from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Sharks on a plane

Poprzednią notkę zakończyłem obietnicą rychłego zrecenzowania jednego z najnowszych produktów nieocenionej wytwórni The Asylum, filmidła o wielce poruszającym tytule: "Mega Shark vs. Giant Octopus". Czego się spodziewać po The Asylum, wszyscy fani złego kina mniej więcej wiedzą. Beznadziejne efekty specjalne, nieudolna reżyseria, drewniana obsada, scenariusze pisane przez niezbyt rozgarniętych dwunastolatków (...i wtedy ten wielki rekin zaatakuje ogromną ośmiornicę! Hahaha!) i znani niegdyś aktorzy w doprawdy brzydkich okolicznościach przyrody (Bruce, jak mogłeś mi to zrobić po 4 wspaniałych sezonach B5?!). "Mega Shark vs. Giant Octopus" pod tym względem niczym się nie różni i nawet tak śmiałe rozpychanie się łokciami w specyficznym gatunku Potwór vs. Potwór niczego nie zmienia. Recenzowany dziś przeze mnie film stał się sławny również nie dlatego, bo pozwolił Lorenzo Lamasowi odpocząć od wyczerpującej intelektualnie roli w "Modzie na Sukces". Sławę zawdzięcza TEJ scenie:

Srsly, kto wymyślił taką brednię? Nie jestem pewien, czy potrafię bez przygotowania wymienić wszystkie aspekty śmieszności tej sceny. Hm... No, dobrze. Skoro już się wspólnie pośmialiśmy, to Czytelnicy na pewno zechcieliby dowiedzieć się, jak właściwie doszło do tej straszliwej tragedii. Twórcy każdego filmu, w którym coś wielkiego i paskudnego morduje ludzi, muszą sobie na samym początku odpowiedzieć na jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: skąd to coś się w ogóle wzięło? Pierwsza oczywista odpowiedź to "kosmos" i z tego biorą się wszystkie alieny, począwszy od poczciwego Predatora, a skończywszy na autentycznym i certyfikowanym żigolaku. Druga to "tajemnicza wyspa" - stąd pochodzą wszystkie węże, jaszczurki, dinozaury i takie tam gadziny. Wreszcie, domostwem potwora można uczynić Wszechocean, jest tam przecież wystarczająco dużo miejsca dla czegoś dużego i wrednego. Z drugiej strony, w każdym z opisanych przypadków monstrum jest w oczywisty sposób brane prosto z przysłowiowej czapy.

Rekin zjadający samoloty na śniadanie i równie duża ośmiornica (która z kolei preferuje platformy wiertnicze) nie mogły wypaść sroce spod ogona. W niewielkim jednak błędzie pozostanie ten, komu się tak będzie wydawało. Otóż dwa potworki wypadną z lodowca. Przestrzeń jedna raczy wiedzieć, co właściwie tam robiły i w jaki sposób zdołały przeżyć ujemne temperatury panujące we wnętrzu lodowego jęzora. Okoliczności samego wypadnięcia są mało istotne. Jakieś badania topniejącej Arktyki, wiecie, rozumiecie, troska o środowisko, jakieś eksperymenty twardogłowych wojskowych, jakieś łubu dubu i wsztsząsypodwodą. Zresztą, ktoś może natychmiast zapytać, czy to jest w ogóle ważne? To jest film o naparzających się potworach, fabuła nie musi mieć sensu (per analogiam, w filmie o naparzających się robotach fabuła również nie musi mieć sensu i, faktycznie, nie ma).

Soł, enyłej. Rekin płynie na wschód, w kierunku cywilizacyjnego centrum, zaś ośmiornica na zachód, do Japonii. Nie sposób nie zauważyć, że taki rozwój wypadków jest całkowicie zgodny z powszechnie panującym przekonaniem dotyczącym Japonii i Japończyków. Mianowicie, sądzi się, że Japończycy są dziwni. E tam. I w czasie, gdy my poznajemy bohaterów i ze współczuciem obserwujemy walkę pewnej pani doktor (blond!!!) z biurokracją i politykierstwem, ośmiornica zjada dżapońską platformę wiertniczą, a rekin pół wieloryba (co, nawiasem mówiąc, nie jest specjalnie oryginalne, wystarczy sobie przypomnieć rozwój akcji w klasycznych "Szczękach"). Jak by na to nie patrzeć, pół wieloryba ma dużo mniej kalorii, niż cała platforma wiertnicza, toteż nasz rekinek musi jeszcze coś przekąsić. Jak widać na załączonym obrazku, nasza głodna rybka wyskakuje z wody i z dziecinną łatwością strąca Jumbo Jeta w mokrego przestwór oceanu. Jeden samolot i czterystu pasażerów starcza ledwie na drugie śniadanie, toteż rybka pożera też polujący na nią amerykański pancernik. Nim dojdzie do ponownego spotkania rekina i ośmiornicy, ucierpi kilka łodzi podwodnych, most Golden Gate w San Francisco i jakieś bliżej nieznane budynki w Tokio.

DELICIOUS CAKE MUST EAT IT

Cóż można powiedzieć o tym poronionym płodzie wyobraźni pijanego ćwierćinteligenta? Jest to bez wątpienia jeden z najgorszych, najbardziej niechlujnie zrobionych i najsilniej womitoryjnych filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Dear God, what a load of crap. Mój mózg eksplodował po raz pierwszy (Legendarną Scenę z Samolotem widziałem już wcześniej), gdy okręt wojenny ostrzeliwał swój cel znajdujący się przed dziobem, podczas gdy sam krwio- i żelazożerczy rekin zbliżał się do pancernika od burty. Dodajmy, że pancernik w konsekwencji odpłynął do krainy wiecznych łowów. Takie wołające o pomstę do nieba partactwo twórców spotykamy praktycznie bez przerwy. Kiedy tylko pozwalają na to warunki, obserwujemy typową filmową copypastę. Rekin podpływa do okrętów za każdym razem tak samo. Walka z ośmiornicą to po prostu kilka sekwencji puszczanych w kółko... skoro już przy tym jesteśmy, to jest ona zupełnie rozczarowująca. Widz odnosi wrażenie, że cała para poszła w gwizdek (czyli w relacje międzyludzkie, podczas gdy od monster movie wymaga się przede wszystkim akcji i prawdziwych emocji) i zabrakło sensownych pomysłów na zakończenie. Wydawać by się mogło, że Megarekin i Gigantyczna Ośmiornica tkwią w jakimś pradawnym, nierozwiązywalnym konflikcie, że są skazane na toczenie krwawych bojów pod powierzchnią oceanu, z dala od ciekawskich kamer i naprowadzanych sonarem torped. Jak Batman i Joker, jak alieny i Predator, jak Superman i Lex Luthor, jak żona i jej teściowa... Cóż, niestety w filmie ten konflikt jest rozwiązany doprawdy żałośnie...

OH NOM NOM NOM

Jako rzekłem, w filmie zaakcentowane są relacje międzyludzkie i obyczajowy aspekt badań naukowych (ocieramy się niemalże o socjologię wiedzy!), nie sposób jednak pozbyć się myśli, że znacznie lepiej byłoby pokazać to wszystko na kukiełkach. Być może wtedy nie raziłyby te wszystkie sztampowe typy: naukowiec - idealista, wrażliwy cudzoziemiec, arogaccy wojskowi, mądry i odważny mentor, krwiożercza ryba... Z drugiej strony, dętych pouczeń nt. ekologii wtedy zupełnie nie dałoby się znieść. Trzeba też wspomnieć o fenomenalnym przedstawieniu nauki i naukowców. Zero realizmu, sto procent "no, to zmieszajmy zielone z czerwonym i żółte z niebieskim". Tak, jak na załączonym obrazku.

... i wtedy wlewamy zielone do czerwonego...

Enyłej, stanowczo nie polecam tego filmu. To 90 straconych minut, podczas których nie da się nawet układać pasjansa. Wszelako, mam nadzieję, że moje poświęcenie nie było na darmo. Dzięki temu, że ja obejrzałem "Mega Shark vs. Giant Octopus", inni nie muszą się męczyć i mogą z czystym sumieniem zainteresować się irańskimi dramatami obyczajowymi.

środa, 08 lipca 2009, asmoasmo
Tagi: mega Syfy

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: