsca te praktycznie nie zmieniły się od czasu powojennej odbudowy Warszawy. Przed II wojną światową również były tam ulice, ewentualnie gęsta zabudowa. W czasie wojny ofiary grzebano, pamiętajmy, raczej w piwnicach, podwórkach czy skwerach, a nie pod ulicami. Jeżeli znajdowały się tam masowe groby powstańców, prawdopodobnie zostałyby znalezione w czasie powojennej odbudowy. Wszak szczątki, które po wojnie odnaleziono, zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarze. Jeżeli - jak twierdzi bloger - są to również ciała "w różnym stanie rozkładu" i znajdywane są ofiary zbrodni późniejszych niż wojenne, to trzeba sobie zadać pytanie, jak tam trafiły, dlaczego nikt nie zauważył i dlaczego właściwie państwo dysponujące suwerenną władzą nad tysiącami kilometrów kwadratowych lasów i pól zdecydowało się swoje ofiary pochować w centrum największego miasta, gdzie byle remont drogi może je odsłonić. 

Dalej, trzeba wziąć pod uwagę technologię, w jakiej wykonywane są stacje. Otóż, wygląda to co do zasady tak, że najpierw przekłada się wszystkie kolidujące instalacje, następnie robi mniej więcej dwumetrowej głębokości dziurę (tzw. wykop wstępny), a potem przystępuje do właściwych prac. Wielkie dźwigi na gąsienicach pracowicie spuszczają dziesięciometrowej długości gryzarki pionowo w ziemię. W tak powstałe szczeliny wprowadza się zbrojenie i zalewa betonem - oto ściany szczelinowe, z grubsza tożsame z bocznymi ścianami stacji i ich fundamentami. Następnie skuwa się część betonu z tychże ścian, łączy ze zbrojeniem stropu, zalewa betonem i dostaje strop. Na strop wjeżdżają koparki i wywrotki, pod strop wchodzą ekipy z młotami pneumatycznymi, spawarkami, spychaczami i minikoparkami. I wybierają ziemię z ogromnej komory stacji, co jakiś czas budując stropy kolejnych podziemnych kondygnacji, a na dnie - grubą płytę fundamentową.

Znalezisko z czasów najnowszych ma szansę pojawić się na samym początku, przy pierwszych wykopkach - tak, jak miało to miejsce na budowie stacji Rondo Daszyńskiego, kiedy to pod zerwaną jezdnią odkryto fundamenty przedwojennej fabryki. W innych miejscach trafiały się fundamenty przedwojennych kamienic, stare kanały, piwnice, nie mówiąc o niewybuchach z czasu wojny. Nikt z tego nie robił tajemnicy, wszystkie takie przypadki nieuchronnie czeka rozgłos. Szczątki z okresu wojny obecnie znajdywane są bardzo rzadko, ale nawet wtedy nie ma mowy o tym, co budowniczym metra się przypisuje. To jednak miało miejsce miesiące temu. Poszczególne stacje (za wyjątkiem Nowego Światu i części Świętokrzyskiej) są już na tyle zaawansowane, że etap, kiedy można było znaleźć coś, co pod ziemią znalazło się kilkadziesiąt lat temu (lub później), mamy już dawno za sobą. Kilkanaście metrów pod ziemią naprawdę nie ma masowych grobów. 

Wreszcie, desperackie machanie rękami nie unieważni faktu, że taki spisek wymaga zaangażowania kilkudziesięciu osób z różnych podmiotów (konsorcjum AGP, podwykonawcy, nadzór budowlany, być może nawet Metro Warszawskie i Urząd Miasta St. Warszawy). Dlaczego właściwie wszyscy mieliby milczeć, nie wiadomo. Groźba utraty pracy jest silnym motywatorem, ale trudno oczekiwać, że w każdym przypadku przeważy nad wyrzutami sumienia, wątpliwościami i zwykłymi ludzkimi uczuciami, jakie mogą mieć uczestnicy spisku. Dlaczego ktoś miałby to w ogóle zorganizować i ryzykować gigantyczną wpadkę, troskę prokuratora, łaskę sędziego i horrendalne kary, również nie wiadomo. Uniknięcie opóźnień jest pewnie jakimś wyjaśnieniem, ale bądźmy realistami. 

Reasumując, mamy wysoce nieprawdopodobną plotkę, którą nie poparto żadnym materiałem dowodowym. Myślę, że z czystym sumieniem można wsadzić to między legendę o czarnej wołdze, a bajania o zamachu w Smoleńsku. 

Last but not least, pozwólcie, że przedstawię Wam jednego z autorów plotki w pełnej krasie: 



Jeżeli nazwa użytkownika, który to tam wgrał, coś Wam mówi, to bardzo słusznie. Podlasie XXI wieku to oczywiście niezależny komitet wyborczy stojący za Krzysztofem Kononowiczem, a przemawiający na polowej konferencji prasowej jegomość to jego założyciel. To powinno powiedzieć Wam wszystko na temat wiarygodności autorów.

Zresztą, nawet Gazeta Polska Codziennie stanęła w tej sprawie po stronie rozumu. 

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czasem wystarczy jeden niedzielny spacer, by wybudzić blogera z letargu. Traf (a może to Przeznaczenie?) chciał, że zaszedłem przedwczoraj do jednej z księgarń z tanimi książkami - tymi, za które w regularnych księgarniach nikt nie chciał zapłacić regularnych cen. Wyszedłem z pełnym plecakiem, co zdarza mi się regularnie, jestem człowiekiem słabej woli. W plecaku znalazła się książka, która ostatecznie zainspirowała mnie do napisania niniejszej notki. O wydawnictwie Amber wspominałem przy okazji nostalgicznej notki o ukąszeniu daenikenowskim. Jest to wydawnictwo, które od dawna utrzymuje swoisty wydział książek dziwnych, jest bowiem w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet, od „Tajemnicy pustej Ziemi" po „Planeta Wenus dziełem bogów – kosmitów?". Mój niedzielny łup to „Powrót smoków. W poszukiwaniu ostatnich żyjących dinozaurów". Autorem jest niejaki Hartwig Hausdorf, „światowej sławy niemiecki badacz tajemniczych zjawisk porównywany z Daenikenem". Aha, takie buty.

Motywem przewodnim dzisiejszej notki są dinozaury w wersji alternatywnej, w pseudonaukowych teoriach dotyczących ich pochodzenia, wyginięcia, życia w ukryciu i okazjonalnych objawień, które porównać można w najlepszym wypadku do lizania lodów przez szybę. Uwaga ogólna - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że technicznie rzecz biorąc, dinozaury przetrwały do dziś i nazywamy je ptakami. Na potrzeby tej notki przyjmuję bardziej tradycyjną taksonomię.

Name that logical fallacy, Hartwig Hausdorf edition

„Powrót smoków" to niezbyt długa (ok. 120 stron) książeczka z masą zdjęć, krótkimi rozdziałami, pozbawiona sensownej struktury logicznej i napisana na zasadzie zrandomizowanego katalogu osobliwości. Wywód jest dość klarowny, ale do bólu zębów najeżony błędami logicznymi i poznawczymi. Teza, którą autor stawia, w zasadzie opiera się tylko na dwóch bardzo kruchych fundamentach:

  • Argument z niewiedzy (nie wiemy, co się kryje w dżungli, więc dinozaury mogą istnieć) w kryptozoologii znany w dwóch wersjach i w obydwu tu występujący: argument z okapi (skoro czasem wciąż odkrywa się duże zwierzęta, to można odkryć zauropoda) i argument z latimerii (skoro uznana za wymarłą 300 mln lat temu ryba przetrwała w niezmienionej formie, to dinozaury też mogą).
  • Plural of „anecdote" is not „data". Książka Hausdorfa jest jednym wielkim zbiorem anegdot, począwszy od uroczej historyjki profesora, który w świeżo odsłoniętych utworach kredowych znalazł żywe prehistoryczne salamandry, poprzez niezliczone relacje naocznych świadków pojawienia się Nessie, mokele-mbembe, węży morskich, etc., a skończywszy na wyjętej żywcem z kiepskiego horroru sceny walki z czterdziestometrową anakondą.

Powrót smoków okładkaDla autora dinozaury współcześnie występują praktycznie wszędzie, można mówić przynajmniej o kilkudziesięciu gatunkach, ale jest ich na tyle mało, że nie zdołano znaleźć choćby jednego wiarygodnego, namacalnego dowodu ich istnienia, a książkę poświęconą ich istnieniu trzeba dopychać nie-dinozaurami. Dinozaury i nie-dinozaury, jak przytacza autor, widziano w gęsto zaludnionej Europie, na niegościnnych pustkowiach Alaski, na pustyniach Teksasu i Mongolii, w Amazonii i Kongo, na Kilimandżaro i w górach Papuy Nowej Gwinei, w Wietnamie i w Kalifornii, na Pacyfiku i w polodowcowych jeziorach Szkocji i Kanady, w Australii i Austrii, w głębinach i na mieliznach. Do czasów współczesnych mieliby przetrwać przedstawiciele zauropodów, pterozaurów, plezjozaurów i teropodów, a w książce traktującej rzekomo o dinozaurach najwyraźniej celowe jest wspominanie o gigantycznych wężach i jaszczurkach, ptakach o ośmiometrowej rozpiętości skrzydeł, Tatzelwurmie, morskich koniach i wężach, gigantycznych kałamarnicach i ośmiornicach oraz o meduzach roztrzaskujących się na autostradach i mylonych chyba ze wszystkim zwłokach rekinów i wielorybów.

Po drodze dostajemy przystępną powtórkę ze wszystkich złych argumentów i żadnego dobrego. Ludzie musieli zetknąć się z dinozaurami, po podobizny dinozaurów można znaleźć na kamieniach, głowach paru rzeźb i w kilku jaskiniach, gdzie wśród kromaniońskich bohomazów dumnie pręży pierś coś, co ma być pterodaktylem. Pareidolia pierwszej klasy, aż żal, że w "Prometeuszu" nie zrobili czegoś ładniejszego.

Jak to wszystko mieści się w ramach wyznaczonych przez ustaloną wiedzę o przeszłości życia na Ziemi, ciężko powiedzieć. Autor wydaje się na bardzo podstawowym poziomie rozumieć ten problem, bo sygnalizuje chęć uzupełniania dziur kosmitami:

W dwóch poprzednich książkach postawiłem pytanie: czy przypadkiem „ktoś z zewnątrz" – ktoś taki jak dzisiejsi genetycy – nie przeprowadził kiedyś eksperymentów na naszej planecie?

Moim zdaniem ta teoria jest bardzo prawdopodobna. Choćby ze względu na wiele dziwnych stworzeń, jakie pojawiały się w ciągu dziejów Ziemi, a wyglądały tak, jakby wyszły z laboratorium szalonych genetyków-eksperymentatorów, którzy majstrowali przy machinie przyrody. Tym, dla których brzmi to zbyt fantastycznie, chciałbym zadać pytanie: czy nasi genetycy nie stoją już u progu zrealizowania porównywalnych potworności? Tuż przed Bożym Narodzeniem 2000 roku aktywiści organizacji ekologicznej Greenpeace demonstrowali przed europejskim urzędem patentowym w Monachium. Co zaniepokoiło tych zawziętych obrońców środowiska?

Czytelniku, głos w Twojej głowie, który czyta Ci ten tekst, właśnie zamilkł, żebyś mógł w skupieniu docenić piękno logiki autora, który nie rozumie, więc albo kosmici, albo dinozaury. A najlepiej jedno i drugie

Polski wkład w kryptozoologię

Kryptozoologia uwielbia mity, to niewyczerpalne źródło inspiracji i rezerwuar kiepskich uzasadnień i słabych dowodów. Mityczne zwierzęta, których poszukiwano w niedostępnej głuszy, trudno zliczyć, podobnie jak mity (a często raczej ich popkulturową wersję), które sprzęgnięto z postulowanymi kryptydami. Polski wkład w to błędne koło dotyczy gryfów (wg mojej najlepszej wiedzy ta konkretna hipoteza na temat pochodzenia tych mitycznych stworzeń jest oryginalnie polska), legendarnych pół-ptaków, pół-lwów.

Oto na scenę wkracza Tadeusz Oszubski, pisarz i publicysta („Nieznany świat", „Gwiazdy mówią", „Czwarty wymiar" – wyłania się z tego pewien wzorzec). Jego postulat? Gryfy to przekręcona przez głuchy telefon międzykulturowej i międzyokresowej wymiany informacji reliktowa populacja welocyraptorów żyjących na stepach Azji Środkowej. Dodajmy, jeszcze w Starożytności. Na poparcie swej tezy autor ma dość skąpe argumenty – podobieństwo anatomiczne, miejsce w mitologii ludów wywodzących się z Azji Środkowej i sposób ich przedstawiania w sztuce. Scytowie przedstawiali bowiem gryfy jako część ekosystemu, niebezpiecznych drapieżników polujących np. na konie i antylopy. Ponadto, pół-lew, pół-orzeł przypomina upierzonego welocyraptora (lub jakiegoś jego kuzyna). Wreszcie, żywe skamieniałości się zdarzają, nie można więc wykluczyć, że dowolne zwierzę z Mezozoiku przetrwało do naszych czasów.  

Hindenburgus Rex

W każdym z tych przypadków centralna teza jest całkowicie nieprawdopodobna i sprzeczna ze wszystkim, co wiemy o życiu, jego historii i ewolucji. Nie ma najmniejszego śladu istnienia dinozaurów i wielu innych wielkich gadów Mezozoiku w okresie, który nastąpił po ich wyginięciu. Aby twierdzenia zwolenników tez o współczesnych dinozaurach były prawdziwe, kataklizm K/T musiałaby przetrwać jakaś populacja dinozaurów, dostatecznie duża by przeżyć i przechować dostatecznie dużą różnorodność genetyczną, ale zbyt mała, żeby zapobiec wielkiej karierze, którą właśnie rozpoczynały ssaki. Ta populacja trwałaby w zmieniającym się środowisku, niezmienna niczym stada latimerii w głębinach, nie zostawiając żadnych śladów przez tysiąclecia, bardzo wygodnie pozostając na samej granicy wykrywalności, gdzie nie sposób odróżnić szumu od sygnału. Tak, że na materialne dowody koegzystencji dinozaurów i ludzi (nie będące fałszerstwem) wciąż czekamy. 

flight of dragons coverA jeśli dinozaury przetrwały, ale ewoluowały w taki sposób, że faworyzowane były cechy, które w ostatecznym rozrachunku uczyniły je całkowicie niewykrywalnymi w zapisie kopalnym? A jeśli zmieniły się w taki sposób, że nawet gdybyśmy na ich ślady natrafili, nie bylibyśmy w stanie ich rozpoznać? A jeśli potomkowie tych dinozaurów towarzyszyli naszym przodkom i ta współegzystencja dała życie mitom, które są prawdziwe w bardzo dosłownym sensie? Peter Dickinson, angielski pisarz, w 1976 zaproponował całkiem pomysłowe wyjaśnienie genezy mitów o smokach. Otóż smoki to duże latające gady, które wyewoluowały z drapieżnych dinozaurów, a których mityczne cechy (ogień, krew jak kwas, skrzydła) są konsekwencją umiejętności latania, którą posiadły w toku ewolucji. Byłby to oryginalny sposób na latanie, nie mający nic wspólnego z machaniem skrzydłami czy lotem ślizgowym. Smoki, twierdził Dickinson, to naturalne sterowce. Zwierzę rozmiarów dużego mięsożernego dinozaura z wielu powodów nie miałoby szans na latanie konwencjonalnym sposobem, gdyby jednak mogło zmniejszyć swój ciężar, lot stałby się prosty. I tak właśnie miało się stać, lot smokom zapewniałyby duże ilości wodoru w jamach ciała, stale uzupełnianego przez reakcje kwasu solnego w żołądku z szybko rosnącymi kośćmi. Żebra, zbędne już jako sztywna struktura chroniąca i utrzymująca zawartość klatki piersiowej w miejscu, stały się odpowiednikiem płetw, z rozpostartą na nich skórą przypominały skrzydła, ale nie byłyby nimi (skrzydła u latających kręgowców to przekształcone przednie kończyny).

Wodór, jak wiadomo przynajmniej od katastrofy „Hindenburga", jest gazem wysoce łatwopalnym, stąd zionięcie ogniem. Silne zakwaszenie krwi dałoby początek mitom o magicznych właściwościach krwi. Wreszcie, kwas we krwi i w żołądku wyjaśniałby, dlaczego tak niewiele (zero, żeby być ścisłym) z nich zostało. Po śmierci kwas rozpuszcza wszystko, nie istniały więc żadne zwłoki, które mogłyby ulec fosylizacji dla potrzeb badań przyszłych pokoleń paleontologów. Dickinson sporo miejsca poświęca też szczegółom anatomii, zachowania i rozmnażania się smoków, jak również możliwościom, jakie stały przed zabójcami smoków, ale nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Nie jest to wizja, którą warto brać serio, aczkolwiek redaktor czasopisma „Faktor X" odpowiedzialny za rubrykę, z której dowiedziałem się o tej teorii, wydawał się całkiem przekonany o jej prawdziwości. Widać była to truthiness, a nie truth.

Chcę wierzyć?

Znalezienie żywego dinozaura byłoby absolutnie sensacyjnym odkryciem, być może najbardziej niesamowitym znaleziskiem w historii ludzkości. Żywa skamieniałość tego kalibru zapewne powiedziałaby nam więcej o gadach, które kiedyś władały planetą, niż tona skamieniałych kości, a potencjalny strumień nowych danych zapewniłby pracę kilkudziesięciu badaczom. Takie odkrycie byłoby też wielkim triumfem kryptozoologii, której dotychczasowe osiągnięcia pozwalają ją z czystym sumieniem odkładać na półkę z naukami patologicznymi. Gdy gromadzi się dowody nie mocniejsze niż kępki niezidentyfikowanej sierści, ludowe opowieści, niewyraźne fotografie i całe katalogi fałszerstw (tzw. surgeon's photo, film Pattersona), nie można oczekiwać więcej. Teraz jednak wzniosłaby się ponad analizę szumu. 

W następnym odcinku odpłyniemy do triasu i zobaczymy, co by było, gdyby Louis Wain rysował też dinozaury. 

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Zajrzałem ostatnio do bebechów bloga i odkryłem, że przyciąga wielu wędrowców, którzy szukają tu odpowiedzi na ważne pytania. Dlatego też postanowiłem udzielić odpowiedzi na kilka najciekawszych. 

czy sekret działa 

Nie.

co to znaczy prawda lezy po srodku 

To nic nie znaczy

cma z czego sie wykluwają 

Z jaj.

co ćwiczyć żeby było widać żyły na rykach

Podcinanie się.

co nowego u patryka geryla 

Buduje bunkry w Afryce.

co planują żydzi i masoneria w 2012 roku?

Depopulację.

co+to+znaczy+by%c4%87+partnerem+w+firmie+konsultingowej%3f 

To znaczy trzepać kupę kasy.

co to jest pendemia

Epidemia długopisów. 

czy bóg wiedział co robi szatan?

Jaki bóg?

czy kosmici zostali osadzeni przez boga 

Nie, otrzymali rozgrzeszenie w zamian za obietnicę ograniczenia żniw gamet na ziemi.

czy mowic psychopacie do widzenia 

Nie, bo zadźga nożem.

czy po biologii na uksw można zostać nauczycielem

Można, ale po co?

dlaczego jedni potrafia śpiewać ?

Bo życie nie jest sprawiedliwe.

dlaczego krzysztof jackowski pomylił się w sprawie wyników wyborów parlamentarnych w 2011 r , a może się nie pomylił 

Pomylił się, bo nie ma żadnego daru i jest zwykłym kuglarzem.

drzwi womitoryjne

Do znalezienia w najbliższym akademiku.

dziennik gajowego maruchy sobowtor pawla vi 

If NotFound(photo) Then Kill.Process

ewa wojciechowska prezes homeopatii na bezsenność

Z tego by wynikało, że Ewa Wojciechowska powoduje senność.

ile waży koń trojański mossakowski 

masa (koń trojański mossakowski) = masa (koń trojański) + masa (mossakowski)

jak rozpoznać oryginalne banknoty antarktyki 

Są całe białe.

jak sie czuli bolek i lolek na ksiezycu

Lekko im było.

kora masonem? 

Pień i Łodyga również

krzysztof rutkowski reptilian

No chyba żartujecie.

masz czasem uczucie że jesteśmy inwigilowani

Nie.

most z filmów taki czerwony

Hahaha, lol.

niędzyu bogiuem a prada 

Jest Peek & Cloppenburg.

po co kosmici porywają 

For reasons they alone can fathom.

podryw sprzedawczyni w sklepie 

"Twój ojciec musiał być piekarzem, skoro upiekł takie ciacho"

rasizm na swiecie wykres

Proszę bardzo

schemat scenki sprzedażowej w banku

- Dzień dobry.

- Dzień dobry. Czy macie odkurzacze? 

- Nie, tylko kredyty.

- To świetnie, wezmę tego Electroluxa.

- Do widzenia.

szaraki niemieckie doswiadczenia na ludziach 

Patrz: szaraki austriackie doswiadczenia na ludziach

w czym przedstawiamy gęstość zaludnienia?

Mapy, wykresy, tabelki.

zabojstwo leppera a echo chrystusakrola 

W 1:13 słychać strzał.

Dziękuję za uwagę, ciągu dalszego nie będzie.

Ktoś może zapytać, dlaczego komentuję artykuł ze stycznia. Otóż wynika to z tego, że notkę zacząłem pisać jeszcze w pierwszej połowie stycznia, ale potem o niej zapomniałem. Enjoy.

Fronda w nowym roku zaatakowała takim oto artykułem obnażającym bezsens kontroli populacji, która jak wiadomo jest czymś z gruntu złym i niemoralnym, a ludzie ją promujący to banda zaczadzonych marksizmem kulturowym degeneratów. I pewnie nawet bym się tym artykułem nie zajął, gdyby nie jego wtórność i intelektualna miałkość. To chyba ta przysłowiowa słomka, która złamała wielbłądowi grzbiet. Sam tekst jest tłumaczeniem artykułu popełnionego przez tego pana, ale żadne to usprawiedliwienie, prawda? Podstawowy argument przeciw kontroli populacji wygląda tak (i jest to jedyny argument, jaki tam zobaczymy): 

Tymczasem, nie ma absolutnie żadnego związku między wysoką liczbą ludności a katastrofami czy ubóstwem. Zwolennicy kontroli urodzeń mogą oczywiście uważać, że ideałem jest Demokratyczna Republika Konga ze swoimi 75-ma mieszkańcami na milę kwadratową, podczas gdy problem stanowi Hong Kong, gdzie na analogiczną milę przypada 6500 ludzi. Tak się jednak składa, że dochód na głowę mieszkańca tego ostatniego wynosi 43 tysiące dolarów rocznie, zaś Demokratyczna Republika Konga jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, z dochodem per capita wynoszącym 300 dolarów. Nie jest to w żadnym wypadku jakaś anomalia, gdyż inne najuboższe kraje są jednocześnie najsłabiej zaludnione.

To jest argument z kategorii "gdyby powodzie były problemem, to Sahara byłaby idealnym miejscem do życia", nie mówiąc już o tym, że to fragment zdania rozpoczynający się od "zwolennicy kontroli urodzeń" to zwyczajny chochoł. Bo czy ktoś na serio twierdzi, że Hong Kong jest przeludniony (akszli)? Pierwsza lampka, jaka zapala się przy czytaniu tego fragmentu dotyczy kontrastu między kategorycznością stawianej tezy ("nie ma absolutnie żadnego związku"), a uzasadnieniem, jakie tej tezie towarzyszy. Autor podaje dwa (słownie: dwa) przykłady, które mają taką tezę ilustrować. Tymczasem praktycznie od razu na myśl przychodzą Stany Zjednoczone, Kanada i Australia - trzy państwa, które bogactwo łączą z niską gęstością zaludnienia[1]. Przykładów gęsto zaludnionych i biednych państw też nie trzeba daleko szukać. Warto jednak zaprezentowaną tezę sprawdzić w sposób bardziej systematyczny. Rozpatrując cały świat i możliwie największą liczbę punktów danych, jaka jest zależność między gęstością zaludnienia, a (powiedzmy) PKB per capita? Sprawdzenie tego zajęło mi jakieś dziesięć minut, wyniki widnieją poniżej. 

density

Okej, jest delikatna pozytywna zależność, która całkiem nieźle wygląda tylko dlatego, że obie osie są w skali logarytmicznej (bez tego nic a nic byśmy nie widzieli). I faktycznie, ceteris paribus, im gęściej zaludniony kraj, tym zamożniejszy, zatem nie rozważamy tutaj tezy, która byłaby jawnie fałszywa. Co nie oznacza, że nie ma z nią innych problemów. Po pierwsze, zależność jest słaba. Po drugie, nie można wykluczyć, że ma ona czysto pozorny charakter, wszak pominięto całą masę czynników, które na bogactwo narodów wpływają (geografia, historia, klimat, ustrój społeczno-gospodarczy, instytucje, dobra lub zła polityka państwa), a o których długo by opowiadać. Dość powiedzieć, że dla każdego poziomu gęstości zaludnienia można znaleźć państwa, które dzieli przepaść. Każdą taką przepaść wyjaśnia splot wspomnianych czynników. Po trzecie, to tylko stopklatka, która nie uwzględnia gigantycznej dynamiki procesów, których kulminacją jest stan obecny[2].

Ale w idei, że gęstość zaludnienia ma znaczenie i sprzyja rozwojowi gospodarczemu, jest trochę prawdy. Przez znakomitą większość historii homo sapiens, wzrost populacji był jedyną oznaką rozwoju i jedyną konsekwencją postępu technologicznego (kłania się Malthus). Ponadto, im większa populacja, tym łatwiej znaleźć tam (na mocy prawa wielkich liczb) jednostki wybitne: wynalazców, odkrywców, naukowców, myślicieli, etc. Wyższa gęstość zaludnienia sprzyja intensywności kontaktów międzyludzkich (pamiętajmy, że liczba możliwych relacji między ludźmi rośnie wraz z kwadratem populacji). Wreszcie, najprawdopodobniej jest tak, że istnieje jakaś minimalna wielkość światowej populacji, która zapewnia wystarczającą podaż jednostek wybitnych i wystarczający popyt na określone dobra i usługi. To minimum już dawno temu przekroczyliśmy. Aby to dostrzec, wystarczy odnotować, że znacząca część populacji świata nie uczestniczy w globalnej wymianie wiedzy i technologii. Z punktu widzenia tego, co dzieje się w awangardzie, istnienie setek milionów wykluczonych biedaków jest nieistotne. 

Przechodząc do bardziej anegdotycznych argumentów, jeden z moich wykładowców zwrócił kiedyś uwagę na to, że utożsamienie "ludny czyli bogaty" miało mnóstwo sensu, np. w Starożytności czy w Średniowieczu. Wielki podział na bogatą Europę Zachodnią i biedną wschodnią był równocześnie podziałem na część charakteryzującą się dużą gęstością zaludnienia i sieci osadniczej i część, której puste przestrzenie opiewali poeci. Nie wnikam tutaj w kierunek przyczynowości, korelacja jest tutaj potężna. Dalej, większość z nas codziennie doświadcza korzystnego wpływu gęstości, mieszkając w miastach. Miasto, jako niemalże synonim cywilizacji, jest pomnikiem gęstości.

Ale wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Tak samo, jak zasadniczo nierelewantne są wyliczenia dotyczące tego, że na świecie ziemi uprawnej jest wystarczająco albo że światowa konsumpcja żywności per capita jest odpowiednia (tylko dystrybucja szwankuje). Przeludnienie, typowo rozumiane jako wielkość populacji uniemożliwiająca zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzkich, nie jest problemem globalnym, tylko lokalnym[3], ale problemem pozostaje. Ujmując to najprościej, jak tylko można, są takie miejsca na Ziemi, których mieszkańcy nie są w stanie się wyżywić. 

Załóżmy, że jest tak, jak zapewnia nas autor i że możemy się wszyscy w każdym momencie wyżywić, jeśli tylko na całym świecie zapanuje kapitalizm przez duże "k". Kapitalizm z przyszłości (bądźmy hojni i załóżmy, że takie prosperity zapanuje w 2030) nie wyżywi ludzi, którzy głodują dzisiaj, nie wyżywi też za pięć lat dzieci, które mogłyby się nie pojawić, gdyby tylko ludzie mieli dostęp do antykoncepcji i wiedzę, jak jej używać. Zresztą, czy naprawdę mamy uwierzyć, że w warunkach komfortu ekonomicznego ludzie będą rozmnażać się w tempie obserwowanym obecnie? Jeżeli historia sytych społeczeństw Zachodu (i nie tylko) nas czegoś uczy, to tego, że przyrost naturalny wyhamowuje. Zjawisko to, dobrze poznane i obserwowane wielokrotnie i w różnych kulturach, nazywamy przejściem demograficznym

Last but not least, w podlinkowanym artykule bawi mnie przede wszystkim to, że cały ten wywód o Hong Kongu i Kongo ma się kompletnie nijak do wypowiedzi na temat przeludnienia zacytowanych przez autora. Tak, jak ja rozumiem problem przeludnienia, nie chodzi w nim o głód albo migracje. To są tylko symptomy, a problemem jest ograniczona pojemność planety i presja ekologiczna jaką stwarza systematyczny wzrost populacji. I te argumenty autor zresztą w pewnym miejscu przytacza, tylko po to, by kompletnie je olać i wypełnić wypowiedź nieistotnym porównaniem Hong Kongu do Antarktydy. Oczywiście, tylko część tej presji jest związana bezpośrednio ze wzrostem populacji, równie ważnym czynnikiem jest wzrost zamożności - wyobraźmy sobie, jak wyglądałyby nasze szanse na powstrzymanie globalnego ocieplenia, gdyby Chińczycy i Hindusi zużywali energię i surowce naturalne oraz emitowali gazy cieplarniane w takich ilościach (licząc per capita), jak Amerykanie. Horror.

Zauważmy jednak, że w takim razie na świecie jest nas tylu, że gdyby wszyscy byli w miarę zamożni i mieli zaspokojone nie tylko niższe, ale też wyższe potrzeby, w taki sposób, w jaki się je zaspokaja w krajach rozwiniętych, to świat byłby miejscem nie do zniesienia, a my bylibyśmy ugotowani. Skoro tak, to myśl, że może nas być za dużo, nie jest całkowicie niedorzeczna. 

A autor artykułu z Frondy? Not sure if dishonest or just stupid. 

[1] Ktoś może odpowiedzieć, że to bez sensu przykłady, bo to wielkie państwa, rozciągające się na całe kontynenty, więc trochę bez sensu porównywać. Ale jaki jest w takim razie - że odbiję zawczasu piłeczkę - odpowiedni poziom terytorialnej dezagregacji, żeby sensownie porównywać gęstość zaludnienia i zamożność? Granice państwowe są arbitralne, ale wyznaczają wspólnoty doświadczeń. Gęstość zaludnienia obydwu Korei jest dość podobna. 

[2] Jeżeli ktoś nie widział, to polecam ten wykład jako ilustrację tego, jak szybko i jak fundamentalnie pewne rzeczy mogą się zmieniać.

[3] Mam na myśli nie to, że tak rozumiane przeludnienie jest wyłącznie sprawą ludzi, których bezpośrednio dotyka. Wręcz przeciwnie. Lokalność oznacza tyle, że dotyka to pewien odsetek ludzkości na ściśle określonym terenie. 

piątek, 02 marca 2012

"Antropolog i anarchista" David Graeber we wstępie do swojej znakomitej książki pisze o dość symptomatycznej rozmowie, jaką zdarzyło mu się przeprowadzić z pewną młodą damą. Wyraziła ona pogląd, że długi należy spłacać. Niech Czytelnik zastanowi się nad tym zdaniem - mnie osobiście w związku z nim narzucają się dwie rzeczy: (1) to zdanie z pozoru wygląda na coś oczywistego i rozsądnego; (2) posiada wymiar etyczny. W takim ujęciu spłata długów staje się obowiązkiem moralnym dłużnika, choć na początku wcale tak być nie musiało.

Problem polega na tym, że takie postawienie sprawy niebezpiecznie przerzuca ciężar odpowiedzialności na dłużnika, pomijając rolę wierzyciela w tym układzie. Tymczasem, spłacenie długu nie jest obowiązkiem. Konstrukcja pożyczki (czy też jakiejkolwiek formy tworzenia długu) zakłada możliwość jej niespłacenia (całkowitego lub częściowego). Nazywa się to ryzykiem kredytowym. Każdy bank ma departamenty zajmujące się wyłącznie oceną tego ryzyka, które to departamenty mogą wprawdzie działać lepiej lub gorzej albo być w ogóle ignorowane przez kierownictwo, ale co do zasady istnieją. Dlatego właśnie kredyty są często wysoko oprocentowane, dlatego na stopy procentowe a narzuca się marże. Jeżeli ktoś brał kredyt mieszkaniowy, zapewne wie, jak to wygląda i co się dolicza do "gołej" stopy procentowej (WIBORu). Rozpiski, które przy tej okazji dostaje się z banku, potrafią być szczegółowe aż do obrzydliwości. Z podobnych powodów Provident pożycza na 20%.

Jeżeli w dodatku pożyczka jest z zabezpieczeniem, to o czym my tu w ogóle mówimy? Wtedy niezależnie od tego, co się stanie, wierzyciel otrzyma coś z powrotem. Może nie otrzymać wszystkiego, ale jakiś (kilkadziesiąt) procent wartości kredytu zostanie odzyskany, co wciąż stanowi więcej niż zero, przy założeniu, że cała transakcja odbywa się w praworządnym państwie. Nawiasem mówiąc, zdarza się i tak, że wartość odzyskana w razie upadłości jest większa od wartości pożyczki. Wtedy wierzycielowi opłaca się zmusić dłużnika do bankructwa. Ale to temat na zupełnie inną notkę.

To ciekawe, jak często zapominamy, że w tym stosunku są dwie strony: dłużnicy i wierzyciele. Każda ze stron ma swoje racje, swoje interesy i swoją pozycję negocjacyjną. Dwie strony, pomiędzy którymi powinna istnieć równowaga, kształt której wynika z tego, jaką mamy kulturę, jakie instytucje i jakie prawo. Tym z kolei w dużej części zawiaduje państwo, podejmując decyzje o charakterze politycznym na korzyść jednej lub drugiej strony. Z jakiego więc powodu tak bardzo faworyzujemy wierzycieli i glanujemy dłużników? Kiedy słyszymy o narastającym długu, niespłacanych pożyczkach i innych tego typu problemach, pierwszymi winnymi nader często są dłużnicy. Ci nieodpowiedzialni ludzie, którzy nabrali dużo pożyczek, którzy nierozsądnie zadłużyli się ponad miarę. Ci biedacy z niskimi dochodami, którzy zawsze powinni byli mieć zerową zdolność kredytową. Ten podobny do szarańczy konsument, który z kredytu finansuje swoją rozbuchaną konsumpcję, zapominając o protestancko-chińskiej cnocie oszczędzania.

Te rozważania wiążą się nie tylko z nieustającym, pełzającym i bardzo męczącym kryzysem greckim, ale również z takimi kwestiami, jak ruch OWS, skandal z przejmowaniem domów dłużników w Stanach (tzw. foreclosures) czy też z problemem długu generowanego przez pożyczki studenckie. To wiąże się też z tym, jak o tych kwestiach rozmawiamy i jak ustawiamy dyskusję. Nie zamierzam tutaj bronić Grecji, ten kraj nawet bez kolejnych rund wymuszonych z zewnątrz cięć budżetowych byłby w fatalnej sytuacji. Pamiętajmy jednak, że ktoś greckim rządom pożyczał na niski procent, chociaż nie istniał żaden realny powód, żeby Grecja była postrzegana jako równie wiarygodny partner, co Niemcy, Francja, a nawet Hiszpania. Nie były to krasnoludki, bo krasnoludki zapewne zajęte były rozmontowywaniem tych gałęzi tamtejszej gospodarki, które dzisiaj mogłyby pomóc krajowi wygrzebać się z gospodarczego kataklizmu.

czwartek, 01 marca 2012

Wczoraj rano przy śniadaniu wziąłem do ręki dwutygodnik "Show", z gracją słonia w składzie porcelany oprowadzający czytelnika po niezliczonych bankietach, pokazach, wernisażach, premierach i innych bezproduktywnych imprezach, które zaludniają nie tylko rozmaite sławy, ale także cała masa ludzi, których obecność w takich miejscach stanowi dla mnie zagadkę. Kim u diabła jest Marta Grycan? Albo Kate Rozz? Czy Borys Szyc dobrze się bawi w towarzystwie Dody? Jaki tatuaż ma nowy kochanek Jennifer Lopez, nawiasem mówiąc, prawie dwa razy od niej młodszy? Jakie buty ma Ilona Ostrowska i czy była w nich na ranczu? Co robiła noga Angeliny Jolie na gali oskarowej i czy berberyjski strój Jarosława Kreta jest protestem przeciw oskarowemu triumfowi Iranu nad Hollandią? Aż tu nagle ktoś, kto się wyróżnia z tłumu celebrytów na dorobku, celebrytów i celebrytów na emeryturze.

Enter Krzysztof Rutkowski.

Gdybym miał komuś ad hoc zorganizować zabawę w znalezienie jednego elementu, który nie pasuje, pokazałbym mu tę gazetę. Bo - BACH - na czterdziestej stronie spogląda na nas ogromna twarz polskiego Duke'a Nukema, Krzysztofa Rutkowskiego. A jest to postać z zupełnie innej bajki. Czerwony garnitur, rezydencja w stylu gołębiewskim, pistolet i ciemne okulary, prosto od Lance'a Armstronga. Oto redaktorzy "Show" postanowili swoich czytelników uraczyć wywiadem - laurką z najbardziej żałosnym ucieleśnieniem archetypu szeryfa, jakie w życiu widziałem. Wywiad ten charakteryzuje się tym, że w czytelnikowi bardzo szybko kończą się dłonie do robienia facepalmów i trzeba sobie radzić inaczej. Kto próbował walić w stół głową z założonym podwójnym facepalmem, ten wie, jaka to katorga.

Na rozgrzewkę dostajemy serię obciachowych zdjęć z lat 90-tych i jeszcze bardziej obciachowe zdjęcie Duke'a z bukietem goździków oraz masę mocno przesadzonych stwierdzeń na temat świata rzeczywistego (czytamy, że Rutkowski jest "mistrzem autopromocji", a "jego romans z zakonnicą śledzi cała Polska" - do tej ostatniej kwestii jeszcze wrócimy). Jaka więc jest historia Krzysztofa Rutkowskiego? Gdyby Orson Welles ożył i mógł nakręcić o film o detektywie Rutkowskim, to jaki byłby to film? Otóż, nie byłby to film, tylko serial rozpisany na sześć sezonów, trzy serie komiksów, figurki do zabawy i zestawy teflonowych patelni z autografem Rutkowskiego ("Idealne do odbijania kotletów i zakładników"). "Detektyw Rutkowski. Człowiek." to opowieść o miłości nie znającej granic i wstydu, niebezpieczeństwie zaglądającym sobie z przerażeniem w lustro i ciężkiej pracy i wielkich owocach. Ale przede wszystkim o miłości, na temat której Rutkowski ma sporo do powiedzenia: 

- Moje oko wybiera same najładniejsze [kobiety]. To oko jest dobre do strzelania i do wybierania kobiet. Zawsze celne.

- Co najbardziej lubi pan w kobietach?

- Dla mnie najważniejszy jest wygląd. Kobiecość zawarta w powierzchowności. Moja kobieta musi byc ładna. I szczerze mówiąc, te kobiety, które miałem, były ładne i fajne. Osoba, z którą jestem teraz, jest cudowna i przepiękna. Ale ważne jest i wnętrze - mądrość.

- Ważniejsza jest mądrość czy uroda?

- To musi być jedno i drugie. Inaczej kobieta jest na jedną noc. Bo jeśli kobieta jest tylko mądra, nie ma mowy nawet o jednej nocy. Kobieta musi mi się najpierw spodobać i wtedy jest bajera.

- Co to jest ta bajera? Jak pan to robi?

- Normalnie! Bajera! Wchodzę, patrzę i mówię: "Nie, ja nie wierzę, trzymaj mnie, bo zwariuję! Zakochałem się! Ja się z tobą ożenię. Jesteś piękna. Nie chcę pracować, nie chcę nic, tylko ty!" No i tak, piękne słowa... No, ale przychodził dzień następny: "Sorry bardzo, ale robota wzywa, muszę lecieć".

- To ile ich było?

- Chyba w setkach trzeba liczyć. 

Dobra bajera nie jest zła. Można próbować na Golfa dwójkę w pobliskim lesie (a jak kolega pożyczy, to nawet trójkę). Można też, tak jak Rutkowski, zgrywać skończonego palanta. Sprawdzić czy nie zakonnica. Tutaj trzeba nieco bardziej subtelnie, o co prowadzący wywiad nie omieszkał zapytać.

- Luizę poznał pan w niezwykłych okolicznościach. Była zakonnicą.

- Tak. Prowadziłem pewną akcję przy zakonie, a Luiza była tam w nowicjacie. Przechodząc obok mnie, filozoficznym językiem zwróciła mi uwagę, że można stosować inne metody niż te, które ja stosuję. Odpowiedziałem jej po swojemu, żeby raczej zaczęła się modlić za tego bandytę, bo spędzi w więzieniu aż pięć lat. 

Filozoficznym językiem? Biorąc pod uwagę poziom i styl wypowiedzi drugoobiegowego detektywa, Luiza mogła zauroczyć go takimi słowami i pojęciami, jak "praworządność", "humanitaryzm", "prawa obywatelskie", "dyplomacja" i "negocjacje".

W międzyczasie pada sakramentalne pytanie o Bonda, do którego Rutkowski jest często porównywany (bo między jedną a drugą strzelaniną jest w stanie poderwać nawet zakonnicę), a którego to pan Krzysztof, uważający się za konesera kina akcji, zasadniczo nie lubi. Jako znany pacyfista, negocjator i przeciwnik bezprawnego nadużywania siły zagranicą, zawsze dokłada wszelkich starań, żeby jego akcje nie wyglądały, jak ordynarne porwania wyjęte z jakiejś docudramy. Dziwi więc, że Krzysztof Rutkowski nie lubi filmów z Bondem, bo są sztuczne. W ogóle nie lubi, gdy jest dużo wybuchów, samochody fruwają, a ludzie się szczelają, bo to sztuczne i płytkie. Co innego np. "Metro strachu", tu jest "mocna psychologia". Wątek kina akcji kończy Rutkowski nastepująco:

Lubię też filmy, w których odnajduję siebie, np. "Misję" z Robertem De Niro.

Ani chybi odnajduje tam tę cząstkę siebie, która odpowiada za zapraszanie milicjantów na imprezy do domu i masowe dawanie policjantom z drogówki autografów. Albo tę, która wiąże się z jego wykształceniem (Technikum Mechanizacji Rolnictwa - pamiętajmy, że Jezus nie skończył nawet podstawówki). Widzicie, zupełnie jak De Niro w "Misji", Rutkowski potrafi sam sobie naprawić samochód i rozpoznać, kiedy mechanik go chce zrobić w ciula.

Pozostaje nam też cieszyć się, że mamy taki narodowy skarb. Drugi powód do radości jest taki, że - niczym w najpiękniejszych wizjach Dawkinsa - geny Rutkowskiego będą żyć dalej, propagować się i prześladować nas w mediach. Córka Rutkowskiego jakiś czas temu spaliła magazyn winogron, co detektywa Rutkowskiego napełnia niesamowitą dumą. On w jej wieku podpalał tylko siano (ciekawe, czy się zaciągał). Oto sztafeta pokoleń. Oto wzorzec z Sevres relacji córki z ojcem. A oto ja po przeczytaniu tego wywiadu: 

Niniejsza notka powstała na życzenie blogera Barta. Za udostępnienie egzemplarza "Show" dziękuję pewnej czytelniczce.

czwartek, 19 stycznia 2012

Portal uraczył nas wczoraj artykułem o obecności zjawisk paranormalnych w życiu znanych ludzi. Tekst ten, będący luźnym zbiorem przyjętych bez krzty krytycyzmu anegdot, zaczyna się od następującego wyjaśnienia, dlaczego mamy owe anegdoty traktować poważnie i pochylić się na nimi ze szkiełkiem i okiem (albo otworzyć serce na tajemnicę przez duże "t"). 

Spośród różnych relacji o przeżyciach z dziedziny "zjawisk niewyjaśnionych" najbardziej interesujące są te, których autorami są osoby znane i popularne. Trudno bowiem podejrzewać, że zdecydują się one na podważenie swojego autorytetu poprzez opowiadanie bajeczek dla naiwnych.  

Taki krótki fragment, a tyle błędów logicznych? Wymieńmy i scharakteryzujmy je pokrótce:

  • Stawianie chochoła (straw man). Nikt rozsądny nie twierdzi, że znani ludzie opowiadają "bajeczki dla naiwnych", co oznaczałoby najprawdopodobniej, że ze złej woli wprowadzają w błąd tych maluczkich, którzy są im skłonni wierzyć z uwagi na pozycję, jaką zajmują. Coś widzieli, czegoś doświadczyli, wierzą w to, co widzieli i czego doświadczyli, ale mylą się co do natury tego czegoś. To naprawdę proste.
  • Fałszywa alternatywa (false dichotomy). Pomiędzy przyjęciem takich opowieści za prawdę, a odrzuceniem jako świadomych zmyśleń i kłamstw, są jeszcze inne możliwości. Holoubek, Reagan, Szaflarska i Piłsudski, wymienieni w cytowanym tekście, zapewne doświadczyli czegoś, czego nie potrafili wyjaśnić, a może nawet wierzyli w to, że byli świadkami jakichś zjawisk paranormalnych. Nie oznacza to jeszcze, że rzeczywiście mieli do czynienia z paranormalnym. Patrz wyżej. Od dłuższego czasu wiadomo, że nasze mózgi nie tyle budują obraz świata zewnętrznego taki, jakim on jest w rzeczywistości, ale również konstruują świat przedstawiony.
  • Argument z autorytetu (argumentum ad verecundiam). Z jakiegoś powodu mamy zeznaniom osób znanych przypisywać dużą wagę. Niestety, nie ma żadnego związku między sławą a posiadaniem kwalifikacji niezbędnych dla oceny zjawisk atmosferycznych i astronomicznych, psychologii, magicznych sztuczek, etc.

W wymiarze materialnym teza stawiana przez autora artykułu jest również kompletnie pozbawiona podstaw. Jeżeli historia może nas czegoś nauczyć, to tego, że błądzenie jest rzeczą ludzką, nieobcą nawet wybitnym naukowcom, mężom stanu, artystom, przedsiębiorcom, społecznikom. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy mamy w gruncie rzeczy ten sam aparat poznawczy, z tymi samymi niedoskonałościami i dziurami. Nie ma powodu sądzić, że znany aktor będzie w stanie rozpoznać planetę Wenus w otoczonym świetlistym halo, migoczącym obiekcie, który uparcie go śledzi znad horyzontu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Tagi