from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Lolek i ja

Gościem specjalnym (special guest star) dzisiejszego wpisu będzie sam Jego Świątobliwość Jan Paweł II. Co więcej, nie będzie historycznym tłem, lecz pierwszoplanowym aktorem trzymającym w rękach sznurki, za pośrednictwem których będzie kierować losami prostych ludzi. Nie wierzyta, to czytajta.

W jednym z odcinków fenomentalnego (Panie Karaszewski, dlaczego Pan tego nie ciągniesz?) Daily Art jeden z beztwarzowo-bezimiennych bohaterów mówi do drugiego, że papież ma wysokie ROI. W istocie, jest papież dobrem pożądanym na rynku, jest - jak to się mówi po anglijskiemu - marketable. Można zrobić specjalny pociąg w odpowiednich barwach, można wypuścić wielką serię dodatków do gazety o życiu i nauczaniu, da się też wydawać na rynek cudowne gadżety. Na innym poziomie żenady leży stawianie papieża w roli gwaranta prawości i sensowności programu politycznego. Ponieważ jednak służy ten blog do wydurniania się, a nie do rzeczy wielkich, to pojawienie się JPII w "Uczuciach i Tęsknotach" zostanie dziś przeze mnie przewałkowane.

Łzawa opowieść o przeplatających się losach nauczycielki i Największego Z Rodaków zaczyna się w 1976 r., kiedy to małą dziewczynkę w starodawnym Krakowie Kazimierza Odnowiciela i Zygmunta Starego zagaduje postawny ksiądz o dźwięcznym głosie.

- Przestraszyłaś się? - spytał, po czym dodał ze śmiechem: - Wypłynąłem z tego mroku tak nagle, jak Latający Holender, to nic dziwnego.

Śmichy-chichy śmichami-chichami, ale nie wolno zapominać o nauczaniu.

- Rozumiem panią - westchnął smutno. - Ja też straciłem przedwcześnie rodziców i rodzeństwo. Wojna zabrała większość moich przyjaciół i dlatego zostałem kapłanem. Po okrucieństwach, które na własne oczy widziałem, mogłem się już tylko modlić. W życiu jenak trzeba wybaczać. Wybaczać i przerwszemu wyciągać rękę w geście pojednani. Wiem, to trudne, ale przynosi ulgę.

Dwa lata później podekscytowany ojciec wrócił z "wyprawy przemytniczej do Łucka". I akurat wtedy to się zdarzyło. Co, nietrudno się domyślić, jeśli do dwóch doda się dwa, a właściwie 1978. 16 października.

Zamarłam na dźwięk jego głosu.
- Tato, ale to jest przecież ten ksiądz z Krakowa! - krzyknęłam.

Z zachodu zawiał wiatr zmian, pojawiła się "Solidarność", ludność biednego i zasyfionego kraju łapczywie zaczęła połykać przesycone wolnością powietrze w czasie karnawału. A potem przyszedł post.

Później czytałam, że Ojciec Święty wlaśnie w okresie stanu wojennego omal nie umarł z tęsknoty za Polską. Przyjechał do nas dopiero w 1983 roku. Tym razem także do mojego miasta. Podczas mszy na wroclawskich Patrynicach mój tata miał Janowi Pawłowi II wręczać dary. Niestety, gdy wraz z całą procesją podchodził do ołtarza, nagle zatrzymało go dwóch smutnych panów.

I tak oto po raz kolejny losy dziewczynki splotły się w sposób nierozerwalny z losami polskiego papieża. Zaprawdę powiadam Wam, rzucicie zdechłym kotem w nasze społeczeństwo, a znajdą się miliony takich relacji. Miliony doświadczeń budujących jasny a strzelisty obraz kogoś, kto rzucał na nas wszystkich cień przez tyle lat. Mhm, nie jest trudno pisać takim stylem. W każdym bądź razie minęło parę lat i nasza bohaterka była juz studentką zakochaną w jakimś panu doktorze (o 8 lat starszym, więc z grubsza spełnia JKMową zasadę łączenia ludzi w pary na podstawie wieku), który był żonaty i miał dziecko. Ni stąd, ni zowąd, żeby dało się ładnie narrację prowadzić, pojawiają się wątpliwości i...

Coś wtedy we mnie pękło. Odezwało się sumienie, które dotąd udawało mi się zagłuszyć pokrętnymi tłumaczeniami. Następnego dnia spakowałam plecak i ruszyłam na pielgrzymkę do Częstochowy.

W zasadzie, to jest to najzupełniej normalne. When you're alone and life is making you lonely, you can always go... CZĘSTOCHOWA! - śpiewała Petula Clark. Kiedy ja mam wątpliwości, czy mam rozbić jakąś rodzinę, też idę na pielgrzymkę. A jeśli na dodatek jest tam papież, to już w ogóle...

Uniosłam głowę i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Do końca życia nie zapomnę jego wzroku. Nie był łagodny, jak podczas pierwszego spotkania w Krakowie. Ani dobry, jak na fotografiach publikowanych w prasie. Był to przenikliwy wzrok srogiego ojca, który widzi małość swego dziecka i bardzo z tego powodu cierpi. (...)

Potem w trakcie przemówienia przyszło olśnienie:

(...) człowiek kuszony, aby ten obraz i podobieństwo przemienił w wyzwanie swojemu Stwórcy i Odkupicielowi. Aby go odrzucił. Aby swoje życia kształtował tak, jakby Bóg nie istniał.
- On mówi o mnie - pomyślałam - Przez ostatnie półtora roku zachowywałam siętak, jakby Bóg nie istniał. Chciałam swoje szczęście budować na nieszczęściu innych...

Jednak warto było iść na pielgrzymkę. Wprawdzie o tym, że Bóg istnieje, wiedziało się już wcześniej (w przeciwnym wypadku, po co iść na pielgrzymkę?), moralność pewnie też wczesniej istniała, ale potrzebne były nic nie znaczące ogólniki, żeby wszystkie kawałki układanki znalazły się na właściwych miejscach. Jak Gdyby On Miał Klucze Do Naszych Głów i Synchronicznie Nimi Przekręcał. Klik klik klik. Słyszycie? Oto się wali ateizminiemoralność.

I tak dalej, i temu podobne. Na końcu matka głównej bohaterki po wyborze Josefa Ratzingera wybacza wszystkim gestapowcom. Tak oto koło się zamyka, dziedzictwo Papieża jest wiecznie żywe.  All of this has happened before...

sobota, 21 marca 2009, asmoasmo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: