from here to reality
Blog > Komentarze do wpisu

Bejzbolista na Uralu kontra wielki pyton

Filmy, których fabuła sprowadza się do prostego schematu zjadania ludzi kolejno przez wielkie coś, pomimo tego prostactwa, bardzo lubię. Jest to produkt w wysokim stopniu standaryzowany, więc widz doskonale wie, czego może się spodziewać.

Bardzo dobrym przykładem filmu utrzymanego w klasycznej konwencji Agathy Christie "i nie było już nikogo poza wężem" jest "Python 2". Inteligentni czytelnicy zechcą zauważyć, że jest to kontynacja filmu pt. "Python". Jeśli ktoś myśli, że więcej beznajdziejnych filmów o złych gadach w ostatnich latach nie było, to się grubo myli. W ostatniej dekadzie nakręcono też "Boa vs. Python" (zwracam uwagę na plakat), "Komodo", "The Curse of the Komodo" i "Komodo vs. Cobra". Wprawdzie nie widziałem pierwszego "Pythona" i "Komodo", ale nie sądzę, żeby były to arcydzieła choćby na miarę AvP 2, i nie zwiedzie mnie tutaj recenzja tego drugiego na imdb, że niby "way underrated monster movie!!!!". Tak, jasne. Way underrated your mom movie. Będzie jeszcze czas i miejsce, ażeby pozostałe cudeńka opisać (część z nich łączy schemat zjadania ze schematem tajemniczej nie_do_końca_bezludnej wyspy).

Słowo się rzekło, kołyska u płotu. A może kobyłka? Wypada mi powiedzieć coś o historii, którą twórcy tego dzieła chcieli nam opowiedzieć (na końcu będzie morał, ale nie wyprzedzajmy naturalnego biegu rzeczy). Oto drużyna rosyjskich komandosów dowodzona przez Tajnego Amerykańskiego Majora (szkoda, że później się już nie pojawił, moglibyśmy na niego wołać "Tam! Tam!") leci gdzieś w lasy i góry Uralu, by pojmać wyjątkowo dużego pokemona węża. Ponieważ jest kuloodporny, do tego posłuży magiczna skrzynka, która gadzinę sparaliżowała. Schwytany gad leci sobie samolotem do USA, lecz po drodze zestrzeliwują go Czeczeni. W jaki sposób samolot lecący z Rosji do USA miałby przelatywać nad Czeczenią, tego nie wiem. Być może w radosnym świecie tego filmu USA = Oceania i samolot leci do dawnego RPA. Whatever. Gadzina nie wpada w ręce Czeczenów (niewątpliwie uczyniłoby to walkę narodowowyzwoleńczą daleko bardziej interesującą), bo na miejsce wypadku przyjeżdża KGB i zabiera węża w pudełku (takie duże w kształcie węża, nawet idiota by się zorientował) do tajnej bazy...

... tymczasem gdzieś indziej w Rosji były baseballista żonaty z Rosjanką (barzzzzzo pssszszszszyjemną) boryka się z typowymi problemami kulturowego niedostosowania i postępującej alienacji w obcym dla niego środowisku postkomunistycznego społeczeństwa. Przed wyjazdem do Ameryki muszą wykonać ostatnią robotę w tym pięknym zakątku niczego (nie jest wyjaśnione, co tam robią). Pech jednak chce, że przewożą bandę najemników do bajnej tazy, gdzie przechowywana jest gadzina. W ten oto sposób zawiązana jest akcja, a pionki rozstawione - od teoj pory można skupić się na najwłaściwszej treści, czyli na zjadaniu ludzi przez gadzinę. Oszczędzę szczegółów, bo są nudne. W telegraficznym skrócie:

-1, -1, -1, Amerykańskie samoloty zbombardują bajną tazę, bo nie można pozwolić gadzinie na życie w spokoju, -1, WTF IS THIS SHIT?! JEST DRUGI WĄŻ?!, -1, -1.

Tu dochodzimy do przepięknej sekwencji ucieczki amerykańsko-rosyjskiego małżeństwa. Ledwo co udaje im się wybiec z perymetru bajnej tazy, a tu zaczynają spadać bomby. O, takie. I teraz będzie najlepsze. Każdy może sobie zrobić taki wybuch na swoim polu lub na łące. Otóż trzeba wykopać dołek w ziemi, na jego dnie umieścić sporą petardę wraz z zapalnikiem (będziemy odpalać elektrycznie i na odległość), a na petardzie położyć woreczek foliowy z benzyną czy inną naftą. Oddalamy się na z góry upatrzone pozycje i patrzymy na prowizoryczne bum. To się chyba fugasem nazywa. Ktoś się przyczepi, że to przecież standardowa rzecz w pirotechnice i na filmach normalnie tak robią... Ale zią, ja odpowiem, wybuch ćwierćtonowej bomby odtwarzać za pomocą kilkunast chałupniczych fugasów ustawionych w linii? To taki fail.

Normalnie napisałbym tutaj coś proekologicznego, ale wąż (a w zasadzie dwa węże1) okazał się być produktem eksperymentów genetycznych - kuloodporna skóra, kwas strzykający z paszczy, te sprawy - i nie jest prawdziwym elementem środowiska naturalnego. Zamiast tego będzie neoluddystyczne w swej wymowie ostrzeżenie przed zabawą w Pana Boga (pozdrawiamy red. Terlikowskiego!), która może wymknąć się spod kontroli i wtedy tylko emerytowany bejzbolista (to chyba oczywiste, że wrzucił gadzinie granat do pyska z dużej odległości, co nie?) uratuje Ural przed zagładą.

Serdecznie dziękuję: telewizji Polsat, moim współlokatorom, Sułtanowi Pasożytnictwa, królowi Norwegii, Jego Świątobliwości, papieżowi Benedyktowi XVI, księżnej Camilii Parker-Bowles, Nereidzie Gallardo, szczypiorniście Siódmakowi, Ronowi D. Moore, Johnowi Cleese i wszystkim tym, którzy przyczynili się do mojego szaleństwa i linkomanii. Albo lekomanii.

czwartek, 05 marca 2009, asmoasmo
Tagi: Syfy

Polecane wpisy

  • Sharks on a plane

    Poprzednią notkę zakończyłem obietnicą rychłego zrecenzowania jednego z najnowszych produktów nieocenionej wytwórni The Asylum, filmidła o wielce poruszającym t

  • My submarine is so full of eels

    Bywa czasem tak, że nawet najlepsze chęci ekipy nie odmienią przeznaczenia filmu ufundowanego na bezdennie głupich pomysłach scenarzystów. Na kij efekty specjal

  • Ćmy z kosmosu kontra Alex Krycek

    Jeśli dziś środa, to jesteśmy w Hollywood. Kto liczy na jakieś smakowite kąski dotyczące gwiazd kina i wielkich postaci służących X Muzie, ten się srodze zawie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: