from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Atak nanoistot z kosmosu zmieniających ludzi w zombiaki

Więc uświadomiłem sobie ostatnio, że ten blog przestał być wielobranżowy i stał się dość monotonną wystawą własnych pomysłów na trolling i relacji z wycieczek w Otchłań. A przecież jest kategoria z omówieniami "historii, które napisało samo życie", są osobiste wynurzenia, jest też dział, w którym spojleruję różne filmowe arcybadziewia - rzeczy tak kiepskie, że nie są nawet wyświetlane w kinach. Pora nadrobić wielowiekowe zaległości, wypełniony słodkim, popkulturowym lenistwem weekend temu raczej sprzyja. Niniejszym przywracam do życia tę ostatnią kategorię, pozwolę sobie przedstawić Czytelnikowi film pt. "Evilution".

Choć tytuł może wskazywać na kreacjonistyczną propagandówkę, większą część fabuły bezczelnie zaspojlerowałem w tytule tej blogonotki, wychodząc z założenia, że im bardziej fikuśna będzie, tym mniej osób zechce tu zajrzeć. Enyłej, w filmie chodzi o to, że armia amerykańska weszła jakoś w posiadanie obcych form życia, które okazują się przypominać raczej bakterie niż Szaraków z wielkimi oczami w kształcie migdałów. Można zauważyć, że to bardzo wygodny chwyt fabularny, bo dzięki niemu nie trzeba właściwie pokazywać obcych. Wystarczy zamachać przed kamerą kolorowym płynem, a wszyscy uwierzą, że roztwór ten zawiera miliony maleńkich istot, które swój pobyt na Ziemi zaczęły pewnie od prośby o spotkanie z przywódcami ludzkości. Armia, jak to armia, w bezwzględnej pogoni za zyskiem i technologiami stworzyła sobie tajne laboratorium, w którym - jak to w filmach bywa - sprawy w pewnym momencie wymykają się spod kontroli. Skutek widzimy na ilustracji numer jeden, która przedstawia zombiaka z interesującą miną.

Bagdad, mamy problem!

Maleńcy kosmici mają w zwyczaju przejmować kontrolę nad ciałem i umysłem człowieka, zamieniając go w zombiaka, niestety bez wyraźnych śladów rozkładu. Czy świeży zombiak jest już zombiakiem? Przyznam, że ta myśl zaprząta moją uwagę od dłuższego czasu. O czym to ja? A, fabuła. Jak więc widać, wszystko idzie w cholerę i piękne nowe laboratorium też w cholerę. Amerykanie mają jednak niezawodny sposób. Nim jednak na całą bazę spadnie atomówka (ONI W FILMACH ZAWSZE CHCĄ ZAMIATAĆ PROBLEMY POD DYWAN!), z małą fiolką zawierającą małych kosmitów zdoła uciec okularnik. Akszli, w filmie moment jego odjazdu i wybuch atomówki dzielą sekundy, wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy okularnik zjawia się w jakimś obskurnym blogu xujwiegdzie i wznawia swoje badania. W tym momencie wiadomo już, że w dalszej części filmu okularnik będzie zawierał znajomości z sąsiadami, uciekał przed facetami w czerni i próbował nie dopuścić do opuszczenia lokalu przez zombiaki, z którymi się wcześniej zakumplował. Pan Hudefak, który wyreżyserował "Evilucję", oczywiście Peterem Jacksonem nie jest i jego wariacja na temat zombiaków w domu jest, bądźmy hojni w ocenach, nieprzekonująca.

Sąsiadka

Przekonująca jest za to sąsiadka. Jakie jest jej miejsce w społeczeństwie, ciężko wyczuć. Z filmu dowiadujemy się jedynie, że gotuje zaprzyjaźnionym latino gangsta ziomom, robi pranie, stroi się w seksowne ciuszki i odpoczywa po nieudanym związku w zapomnianej przez Cthulhu dziurze. Być może jest tam jakaś głębsza drama, ale nie mamy zbyt wielu okazji, żeby się o tym dowiedzieć. Są jeszcze wspomniane gangsta ziomy, z obowiązkowymi łańcuchami bling-bling, pistoletami i ranami postrzałowymi. Ot, typowe społeczne tło, za którego stworzenie nie trzeba płacić kokosów. W międzyczasie, nasz okularnik cierpliwie próbuje zrobić coś z wykradzionymi z Iraku kosmitami. Przelewa z fiolki do fiolki, miesza z żółtym płynem, miesza z niebieskim płynem, podgrzewa, wstrzykuje szczurowi. Szczur po paru dniach zje swoich współtowarzyszy z klatki, ale póki co jest tak, jak pisał poeta. Księżyc idzie srebrne chusty prać, świerszczyki świergocą w stogach, czegóż się bać. Przecież siano pachnie snem.

Okularnik

Każda sielanka musi się jednak skończyć. Wycieczka okularnika do sąsiadki w celu pożyczenia szczypty soli kończy się aktem miłosnym, a wizyta ćpuna w mieszkaniu okularnika kończy się kradzieżą pomarańczowego płynu. Możecie sobie wyobrazić, jakiego kopa nanoistoty z kosmosu dadzą temu ćpunowi! Jak powszechnie wiadomo, zombiaki są bardzo całuśne i ruchliwe, wskutek czego zombiacza zaraza rozprzestrzenia się szybko w całym domu. Pojawienie się potężnie zbudowanego szpiega wyznacza moment, gdy wszystkie oczekiwane przez świadomego widza klisze lądują na swoich miejscach. Drama życia codziennego z zagrożeniem integralności cielesnej w tle zamienia się w typowy film opowiadający o poruszaniu się w ciasnej i nieprzyjaznej przestrzeni. Od tego momentu raczej nie ma już znaczenia, czy problemem są zombiaki, wampiry czy krwiożercze ryjówki.

Nic lepiej nie oddaje fajtłapowatości tego filmu niż ostatnie sceny. Nasi bohaterowie, na tym etapie składający się z otumanionej kucharki, nieszczęsnego okularnika, tajniaka i kilku kanistrów czegoś tam, docierają na dach budynku, by z wysypem żywych trupów poradzić sobie w sposób, który (na szczęście!) nigdy nie przyszedł do głowy Peterowi Jacksonowi. Mianowicie, trując wszystko i wszystkich dymem. Zaprawdę powiadam wam, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, masakrować zombiaki kosiarką czy inną piłą mechaniczną. No, ale twórcy omawianego dzieła woleli Konfrontację Na Dachu. Pod rozgwieżdżonym niebem otumanienie kucharki okazuje się być przykrywką dla próby kontaktu ze strony nanoistot, które przejęły nad nią kontrolę. Niestety, kończy się na wymianie zdań na temat kolektywizmu, wolności i indywidualizmu, po czym okularnik rzuca się w przepaść razem z kucharką. Tadam, zombiaki zdechły, napisy końcowe, cześć. No, jeszcze ostatnia scena, która ma nam sugerować, że będzie jakiś ciąg dalszy. Bo zawsze jest ciąg dalszy. Ocalała jednak larwa, bombardowanie nie zniszczyło jednego jaja, jeden zombiak uciekł do kanałów, anakonda poszła w rumuński las. Do następnego razu!

wtorek, 11 maja 2010, asmoasmo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: