from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Plus ça change

W zeszłym roku wielką karierę zrobiło słowo post-prawda (ang. post-truth) i mnóstwo miejsca poświęcono temu, że ludzie wierzą w i są oszukiwani przez fałszywe wiadomości. Ja dziwię się po dziecięcemu niemalże, że ludzi to wciąż dziwi. Jestem jednocześnie zaskoczony łatwością, z jaką pomija się najważniejszą informację tutaj: to naprawdę nie jest nic nowego.

Mogę tylko wzruszyć ramionami, gdy czytam o popularności teorii spiskowych, istnieniu całych serwisów informacyjnych poświęconych tylko i wyłącznie o dezinformacji (lub zawierających tylko dezinformację – nie zawsze jest to intencjonalne, nie każda nieprawda jest głoszona świadomie). Mogę machnąć ręką, gdy ktoś odkrywa, że posiadanie po swojej stronie logiki, faktów i argumentów nie gwarantuje ani sukcesu wyborczego, ani (w mniejszej skali) przekonania kogokolwiek do zmiany zdania. Jestem całkowicie uodporniony na lamenty nad negatywną rolą mediów społecznościowych czy – szerzej – Internetu w obiegu informacji. Specjalnie nie dziwi mnie to, że poza światem rozumu i liczb, poza twardą rzeczywistością, istnieje całe potężne uniwersum błędów poznawczych, heurystyk i emocji. W burzeniu autorytetów, w odwoływaniu się do zdrowego rozsądku, mądrości ludowej i tradycji, w wezwaniach do utraconego, przednowoczesnego raju też nie widzę nic nowego i zaskakującego. Tacy jesteśmy jako ludzie (tu wstawić obowiązkową historyjkę o tym, jak premiowanie przez dobór naturalny minimalizacji błędu I rodzaju na sawannie doprowadziło nas do strukturalnego irracjonalizmu).

Być może, jako weteran nurkowania w śmietnikach idei, doświadczony internetowy szambonurek, wojownik sieci Wu-Wu-Wu, obserwator i uczestnik milionów flejmów, mam nieco inną perspektywę niż przeciętny strateg polityczny, dziennikarz z liberalnej gazety czy inny akademik, ale jestem przekonany, że problemy z post-prawdą nie zaczęły się w 2016 roku. W zeszłym roku to, co kryło się w ciemnych zakątkach Internetu, w umysłach ludzi i w niszowych mediach, wypłynęło na światło dzienne i osiągnęło sukcesy polityczne. W 2016 r. z irracjonalizmu zdarto pozory grzeczności i zatknięto go na wyborczych sztandarach. Ja będę jednak trwał przy swoim zdaniu, że „post-prawdziwy” świat zawsze tu był, wystarczyło wystawić głowę ze szklanego wieżowca, zrozumieć, że czasem mechanizmy immunologiczne, chroniące kluczowe elementy instytucjonalnej infrastruktury, zawodzą i mamy to, co mamy. Wystarczyło też uświadomić sobie, że błędy poznawcze i bańki epistemiczne nie są domeną niższych klas, ludzi mniej wykształconych. Wszakże efekt Dunninga-Krugera jest niezrozumiany właśnie dlatego, bo zbyt wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że dotyczy każdego. Gdybym miał zacząć wymieniać wszystkie mniejsze i większe, mniej lub bardziej szkodliwe bzdury, które panoszą się po świecie, ten tekst byłby dłuższy od aktu urodzenia Obamy przemnożonego przez wszystkie ukrywane przez Big Pharmę badania świadczące o szkodliwości szczepień.

Politycy, dziennikarze, naukowcy na całym świecie budzą się teraz z ręką w nocniku i zastanawiają się, w jaki sposób poradzić sobie w tej nowej rzeczywistości, jak wygrywać bitwy z przeciwnikiem, który nie trzyma się uznawanych powszechnie reguł, jak (to jest być może najważniejsze pytanie) nie traktować przeciwnika jako przeciwnika, tylko jako partnera i kogoś, kogo należy przekonać. To nie są łatwe zadania, ale witajcie w klubie. Przez dziesięciolecia sceptycy i popularyzatorzy nauki spotykali się z tymi samymi błędami poznawczymi, zawiłościami ludzkich umysłów i elementarnymi problemami w komunikacji międzyludzkiej, które dzisiaj wydają się wywracać dyskurs polityczny do góry nogami. To racjonaliści, sceptycy, internetowi wojownicy stykali się w Internetach z ludźmi wyposażonymi w coraz to nowsze systemy zakrzywiania rzeczywistości. Pomimo dekad bojów nie jesteśmy znacząco mądrzejsi, mamy jednak za sobą kwity, które wskazują, że większość dyskusji jest zasadniczo bezproduktywna, bo podważanie (zwłaszcza agresywne) cudzego poglądu (zwłaszcza takiego, który ma emocjonalny ładunek) kończy się schowaniem głowy i kończyn do skorupy.

Dlaczego zatem czujemy się tak, jak gdyby doszło na świecie do fundamentalnej zmiany? Systematycznie rosnąca polaryzacja polityczna i specyfika współczesnych mediów (wszechobecne clickbaity, media społecznościowe zamykające ludzi w komorach pogłosowych) sprawiają, że każde wydarzenie jest odbierane jako rewolucyjne. To wrażenie nieciągłości jest tym mocniejsze w systemach politycznych, w których zwycięzca bierze wszystko. Większość ludzi w sposób fundamentalny nie docenia roli przypadku w życiu: wynik wyborów prezydenckich nie w USA był co najmniej osobliwy (tak dużej różnicy między popular vote, a electoral college vote nie było od ponad stu lat); o wyniku rozstrzygnęło kilkadziesiąt tys. głosów w kluczowych stanach; warto zastanowić się, jak wyglądałaby narracja mediów o wyborach i kampanii, gdyby minimalnie wygrała Hillary. Mamy naturalną tendencję do rysowania tarczy strzelniczej wokół śladu postrzału i patrzenia na wydarzenia z przeszłości z pewnością, którą zapewnia tylko spojrzenie wsteczne. Stary dowcip o stanie wojennym na pytanie, czy do niego musiało dojść, odpowiadał: „widocznie musiało, skoro doszło”. No więc nie. Marne to pocieszenie, jeśli w wyniku przypadku realizuje się to gorsze odgałęzienie Multiwersum, ale przynajmniej rozumiemy dzięki temu, że pewne procesy są odwracalne – wybory przegrane o włos mogą 4 lata później być wygrane miażdżącą przewagą.

Nadzieja nie jest jednak strategią. Nie mam dobrej, prostej porady na przyszłość. Nie mam dla wszystkich pięciu czytelników czułych słówek i nie czuję się władny powiedzieć komukolwiek, że wszystko będzie dobrze. Nie udaję, że nie mamy pod górkę. Pocieszam się jednak, że zawsze warto działać, edukować, dyskutować, protestować, walczyć. Z czysto politycznego punktu widzenia nie ma nic lepszego niż organizować się. W 1946 r. Bergen Evans napisał w przedmowie do „Naturalnej historii nonsensu”:

Until about a hundred years ago rational men lived like spies in an enemy country. They never walked abroad unless disguised in irony or allegory. To have revealed their true selves would have been fatal.

Today their status is more that of guerrillas. They snipe from cover, ambush stragglers, harass retreating rear guards, cut communications, and now and then execute swift forays against detached units of the enemy. But they dare not yet risk an open engagement with the main force; they would be massacred. Their life is dangerous but exciting and is warmed by a sense of camaraderie not often known among the dull conscripts of orthodoxy.

Czasem myślę sobie, że przez 70 lat nic się nie zmieniło.

wtorek, 17 stycznia 2017, asmoasmo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Wooky, 46.18.87.*
2017/01/18 10:14:24
O rany, Asmo pisze. Musiałem najpierw skomentować zanim zabrałem się do czytania.
-
Gość: PB, 195.85.196.*
2017/01/18 10:22:33
A więc warto było przez pięć lat trzymać się martwego blogowego RSS-a. Nic tylko głosić dobrą nowinę o powrocie wieszcza! Jeśli rzeczywiście możemy mówić o powrocie, a nie jedynie weekendowych odwiedzinach?