from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Smoki, gryfy, jaszczury

Czasem wystarczy jeden niedzielny spacer, by wybudzić blogera z letargu. Traf (a może to Przeznaczenie?) chciał, że zaszedłem przedwczoraj do jednej z księgarń z tanimi książkami - tymi, za które w regularnych księgarniach nikt nie chciał zapłacić regularnych cen. Wyszedłem z pełnym plecakiem, co zdarza mi się regularnie, jestem człowiekiem słabej woli. W plecaku znalazła się książka, która ostatecznie zainspirowała mnie do napisania niniejszej notki. O wydawnictwie Amber wspominałem przy okazji nostalgicznej notki o ukąszeniu daenikenowskim. Jest to wydawnictwo, które od dawna utrzymuje swoisty wydział książek dziwnych, jest bowiem w stanie przetłumaczyć i wydać każdy bzdet, od „Tajemnicy pustej Ziemi" po „Planeta Wenus dziełem bogów – kosmitów?". Mój niedzielny łup to „Powrót smoków. W poszukiwaniu ostatnich żyjących dinozaurów". Autorem jest niejaki Hartwig Hausdorf, „światowej sławy niemiecki badacz tajemniczych zjawisk porównywany z Daenikenem". Aha, takie buty.

Motywem przewodnim dzisiejszej notki są dinozaury w wersji alternatywnej, w pseudonaukowych teoriach dotyczących ich pochodzenia, wyginięcia, życia w ukryciu i okazjonalnych objawień, które porównać można w najlepszym wypadku do lizania lodów przez szybę. Uwaga ogólna - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że technicznie rzecz biorąc, dinozaury przetrwały do dziś i nazywamy je ptakami. Na potrzeby tej notki przyjmuję bardziej tradycyjną taksonomię.

Name that logical fallacy, Hartwig Hausdorf edition

„Powrót smoków" to niezbyt długa (ok. 120 stron) książeczka z masą zdjęć, krótkimi rozdziałami, pozbawiona sensownej struktury logicznej i napisana na zasadzie zrandomizowanego katalogu osobliwości. Wywód jest dość klarowny, ale do bólu zębów najeżony błędami logicznymi i poznawczymi. Teza, którą autor stawia, w zasadzie opiera się tylko na dwóch bardzo kruchych fundamentach:

  • Argument z niewiedzy (nie wiemy, co się kryje w dżungli, więc dinozaury mogą istnieć) w kryptozoologii znany w dwóch wersjach i w obydwu tu występujący: argument z okapi (skoro czasem wciąż odkrywa się duże zwierzęta, to można odkryć zauropoda) i argument z latimerii (skoro uznana za wymarłą 300 mln lat temu ryba przetrwała w niezmienionej formie, to dinozaury też mogą).
  • Plural of „anecdote" is not „data". Książka Hausdorfa jest jednym wielkim zbiorem anegdot, począwszy od uroczej historyjki profesora, który w świeżo odsłoniętych utworach kredowych znalazł żywe prehistoryczne salamandry, poprzez niezliczone relacje naocznych świadków pojawienia się Nessie, mokele-mbembe, węży morskich, etc., a skończywszy na wyjętej żywcem z kiepskiego horroru sceny walki z czterdziestometrową anakondą.

Powrót smoków okładkaDla autora dinozaury współcześnie występują praktycznie wszędzie, można mówić przynajmniej o kilkudziesięciu gatunkach, ale jest ich na tyle mało, że nie zdołano znaleźć choćby jednego wiarygodnego, namacalnego dowodu ich istnienia, a książkę poświęconą ich istnieniu trzeba dopychać nie-dinozaurami. Dinozaury i nie-dinozaury, jak przytacza autor, widziano w gęsto zaludnionej Europie, na niegościnnych pustkowiach Alaski, na pustyniach Teksasu i Mongolii, w Amazonii i Kongo, na Kilimandżaro i w górach Papuy Nowej Gwinei, w Wietnamie i w Kalifornii, na Pacyfiku i w polodowcowych jeziorach Szkocji i Kanady, w Australii i Austrii, w głębinach i na mieliznach. Do czasów współczesnych mieliby przetrwać przedstawiciele zauropodów, pterozaurów, plezjozaurów i teropodów, a w książce traktującej rzekomo o dinozaurach najwyraźniej celowe jest wspominanie o gigantycznych wężach i jaszczurkach, ptakach o ośmiometrowej rozpiętości skrzydeł, Tatzelwurmie, morskich koniach i wężach, gigantycznych kałamarnicach i ośmiornicach oraz o meduzach roztrzaskujących się na autostradach i mylonych chyba ze wszystkim zwłokach rekinów i wielorybów.

Po drodze dostajemy przystępną powtórkę ze wszystkich złych argumentów i żadnego dobrego. Ludzie musieli zetknąć się z dinozaurami, po podobizny dinozaurów można znaleźć na kamieniach, głowach paru rzeźb i w kilku jaskiniach, gdzie wśród kromaniońskich bohomazów dumnie pręży pierś coś, co ma być pterodaktylem. Pareidolia pierwszej klasy, aż żal, że w "Prometeuszu" nie zrobili czegoś ładniejszego.

Jak to wszystko mieści się w ramach wyznaczonych przez ustaloną wiedzę o przeszłości życia na Ziemi, ciężko powiedzieć. Autor wydaje się na bardzo podstawowym poziomie rozumieć ten problem, bo sygnalizuje chęć uzupełniania dziur kosmitami:

W dwóch poprzednich książkach postawiłem pytanie: czy przypadkiem „ktoś z zewnątrz" – ktoś taki jak dzisiejsi genetycy – nie przeprowadził kiedyś eksperymentów na naszej planecie?

Moim zdaniem ta teoria jest bardzo prawdopodobna. Choćby ze względu na wiele dziwnych stworzeń, jakie pojawiały się w ciągu dziejów Ziemi, a wyglądały tak, jakby wyszły z laboratorium szalonych genetyków-eksperymentatorów, którzy majstrowali przy machinie przyrody. Tym, dla których brzmi to zbyt fantastycznie, chciałbym zadać pytanie: czy nasi genetycy nie stoją już u progu zrealizowania porównywalnych potworności? Tuż przed Bożym Narodzeniem 2000 roku aktywiści organizacji ekologicznej Greenpeace demonstrowali przed europejskim urzędem patentowym w Monachium. Co zaniepokoiło tych zawziętych obrońców środowiska?

Czytelniku, głos w Twojej głowie, który czyta Ci ten tekst, właśnie zamilkł, żebyś mógł w skupieniu docenić piękno logiki autora, który nie rozumie, więc albo kosmici, albo dinozaury. A najlepiej jedno i drugie

Polski wkład w kryptozoologię

Kryptozoologia uwielbia mity, to niewyczerpalne źródło inspiracji i rezerwuar kiepskich uzasadnień i słabych dowodów. Mityczne zwierzęta, których poszukiwano w niedostępnej głuszy, trudno zliczyć, podobnie jak mity (a często raczej ich popkulturową wersję), które sprzęgnięto z postulowanymi kryptydami. Polski wkład w to błędne koło dotyczy gryfów (wg mojej najlepszej wiedzy ta konkretna hipoteza na temat pochodzenia tych mitycznych stworzeń jest oryginalnie polska), legendarnych pół-ptaków, pół-lwów.

Oto na scenę wkracza Tadeusz Oszubski, pisarz i publicysta („Nieznany świat", „Gwiazdy mówią", „Czwarty wymiar" – wyłania się z tego pewien wzorzec). Jego postulat? Gryfy to przekręcona przez głuchy telefon międzykulturowej i międzyokresowej wymiany informacji reliktowa populacja welocyraptorów żyjących na stepach Azji Środkowej. Dodajmy, jeszcze w Starożytności. Na poparcie swej tezy autor ma dość skąpe argumenty – podobieństwo anatomiczne, miejsce w mitologii ludów wywodzących się z Azji Środkowej i sposób ich przedstawiania w sztuce. Scytowie przedstawiali bowiem gryfy jako część ekosystemu, niebezpiecznych drapieżników polujących np. na konie i antylopy. Ponadto, pół-lew, pół-orzeł przypomina upierzonego welocyraptora (lub jakiegoś jego kuzyna). Wreszcie, żywe skamieniałości się zdarzają, nie można więc wykluczyć, że dowolne zwierzę z Mezozoiku przetrwało do naszych czasów.  

Hindenburgus Rex

W każdym z tych przypadków centralna teza jest całkowicie nieprawdopodobna i sprzeczna ze wszystkim, co wiemy o życiu, jego historii i ewolucji. Nie ma najmniejszego śladu istnienia dinozaurów i wielu innych wielkich gadów Mezozoiku w okresie, który nastąpił po ich wyginięciu. Aby twierdzenia zwolenników tez o współczesnych dinozaurach były prawdziwe, kataklizm K/T musiałaby przetrwać jakaś populacja dinozaurów, dostatecznie duża by przeżyć i przechować dostatecznie dużą różnorodność genetyczną, ale zbyt mała, żeby zapobiec wielkiej karierze, którą właśnie rozpoczynały ssaki. Ta populacja trwałaby w zmieniającym się środowisku, niezmienna niczym stada latimerii w głębinach, nie zostawiając żadnych śladów przez tysiąclecia, bardzo wygodnie pozostając na samej granicy wykrywalności, gdzie nie sposób odróżnić szumu od sygnału. Tak, że na materialne dowody koegzystencji dinozaurów i ludzi (nie będące fałszerstwem) wciąż czekamy. 

flight of dragons coverA jeśli dinozaury przetrwały, ale ewoluowały w taki sposób, że faworyzowane były cechy, które w ostatecznym rozrachunku uczyniły je całkowicie niewykrywalnymi w zapisie kopalnym? A jeśli zmieniły się w taki sposób, że nawet gdybyśmy na ich ślady natrafili, nie bylibyśmy w stanie ich rozpoznać? A jeśli potomkowie tych dinozaurów towarzyszyli naszym przodkom i ta współegzystencja dała życie mitom, które są prawdziwe w bardzo dosłownym sensie? Peter Dickinson, angielski pisarz, w 1976 zaproponował całkiem pomysłowe wyjaśnienie genezy mitów o smokach. Otóż smoki to duże latające gady, które wyewoluowały z drapieżnych dinozaurów, a których mityczne cechy (ogień, krew jak kwas, skrzydła) są konsekwencją umiejętności latania, którą posiadły w toku ewolucji. Byłby to oryginalny sposób na latanie, nie mający nic wspólnego z machaniem skrzydłami czy lotem ślizgowym. Smoki, twierdził Dickinson, to naturalne sterowce. Zwierzę rozmiarów dużego mięsożernego dinozaura z wielu powodów nie miałoby szans na latanie konwencjonalnym sposobem, gdyby jednak mogło zmniejszyć swój ciężar, lot stałby się prosty. I tak właśnie miało się stać, lot smokom zapewniałyby duże ilości wodoru w jamach ciała, stale uzupełnianego przez reakcje kwasu solnego w żołądku z szybko rosnącymi kośćmi. Żebra, zbędne już jako sztywna struktura chroniąca i utrzymująca zawartość klatki piersiowej w miejscu, stały się odpowiednikiem płetw, z rozpostartą na nich skórą przypominały skrzydła, ale nie byłyby nimi (skrzydła u latających kręgowców to przekształcone przednie kończyny).

Wodór, jak wiadomo przynajmniej od katastrofy „Hindenburga", jest gazem wysoce łatwopalnym, stąd zionięcie ogniem. Silne zakwaszenie krwi dałoby początek mitom o magicznych właściwościach krwi. Wreszcie, kwas we krwi i w żołądku wyjaśniałby, dlaczego tak niewiele (zero, żeby być ścisłym) z nich zostało. Po śmierci kwas rozpuszcza wszystko, nie istniały więc żadne zwłoki, które mogłyby ulec fosylizacji dla potrzeb badań przyszłych pokoleń paleontologów. Dickinson sporo miejsca poświęca też szczegółom anatomii, zachowania i rozmnażania się smoków, jak również możliwościom, jakie stały przed zabójcami smoków, ale nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Nie jest to wizja, którą warto brać serio, aczkolwiek redaktor czasopisma „Faktor X" odpowiedzialny za rubrykę, z której dowiedziałem się o tej teorii, wydawał się całkiem przekonany o jej prawdziwości. Widać była to truthiness, a nie truth.

Chcę wierzyć?

Znalezienie żywego dinozaura byłoby absolutnie sensacyjnym odkryciem, być może najbardziej niesamowitym znaleziskiem w historii ludzkości. Żywa skamieniałość tego kalibru zapewne powiedziałaby nam więcej o gadach, które kiedyś władały planetą, niż tona skamieniałych kości, a potencjalny strumień nowych danych zapewniłby pracę kilkudziesięciu badaczom. Takie odkrycie byłoby też wielkim triumfem kryptozoologii, której dotychczasowe osiągnięcia pozwalają ją z czystym sumieniem odkładać na półkę z naukami patologicznymi. Gdy gromadzi się dowody nie mocniejsze niż kępki niezidentyfikowanej sierści, ludowe opowieści, niewyraźne fotografie i całe katalogi fałszerstw (tzw. surgeon's photo, film Pattersona), nie można oczekiwać więcej. Teraz jednak wzniosłaby się ponad analizę szumu. 

W następnym odcinku odpłyniemy do triasu i zobaczymy, co by było, gdyby Louis Wain rysował też dinozaury. 

wtorek, 21 sierpnia 2012, asmoasmo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
pak4
2012/08/21 14:19:28
Ja tylko dodam, że czytałem "podobną" historię o gryfach. Podobieństwo jednak w cudzysłowie, bo autorka miała na myśli zainspirowanie się odkrywanymi kośćmi dinozaurów (jako łączących cechy ptasie i czworonogów) bez cienia aluzji do występowania ich współcześnie z ludźmi.
-
asmoasmo
2012/08/21 20:06:31
@ pak4:

Też na to trafiłem.
-
skanny
2012/08/24 01:07:12
Tutaj kolejny wkład polski w kryptozoologie - bardzo zresztą nawiązujący do tematu notki: i.imgur.com/pFjwO.jpg
-
asmoasmo
2012/08/24 19:22:17
@ skanny:

Dużo śmiechu naraz.
-
2014/04/10 12:19:17
Daremna lektura jak dla mnie. Niby wszystko gra, ale to po prostu do bólu przeciętne fantasy...już chyba wolę czytać jak wygląda sprzedaż spółki w czasie kryzysu niż to - kolejną sztampę na średnich schematach...