Wielki świat, kuchenny blat.
sobota, 06 lutego 2010

Czyli jak prasa lokalna obala Religię Globalnego Ocieplenia.

Powoli zaczynam wierzyć w przeznaczenie. W pierwszej fazie życia tego blogaska nader często pisałem w różnych okolicznościach o gospodyniach domowych z Opola Lubelskiego, a teraz - po kilku miesiącach! - trafia mi się tekst z Opola (nie, nie Lubelskiego) tak kuriozalny, że wszystkie kończyny opadają. Reportaż pt. "Koniec świata ekologów" ukazał się w Nowej Trybunie Opolskiej, bliżej nieznanym lokalnym periodyku, który zaistniał w mojej świadomości tylko dlatego, bo pacjenci Wykopu uznali to kuriozum za godny polecenia przegląd aktualnej wiedzy na temat zmian klimatu. Wykop.pl, trzeba wiedzieć Czytelnikowi, jest na mapie polskojęzycznej Otchłani ważnym miejscem, to obszerny płaskowyż głupoty, która ujawnia się na ogół w intensywnym promowaniu branych nie wiadomo skąd tekstów o totalitarnym obowiązku zapinaniu pasów, zakazie używania czajników elektrycznych i nadchodzącej epoce lodowcowej, że o okazjonalnej bucerii w komciach nie wspomnę.

Tym razem wykopowicze ochoczo rzucili się na płód fantazji anonimowego dziennikarza Nowej Trybuny Opolskiej, który za pomocą riserczu ziemkiewiczowskiego obalił globalne ocieplenie. Nie mogłem, po prostu nie mogłem tego zostawić bez komentarza. Bzdury, bzdury i wszystko bzdury, a poza tym - arogancja ignorancji. Dopuszczam do siebie myśl, ze mam do czynienia z prowokacją, że ktoś w Nowej Trybunie Opolskiej zdecydował się strollować polskich denialistów, ale myśl ta jest jednak na razie zbyt szalona... Przejdźmy jednak do rzeczy.

Teoria o wpływie człowieka na globalne ocieplenie w ostatnich latach była niemal religią. Teraz pada jak domek z kart. W ofensywie jest pogląd, że jedyne, co ludzkość może w kwestii zmian temperatury, to mierzyć je i obserwować z pokorą dla potęgi natury, wobec której znaczymy tyle, co nic

Zastanawiałem się, gdzie to słyszałem i już wiem. Toż to końcowy monolog Dicka Cheneya z filmu "Pojutrze", dzieła bardzo ważnego dla całej tej kontrowersji.

Mimo kompromitacji w sprawie lodowców w najwyższych górach świata IPCC nadal twierdzi, że człowiek jest winny ocieplaniu się klimatu.

Ach, skandal z lodowcami. O co chodzi? W jednym z raportów IPCC znalazła się mocno zawyżona predykcja tempa topnienia lodowców w Himalajach. Ktoś popełnił błąd i pozwolił informacji wyssanej z palca znaleźć się w mało znaczącej części raportu. No, ale dla dziennikarza to jest "kontrowersja", choć przecież nie ma to związku ani z naukowym fundamentem "religii globalnego ocieplenia". Jak w przypadku wszystkich poprzednich skandali chodzi przede wszystkim o PR, a nie o prawdę.

– To bujda na resorach – uważa Tomasz Wasilewski, klimatolog i prezenter pogody w telewizji TVN24. Z długoterminowej prognozy zaprezentowanej kilka tygodni temu przez tę stację wynikało, że luty, marzec, kwiecień i maj tego roku będą zimniejsze niż w ostatnich latach. Już wiadomo, że prognoza się nie sprawdziła, ponieważ styczeń, który miał być w normie, zaskoczył rekordowymi mrozami. Wszystko to jednak tylko wzmacnia tezę Wasilewskiego, że globalne ocieplenie jest mitem.

Zdaję sobie sprawę, że gdy z hukiem walą się ekofaszystowskie pseudoautorytety naukowe, zagubiony człowiek musi znaleźć sobie nowy punkt odniesienia, ale niech to będzie ktoś poważny, jak np. papież. No, ale po kolei:

  1. Tomasz Wasilewski jest magistrem z Wydziału Geologii UW (specjalność "meteorologia i klimatologia", och) i pogodynką w TVN, a nie żadnym tam klimatologiem.
  2. Prognoza dotyczyła również okresu luty - maj, ale już wiadomo, że się generalnie nie sprawdziła.
  3. Mrozy w styczniu nie były rekordowe nawet w ostatnim dziesięcioleciu.
  4. W jaki sposób lokalnie zimny styczeń wzmacnia jakąkolwiek tezę, pozostaje tajemnicą wielce szanownego autora i jego uczonego rozmówcy.

Krótko mówiąc, polski klimatolog wygląda tak, a amerykański tak. Dalej jest tylko gorzej, słowo daję.

Do niedawna niewielu miało odwagę tak otwarcie podważać tezy naukowców obarczających ludzkość za podnoszenie się temperatury na Ziemi.

Śmiali się z Galileusza, śmiali się z Einsteina, śmieją się z Jaworowskiego. Psipadek?

Sytuacja zmieniła się pod koniec 2009 roku, w przeddzień szczytu klimatycznego w Kopenhadze. Okazało się wtedy, że naukowcy z Uniwersytetu Wschodniej Anglii związani z IPCC wbrew wynikom pomiarów usiłowali manipulować danymi pogodowymi, by ukryć prawdę o tym, że w ostatnich latach klimat Ziemi się ochładza.

O tak, rzeczywiście (A, B, C). Ordynarne fałszerstwa i nieczyste gierki nie uratują klimatycznego szwindlu, bo LUDZIE SIEM BUDZOM:

Najważniejsze jej ustalenie jest takie, że sam wyciek nie został spowodowany przez hakerów, lecz pracowników instytucji naukowych, przerażonych skalą manipulacji klimatologów „podgrzewaczy” – mówi prof. Zbigniew Jaworowski, lekarz, badacz klimatu i przewodniczący rady naukowej Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Profesor jest znanym polskim naukowcem, głoszącym od lat tezę, że globalne ocieplenie z winy człowieka to bzdura.

Nie, nie. Stanowczo zaprzeczam, jakobym miał teraz jakiekolwiek filmowe skojarzenia. W następnym akapicie pojawia się wypowiedź lidera partii Zieloni 2004. Nihil novi, Wildstein do swojego programu też zaprosił aktywistkę z organizacji ekologicznej, a nie klimatologa lub fizyka. W międzyczasie okazuje się również, że dziennikarz, obok twórczego mielenia materiałów dostępnych w Internecie, zdolny jest do krytycznego oglądu rzeczywistości za pomocą przyrodzonych zmysłów:

Równie łatwo, wyglądając za okno, można stwierdzić, że tegoroczna zima jest wyjątkowo sroga, a te w ostatnich latach były wyraźnie chłodniejsze niż pozbawione śniegu zimy lat 90.

Przepraszam najmocniej, ale że co? Pamięć ludzka jest jeszcze bardziej zawodna niż przypuszczałem jeszcze parę tygodni temu. Nie wiem nawet, jak w głowie autora zalęgła się myśl, że w ostatnich latach mieliśmy w Polsce chłodne zimy. Then again, tu chodzi o globalne ocieplenie. Globalne. No, ale przecież: KOMU BĘDZIECIE WIERZYĆ? WŁASNYM OCZOM CZY NASZYM ZAWODNYM MODELOM MATEMATYCZNYM? A w ogóle, to polecam sprawdzić, jaką pogodą cieszą się obecnie mieszkańcy takich miast, jak Vancouver, Toronto, Władywostok czy Reykjavik. Zresztą, po co ja sobie język strzępię, wystarczy popatrzeć na mapę.

Bo od 10 lat klimat na Ziemi się oziębia. Średni spadek temperatury w obecnej dekadzie w USA, a tam pomiary są najbardziej szczegółowe, wyniósł 1 stopień Celsjusza – informuje profesor Jaworowski. – To dowodzi, że zmiany klimatu mają miejsce, ale idą w zupełnie innym kierunku, niż mówią „klimatolodzy-podgrzewacze”. Najważniejsze jest to, że człowiek nie ma na nie żadnego wpływu – podkreśla profesor.

I pewnie dlatego topnieją lodowce i zmniejsza się pokrywa lodowa w Arktyce. I oczywiście fakt, iż mijająca dekada została uznana za najcieplejszą w historii pomiarów, a rok 2009 należał do najcieplejszych (na półkuli południowej był chyba w ogóle najgorętszy w historii), nie ma żadnego znaczenia. Zresztą, już wiemy wszyscy, że dane zostały sfałszowane. Jeśli jednak zostały sfałszowane, to jak możemy twierdzić, że Ziemia się oziębia? Niektórzy ludzie naprawdę nie widzą tej monstrualnej pułapki, którą sami na siebie zastawiają. Do kwestii spisku jeszcze wrócimy.

Profesor Jaworowski swoje artykuły nt. zmian klimatycznych i tezy, że człowiek nie ma z nimi nic wspólnego, publikuje w najpoważniejszych czasopismach naukowych na świecie, m.in. „21st Century Science&Technology”.

ROTFL. Ktoś zdaje się czytał materiał z TVN24, na widok którego wszyscy sceptycy ryknęli śmiechem. A na dodatek "renomowane czasopisma specjalistyczne" w głowie dziennikarza zmutowały w "najpoważniejsze czasopisma naukowe".

W lutym 2009 roku Komitet Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk wydał stanowisko stwierdzające, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze nie ma i nigdy nie miało wpływu na podnoszenie się temperatury na Ziemi. 

„W ciągu ostatnich 400 tysięcy lat – jeszcze bez udziału człowieka – zawartość CO2 w powietrzu, jak tego dowodzą rdzenie lodowe z Antarktydy, już 4-krotnie była podobna, a nawet wyższa od wartości obecnej” – czytamy w stanowisku naukowców PAN.

Pomijając już fakt, że wcale nie była, to cały ten argument jest oparty na elementarnym błędzie logicznym. Z tego, że klimat się zmieniał w przeszłości bez udziału człowieka, nie wynika, że nie może obecnie zmieniać się za jego sprawą. To, że kiedyś ludzie też umierali, nie oznacza, że dzisiaj nie mogą ginąć w katastrofach lotniczych. A stanowisko geologów z PAN? Cóż, przypuszczam, że nie afiszują się z nim na międzynarodowych konferencjach.

Wyciek e-maili kompromitujących IPCC i 300-letnia pomyłka w kwestii daty stopnienia himalajskich lodowców ukazały, że rządy, a w ślad za tym miliardy ludzi mogły paść w ostatnich latach ofiarą gigantycznej manipulacji klimatologów i zauroczonych nimi ekologów.

Do tej pory miałem w głowie obraz owładniętych morderczą ideologią ekologów, którzy skorumpowali i opętali innych naukowców, ale być może dałem się ponieść stereotypom. Jakiejkolwiek popularnej teorii spiskowej byśmy nie rozważali, zawsze natrafiamy na podstawowe przeszkody, które uniemożliwiają nam uznanie danej spiskologii za prawdopodobną. Im większa skala spisku, tym więcej osób jest w to zaangażowanych i tym większa szansa, że coś pójdzie nie tak. A rozmiary postulowanego spisku klimatologów i ekologów są tak wielkie, że wymagają chociażby fałszowania niezależnych wyników badań pochodzących z różnych dziedzin nauki. Wymagają trwającego dziesiątki lat gwałtu na fizyce i, przede wszystkim, złej woli w kosmicznych ilościach. Argumenty psychologiczne również całkiem chybiają celu, ciężko bowiem zrozumieć utrzymywanie się pewnych mechanizmów w środowisku naukowym przez dziesięciolecia.

Na świecie trwa kontrofensywa naukowców twierdzących, że człowiek nie ma nic wspólnego ze zmianami klimatu, bo te w 95, a może nawet 99 procentach zależą od aktywności Słońca. W latach 1975-98 była ona podwyższona, stąd temperatura na Ziemi rosła, od dekady jest odwrotnie.

Już sobie wyjaśniliśmy, że temperatura nie spada.

- Gdy temperatura oceanów rośnie, paruje z nich więcej dwutlenku węgla. Dlatego zawartość dwutlenku w atmosferze zależy od temperatury na Ziemi, a nie odwrotnie. Człowiek natomiast może się tylko tym procesom przyglądać, ale nie ma na nie żadnego wpływu – mówią naukowcy kwestionujący teorie ekologów.

Myśleliśmy, że teorie wymyślają klimatolodzy, a ekolodzy tylko gapią się na to wszystko swoim cielęcym wzrokiem.

Ich liczba rośnie, bo już nie są zahukani przez nurt do niedawna dominujący i dyskusja na temat zmian klimatu odżywa na nowo.

Mogę się założyć, że autor tego artykułu uważa, że bierze udział w naukowej debacie i że debaty takie prowadzi się np. na łamach Nowej Trybuny Opolskiej lub w komentarzach na blogaskach publicystów Rzeczpospolitej.

Wraz z nią pojawiają się pytania, komu zależało na promocji mitu o ociepleniu i manipulowaniu danymi o temperaturze w celu ograniczenia emisji CO2 do atmosfery.

Bez "cui bono?" nie ma dobrej teorii spiskowej.

Profesor Jaworowski i na ten temat ma swoja teorię. (...) - To jest spisek mający na celu podważenie fundamentów cywilizacji przemysłowej i odebranie miliardom ludzi jej zdobyczy.

Mam tylko jedno pytanie: ALE DLACZEGO? Zapewne jestem sprzedajną szmatą, ale każde jedno bajanie o mrocznych siłach kształtujących bieg wydarzeń na świecie powoduje, że w głowie zapala mi się ostrzegawcze światełko. Historia, na którą tak lubią się powoływać zwolennicy teorii spiskowych, uczy nas raczej, że spiski są ograniczone - tak pod względem czasu i miejsca, jak i pod względem założonych celów. Są również niezmiernie kruche. Z drugiej strony, głupota ma się dobrze, jak zawsze.

piątek, 05 lutego 2010

Z różnych powodów byłem przez ostatnie dwa tygodnie w sporym niedoczasie, wskutek czego blog zaczął pokrywać się kurzem i spadać powoli w zapomnienie. Teraz jednak, gdy czasu jest jakby więcej i gdy inspiracje same walą drzwiami i oknami, po prostu trzeba zacząć nadrabiać zaległości. Wraz z nadejściem nowego roku w polskojęzycznej blogosferze objawił nam się nowy jasny punkt - Natural Health Consulting. Zaprawdę powiadam Wam, moc silna jest w nim, a lolcontent wydajnie produkowany. Możemy tam znaleźć głupiutką obronę homeopatii, teksty o zdrowiu w sensie magiczno-alternatywnym i kuriozalne teksty o szczepieniach. Nawet pobieżny ogląd wskazuje, że w tym sadzie owoce rosną w zasięgu ręki. Cóż, przynajmniej jest wesoło, zajmijmy się więc tym o szczepionkach.

Do tego wpisu poczułam się zobowiązana słysząc ataki na rodziców którzy nie pozwalają szczepić dzieci.

Dobrze jest zacząć tekst od postawienia słomianego chochoła. Ależ to nie są ataki, czasem jest to w miarę neutralna „wizyta z kamerą wśród zwierząt”, czasem głos zatroskania, a czasem – krytyka. Ale nie to jest sedno problemu. Żadna rodzina nie jest samotną wyspą (pośród oceanu toksyn), decyzje o nieszczepieniu podejmowane przez jednych mogą wpłynąć na dobrostan innych. Bez uświadomienia sobie tego nie ma o czym rozmawiać, niestety. I dalej zdanie, któremu coś urwało od składni:

Abstrahując od niedorzeczności ostatniego twierdzenia (konia z rzędem temu lekarzowi,który potrafi dokładnie i zrozumiale opowiedzieć pacjentowi o r e a l n y m działaniu szczepionki (bo by mam nadzieję nie robił takich propozycji) nie mówiąc o działaniach ubocznych oraz jej składzie czy losach specyfiku w organizmie.

Ale na czym miałoby polegać REALNE działanie szczepionki? Autyzm? Trwałe kalectwo? Zabicie duszy? Bez jaj.

JAK lekarz może być ekspertem w dziedzinie zdrowia czyjegoś dziecka?!

Na tym polega ich praca.

TO RODZICE prowadzą wielostopniowe obserwacje maleństwa od początku,to oni obserwują biologiczną odpowiedź jego organizmu na wszelkie substancje,TO ONI są AUTENTYCZNYMI EKSPERTAMI,jeżeli chodzi o ICH dzieci.

Wielostopniowe, my ass. Człowiek generalnie jest istotą omylną, a jego postrzeganie rzeczywistości obciążają różne błędy, na omówienie których nie ma miejsca w ciasnej przestrzeni bloga. Ludzie dzielą się na tych zza Buga i nie zza Buga, na mądrych i głupich, ale wszystkie umysły mają tendencje do chadzania na skróty, naginania obserwacji do własnych uprzedzeń. O braku wiedzy eksperckiej nawet nie wspominam. Co gorsza (zdaję sobie przy tym sprawę, że to bardzo delikatna kwestia), związek emocjonalny wiążący rodziców z dziećmi może bardzo łatwo pogorszyć sytuację.

Coraz intensywniej usiłuje się pozbawić rodziców władzy nad ich dzieckiem,odseparować je od najlepszych opiekunów,jakich może mieć.

A przecież to oczywiste, że zaczyna się od szczepionek, a kończy na komsomołach.

Kiedy jednak mamy do czynienia z rodzicami,którzy wiedzą,co mówią i twierdzą,że ich dziecku szczepionka nie posłuży,to jakim prawem traktuje się ich jak kłamców,nieuków (bo moja racja jest najmojsza?),wreszcie chcących celowo dziecku zaszkodzić.Neguje się w ten sposób ich wiarygodność -zakłada nieuczciwość i doprowadza ich najkrótszą drogą do szukania innych wyjść -nie zawsze legalnych.Prawo jest im przyznawane tylko,kiedy o to walczą a i to nie zawsze.

Welcome to the desert of the Real, Neo. Jedni mają dowody, argumenty, zdrowy rozsądek i cały ten wielki gmach wiedzy (konstruowany mrówczą pracą!) po swojej stronie, a innym się wiecznie coś wydaje. Jedni mają rację, inni mają głębokie poczucie słuszności.

Przede wszystkim-zmuszanie kogokolwiek do czegokolwiek pod pretekstem jego dobra NIGDY nie oznaczało szczerych intencji.Przejmowanie odpowiedzialności za czyjeś życie było ZAWSZE domeną totalitaryzmu.Napoleon nie pytał ludu,czy chą być szczepieni.Tak samo Hitler.Podobnie i my nie jesteśmy teraz pytani (w większości).Powtórzę-jeżeli chcecie,żeby było dobrze,zatroszczcie się najpierw o miejsca pracy,o rozwój ludzi,o właściwą edukację,o zdrowe pożywienie,o takie prawo,aby każdy mógł mieszkać w godnych warunkach …wtedy nie będą już wam potrzebne żadne szczepienia,spadnie ilość pacjentów w gabinetach,spadnie też….o rany,spadnie zapotrzebowanie na farmaceutyki i w ogóle służbę zdrowia!No nie,co to,to za dużo…lepiej więc powiedzmy,że przejmujemy tę odpowiedzialność ( w takim razie odpowiedzcie za tyle ludzkich nieszczęść,fuszerek,kalectw-szczególnie nie ujętych w statystykach) i sprawa załatwiona.

Jakkolwiek byśmy nie lubili przymusu, nie da się ukryć, że jest on integralną częścią naszej cywilizacji. Chociaż można zastanawiać się, w jakich dziedzinach ten przymus powinien obowiązywać (liberał powiedziałby zapewne, że przymusu powinno być tyle tylko, ile potrzeba) i będzie to dyskusja w ramach racjonalnych ram, ale wyobrażenie sobie całkowitego jego braku jest równoznaczne z wyobrażeniem sobie totalnej utopii. Powrót na planetę Ziemia uświadamia nas, że przymus "dla naszego dobra" jest nie do uniknięcia. Płacimy w sklepach pieniędzmi, które narzuciło nam państwo. Z tychże samych pieniędzy finansowany jest zakup dóbr publicznych. Wysyłamy nasze dzieci do szkół, a sami pod przymusem ubezpieczamy się na starość. Mało tego, samo istnienie państwa i systemu prawnego jest przejawem przymusu. Totalitaryzm wyróżnia nie sam fakt stosowania przymusu, lecz maksymalizacja zasięgu jego stosowania. To częsty błąd internetowych mędrków, którzy zdają się zapominać, jak bardzo życie (i śmierć) w ustrojach totalitarnych różniło się od naszej egzystencji, jakkolwiek niekomfortowa, spaczona i pełna skaz by ona nie była. Co więcej, samo istnienie jakichś rozwiązań i stosowanie jakichś polityk w ustrojach totalitarnych nie przesądza o niczym. Jeździmy autostradami, które budował Hitler, jesteśmy adresatami kampanii antynikotynowych, które praktycznie wynaleziono w III Rzeszy.

Poza tym, to strasznie naiwny akapit. Człowiek, który odżywia się zdrowo, jest wykształcony i nie ma grzyba na ścianie, jest zapewne w ogólnym rozrachunku średnio rzecz biorąc zdrowszy niż śpiący pod przeciekającym dachem biedak w łachmanach. Dlatego też przeciętny Warszawiak jest zdrowszy niż, powiedzmy, mieszkaniec osiemnastowiecznego Londynu. Tylko, co z tego? Te znienawidzone farmaceutyki, których rzekomo nie potrzebujemy, są częścią splotu czynników, który wydźwignął nas ku światłu w bezprecedensowym tempie. Są rzeczy, które po prostu działają, nawet jeśli nie są bez wad.

Zanjomi pokazali mi nagranie programu z panią rozpaczającą,że jej dziecko nie zostało zaszczepione i zachorowało na chorobę niekoniecznie związaną w ogóle z danym szczepieniem.Pani była bardzo przekonana (intensywnie popierana przez założone świeżo stowarzyszenie proszczepionkowe),że to brak szczepionki spowodował chorobę jej dziecka.

Nie zostało powiedziane,jak wyglądało życie tej pani PRZED porodem,czy i jakie leki antykoncepcyjne brała,jak się odżywiała,jakie leki stosowała,w jakich warunkach rodziła,kto i jak przyjmował poród……Nie zostało powiedziane nic oprócz tego,że dziecko zachorowało,bo nie dostało szczepionki.Z oczywistych powodów nie zostali zaproszeni rodzice dzieci,które właśnie po szczepionkach zachorowały.

Potencjalnie wszystko może wpływać na wszystko, samo wyliczanie różnych czynników jest więc pozbawione sensu. Czy branie leków antykoncepcyjnych przed poczęciem dziecka może zwiększyć jego podatność na infekcje po urodzeniu? Nie brzmi to zbyt prawdopodobnie: infekcje, o których rozmawiamy i przeciw którym się szczepimy, powodują zarazki, czynnik całkowicie egzogeniczny. Ciężko znaleźć ciąg przyczynowo-skutkowy, który wiąże ze sobą gospodarkę hormonalną matki przed poczęciem i układ immunologiczny dziecka. Pomimo upartych starań altmedowców, żeby przerzucić całość winy na pacjenta (i to jest cecha, której autentycznie nie znoszę), rzeczywistość nie chce się zgodzić z tym postulatem. Czas pojąć, że świat jest wrednym, chaotycznym i nieprzyjaznym miejscem. Czasem wpada nam zarazek, czasem choroba genetyczna, a czasem przejeżdża nas rozpędzony pociąg. Kontrola i odpowiedzialność często są iluzją. Kosztowną iluzją, jeśli rezygnujemy z realnych rozwiązań.

Z drugiej strony, materiały propagandowe ruchu antyszczepionkowego nie pokazują ludzi, którzy uniknęli śmierci, kalectwa lub zwyczajnego cierpienia wskutek chorób, których zaistnieniu udało się zapobiec dzięki szczepieniom. Nie pokazują ludzi, którzy w poszukiwaniu alternatywnych metod leczenia zabłądzili tak daleko, że doprowadzili do śmierci swoich dzieci. Nie pokazują ludzi, którzy w czasach przed wprowadzeniem masowych szczepień „wzmacniali naturalną odporność” w bolesny sposób. Zbyt bolesny. Wszyscy mamy swoje małe grzeszki, nieprawdaż?

niedziela, 24 stycznia 2010

Jedną z rzeczy, na które lubię sobie od czasu do czasu ponarzekać, jest chroniczna skłonność niektórych ludzi do opierania swoich twierdzeń o niepewne i niesprawdzone źródła, które braki wiarygodności na ogół nadrabiają sugestywnością. Te źrodła to filmy video, których tworzenie i publikowanie zapewne nigdy nie było prostsze niż dzisiaj. Ściągnij darmowe oprogramowanie (lub zajumaj profesjonalne), wycinaj, kopiuj, wklejaj, wrzucaj na serwer. W dodatku, tak przygotowany materiał jest dużo strawniejszy dla przeciętnego zjadacza pizzy. Ot, potęga nowych mediów. Oczywiście, dla wielu YouTube kropka com to Fragment Wolnego Świata, nad którym Rząd Światowy i jego sługusy nie mają władzy (jak to jest możliwe, nigdy nie mogłem zrozumieć).

Łatwo poczynić następującą obserwację. W miarę wzrostu liczby uczestników lub w miarę upływu czasu prawdopodobieństwo, że ktoś w dyskusji dotyczącej jednej ze spraw będących w orbicie zainteresowania sceptyków i innych pasjonatów powoła się na film z YouTube'a, zmierza do jedności. Przykłady można długo mnożyć. W dyskusji o zamachach na WTC obowiązkową pozycją jest "Loose Change". Jeśli rozmawiamy o globalnym ociepleniu, prędzej czy później ktoś na pewno wspomni o "The Great Global Warming Swindle". Jeśli próbujemy przemówić do rozumu wariatom od chemtraili, zostaniemy zasypani długaśnym "Nie rozmawiaj o pogodzie" i dziesiątkami amatorskich filmów dokumentujących akcję trucia społeczeństwa za pomocą smug kondensacyjnych. Gdy przychodzi dyskutować z antyszczepionkowcami, na pewno dostaniemy namiary na materiały filmowe ze Św. Trójcą ruchu antyszczepionkowego (Majewska - Bein - Burgermeister) w roli głównej. Równie prawdopodobne jest odesłanie krnąbrnego sceptyka do jednej z propagandówek z gatunku "Rockefeller, Żydzi i hitlerowcy stworzyli współczesny przemysł farmaceutyczny". Na YouTube znaleźć można "The Secret", niebezpieczną i idiotyczną pochwałę myślenia życzeniowego, albo "What the Bleep Do We Know?", czyli bodaj najdroższy gwałt na fizyce w historii. Przegląd najlepszych materiałow z The International Journal of Youtube Medicine [ Physics, Economics, WTFics, etc. ] pewnie kiedyś zrobię, dziś coś innego chciałem Czytelnikowi pokazać.

W morzu bezwartościowych śmieci znaleźć można całkiem sporo perełek, które okazują się być uzyteczne. Spektakularny przykład to TED Talks (Przykłady: A, B, C). Mniej spektakularne znaleźć można na wyklętym przez nas, scepów, serwisie YT. Jeden z nich polecam dziś - to "The Dose Makes the Poison", czyli dwunastominutowa prezentacja poświęcona paru typowym błędom popełnianym przez tych, którzy lubią straszyć nas toksynami czającymi się w lodówce, strzykawce, wodzie z kranu...

Z nieco innej beczki - polecam też świetny cykl "Why Do People Laugh at Creatonists".

niedziela, 17 stycznia 2010

Z pl.misc.paranauki:

Coś w tym może być. Z tym światem coś nie gra. Ludzi jest znacznie mniej niż usiłuje nam to wmówić system, matrix, stan wojenny czy co to jest...
Jak byłem młodszy - oficjalnie na początku obecnego wyżu demograficznego - wszystkie dyskoteki były w moim mieście czynne. Tym razem objechałem dwie największe i były zamknięte. Pojechałem do trzeciej i nie chcieli mnie wpuścić. Komu ta komedia? Przecież
wiedziałem, że tam są pustki? Jak to możliwe, że mamy wyż, a nie ma ludzi?
Uparłem się. Powiedziałem głupotę, pretekst był i wszystko co trzeba.
Oczywiście nie wpuścili mnie, a spuścili mi łomot. Widać, jest to, aż tak ważne dla nich abyśmy wierzyli, że ludzi jest więcej niż jest naprawdę.

Nawet nie wiem, jak to skomentować. Dude... are you real?

czwartek, 14 stycznia 2010

W ostatnich dniach myśli wszystkich czujnych obserwatorów rzeczywistości zaprzątało przede wszystkim nagłe pojawienie się zimy w miesiącu styczniu, znanym wszak już naszym pradziadom z wysokich temperatur i łagodnej pogody. Żarty żartami, ale nie sposób zgodzić się z perfectgreybodym, że w tym roku zima zaskoczyła nie tylko drogowców, ale także i dziennikarzy. Pierwszy - lepszy przykład pochodzi spod pióra publicysty niezawodnej w tych kwestiach "Rzeczpospolitej", Marka Magierowskiego:

Można na przykład stwierdzić, że w globalnym ociepleniu nastąpiła „pauza” (...) Teraz prądy zachowują się inaczej, więc temperatury też się zmienią, ale, niestety, słupki rtęci powędrują nie w tę stronę, co trzeba. A przynajmniej nie w tę stronę, w którą chcieliby Al Gore i jego wyznawcy.

Ile pan Magierowski i jemu podobni zrozumieli z artykułu, na który się powołują, wyjaśnia szczegółowo blog Doskonale Szare (warto też zajrzeć do komentarzy). Ile z otaczającej ich rzeczywistości rozumieją z kolei tacy blogerzy, jak np. Astromaria lub Pogromca lewackiej propagandy, ciężko powiedzieć. Dość jednak personalnych przytyków. Osoby zainteresowane jeszcze bardziej szczegółowymi wyjaśnieniami chętnie odeślę do Skeptical Science. Zwrócę tylko uwagę na jedną istotną kwestię - dodatnie i ujemne anomalie na mapkach, którymi powinno się nieustannie zanudzać denialistów (skoro już przy nich jesteśmy, to podlinkowuje małe who is who) i głupich dziennikarzy, są zupełnie inaczej postrzegane przez statystycznego obywatela. Wreszcie, trzeba zauważyć, że nadzwyczaj zimno jest tam, gdzie są nasze cywilizacyjne centra (Europa, USA, częściowo wschodnia Azja), a nadzwyczaj ciepło na obszarach, na których generalnie nic ciekawego nie ma: na Grenlandii, w bezkresnej kanadyjskiej tajdze, nad oceanami. Chociaż, południe Australii nawiedza ostatnio fala upałów i mało kogo to obchodzi, bo przecież latem ma być gorąco, nie? Krótko mówiąc, pogoda to nie klimat, a globalne ocieplenie to nie systematyczny, stały rok do roku i jednorodny geograficznie wzrost temperatury, tylko wzrost średniej globalnej temperatury obserwowany w skali wieloletniej.

Cała medialna i okołomedialna wrzawa wokół tegorocznej zimy (bardzo ładnej zresztą) pokazuje, jak zawodna i selektywna jest ludzka pamięć. Nie ma wprawdzie sensu domagać się od nikogo pamiętania ciężkich zim z lat 70-tych (można spytać rodziców, jeśli kogoś interesują dowody anegdotyczne o kombatanckiej wręcz wymowie). Wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, przypadajacych - przynajmniej w jakimś stopniu - na słodkie dzieciństwo części czytelników. Wtedy utrzymujący się przez dłuższy czas śnieg nie był niczym zaskakującym w zimie. Skoro jednak kończąca się dekada była globalnie cieplejsza od poprzedniej, może nie warto cofać się w czasie aż tak daleko? Okej: w grudniu 2003 r. (a może był to 2002 r.?) podstępna napaść Generała Zimy poodcinała wioski w różnych częściach naszego kraju, w mojej okolicy wiejskie drogi utonęły w metrowych zaspach. Dodam, że w rodzinnym albumie mam zdjęcie znaku drogowego A-2 zagrzebanego niemal po sam czubek w zmrożonej zaspie. W styczniu 2006 r. było z kolei niewiarygodnie zimno i, gdy mówię "niewiarygodnie", mam na myśli mrozy daleko bardziej dotkliwe niż te, którymi martwimy się dzisiaj. Mało tego, osoby narzekające na styczniowy ziąb i trzydziestocentymetrową pokrywę śnieżną jakoś wyrzuciły z pamięci ciepłe Boże Narodzenie AD 2009 i szereg łagodnych zim z poprzednich lat, w których nagłe ataki zimy przeplatały się z okresami pogody raczej jesiennej.

Tymczasem, 2009 był kolejnym ponadprzeciętnie gorącym rokiem. Karawana jedzie dalej.

niedziela, 03 stycznia 2010

Pisanie niniejszej recenzji było tyleż trudne, co w gruncie rzeczy nieuniknione. Niewiarygodny wręcz sukces komercyjny trylogii Stiega Larssona, zasięg oddziaływania i międzynarodowe uznanie, jakie cykl "Millenium" zdobył w rekordowo krótkim czasie, zmuszają każdego potencjalnego recenzenta do wytężonej uwagi. Dodatkowo, idee propagowane przez "Millenium", będąc żywym zaprzeczeniem najgłębszych fundamentów cywilizacji łacińskiej, stanowią nie lada wyzwanie dla każdego, komu praca nad wzmocnieniem tychże fundamentów jest bliska. Jest to tym trudniejsze, że każdy krytyk musi zmierzyć się z legendą przedwcześnie zmarłego Stiega Larssona, który powoli urasta do rangi proroka, którym z całą pewnością nie jest. Nim rozpocznę szczegółową egzegezę książki (w szczególnosci, pierwszej części), chciałbym swoje stanowisko podsumować w jednym zdaniu. Otóż, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" jest książką niebezpieczną, zdradliwą, destrukcyjną dla społeczeństwa, jest przy tym wciągająca i grząska jak ruchome piaski, jak mityczne syreny. Czy możemy mówić już o ukąszeniu Larssonowskim? Fakt, że popularność jej wynika w dużej mierze z nieformalnego przekazu informacji i tzw. poczty pantoflowej, sprawia, że Larssonowi udało się coś, czego nie planował: zawładnięcie europejskimi umysłami[1]. Miliony sprzedanych egzemplarzy mówią same za siebie.

Akcja powieści dzieje się w Szwecji, w upadającym socjalistycznym raju, który wciąż widnieje na sztandarach marksistów kulturowych, bez wytchnienia walczących o stworzenie Nowego Człowieka w imię dawno skompromitowanych ideałów. W kraju, w którym rozbite rodziny wypluwają z siebie ludzi bez właściwości, gotowych do kształtowania przez aparat państwowy, w którym bliskich poddaje się kremacji i w najlepszym przypadku zabiera do domu, by postawić na półce obok fajki wodnej i pustej butelki po czerwonym Johny Walkerze, rozwiązły dziennikarz podejmuje się rozwiązania zagadki sprzed lat. Oczywiście, zagadka ta jest jedynie pretekstem, aby bez skrępowania pokazać upadek klas wyższych, demoralizację młodzieży i rzekomą homeostazę cywilizacji ludzi zadowolonych.

Wizja świata, jaką przedstawiono w trylogii, może być w najlepszym wypadku określona mianem "skrzywionej". W istocie rzeczy jednak, jest to wizja niebezpieczna. Jest to brutalny świat, w którym nie ma już autorytetów, a hierarchia społeczna została wywrócona do góry nogami. Jest to ponury obraz społeczeństwa zniszczonego przez 70 lat miękkiego socjalizmu w wydaniu szwedzkim, socjalizmu, który zdołał zakazić i przeobrazić na swoją zwichrowaną modłę praktycznie każdą grupę społeczną. Każdą. Oto elita społeczna kraju, którego chrześcijańskie tradycje sięgają setek lat, składa się z mężczyzn zesputych, leniwych, zdegenerowanych umysłowo i moralnie, a przy tym chciwych i żądnych władzy. Z elitą tymczasem walczy potomek niższej klasy i, co zabawne, udaje mu się swoją bezlitosną kosiarką wycinać kolejne odstające źdźbła trawy.

W istocie rzeczy, tytuł pierwszej z powieści, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", jest wysoce bałamutny, bo to nie kobiety są prawdziwym przedmiotem nienawiści w powieści. Przedmiotem nienawiści są mężczyźni, ci przeklęci samczy władcy tego świata, te włochate bestie wyciągnięte nie wiadomo po co z jaskiń, ci agresywni i porywczy troglodyci. W trylogii Larssona mężczyźni, jeśli przypadkiem nie walczą o lepszy świat i Nowego Człowieka, zajmują się biciem żon, córek i sióstr, porwaniami, gwałtami i innymi perwersyjnymi czynnościami, które łaskawie przemilczę. Są draniami, krętaczami, kanciarzami i prymitywami. Każdy z nich jest przysłowiową małpą z brzytwą, która w ostatecznym rozrachunku podcina gałąź, na której siedzi, aby wysmukłe i ukształtowane przez wolę Nowego Człowieka drzewo człowieczeństwa mogło bez przeszkód piąć się w górę niczym Ikar. My jednak wiemy, co się z Ikarem stało. Larsson i jego mentorzy najwyraźniej nie chcą tego pamiętać, ale nie przeszkadza im to w konsekwentnym gnojeniu męskiego gatunku, poprzez tworzenie silnych skojarzeń z przemocą, którą przecież - jeśli jest niezasadniona - tradycyjne społeczeństwo potępia.

Należy tez podkreślić, ze omawiane dzieło promuje nader rozwiązły tryb życia. Bohaterowie, a w szczególności Mikael Blomkvist, nie tylko nie stronią od przygodnych kontaktów seksualnych, ale wręcz to afirmują. Wspomniany Blomkvist jest zresztą jaskrawnym przykładem, czterdziestolatkiem, który na łamach jednej i tej samej powieści potrafi iść do łóżka nawet z czterema kobietami. Co gorsza, od lat żyje w chorym układzie ze swoją najbliższą przyjaciólką i jej mężem, co w każdym czytelniku posiadającym silny kręgosłup moralny powinno powodować obrzydzenie. Inni, nawet jeśli są od niego w jakimś stopniu lepsi, nawet jeśli ich życie nie przypomina wędrowki emerytowanego Casanovy po dzielnicy portowej, sprawiają wrażenie, jakby chcieli robić to samo, rozmyślajac w wolnych chwilach o flirtach, skokach w bok i ogólnej przygodności życia.

Trylogia "Millenium" pokazuje więc ludzi głęboko nieszczęśliwych i skazanych na wieczne poszukiwania, krótko mówiąc, zniewolonych. Zniewolonych przez grzech, przez cielesne pokusy i własną słabość, która nie pozwala im opuścić beznadziejnego układu, w jakim się znaleźli. Tkwiąc w pułapce cielesności, udają szczęśliwych, odnoszą sukcesy, przenoszą swoje cielesne powłoki z miejsca na miejsce, jak gdyby ich życie miało się skończyć kiedyś bez konsekwencji. Tymczasem, my wiemy, że tak nie jest. Ludzki żywot podobny jest do rzeki, z początku wartkiej, wyrazistej i wąskiej, później zaś szerokiej, dostojnej i meandrującej. Rzeka ta jednak zawsze zmierza dokądś.

Oczywiście, trylogia "Millenium" jest rzeczą niebezpieczną także z innych powodów. Przy wszystkich wyżej postawionych zastrzeżeniach, należy zauważyć, że jest napisana bardzo dobrze. Szybka akcja, duża liczba zwrotów, konstrukcyjnie fabuła jest zupełnie bez zarzutów, a bohaterowie są o tyle niestandardowi, że czytelnik chce ich poznać, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że są trujący. Sprawia to, że łatwo zapomnieć o warstwie ideologiczno-aksjologicznej powieści, jeśli nie zachowa się należytej czujności. Łatwo jest roztopić się w strumieniu przygód pary Blomkvist i Salander, zbyt łatwo.

W świetle przedstawionych wyżej faktów wolno świadomemu recenzentowi podkreślić z całą mocą, że trzy powieści z cyklu "Millenium" są dziełami na wskroś zideologizowanymi i dobro społeczne wymaga, aby nie zostały one dopuszczone do wolnego obiegu. Niestety, żyjemy w obcym państwie, civitas diabolicum, i nie oczekujemy od niego dbałości o elementarne zasady. Pozostaje mozolne edukowanie społeczeństwa i aktywizacja milczącej wiekszości, która przecież nie kupuje żenujących dzieł w rodzaju "Millenium".

[1] - zwrócono mi uwagę, że opieram się tutaj na dowodach anegdotycznych, a kampania promocyjna trylogii, którą praktycznie zignorowałem, jak to mam w zwyczaju, była w Zi Kingdom of Bolanda bardzo intensywna.

niedziela, 27 grudnia 2009

Skądinąd wiadomo, że na Amazonie znaleźć można nie tylko wymarzony prezent gwiazdkowy, ale też i element humorystyczny, np. jakąś nieprzeciętnie jajcarską recenzję. Koszulkę z trzema wilkami Czytelnik na pewno już zna, nie jest tedy konieczne przedstawienie tego bodaj najbardziej zabawnego przykładu. Dość powiedzieć, że dobra recenzja nie jest zła. Przejdźmy więc do samego mięska - dziś na widelec weźmiemy sobie recenzję książki Sary Palin, niedoszłej wiceprezydent USA, bohaterki amerykańskiej prawicy i pogromczyni tamtejszego lewactwa (tutaj wstawić obowiązkowe "he he he").

Rotfloluch! Maksymalny!

Oryginał znaleźć można tutaj, przeklejka stąd.

środa, 23 grudnia 2009

Czytelnik mógł słyszeć kiedys o Heribercie Illigu, niemieckim dziennikarzu, który od parunastu lat głosi jedną z bardziej oryginalnych teorii spiskowych, na jakie kiedykolwiek się natknąłem. Twierdzi on, że większa część tzw. "wieków ciemnych" (wczesnego Średniowiecza) nigdy nie istniała. Konkretniej, nasza historia (as we know it) zawiera trzy całkowicie zbędne stulecia. Karol Wielki był postacią fikcyjną, a twórców spisku należy szukać na przełomie tysiącleci w Watykanie i w Niemczech. Jako dowód podaje m.in. relatywnie małą liczbę zabytków materialnych i piśmiennych z tego okresu. Mało kto jednak wie, że Herbert Illig ma konkurencję w osobie dżentelmena nazwiskiem Zoltán Hunnivári, autora Węgierskiego Kalendarza. Oddajmy głos badaczowi:

The Hungarian Calendar is a particular kind of chronological system (which remains hypothetical while awaiting official recognition), which holds that Julius Caesar had introduced the Julian calendar in the year of CE 154 (a year calculated through a process of astronomical retro-counting from the present day), exactly 1852 years ago.

Jak do tego doszedł? Prosto, metodą wiązań chemicznych.

The Hungarian Calendar has determined the date of CE 154 as the starting date of the Julian calendar, by simple astronomical calculations. These calculations essentially count back year by year from the current year?s vernal equinox (the day in Spring with equal day and night) and the results of the ?new chronology? are then validated by critical analysis of the historical solar eclipses.

Okej, teraz powinniśmy sobie zadać pytanie, gdzie szukać niezgodności. W odróżnieniu od Illiga, nasz Węgier dodatkowych stuleci dopatrzył się troszkę później:

The Hungarian Calendar hypothesises the phantom period of time (almost 190 years) to lie between the years of 960 and 1150 in the traditional chronological system. Consequently, the years of 960 AD and 1150 AD, as currently labelled, are analogical. They are coincident in time and indicate the same astronomical year on the time axis.

Robi się dziwniej i dziwniej, bowiem pan od kalendarza napisał książkę, którą udostępnia za darmo na swojej stronie. Wartością dodaną książki (na szczęście jest w pedeefie, więc można w miarę wygodnie przejrzeć bezpośrednio w przeglądarce) jest niewątpliwie mnogość map i grafik pozwalających na zapoznanie się z rewolucyjną koncepcją. A jest ona bardzo prosta - pan od kalendarza wygenerował sobie trasy przeszłych zaćmień Słońca, po czym porównał je ze źródłami historycznymi. Żeby się wszystko zgodziło, trzeba przesunąć się wstecz o dokladnie 198 lat. Voila, niech żyje archeoastronomia! Ale dlaczego nadmiarowych stuleci mamy szukać akurat w latach 960-1150, Przestrzeń jedna raczy wiedzieć. Czyżby Bolesław Chrobry miał być postacią fikcyjną? Odpowiedzi można ponoć znaleźć w drugiej książce, "The Hungarian Calendar. 200 Years, Which Will Shake the World". To jest dopiero odjazd i jestem pewien, że jeśli ktoś zechce zmierzyć crackpot index dla tego dzieła, otrzyma całkiem porządną wartość.

This book, the Hungarian Calendar, will get terrible reviews from academic scientists. Quite simply, it will be scorned and derided until a sufficiently large number of unbiased people, a “critical mass” as it were, reads and digests the work. In Hungary, the first edition wasn't even deemed worthy of serious criticism. Then again, we Hungarians have a venerable tradition of hushing things up, so by itself, ignoring the book's existence was not exactly a surprise.

Ach, ten establiszment naukowy, nie raczył przeczytać jego książki. Odrzucenie hierarchii naukowej wiąże się też z odrzuceniem typowych metod dochodzenia do prawdy:

I have decided not to attach any footnotes to my work and hardly any references. This is principally so that my work can be more readable and less disjointed. It is also because of a realisation that my knowledge, as everyone's, comes mainly from reading and only marginally from experience. It  would be impossible to say for everything I know and write, which source was the precise one for that element. My writing method is, therefore, novel, based on the idea that, although a source myself in this work, I am in reality, the sum of all my own sources.

I tak dalej. Książka jest dość niewygodna w czytaniu, jako że strony zapisane po węgiersku przeplatają się z ich angielskim tłumaczeniami (albo na odwrót), a autor swój wywód bardzo bogato ozdabia mniejszymi i większymi złośliwościami pod adresem naukowego establiszmentu i niekompetentnych naukowców, którzy nie zauważyli wcześniej, że coś jest nie tak z naszą chronologią. Niestety, nie dowiadujemy się, czy Bolesław Chrobry był postacią fikcyjną. Najważniejsza rzecz - konfrontacja hipotezy z ogółem zastanej wiedzy historycznej pozostaje zaledwie w planach (oczywiście dalsze badania mają wykorzystywać osiągnięcia "archeoastronomii"). Nie jest to ani oryginalne, ani zaskakujące. Będę niecierpliwie czekał na naukową rewolucję i jakoś jestem spokojny, że się nie doczekam.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Generalnie miałem się zająć czymś innym i w spokoju ponurkować w zupełnie odmiennych klimatach (portale organiczne, ew. wreszcie jakiś wpis o charakterze edukacyjnym), ale od pewnych kwestii najwyraźniej nie ma ucieczki. Nie tutaj, nie teraz i nie w tym kraju. Idą Święta, a wraz z nimi w głowach niektórych ludzi rodzą się ważne pytania, które warto zadać na forum publicznym. Czy ateista może obchodzić Boże Narodzenie? Dlaczego ateista nie pracuje w Święta? Dlaczego świętuje narodziny bytu, który jego zdaniem nie istnieje? I tak dalej, wicie-rozumicie. W zasadzie, najprościej byłoby komuś takiemu powiedzieć otwartym tekstem, żeby zaprzestał swoich prób zaznaczania dominacji kulturowej ("Ale co ci do tego, bucu, jak świętuję BN?"), ale nie zawsze wypada, a i czasem warto próbować rozsądnej argumentacji.

Zawsze, gdy widzę taką odważną szarżę, zastanawiam się, w czym właściwie jest problem. Czy takiemu bojownikowi przeszkadza to, że ateiści funkcjonują w tym samym społeczeństwie i mają z nim coś wspólnego? Nie wiem, może bardziej kłopotliwe jest to, że wszędzie pleni się materializm i wiadome ośrodki promują świecką parodię Prawdziwie Chrześcijańskiego Święta. Nic to, zajmijmy się prostszym zagadnieniem, mianowicie, nieporozumieniem co do natury świąt i świętowania. Pytanie o to, dlaczego ateista świętuje narodziny kogoś, w kogo nie wierzy i kogo nie czci, jest całkiem bezzasadne, bo przecież ateista nie może tego robić, nie narażając się na dziwne pytania na lokalnym sabacie.

Krótko mówiąc, gdy ateista mówi o Świętach lub o Bożym Narodzeniu, to odnosi się to do tych samych kartek w kalendarzu, co człowiek wierzący. Ewidentnie ma jednak na myśli coś innego. To nieporozumienie ma wiele wspolnego z myleniem znaczenia z oznaczaniem. "Boże Narodzenie" w wypowiedzi niewierzącego asmoetha i wierzącego, powiedzmy, Alfreda odnosi się z grubsza do tego samego (zwłaszcza jeśli mają zamiar spędzić te święta razem), ale znaczenie jest inne. Byłoby pewnie takie same, gdyby "Boże Narodzenie" było jakimś spójnym, nieredukowalnie złożonym pakietem, ktory trzeba przyjąć w całości lub odrzucić.

Tymczasem tak nie jest, obchodzenie świąt ma to do siebie, że nie da się go oddzielić w żaden sposób od podmiotu. Świętowanie ma charakter intencjonalny. O tym, co obchodzimy i jakie to ma znaczenie, decydują nasze działania i zestaw wierzeń, a nie jakiś ogólny transcendentalny wzorzec danego święta nierozerwalnie związany z jego nazwą. A nazwa? No cóż, nazwa nie ma żadnych magicznych własności, po prostu wskazuje na religijne pochodzenie tego święta. Sugestia, że zobowiązuje ona kogokolwiek, niezależnie od jego woli, do obchodzenia ich na sposób religijny, jest absurdalna. Jak w niektórych kręgach mawiają, you can call it Susan if it makes you happy, ale wygodniej jest powiedzieć "Boże Narodzenie", "Święta" albo "Gwiazdka". Naturalnie, nie jest tak, że każdy na nowo tworzy Boże Narodzenie. To elementarne, Watsonie, świąteczne tradycje są częścią pakietu instalacyjnego kultury, który ściągamy sobie w dzieciństwie i instalujemy. Nim ktoś mnie przygwoździ i zapyta, dlaczego muszę obchodzić sobie to swoje świeckie święto akurat wtedy, kiedy on refleksyjnie wspomina wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, od razu powiem, że przecież moja rodzina wtedy świętuje. Święta nie byłyby tym samym, gdyby przenieść je na lipiec, nie?

Zawsze, gdy przychodzi mi tłumaczyć takie rzeczy, czuję się nieswojo, głosząc (w moim odczuciu) totalne banały, niezrozumienie których jest (również w moim odczuciu) kompletną abstrakcją, na zasadzie "eee... to tak się da?". Otóż, statystyczny ateista niemal pod każdym względem nie różni się znacząco od statystycznego przedstawiciela całego społeczeństwa. Wychowuje się w określonym otoczeniu kulturowym, przejmuje zwyczaje i zachowania powszechne w jego otoczeniu, tj. w rodzinie i w kręgach znajomych, uznaje różne tradycje za część swojej tożsamości. Tak po prostu. Nikczemnością jest domaganie się od takiego klienta, żeby w imię fałszywie pojętej konsekwencji zerwał ze wszystkim i budował sobie we własnym otoczeniu całkowicie alternatywną kulturę. Takie próby zapewne ten i ów podejmował, ale kogo to teraz obchodzi? A gdyby tak w przyszłości, hipotetycznie, ateistów była większość, to czy nadal ubieraliby choinkę? Przypuszczam, że Mariusz Agnosiewicz udzieliłby przeczącej odpowiedzi, ale to tylko kolejny dowód, jaką głupotą jest wsadzanie ateistów do ciasnych szufladek.

Czym jest więc Boże Narodzenie dla ateisty? To parę dni w roku, kiedy można spotkać się w rodzinnej atmosferze z bliskimi, obdarować się prezentami, pogadać, powspominać, pośpiewać kolędy, pobuszować pod choinką, dobrze zjeść i obejrzeć Kevina w telewizji. Światopogląd jest czynnikiem różnicującym członków mojej rodziny, dla jednych wyjście na pasterkę i pójście na msze w pierwszy i drugi dzień Świąt to punkt obowiązkowy w programie, inni co roku bardzo żałują, że i tym razem nie chciało im się spędzić Bożego Narodzenia religijnie, a reszta nawet nie żałuje. Wszystkich jednak łączy określona wizja sposobu wspólnego spędzania czasu w tym okresie. Bo tym realnie jest Boże Narodzenie i religijny pierwiastek jest nieistotny, to sztafaż, za którym ukrywają się świeckie tradycje. Tak, dla mnie, oczywiście.

Czy taki sposób jest gorszy? Cierpiący pisowiec z Psych24, Rybitzky, twierdzi w kuriozalnym tekście (zwracam uwagę na klasyczny gambit z niewielką grupką wichrzycieli w roli głównej), że niewierzący "urządzają w swoich domach parodię chrześcijańskiego święta". Na takie dictum lepiej od razu powiedzieć: "A co ci, bucu, do tego, jak te święta obchodzę?", podobnie jak na sugestię, jakoby dla ateisty Boże Narodzenie było momentem, kiedy można się "nachlać". I gdzie tu miejsce na refleksję? Wszyscy przecież wiemy, że jedyna możliwa refleksja związana ze świętami musi kręcić się wokół pewnej mitologii.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Planowałem swego czasu regularnie organizować w swojej głowie konkursy na największego wariata znalezionego w Internecie, powiedzmy, w ostatnim tygodniu, ale ogrom tego zadania przerósł mnie dość szybko, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę ogólny niedoczas, jaki z drobnymi przerwami towarzyszy mi od paru miesięcy. Ograniczyłem się więc do wrzucania perełek na Blipa i, dużo rzadziej, tutaj. Stąd zresztą kategoria "Śledzik", od śledzenia wariatów oczywiście. W dzisiejszym odcinku übertroll Seven z pl.sci.biologia odpowiada na wątpliwości jakiejś zabłąkanej duszyczki co do tego, który dinozaur był największy. Jak wiadomo, nie jesteśmy pewni, bo trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy "największy", skamieniałości nie ma zbyt wiele, a odtworzenie całego ciała zwierzęcia tylko na podstawie szkieletu obciążone jest siłą rzeczy sporym błędem. Tyle mówi jedna strona sporu, niektórzy mają inne zdanie:

Można to wytłumaczyć kompletnym braku wiarygodnych metod badawczych
stosowanych przez naukowców. Dinozaury żyły między 6, a 4 tysiącleciem przed
naszą erą , i są na to dowody, diki wyginęły po wielkim potopie, który
przekształcił planetę z warunków idealnych na degenaracyjne. Ty zdaje się
jesteś z ostatnich, którzy jak dzieci wierza w bajki o milionach lat w
kościach zwierzaków, które żyły razem z ludźmi.

Na kolana, ewolucjoniści.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8